Krzysztof I. wyszedł z więzienia i zabił swoją partnerkę

Krzysztof I. (35 l.) z Łodzi niczego się nie nauczył! Ledwo opuścił mury więzienia za pobicie swojej ukochanej Joanny (†38 l.). Wystarczyły dwa miesiące po wyjściu zza krat, by znów ją pobił. Tym razem tak dotkliwie, że zadane ciosy okazały się śmiertelne.

Prokuratura zarzuca mężczyźnie pobicie ze skutkiem śmiertelnym. – Uderzając pięściami i kopiąc obutymi stopami spowodował ciężki uszczerbek na zdrowiu pokrzywdzonej w postaci rozlanego zapalenia otrzewnej, stłuczenia i rozerwania jelita cienkiego, co stanowiło chorobę realnie zagrażającą życiu, której następstwem była śmierć pokrzywdzonej – mówiła prokurator Kamila Faliszewska podczas odczytywania aktu oskarżenia.

Do tragedii doszło 20 czerwca 2019 r. Zmaltretowana kobieta uciekła z mieszkania, które dzieliła z Krzysztofem I. i jego ciotką w kamienicy przy Limanowskiego. Obrażenia były tak duże, że po czterech dniach kobieta zmarła w szpitalu.

Jej oprawca w sądzie nie przyznał się do winy i podkreślał, że tego dnia przez większość czasu nie było go w mieszkaniu. – Powiedziałem jej: kochanie, będę wieczorem. I wychodząc klepnąłem ją w pośladek – podkreślał przed sądem.

Podczas procesu mówił też o wypadku, który jego kobieta miała mieć w domu. – Dwa tygodnie wcześniej Joanna wpadła na miskę i rozwaliła ją w drobny mak. Przez tą sytuację cały czas leżała w łóżku. Nie chciała ze mną uprawiać seksu. Mówiła, że bolał ją brzuch. Kilka dni wcześniej ktoś ją napadł w przejściu podziemnym, ale nie zgłosiła tego policji – twierdził w sądzie oskarżony.

Według relacji Krzysztofa, w dniu pobicia, kiedy nie było go w domu, Joanna spakowała część rzeczy, wzięła taksówkę i wyniosła się z domu. To miało go zszokować i próbował do niej zadzwonić, by wyjaśnić co się stało. Kobieta nie odebrała już jednak od niego telefonu.

Recydywiście grozi teraz nawet dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Sprawcą okropnej zbrodni w Orzeszu był prawdopodobnie ojciec rodziny

Dotychczasowe ustalenia śledztwa wskazują, że sprawcą tragedii w Orzeszu był ojciec rodziny. Mężczyzna miał udusić swoją dziewięcioletnią córkę, ranić żonę, a następnie popełnić samobójstwo, zadając sobie rany w okolice serca – podała w poniedziałek prokuratura. W sobotę śledczym udało się przesłuchać żonę mężczyzny, która została przewieziona do szpitala.

Tragedia rozegrała się we wtorek rano w domu jednorodzinnym w Orzeszu (powiat mikołowski), w którym mieszkała trzyosobowa rodzina: 42-letni mężczyzna, 41-letnia kobieta oraz ich dziewięcioletnia córka. Służby przyjechały na miejsce po informacji o pożarze, który wybuchł w kuchni na poddaszu.

Po przeprowadzonych w czwartek sekcjach zwłok prokuratura przekazała, że nie pozwalają one na jednoznaczne określenie przyczyn zgonu. W śledztwie kluczowe było przesłuchanie rannej kobiety, która w poważnym stanie, z licznymi ranami kłutymi trafiła do szpitala. Jak powiedział PAP Prokurator Rejonowy w Mikołowie Tomasz Rygiel, w sobotę udało się to zrobić.

Nie mogę mówić dokładnie o treści tych zeznań, natomiast z bardzo wysokim prawdopodobieństwem jest to ofiara tego przestępstwa – powiedział prokurator. Jak dodał, znaleziona w domu dziewczynka została prawdopodobnie uduszona przy życiu miękkiego przedmiotu, np. poduszki.

Niejasne motywy

Kiedy tuż po tragedii okazało się, że ojciec rodziny miał liczne rany w okolicy serca, śledczy podejrzewali, że sprawcą zbrodni może być ktoś inny. Jednak na obecnym etapie śledztwa, zdecydowanie najbardziej prawdopodobną wersją jest ta, że mężczyzna ranił swoją żonę, udusił córkę, a później popełnił samobójstwo zadając sobie liczne rany w okolicy serca.

Nie mamy jeszcze szczegółowej opinii z sekcji zwłok mężczyzny, ale według uzyskanych informacji mężczyzna mógł sobie zadać rany sam. Nie są to jednak stanowcze opinie i pewne ustalenia – zaznaczył Rygiel. Prokuratura czeka na pisemną opinię z sekcji zwłok oraz zlecone dodatkowe badania, toksykologiczne i histopatologiczne. Mają one dostarczyć pełnych informacji na temat przyczyn śmierci obojga zmarłych.

Prokuratura nie ma informacji, by 42-latek leczył się psychiatrycznie. Według doniesień mediów, miał długi. Prokurator wskazał jednak, że jest zbyt wcześnie, by mówić o motywie czy tle tragedii. Jest to sprawdzane, przesłuchujemy świadków i zapoznajemy się z dokumentami – powiedział prok. Rygiel.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Nowe informacje ws. morderstwa pod Grudziądzem

Dramat rodzinny niedaleko Grudziądza. Na jaw wychodzą nowe fakty, dotyczące śmierci dwóch osób. Głos zabrała także matka zamordowanej Anny. Do tragedii niedaleko Grudziądza doszło w sobotę. Wówczas mieszkańcy zaalarmowali policję, że niemal w szczerym polu stoi samochód z włączonymi światłami awaryjnymi. Gdy funkcjonariusze przyjechali na miejsce, okazało się, że dwie osoby nie żyją. Przed samochodem leżały zwłoki mężczyzny. W aucie policjanci znaleźli zawinięte w koc ciało kobiety.

Okazało się, że ofiary były małżeństwem. To 36-letnia Anna i 50-letni Mariusz L. Mieszkali w Szynychu. Osierocili trójkę dzieci w wieku od 8 do 14 lat. Na jaw wychodzą nowe fakty ws. tragedii, a śledczy mają już wstępną hipotezę.

Szynych. Przyczyny dramatu

Mężczyzna miał najpierw zabić żonę, a potem popełnić samobójstwo. „Każde miało po dwie rany kłute zadane w okolicach serca” – mówi „Gazecie Pomorskiej” prokurator Agnieszka Reniecka. Gazeta podaje także, że pierwsza najprawdopodobniej zginęła 36-latka. Do jej śmierci prawdopodobnie doszło w domu.

Małżeństwo od jakiegoś czasu miało nie mieszkać razem. 36-latka pod koniec grudnia 2019 roku wyprowadziła się do sąsiedniego powiatu chełmińskiego. Kobieta poprosiła także o założenie jej rodzinie Niebieskiej Karty.

Według informacji „Super Expressu” 7 stycznia pani Anna złożyła zawiadomienie o popełnionych przez męża przestępstwie. Oskarżyła go o bicie i gwałt.

Do zabójstwa miało dojść, gdy kobieta przyjechała do męża po dzieci. 50-latek miał zostawić list pożegnalny, w którym pisze, że jego życie nie ma sensu, ponieważ odeszła od niego żona. Według „Gazety Pomorskiej” jednak tej informacji nie potwierdzają śledczy.

Szynych. Głos zabrała matka kobiety

Jak czytamy na stronie se.pl, rodzina chce, by małżeństwo zostało pochowane razem. Głos zabrała matka pani Anny. Kategorycznie sprzeciwia się temu pomysłowi. „Nigdy się na to nie zgodzę. Ania nie zostanie złożona do grobu ze swoim mordercą” – powiedziała Małgorzata Chruściel.

Rozpacza także, że nie wiedziała, co działo się w domu córki. Czuła jednak, że jest źle, bo jak mówi, Mariusz ciągle krzyczał na żonę. Oba pogrzeby zaplanowano na czwartek. Anna ma być pochowana na cmentarzu w powiecie chełmińskim, a Mariusz w Szynychu.
Źródło info i foto: wp.pl

Podejrzani o spowodowanie tragicznego wybuchu gazu w Szczyrku trafili do aresztu

Bielski sąd zdecydował o zastosowaniu aresztu tymczasowego dla trzech osób podejrzanych o spowodowanie wybuchu gazu w Szczyrku. W wyniku wybuchy zawalił się trzykondygnacyjny dom i zginęło osiem osób – w tym czworo dzieci. O zastosowanie wobec zatrzymanych aresztu tymczasowego wnioskowała prokuratura, prowadząca śledztwo w sprawie tej tragedii.

O decyzji sądu poinformował rzecznik Sądu Okręgowego w Bielsku-Białej sędzia Jarosław Sablik. Jak powiedział, dwaj podejrzani zostali aresztowani na trzy miesiące, trzeci – na miesiąc.

Decydując o aresztowaniu wszystkich trzech mężczyzn sąd kierował się chęcią zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania.

Przesłankami zastosowania aresztu, oprócz prawdopodobieństwa popełnienia przez podejrzanych zarzucanych im czynów, były m.in. obawa matactwa oraz zagrożenie wysoką karą. Podejrzanym grozi do 12 lat więzienia. Mężczyźni są podejrzani o sprowadzenie pożaru i zawalenia się budynku, w wyniku czego śmierć poniosło osiem osób – to zarzuty z art. 163 Kodeksu karnego.

Prokuratura wnioskowała o trzymiesięczny areszt dla wszystkich mężczyzn

Podejrzani to: Roman D. – prezes firmy budowlanej, która zleciła przewiert pod ul. Leszczynową w Szczyrku, oraz Marcin S. i Józef D. – pracownicy firmy budowlanej specjalizującej się w przewiertach podziemnych i wykonujący to zlecenie. Sędzia Sablik nie sprecyzował, którzy podejrzani zostali aresztowani na trzy miesiące, a który na miesiąc. Prokuratura wnioskowała o trzymiesięczny areszt dla każdego z trzech podejrzanych.

Na decyzję sądu w sprawie zastosowania aresztu przysługuje odwołanie do sądu okręgowego.

Podejrzani zostali zatrzymani w środę. Po przedstawieniu im zarzutów przedstawiciele prokuratury poinformowali, że treść wyjaśnień złożonych przez zatrzymanych wymaga zweryfikowania, na co potrzeba czasu – stąd m.in. wniosek o areszt.

Kwalifikacja prawna zarzucanego podejrzanym czynu jest dla wszystkich taka sama. Treść zarzutów różni się w zależności od roli, jaką mężczyźni odgrywali w sprawie. Śledczy nie udzielają informacji na temat wyjaśnień podejrzanych.

Wybuch było słychać wiele kilometrów dalej

Do tragedii doszło 4 grudnia wieczorem. Wybuch gazu zniszczył całkowicie trzykondygnacyjny dom. Ratownicy znaleźli w gruzach ciała ośmiu ofiar, w tym czworga dzieci. Eksplozja była tak silna, że słychać ja było wiele kilometrów dalej, trzykondygnacyjny dom zawalił się całkowicie. Doszło również do pożaru. Jedna z mieszkanek domu w czasie wybuchu przebywała w pracy, to ona poinformowała służby, że w budynku mogło znajdować się osiem osób.

Po wybuchu bielska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie sprowadzenia zdarzenia zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób oraz mieniu w wielkich rozmiarach. Śledczy zlecili pisemne opinie powołanych w tej sprawie biegłych z zakresu fizykochemii, budownictwa, gazownictwa, geodezji i geologii.

Przed ponad tygodniem prokuratorzy potwierdzili, że istniał związek między wybuchem gazu w Szczyrku a pracami budowlanymi prowadzonymi pod ulicą, przy której stał zniszczony dom. Podczas badania z wykorzystaniem georadaru znaleziono miejsce uszkodzenia gazociągu, które później zostało odsłonięte i poddane szczegółowym oględzinom.

W poniedziałek bielska prokuratura poinformowała o zakończeniu identyfikacji wszystkich ofiar wybuchu gazu. Zostały one pochowane na cmentarzu parafialnym w Szczyrku.
Źródło info i foto: RMF24.pl

17-latek zabił ojca w obronie matki. Sąd wypuścił go z aresztu

Matka 17-latka zapewnia, że syn uratował jej życie. Chłopakowi za zabicie ojca grozi 25 lat więzienia, ale wyszedł z aresztu. Wrócił do szkoły dzięki poręczeniu dyrektora, który przekonuje, że jego uczeń był ofiarą domowej przemocy. Prokuratura nie zgadza się z decyzją sądu. Chce, żeby nastolatek wrócił do aresztu.

Do tragedii doszło w Międzyrzecu Podlaskim (woj. lubelskie). Ojciec przez lata znęcał się nad rodziną, był za to też karany. Pod koniec sierpnia sytuacja się powtórzyła i 17-letni syn stanął w obronie maltretowanej matki. Ciosy nożem okazały się śmiertelne. Prokuratura postawiła mu zarzut zabójstwa z premedytacją.

17-letni Michał P. przyznał się do zadania ciosów. Na trzy miesiące trafił do aresztu. Opuścił go dzięki osobistemu poręczeniu, jakie złożył dyrektor szkoły, w której uczy się nastolatek.

„W normalnym domu do czegoś takiego nigdy by nie doszło”

– Nie powinien tego zrobić i jestem przekonany, że w normalnej sytuacji, w normalnym, zdrowym domu do czegoś takiego nigdy by nie doszło – wyjaśniał swoje zaangażowanie w sprawę Arkadiusz Stefaniak, dyrektor Zespołu Szkół technicznych w Międzyrzecu Podlaskim.

Matka nie ma wątpliwości, że syn ją uratował. – Dzięki mojemu dziecku żyję… Tak! – podkreślała pani Joanna, matka Michała. – Myślę, że prokuratura weźmie też pod uwagę różne aspekty całej sytuacji – dodała z nadzieją.

Z obrońcą syna walczy teraz o zmianę kwalifikacji czynu na zabójstwo w afekcie, za co sankcje są niższe. Ofiara – 40-letni ojciec – miał konflikty z prawem. Siedział w więzieniach. Był kilkukrotnie skazany za znęcanie się nad żoną.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Konin: Policjant zastrzelił 21-latka. Ojciec zabrał głos

Po tragedii w Koninie głos zabrał ojciec zastrzelonego 21-latka. Na Facebooku zamieścił wulgarny wpis. „Dzieciaka nie mogli dogonić, to go zastrzelili. Tylko dzieci mordować potrafią” – napisał.

Do tragedii doszło w czwartek około godz. 10 patrol policji chciał wylegitymować trzy osoby (dwóch piętnastolatków i 21-latka) przy ul. Wyszyńskiego w Koninie. Wówczas najstarszy z mężczyzn zaczął uciekać. Według policji funkcjonariusz był zmuszony do użycia broni. Według nieoficjalnych doniesień 21-letni Adam C. miał wyciągnąć nożyczki i zaatakować policjanta. Został postrzelony. Mimo reanimacji nie udało się go uratować. Znaleziono przy nim nożyczki oraz woreczek z białym proszkiem.

Znajomi i sąsiedzi są wstrząśnięci. Przed klatkę, gdzie mieszkał 21-latek, przynoszą znicze. Jedna z osób w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” pyta: „Drobny chłopiec, 50 kilogramów wagi. Policjanci by sobie z nim nie poradzili?” Mężczyzna, który stoi obok mówi, że „Adaś muchy by nie skrzywdził”. Inny twierdzi, że był na miejscu i widział obok ciała nożyczki. „Małe, czerwone, biurowe, takie do cięcia papieru. Zaokrąglone na końcu. Trzeba by się bardzo postarać, żeby komuś zrobić nimi krzywdę” – przekazuje.

Ojciec zastrzelonego mężczyzny zamieścił wulgarne wpisy na Facebooku. „(…) policjanci zastrzelili mi syna tylko dlatego, że uciekał. (…)”, „Dzieciaka nie mogli dogonić, to go zastrzelili. Tylko dzieci mordować potrafią” – napisał.

Jak informowaliśmy w WP Komendant Wojewódzki Policji w Poznaniu wysłał do Konina specjalną komisję. Wydział kontroli będzie badał zasadność użycia broni przez funkcjonariusza.

Konin. Co wiadomo o zastrzelonym 21-latku?

21-latek był znany policji. Analizowany jest również okoliczny monitoring. Funkcjonariusze przeczesywali pobliski plac zabaw, w poszukiwaniu rzeczy, które mężczyzna mógł wyrzucić przed pościgiem. Przy uciekinierze znaleziono woreczek z białym proszkiem. Borowiak powiedział WP, że 21-latek prawdopodobnie sprzedawał narkotyki.

Świadkowie w rozmowie z Wirtualną Polską relacjonują, że sytuacja była dynamiczna. Pracownicy zakładu fryzjerskiego, który znajduje się w okolicy zeznali, że kiedy zobaczyli policjantów i wyszli na zewnątrz, było już po strzelaninie.
Źródło info i foto: wp.pl

USA: 14-latek zamordował całą swoją rodzinę

Rodzinna tragedia w amerykańskim Elkmont wstrząsnęła Stanami Zjednoczonymi. 14-letni chłopiec zastrzelił tam pięciu członków swojej rodziny. Nastolatek przyznał się do zbrodni. Motywy jego działania wciąż nie są znane.

Do dramatu doszło w poniedziałek późnym wieczorem w Elkmont w stanie Alabama. 14-letni chłopiec zabił swojego ojca, macochę i przyrodnie rodzeństwo: 5-latkę i dwóch chłopców w wieku 6 lat i 6 miesięcy. Wiadomo, że trzy osoby zginęły na miejscu, a kolejne dwie zmarły w szpitalu. Jak poinformowały we wtorek po południu lokalne służby, wszyscy zostali postrzeleni. Broń, którą posłużył się 14-latek, została znaleziona na poboczu drogi.

14-latek przyznał się do zabójstwa rodziny

O zbrodni policję poinformował sam zatrzymany nastolatek. Początkowo utrzymywał, że gdy usłyszał strzały, był w piwnicy. Do morderstwa przyznał się podczas późniejszego przesłuchania. Na ten moment motywy chłopca nie są znane. 14-latek wkrótce usłyszy zarzuty. Przed sądem będzie odpowiadał prawdopodobnie jako osoba dorosła.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Trwa policyjna obława po strzelaninie na fermie drobiu

Morderstwo w miejscowości Zadowice w Wielkopolsce. Pracownik sezonowy postrzelił śmiertelnie właściciela fermy drobiu. Trwają poszukiwania napastnika – informuje RMF24. Według wstępnych ustaleń do tragedii doszło w poniedziałek po godz. 9.00 na terenie fermy drobiu w Zadowicach (pow. kaliski).

Sezonowy pracownik postrzelił 34-letniego właściciela fermy w głowę, następnie porzucił pistolet i uciekł w pobliskie pole kukurydzy. Napastnika poszukuje policja. Na miejsce skierowano psy tropiące oraz śmigłowiec. Szczegóły zdarzenia ustali prokuratura.
Źródło info i foto: TVP.info

Przesłuchano pracownika escape roomu w Koszalinie. Miłosz S. odmówił składania wyjaśnień

Poparzony pracownik escape roomu w Koszalinie tuż przed wybuchem pożaru wyczuł ulatniający się gaz. To najnowsze informacje z przesłuchania 25-latka, który był w budynku, kiedy doszło do tragedii. Mężczyzna trafił do specjalistycznego szpitala w Gryfiach. W piątek w escape roomie w Koszalinie zginęło pięć nastolatek. Dziś poinformowano, że w czwartek odbędzie się pogrzeb ofiar. Uroczystości będą wspólne – powiedział prezydent miasta Piotr Jedliński.

Z informacji przekazanych przez rzecznika Prokuratury Okręgowej w Koszalinie wynika, że 25-latek, kiedy poczuł ulatniający się gaz, wiedział już, że sytuacja może być niebezpieczna. Miał też próbować zareagować, ale w tym samym momencie doszło do wybuchu pożaru.

Jak informują śledczy, ogień odciął mężczyźnie możliwość dotarcia do drzwi pokoju, w którym zamknięte były uczennice gimnazjum. 25-latek był już wtedy mocno poparzony i – jego zdaniem – nie był w stanie zrobić nic więcej. Zdaniem prokuratury, wybiegł z budynku i poprosił napotkane osoby o wezwanie pomocy.

Jego zeznania potwierdzają scenariusz, który jeszcze przed przesłuchaniem pracownika escape roomu zakładali śledczy.

Są pierwsze zarzuty po pożarze w escape roomie

Jeszcze w poniedziałek sąd ma natomiast zająć się wnioskiem o aresztowanie Miłosza S. To krewny osoby, na którą formalnie zarejestrowany był escape room. W niedzielę usłyszał zarzuty umyślnego stworzenia niebezpieczeństwa wybuchu pożaru i nieumyślnego doprowadzenia do śmierci osób, które w nim zginęły. Według wstępnych ustaleń przyczyną tragedii było rozszczelnienie butli z gazem.

Miłosz S. odmówił składania wyjaśnień.

W sposób umyślny doprowadził do tego, że stworzone zostało niebezpieczeństwo wybuchu pożaru w obiekcie, gdzie znajdował się escape room i w taki sposób, nieumyślnie już z kolei, doprowadził do śmierci osób, które zginęły w pożarze, jaki w tym budynku wybuchł w dniu 4 stycznia tego roku – powiedział w niedzielę rzecznik prokuratury w Koszalinie Ryszard Gąsiorowski.

Nasz klient jest zrozpaczony tym, co się stało. Do zarzutu nie przyznaje się. Nie złożył wyjaśnień z uwagi na to, że nie jest w stanie psychicznie znieść tego ciężaru, który na niego spadł – podkreślili w niedzielę po wyjściu z budynku prokuratury obrońcy Miłosza S. Wiesław Breliński i Wojciech Janus. Ich zdaniem, mężczyzna, „nie był w stanie odnieść się do niczego, co jest podstawą do postawionego mu zarzutu”. Dodali, że ich klient w treści protokołu złożył głębokie kondolencje dla rodzin ofiar. Powiedział jak bardzo jest mu przykro i jak bardzo nie chciał skutku, który nastąpił”.

Rzecznik prokuratury w Koszalinie podkreśla, że są podstawy, by twierdzić, „że podejrzany był osobą faktycznie wykonującą czynności w ramach działalności gospodarczej, którą zgłosiła do ewidencji jego najbliższa krewna i był osobą, która przygotowywała wyposażenie pomieszczeń w tych różnego rodzaju pokojach zagadek. I nie zwrócił uwagi na to, że nie ma tam właściwego ogrzewania tych obiektów, i że nie ma tam przede wszystkim dróg ewakuacyjnych, które w razie jakiegoś niebezpieczeństwa pozwalałaby uczestnikom opuszczać pomieszczenie rozrywki.

Zdaniem prokuratora Ryszarda Gąsiorowskiego, za popełnienie zarzucanego czynu mężczyźnie grozi do 8 lat więzienia. Prokurator pytany o kwestię ewentualnych zarzutów dla właścicielki budynku i drugiej kobiety, która wynajęła go na prowadzenie działalności gospodarczej, powiedział, że „na to jest za wcześnie”. Zaznaczył, że obie kobiety były przesłuchiwane w charakterze świadków. Nie było podstaw, by na tym etapie postępowania którejś z nich stawiać zarzuty.

W czwartek pogrzeb ofiar pożaru w escape roomie

W czwartek odbędzie się pogrzeb ofiar pożaru w escape roomie w Koszalinie. Pogrzeb będzie wspólny – zapowiedział w poniedziałek prezydent Koszalina Piotr Jedliński. Pięć 15-latek, uczyło się w jednej klasie. Według władz miasta, spoczną obok siebie na koszalińskim cmentarzu.

Karina Gajda, dyrektor szkoły podstawowej nr 18 w Koszalinie, gdzie uczyły się nastolatki, zapewniła, że uczniowie są objęci pomocą pedagogiczno-psychologiczną. Również rozważamy niesienie takiej pomocy nauczycielom – podkreśliła.

Według dyrektor, poniedziałek jest dla szkoły bardzo trudnym dniem. Nauczyciele i uczniowie po raz pierwszy zobaczą puste miejsca pięciu uczennic – dodała.

Jak zaznaczyła Karina Gajda, kolejny trudny dzień będzie w czwartek, gdy odbędą się uroczystości pogrzebowe. Tego dnia nie odbędą się zajęcia dydaktyczne, szkoła zorganizuje opiekę dla dzieci, które do niej przyjdą – poinformowała.

Tragedia w Koszalinie, zginęło 5 młodych dziewczyn
W tragicznym pożarze w escape roomie przy ul. Piłsudskiego 88, który wybuchł w piątkowe popołudnie, zginęło pięć 15-letnich dziewcząt, uczennic III klasy gimnazjum. Wizytą w pokoju zagadek świętowały urodziny jednej z nich.

W pożarze poważnie ucierpiał 25-letni pracownik obiektu.

Ze wstępnych ustaleń prokuratury wynika, że przyczyną pożaru było rozszczelnienie butli gazowej. Ogień pojawił się w poczekalni. Pracownik escape roomu został odcięty od możliwości udzielenia pomocy nastolatkom.

Bezpośrednią przyczyną śmierci nastolatek było zatrucie tlenkiem węgla.

Z informacji podanych przez straż pożarną wynika, że w budynku było „wiele niedociągnieć”. Urządzenia grzewcze najpewniej znajdowały się zbyt blisko materiałów łatwopalnych, a instalacje elektryczne były prowizoryczne. Nie było też drogi ewakuacji.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Nowe informacje dotyczące uczestników tragicznie zakończonego rajdu drogami Słowacji

Do wypadku doszło w niedzielę 30 września w okolicy miasta Dolny Kubin na północy Słowacji. Trzy luksusowe samochody na polskich tablicach rejestracyjnych z dużą prędkością wyprzedzały inne auta, jadąc pasem do jazdy z naprzeciwka. Skończyło się tragicznym wypadkiem, w którym zginął kierowca skody, 57-letni Słowak Stefan Onczo. Reporter „Uwagi!” TVN udał się na Słowację, by ustalić, kim są uczestnicy szaleńczego rajdu.

Stefan Onczo mieszkał w Orawskim Podzamczu, niewielkiej miejscowość, w której wszyscy doskonale się znają. Tragedia była wstrząsem dla sąsiadów rodziny tragicznie zmarłego.

– Wiem, że był bardzo dobrym człowiekiem. Razem z żoną i synem wiedli spokojne życie. To straszna wiadomość dla nas, dla mieszkańców tej ulicy i całej miejscowości. – powiedziała Zdenka Svibova, mieszkanka Orawskiego Podzamcza. – To niezwykle niebezpieczne, że ludzie jeżdżą w tak nieodpowiedzialny sposób, z taką prędkością na lokalnej drodze. Doskonale widzieli przecież inne auta, a ceną ich szaleństwa okazało się ludzie życie – dodała.

Podczas mszy pogrzebowej ksiądz zwrócił uwagę, że „minął zaledwie rok, odkąd matka zmarłego pochowała jeszcze młodszego swojego syna”. – A dziś znów stoi nad trumną drugiego syna. Syna, który zginął przez arogancję kierowcy – powiedział. – Z taką właśnie arogancją kierowców wszyscy codziennie mamy do czynienia na naszych drogach. Igramy na nich z życiem naszym i innych – ocenił duchowny.

– Żeby powiedzieć całą prawdę o Stefanie, musielibyśmy opowiadać wam przez cały miesiąc. A i to byłoby mało – stwierdził w rozmowie z reporterem „Uwagi!” TVN Marian, mieszkaniec Orawskiego Podzamcza. – Żaden człowiek, który go znał, złego słowa o nim nie powie. Jego syn mówił mi, że gdyby ojciec w ostatniej chwili nie skręcił w prawo kierownicą, on zginąłby razem z nim – podzielił się Marek.

– Nawet niebo płacze. Od dnia wypadku codziennie płacze, taka to tutaj tragedia. W Dolnym Kubinie sucho, a tu w Orawskim Podzamczu – zobaczcie – powiedział Marian, wskazując na niebo. – Co to jest, jeśli nie boży znak – dodał. – Jak już będą sądzić tych waszych kierowców, to niech proces toczy się na Słowacji, a nie po polskiej stronie – życzył sobie mieszkaniec Orawskiego Podzamcza.

„Całej trójce postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa”

Wstrząsający finał wyprawy polskich kierowców na słowacką Orawę utrwaliła kamera przypadkowego kierowcy. Na nagraniu widać, że brawurowe wyprzedzanie rozpoczął kierowca mercedesa. Prowadzący żółte ferrari, widząc nadjeżdżającą z przeciwka skodę, gwałtownie zahamował, lecz jadący tuż za nim kierowca porsche nie zdążył powtórzyć manewru. Chwilę później uderzył w prawidłowo jadącą skodę, zabijając Stefana Onczo i raniąc jego żonę.

– Zatrzymaliśmy trzech kierowców. Zostali przewiezieni na komendę, gdzie przeprowadzono czynności procesowe. Potem całej trójce postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa. 42-letniemu kierowcy porsche grozi od dwóch do pięciu lat więzienia. Pozostałym mężczyznom grozi od trzech miesięcy do trzech lat pozbawienia wolności – poinformował Radko Moravcik, rzecznik Komendy Policji w Żilinie.

– Na tym etapie nie mogę tego ujawnić – stwierdził na pytanie o to, czy sprawcy wypadku przyznali się do winy. Zdaniem rzecznika policji dzięki „ujawnieniu nagrania rejestrującego wypadek wszyscy ludzie mogą zobaczyć, jak wyglądała i jak skończyła się drogowa brawura”.

– Wszyscy oglądając ten film mogą uświadomić sobie, dlaczego warto przestrzegać przepisów na drodze i nie wolno się zachowywać arogancko wobec innych kierowców – powiedział Moravcik.

Zorganizowane rajdy

Po wypadku szybko wyszło na jaw, że szalejący kierowcy z Polski nie spotkali się na Słowacji przypadkiem. Uczestniczyli w jednej z płatnych imprez podczas, których posiadacze szybkich aut zwiedzają wybrany zakątek Europy pod okiem tak zwanego lidera. Organizatorem tego i podobnych wyjazdów był kierujący mercedesem 26-letni Łukasz K., działający w internecie bloger, który na co dzień promuje najdroższe marki luksusowych samochodów.

– To cykl spotkań przeznaczonych dla właścicieli aut ekskluzywnych. W Polsce jesteśmy obecni od trzech sezonów i do tej pory zorganizowaliśmy dziewięć spotkań tego typu. Przekrój samochodów bardzo różny, jak i przekrój właścicieli tych aut jest dość potężny. Mamy osoby tutejsze, przyjezdne i ludzi, którzy jeżdżą po wszystkich naszych polskich i międzynarodowych imprezach – opowiadał Łukasz K. portalowi trojmiasto.pl.

Podczas jednej z organizowanych przez Łukasza K. imprez młodego blogera poznał Jerzy Dziewulski, dawniej policyjny antyterrorysta, a dziś wielbiciel sportowych aut i rajdowiec z licencją. O oskarżonym Łukaszu K. powiedział, że „odbierał go pozytywnie”.

– Z tych organizatorów, z którymi miałem do czynienia, jeżeli inni jego koledzy byli nieco bardziej agresywni czy nerwowi, to on jawił mi się jako człowiek z pewnym dystansem, niezwykle spokojny – ocenił.

Dziewulski również dostał zaproszenie na feralny wyjazd na Słowację. – Proponowano mi start z Zakopanego, później przejazd słowackimi drogami. Zaproponowano określone, bardzo dobre hotele. Otwarcie powiem, że miałem ochotę pojechać, ale nie zdecydowałem się i zostałem w domu – opowiedział.

Tomasz Bonar, szef firmy produkującej internetowe filmy na temat sportowych aut poznał Łukasza K. podczas nagrywania jednego z organizowanych przez niego spotkań. – Taki wyjazd można traktować jako urlop, rozrywkę, trochę spotkanie z przyjaciółmi i nawiązanie motoryzacyjnych znajomości – powiedział Bonar. Organizacja podobnej imprezy w Polsce kosztuje około 2-3 tysiące złotych. – Zagraniczne wyjazdy są droższe. To 2-3 tysiące euro za tygodniowy wyjazd – poinformował Bonar.

Jerzy Dziewulski nie krył zdumienia, tym że jednym ze sprawców wypadku był właśnie Łukasz K. – On był na czele tej kolumny. Jego wykroczenie bez wątpienia polega na przejechaniu przez linię ciągłą i nadmierną prędkość. Natomiast patrząc na reakcję kierowcy ferrari, no ręce składają się do tego, żeby zdjąć pasek i tyłek stłuc temu młodemu człowiekowi, który po prostu nie nadążał intelektem i sprawnością techniczną, pojęciem o tym, w czym siedzi – ocenił były antyterrorysta.

Dziennikarze sprawdzili, że jadące tuż za mercedesem Łukasza K. żółte ferrari prowadził pochodzący z rodziny wielkopolskich biznesmenów 27-letni Adam Sz. Kolumnę zamykał 42-letni Marcin L., przedsiębiorca z branży informatycznej z Pomorza – właściciel kolekcji luksusowych samochodów,
Źródło info i foto: tvn24.pl