Zabili 52-latkę samochodem, ciało wrzucili pod most

– Nie dali jej żadnej szansy. Martwili się tylko o swoją skórę. Wrzucili jak psa do rowu, wciągnęli do rury, aby nikt jej nie znalazł – płacze pani Józefa (67 l.), siostra ofiary. – To nie był zwykły wypadek, a morderstwo – dodaje. Przekonana jest o tym także prokuratura. Oskarżyła o zabójstwo kierowcę i pasażera, którzy w Milczy na Podkarpaciu potrącili autem Zofię K. († 52 l.), a potem ukryli jej ciało. Obaj właśnie stanęli przed sądem.

Była noc 5 grudnia 2018 r. Pani Zofia ostatnim autobusem wracała z pracy w fabryce do domu. Z przystanku do domu miała zaledwie kilka kroków. Wtedy została potrącona przez opla corsa. Jej ciało rano znalazł sąsiad, który wyszedł z psem na spacer. Najpierw zobaczył na ulicy but, a potem nogi kobiety wystające spod przepustu. Od początku sprawa nie wyglądała na zwykły wypadek. Oprawcy zadali sobie dużo trudno, aby wsunąć ciało Zofii K. do wąskiej rury.

– Obok ustawili jeszcze ładnie torebkę – dodaje siostra. Biegli nie pozostawiają wątpliwości, pani Zofia po potrąceniu mogła nawet żyć przez 45 minut i gdyby pomoc dotarła natychmiast, miałaby szanse na ratunek. Dlatego śledczy oskarżyli kierowcę Dawida M. (23 l.) oraz jego pasażera Piotra B. (22 l.) o zabójstwo. Według prokuratury, po wypadku obaj koledzy uciekli i zacierali ślady. Jeden z nich zdjął nawet kalesony, którymi wycierał samochód.

Mężczyźni kilka dni po zdarzeniu zostali zatrzymani i teraz przed Sąd Okręgowym w Krośnie toczy się ich proces. Do zabójstwa się nie przyznają.

Zofia miała dwóch synów i dwuletnią wnuczkę, którą bardzo kochała. Feralnego dnia rano pakowała dla niej prezent na Mikołaja.

– Wiele w życiu przeszła. Była wdową, zaledwie trzy lata wcześniej pochowała córkę Dianę, która zginęła w wypadku. Teraz obie spoczywają w tym samym grobie – opowiada siostra zmarłej.

Oprawcom grozi dożywocie. Kierowca samochodu jest w areszcie, a jego pasażer odpowiada z wolnej stopy.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Uciekli z konwoju policyjnego. Jeden z 16-latków zatrzymany

Zatrzymano pierwszego z 16-latków, którzy w piątek uciekli policjantom w Piekarach Śląskich. Drugi chłopak ciągle jest poszukiwany. Nastolatka zatrzymano w Bytomiu. Policyjny patrol w pobliżu jednej z kamienic zauważył grupę kilku osób. Kiedy policjanci próbowali sprawdzić, kto to jest, osoby te zaczęły uciekać. Policjanci ruszyli w pogoń i jedną osobę zatrzymano.

Jak się okazało, był to jeden z poszukiwanych 16-latków. Drugi uciekinier nadal jest na wolności.

Nastolatkowie w piątek uciekli z radiowozu skuci razem kajdankami. Jeden miał na nogach klapki, które mu po drodze spadły. Jechali radiowozem z Radzionkowa: z przodu dwaj policjanci, z tyłu policjant i dwaj szesnastolatkowie, podejrzewani o włamania do mieszkań. Nastolatkowie wysiadając z radiowozu odepchnęli policjanta i uciekli.

Policja nazywa ich „gangiem 16-letnich włamywaczy”. Okradali mieszkania, do których wchodzili przez uchylone okna.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Napad na bank w Wolanowie. Sprawcy uciekli z gotówką

Trzech zamaskowanych bandytów napadło na bank w Wolanowie i uciekli ze zrabowaną gotówką. Policja szuka sprawców – informują nas mieszkańcy Wolanowa. Wyjątkową zuchwałością popisali się złodzieje, którzy w poniedziałek około godziny 11.00 – 12.00 wtargnęli do jednego z oddziałów banku. To oddział Banku Spółdzielczego Rzemiosła Radomiu. Jak mówili mieszkańcy, po chwili trzech zamaskowanych mężczyzn wybiegło niosąc pękaty wór. Na razie nie są znane szczegóły napadu.

– Potwierdzam, że doszło do takiego zdarzenia. Jest za wcześnie, by mówić o szczegółach zajścia – powiedziała aspirant sztabowy Kamila Adamska, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Radomiu.

Dużo bardziej rozmowni są sami mieszkańcy.

– Ten bank znajduje się przy ulicy Polnej, z jednej strony budynku jest tam remont, buduje się parking – opowiadają i nie ustają w domysłach, kto mógł dokonać brawurowego napadu na miejscowy bank.

Nie udało się nam skontaktować z kierownictwem banku w Radomiu, szefowie wyjechali do oddziału.
Źródło info i foto: echodnia.eu

Bułgaria: Recydywiści uciekli z więzienia. Są skazani za zabójstwa

Dwaj niebezpieczni recydywiści Vladimir Pelov Stefanov i Radoslav Kolev Angelov uciekli we wtorek po południu z centralnego więzienia w Sofii – poinformowało bułgarskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych; obaj uciekinierzy mają wieloletnie wyroki za zabójstwa. Podczas ucieczki posługiwali się bronią.

Według policji ucieczka była dobrze zorganizowana; przestępcy dysponowali bronią, którą przekazano im z zewnątrz. Napadli na strażników więziennych i uciekli na ulicę, gdzie czekał na nich samochód. Jeden z uciekinierów odbywał wyrok: 32 lata więzienia za rabunek, uprowadzenie ludzi i za zabójstwo dwóch policjantów. Drugi więzień był skazany na 26 lat pozbawienia wolności za zabójstwo 15-letniej dziewczyny.

Wyjątkowo niebezpieczni

Resort podkreśla, że obaj są wyjątkowo niebezpieczni. MSW radzi ludziom, którzy zobaczą zbiegów, by nie próbowali ich zatrzymać, lecz natychmiast informowali policję.

Sekretarz główny MSW Bułgarii Mładen Marinow w wywiadzie telewizyjnym podkreślił, że sofijskie więzienie znajduje się praktycznie w centrum stolicy na ruchliwej ulicy, co uniemożliwiło policjantom użycie broni w celu udaremnienia ucieczki więźniom. Policja poszukuje zbiegów i docieka od ich krewnych wszelkich dostępnych informacji, które mogą pomóc w sprawie.
Źródło info i foto: TVP.info

Pisz: Właściciel kantoru próbował powstrzymać złodziei. „Strzelałem do bandytów ale mi uciekli”

Kilkadziesiąt sekund – tyle wystarczyło trzem zamaskowanym bandytom, którzy w piątek o 17.00 obrabowali kantor w Piszu. – Strzelałem do nich, ale uciekli – mówi właściciel kantoru Mieczysław Skrzatek (55, l.), który stracił znaczną sumę pieniędzy.

To był precyzyjnie zaplanowany napad. Na zdjęciach z monitoringu widać, jak do kantoru przy ul. Rybac- kiej w Piszu zbliża się wysoki szczupły mężczyzna w krótkiej czerwonej kurtce i granatowych dżinsach. Twarz skrywa za białą maską, jakby przeszkadzał mu smog. Ale to tylko bandycki kamuflaż.

– Nie zwróciłem na niego uwagi – mówi pan Mieczysław. – W samochodzie już czekała na mnie córka. Gdy próbowałem wsiąść, on rzucił się na mnie i wyrwał mi z rąk plecak z gotówką. Dużo tego było – funty, dolary, euro…

Bandyta wskoczył do niebieskiego passata, w którym czekali jego wspólnicy. Ruszyli z piskiem opon. Chcąc ich zatrzymać, właściciel kantoru użył broni. – Oddałem kilka strzałów, ale uciekli – mówi. Policja natychmiast zablokowała okoliczne drogi. Nadaremno. Po kilku godzinach odnalazła jedynie uszkodzony samochód bandytów.
Źródło info i foto: se.pl

Berlin: Uciekinierzy z więzienia znów są za kratami

Czterech więźniów, którzy zbiegli pod koniec grudnia z zakładu karnego Ploetzensee w Berlinie, znajduje się znów za kratkami – podał w niedzielę dziennik „Berliner Morgenzeitung”, powołując się na ministerstwo sprawiedliwości kraju związkowego Berlin. Czterej mężczyźni w wieku od 27 do 38 lat odsiadujący kary więzienia za kradzieże i włamania uciekli 28 grudnia z zakładu karnego JVA Ploetzensee przez kanał wentylacyjny, wybijając za pomocą młota i szlifierki dziurę w ścianie kotłowni.

Początkowo nikt nie zauważył ich nieobecności, chociaż ucieczkę zarejestrowały kamery zainstalowane na terenie więzienia. Trzech uciekinierów powróciło po kilku dniach dobrowolnie do zakładu karnego.

Czwarty mężczyzna został zatrzymany w piątek wieczorem w Berlinie po nieudanej próbie kradzieży kieszonkowej. W chwili zatrzymania poszukiwany złodziej miał obie ręce w gipsie. Policja przypuszcza, że złamania powstały podczas ucieczki z więzienia. Zdziwienie policjantów wywołał fakt, że w takim stanie próbował dokonać kradzieży.

Nie poniosą odpowiedzialności za ucieczkę

„Berliner Morgenpost” podkreśla, że niemieckie przepisy nie przewidują żadnych kar za ucieczkę z więzienia. Uciekinierzy będą natomiast musieli odpowiedzieć za uszkodzenie rzeczy i kradzież młotka oraz szlifierki.

Spektakularna ucieczka, nadająca się zdaniem redakcji na scenariusz filmowy, nie była w końcu zeszłego roku jedynym incydentem stawiającym w niekorzystnym świetle berliński wymiar sprawiedliwości.

Pięciu innych więźniów odbywających kary w systemie otwartym, co oznacza konieczność nocowania w zakładzie karnym i swobodę poruszania się w dzień, nie wróciło w regulaminowym czasie do więzienia. Z tej grupy dwie osoby są nadal poszukiwane. Policja uspokaja, że ścigani nie są niebezpiecznymi przestępcami.

Czarne chmury nad regionalnym ministrem

Opozycyjna w Izbie Deputowanych Berlina CDU domaga się dymisji regionalnego ministra sprawiedliwości Dirka Behrendta (Zieloni). W latach 2006-2016 odnotowano tylko sześć ucieczek z więzień w stolicy Niemiec. Behrendt obiecał wyjaśnienie wszystkich okoliczności, odmówił jednak ustąpienia ze stanowiska.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Berlin: Plaga ucieczek z więzienia

Z zakładu karnego Ploetzensee w Berlinie uciekło w poniedziałek dwóch więźniów. W zeszłym tygodniu z tego samego więzienia zbiegło czterech przestępców, których mimo pościgu do tej pory nie schwytano. Dyrektor placówki dowiedział się o zajściu z prasy. Dwaj mężczyźni w wieku 44 i 21 lat uciekli w nocy z niedzieli na poniedziałek przez okno w celi, z którego wyrwali kraty – pisze gazeta „Bild”, która jako pierwsza poinformowała o wydarzeniu.

Jeden z uciekinierów zrezygnował z pozostania na wolności i sam powrócił do aresztu.

Jak twierdzi redakcja, minister sprawiedliwości Berlina Dirk Behrendt z partii Zieloni dowiedział się o ucieczce z „Bilda”.

Rzecznik ministerstwa Sebastian Brux nazwał ucieczkę „poronionym pomysłem”. Obaj więźniowie odbywali karę w systemie otwartym – za dnia przebywali na wolności, a do celi wracali tylko na noc.

Starszy z więźniów – Saldiray D. miał w połowie lutego wyjść na wolność, młodszemu Domenique’owi B. kara kończyła się w marcu.

W zeszły czwartek z zakładu karnego Ploetzensee zbiegło czterech więźniów odsiadujących kary za kradzieże i włamania. Mężczyźni w wieku od 27 do 38 lat przedostali się niepostrzeżenie do kotłowni, a następnie wybili za pomocą młota i szlifierki dziurę w ścianie, przez którą uciekli. Nikt nie zauważył, gdy przeczołgiwali się pod murem z drutu kolczastego.

Dwóch innych więźniów nie wróciło w zeszłym tygodniu z przepustek.

Opozycyjna CDU domaga się dymisji ministra sprawiedliwości. W latach 2006-2016 odnotowano tylko sześć ucieczek z więzień w Berlinie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Wąglik w ciele jednego z północnokoreańskich żołnierzy

​W ciele jednego z północnokoreańskich żołnierzy, którzy w 2017 roku uciekli do Korei Południowej, znaleziono przeciwciała wąglika – podaje agencja UPI, powołując się na koreańską telewizję. Może to sugerować, że reżim dysponuje groźnymi bakteriami.

Władze Korei Południowej wskazują, że żołnierz musiał albo mieć kontakt z bakteriami wąglika, albo był szczepiony na ewentualną chorobę.

Wąglik jest bardzo groźny dla człowieka. Szacuje się, że choroba może zabić nawet 80 proc. zarażonych w zaledwie 2-3 dni. Leczenie odbywa się za pomocą antybiotyków. Wśród objaw choroby są m.in. gorączka, bóle brzucha i czarne krosty na skórze.

Jeżeli Korea Północna posiada wąglika, to są ta bardzo zła informacja dla Seulu. Tamtejsze wojsko wciąż bowiem nie posiada szczepionki na chorobę.

W ostatnich latach pojawiały się doniesienia, że reżim Kim Dzong Una stara zdobyć się broń biologiczną lub chemiczną. W 2015 roku opublikowano podejrzane zdjęcia z wizyty północnokoreańskiego przywódcy w Instytucie Biotechnologii w Pjongjangu. Oficjalnie placówka miała zajmować się produkcją pestycydów, jednak według ekspertów maszyny mogą służyć do produkcji broni chemicznej.

Korea Północna prawdopodobnie już teraz dysponuje „zakazaną bronią”. W lutym w Malezji zamordowany został Kim Dzong Nam, brat obecnego dyktatora. Dwie kobiety prysnęły mu twarz tajemniczą substancją. Okazało się, że to trucizna VX. O zamach podejrzewa się rząd w Pjongjangu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Niemcy: Policja przestała ścigać polskich rodziców, którzy zabrali dziecko ze szpitala wbrew decyzji Jugendamtu

– Niemiecka policja zaprzestała poszukiwań polskich rodziców, którzy wbrew decyzji Jugendamtu zabrali ze szpitala w Krefeld swoje dwudniowe dziecko i uciekli z nim. Prokuratura nie uznała tego czynu za karalny – powiedziała rzeczniczka policji w Krefeld w Nadrenii Północnej-Westfalii na zachodzie Niemiec. Ale to nie koniec kłopotów. Wcześniej Jugendamt podjął decyzję o objęciu dziecka opieką.

– Jeżeli jednak sąd potwierdzi pisemnie przekazanie prawa do opieki nad dzieckiem Jugendamtowi, będziemy musieli rozpocząć poszukiwania dziecka, ponieważ to urząd do spraw młodzieży ma w tym przypadku wyłączne prawo do decydowania o jego miejscu pobytu – wyjaśniła w poniedziałek Karin Kretzer rzeczniczka policji w Krefeld w Nadrenii Północnej-Westfalii na zachodzie Niemiec

Zabrali dwudniowe dziecko z oddziału

Rodzice – 18-letnia matka i 24-letni ojciec – zabrali w czwartek wieczorem dwudniowego noworodka z kliniki w Krefeld.

Jugendamt podjął wcześniej decyzję o objęciu dziecka opieką. Z komunikatu policji wynika, że ze względu na sytuację rodzinną nie można było wykluczyć powstania zagrożenia dla zdrowia dziecka. Ze względu na ochronę danych Jugendamt nie podał konkretnych powodów podjęcia takiej decyzji.

Rodzice zostali poinformowani o decyzji, która oznacza, że nie wolno im było zabrać dziecka bez zgody urzędników.

Niemiecka policja: ukryli się w Polsce

Niemiecka policja przypuszcza, że rodzice ukryli się w Polsce. Rzeczniczka policji w Krefeld powiedziała, że strona niemiecka nie kontaktowała się jeszcze z polskimi władzami.

Jugendamty powstały w latach 20. XX wieku jako instytucja opiekująca się trudną młodzieżą, zdeprawowaną w wyniku wojny. Po dojściu do władzy w 1933 roku naziści włączyli sieć tych placówek do swojego systemu wychowawczego. Obecnie działalność urzędów do spraw młodzieży znajduje się w gestii niemieckich krajów związkowych (landów).

W zeszłym roku Jugendamty zabrały rodzicom ze względu na zagrożenie życia lub zdrowia blisko 85 tys. dzieci. Pracownicy urzędów krytykowani są z jednej strony za opieszałość i brak zdecydowania, gdy dochodzi do znęcania się, a nawet śmierci dzieci. Z drugiej zaś strony za urzędy te krytykowane są za zbyt pospieszne ingerowanie w życie rodzin.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Atak na policjantów w Łodzi

Grupa zamaskowanych mężczyzn napadła w poniedziałek wieczorem na policjantów. Jeden z funkcjonariuszy oddał kilka strzałów ostrzegawczych. Mężczyźni uciekli, trwają ich poszukiwania. Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie czynnej napaści na funkcjonariusza policji.

Jak wyjaśniła PAP rzeczniczka łódzkiej policji Joanna Kącka, w poniedziałek wieczorem funkcjonariusze zajmujący się zwalczaniem przestępczości pseudokibiców prowadzili działania na terenie dzielnicy Górna. Kiedy nieoznakowany radiowóz jechał ulicą Paderewskiego zrównał się z nim cywilny mercedes, w którym policjanci zauważyli kilku zamaskowanych mężczyzn (w kominiarkach). Okazali legitymacje policyjne i nakazali zatrzymać się.

Mercedes zwolnił, a następnie uderzył w tył radiowozu. Kierujący policjant stracił panowanie nad pojazdem, auto uderzyło w słup oświetleniowy i zostało unieruchomione. Z radiowozu zdołał wyjść jeden z trzech policjantów, który zobaczył kilku zamaskowanych napastników idących w ich stronę z niebezpiecznymi narzędziami w rękach. Według nieoficjalnych informacji, były to kije bejsbolowe i siekiery.

„Funkcjonariusz wzywał ich do odrzucenia tych narzędzi, informując, że mają do czynienia z policjantami. Kiedy to nie poskutkowało oddał kilka strzałów ostrzegawczych, po których napastnicy rozbiegli się, porzucając pojazd” – wyjaśniła Kącka.

Dodała, że cały czas trwają poszukiwania napastników. Zabezpieczono różne przedmioty i zatrzymano do wyjaśnienia jedną osobę, która może mieć związek z tym zdarzeniem. Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie czynnej napaści na funkcjonariusza policji.

Napastnikom grozi kara do 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: interia.pl