Felicien Kabuga zatrzymany pod Paryżem. Jest oskarżany o udział w ludobójstwie w Rwandzie

Francuska żandarmeria zatrzymała oskarżanego o udział w ludobójstwie w Rwandzie Feliciena Kabugę. Resort sprawiedliwości poinformował, że mężczyzna został ujęty w rejonie Paryża. 84-letni Felicien Kabuga, przez 25 lat ścigany przez międzynarodowy wymiar sprawiedliwości, mieszkał pod fałszywym nazwiskiem w Asnieres-Sur-Seine niedaleko Paryża. Kabuga posługiwał się fałszywą tożsamością. Był najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Rwandzie, wyznaczono za nim 5 mln dolarów nagrody.

Kabuga jest oskarżony o udział w ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku. W wyniku operacji, którą miał finansować. Po masakrze ukrywał się m.in. w Niemczech, Belgii, Niemczech, Belgii, Demokratycznej Republice Konga, Kenii i Szwajcarii.

Konflikt w Rwandzie wybuchł w kwietniu 1994 r. Został zapoczątkowany przez zestrzelenie samolotu, w którym zginął prezydent Juvenal Habyarimana. Plemię Hutu oskarżyło o to Tutsi. Następnie bojówki Hutu zamordowały premier Agathe Uwilingiyimana oraz jej męża. W kolejnych miesiącach podczas łapanek paramilitarne grupy mordowały napotkanych Tutsi. W ciągu 100 dni zginęło od 800 tys. do ponad miliona ludzi.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

33-latek groził wysadzeniem budynku. Mężczyzna trafił do aresztu

33-letni mężczyzna groził, że popełni samobójstwo, wysadzając swój dom. „W pokoju, w którym przebywał, miał dwie butle gazowe, które w trakcie całego zdarzenia odkręcał” – poinformowała w niedzielę lubelska policja. Mężczyzna trafił do tymczasowego aresztu.

„Mężczyzna usłyszał zarzuty dotyczące sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób i mieniu w wielkich rozmiarach. Odpowie również za znieważenie funkcjonariuszy oraz zmuszanie policjantów do zaniechania prawnej czynności służbowej” – poinformowała oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Białej Podlaskiej podkom. Barbara Salczyńska-Pyrchla.

Sprawa dotyczy interwencji, jaką przeprowadzili policjanci we wtorek w jednej z miejscowości w gminie Biała Podlaska. Na policję zadzwoniła kobieta i zgłosiła, że znajdujący się pod wpływem alkoholu mąż grozi popełnieniem samobójstwa przez wysadzenie domu przy użyciu butli gazowych.

Na miejsce przybyli policjanci razem z policyjnymi negocjatorami, którzy prowadzili rozmowy z zamkniętym w domu 33-latkiem. „W pokoju, w którym przebywał, miał dwie butle gazowe, które w trakcie całego zdarzenia odkręcał. Dodatkowo mężczyzna wystawił butlę na parapet okna, by pokazać realizację swoich planów. Krzyczał również, że wysadzi cały dom w powietrze” – dodała rzeczniczka.

Poszczuli policjantów psami

Mężczyzna został zatrzymany. Policjanci ustalili, że w domu, w innym pomieszczeniu, była jeszcze jedna butla z gazem.

Jak dodała policjantka, jeszcze w trakcie interwencji na teren posesji weszli znajomi mężczyzny i wypuścili należące do niego psy. Wspólnie z 33-latkiem szczuli nimi policjantów. „W trakcie zdarzenia 33-latek znieważył również mundurowych. Zmuszał też policjantów do odstąpienia od czynności służbowych” – zaznaczyła Salczyńska-Pyrchla.

Sąd Rejonowy w Białej Podlaskiej zdecydował o tymczasowym aresztowaniu 33-latka. Za zarzucane mu czyny grozi kara do ośmiu lat więzienia.

Zarzuty dotyczące utrudniania działania funkcjonariuszy usłyszał też 27-letni mieszkaniec Białej Podlaskiej, który w trakcie interwencji wszedł na teren posesji. Wobec niego prokurator zastosował środek zapobiegawczy w postaci dozoru policji.
Źródło info i foto: interia.pl

Czteroosobowa rodzina zginęła w pożarze. Po 12 latach zatrzymano dwóch mężczyzn podejrzanych o zabójstwo

Dwóch mężczyzn usłyszało zarzuty zabójstwa po pożarze, do którego doszło we Wrocławiu w 2007 roku. W płomieniach zginęła czteroosobowa rodzina.

W nocy z 23 na 24 lutego 2007 roku w czteropiętrowej kamienicy przy ulicy Świętego Wincentego we Wrocławiu doszło do pożaru. W płomieniach zginęły cztery osoby: małżeństwo i ich dwóch synów. Jak podkreślały służby, życie i zdrowie pozostałych mieszkańców budynku także było zagrożone.

– Po przyjeździe na miejsce zdarzenia mieszkanie i klatka schodowa były w płomieniach. Tych czterech osób nie dało się już uratować – relacjonował wtedy Ryszard Wierzbowski, ówczesny rzecznik wrocławskiej straży pożarnej.

– Z zebranych wówczas materiałów wynikało, że do tragedii mogło dojść poprzez nieumyślne spowodowanie pożaru. Sprawa została umorzona – przekazuje Iwona Jurkiewicz, rzecznik Centralnego Biura Śledczego Policji. Akta sprawy zostały zniszczone w kwietniu 2014 roku.

Jednak w trakcie rozpracowywania działalności jednego z dolnośląskich gangów śledczy trafili na nowe wątki, które pomogły rozwiązać tajemnicę tragicznego pożaru.

„W toku postępowania prokurator (….) ustalił, że sprawca pod osłoną nocy oblał benzyną drzwi wejściowe do jednego z mieszkań, w którym znajdowali się pokrzywdzeni. Wlał przy tym benzynę przez szparę w drzwiach do wnętrza lokalu, a następnie podpalił drzwi wejściowe odcinając drogę ucieczki śpiącym mieszkańcom” – czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej.

Prokuratura: działali jak włoska mafia

Na podstawie zgromadzonych dowodów – między innymi zeznań nowych świadków – jeszcze pod koniec listopada 2019 roku policjanci zatrzymali 33-latka. W grudniu z jednego z zakładów karnych do prokuratury doprowadzono drugiego, 37-letniego, mężczyznę, który zdaniem śledczych był zleceniodawcą. Przyczyną dramatu – jak ustalono – mogły być porachunki.

Podejrzanym przedstawiono zarzuty zabójstwa czterech osób w wyniku umyślnego podpalenia mieszkania, a także spowodowania zagrożenia dla życia i zdrowia pozostałych mieszkańców kamienicy. Mężczyznom zarzucono również udział w obrocie „znacznymi ilościami heroiny”. Decyzją sądu zostali tymczasowo aresztowani. Grozi im dożywocie.

Prokuratura Krajowa w swoim komunikacie podkreśla, że sposób działania sprawców był zbliżony do działania członków neapolitańskiej mafii „opisanej w książce Roberto Saviano pod tytułem „Gomorra” „.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Poznańscy policjanci zatrzymani a udział w grupie przestępczej

Pięciu funkcjonariuszy z Poznania zatrzymanych za udział w grupie przestępczej – informuje Radio ZET. Dwóch z nich zostało już aresztowanych na trzy miesiące. Chodzi o handel danymi poszkodowanych w wypadkach. Policjanci przekazywali te informacje firmom walczącym o odszkodowania. Według ustaleń Radia ZET cały proceder wymyślił emerytowany dziś funkcjonariusz. Po odejściu ze służby dogadał się z kolegami, by ci dostarczali mu dane ofiar z wypadków.

Agenci, którzy oferowali poszkodowanym w wypadkach szybkie odszkodowanie, dostawali prowizję. Tymczasowy areszt został zastosowany wobec dwóch emerytowanych policjantów.

Rzecznik prasowy wielkopolskiej policji Andrzej Borowiak potwierdził PAP, że olsztyńska prokuratura zawiadomiła szefa wielkopolskiej policji o tym, że w ramach prowadzonego postępowania zostali zatrzymani trzej policjanci i dwaj byli funkcjonariusze garnizonu wielkopolskiego. Byli funkcjonariusze zostali tymczasowo aresztowani, policjanci w czynnej służbie zostali, decyzją komendanta odsunięci od wykonywanych obowiązków i zawieszeni w czynnościach – podał.

Borowiak nie informował, w których jednostkach służą zawieszeni policjanci.

Według informatora Radia Zet niewykluczone są kolejne zatrzymania.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

USA: Oskarżony o pedofilię gwiazdor R. Kelly chciał przekupić brata, by wziął winę na siebie

Na światło dzienne wychodzą nowe szczegóły afery pedofilskiej z udziałem R. Kelly’ego. Brat amerykańskiego piosenkarza opowiedział, że gwiazdor próbował przekupić go, by wziął na siebie udział w filmie pornograficznym z udziałem dziecka. 27-minutowe nagranie, na którym piosenkarz muzyki soul uprawia seks z nieletnią dziewczynką, jest jednym z dowodów w sprawie przeciwko Kelly’emu. Film pochodzi z 2002 r.

W nowym dokumencie brat upadłego gwiazdora Carey Kelly opowiedział, że był przez niego namawiany, by przyznał się, iż to on jest bohaterem filmu. – Prosił mnie: musisz powiedzieć, że to byłeś ty (na nagraniu) – opowiadał Carey.

– Powtarzał: człowieku, kupię ci samochód, załatwię ci umowę z wytwórnią płytową, dam ci 50 tys. dolarów. Odpowiedziałem mu: posłuchaj, nie masz wystarczająco dużo pieniędzy, żeby mnie namówić, bo nic nie jest warte tego, żebym sprzedał moją duszę – mówił brat podejrzanego o pedofilię artysty.

R. Kelly, który śpiewał m.in. znaną na całym świecie piosenkę „I believe I can fly”, od blisko 20 lat oskarżany jest o napaści seksualne i gwałty na nieletnich, ale dotychczas nigdy nie został skazany. Media wskazują, że pobłażliwość wymiaru sprawiedliwości najpewniej zawdzięczał przekupywaniu rodzin ofiar, by wycofywały zarzuty.

W 2018 r. po procesie dotyczącym nagrań wideo aktów seksualnych między nim a 14-latką został uniewinniony. Ostatni akt oskarżenia dotyczy m. in. zatrudniania nieletnich dziewcząt do działalności seksualnej i tworzenia dziecięcej pornografii.
Źródło info i foto: TVP.info

Wielka Brytania: Pięciu aresztowanych za przygotowanie zamachu terrorystycznego

Pięć osób aresztowali brytyjscy antyterroryści w skoordynowanej operacji przeprowadzonej w Londynie, Manchesterze i Peterborough. Zatrzymani mieli brać udział w przygotowaniach do przeprowadzenia zamachu terrorystycznego.

Zatrzymania, których dokonano w północnej części Londynu, w Manchesterze oraz Peterborough, były częścią zaplanowanej wcześniej operacji i nie miały związku ani z zamachem na London Bridge 29 listopada, ani ze zbliżającym się Sylwestrem – poinformowała brytyjska policja. „Funkcjonariusze wydziału antyterrorystycznego komendy policji Wielkiego Londynu wraz z kolegami z północno-zachodniej i ze wschodniej Anglii zatrzymali pięciu mężczyzn w związku z podejrzeniem o działalność terrorystyczną. „Zatrzymań dokonano 30 grudnia rano, cała piątka pozostaje w rękach policji” – czytamy w wydanym w tej sprawie przez Metropolitan Police komunikacie.

Zarzut udziału w przygotowaniach do popełnienia aktu terroru dotyczy czterech spośród zatrzymanych: 21-latka z Manchesteru, 19-latka z Peterborough oraz dwóch mężczyzn z Londynu, w wieku 22 i 23 lat. Piątemu zatrzymanemu, również 19-latkowi z Peterborough, przedstawiono zarzut nakłaniania do terroryzmu.
Źródło info i foto: TVP.info

Bossowie „Pruszkowa” wyjdą na wolność za kaucje od 150 do 400 tys. zł

Bossowie mafii pruszkowskiej: Andrzej Z. ps. Słowik, Leszek D. ps. Wańka oraz Janusz P. Parasol, oskarżeni m.in. o udział w wyłudzeniach VAT, rozboje czy handel narkotykami mogą opuścić areszty po wpłaceniu poręczeń majątkowych – dowiedział się portal tvp.info. „Słowik” musi zapłacić – 400 tys. zł, „Wańka” – 200 tys. zł, a „Parasol” – 120 tys. zł. Przed stołecznym sądem okręgowym ma się toczyć proces 50 osób oskarżonych w sprawie wyłudzeń VAT na fikcyjnym eksporcie produktów spożywczych, przez co Skarb Państwa stracił blisko 193 mln zł.

Z ustaleń portalu tvp.info wynika, że na specjalnym posiedzeniu sądu 8 listopada, rozpoznawano wnioski oskarżonych m.in. o uchylenie aresztu. – Sąd Okręgowy w Warszawie uchylił tymczasowe aresztowanie wobec oskarżonych: Jerzego W., Sławomira F. i Filipa F. Sąd wydał również postanowienia o możliwości zmiany środka zapobiegawczego z tymczasowego aresztowania na poręczenie majątkowe – po uiszczeniu określonej kwoty poręczenia wobec następujących oskarżonych: Janusza P., Andrzeja Z., Leszka D., Krzysztofa O. i Sebastiana W. Do chwili obecnej poręczenia majątkowe nie zostały wpłacone – poinformował we wtorek zespół prasowy Sądu Okręgowego w Warszawie.

Jak ustalił portal tvp.info Andrzej Z. ps. Słowik musi wpłacić 400 tys. zł, Leszek D. ps. Wańka – 200 tys. zł, Janusz P. ps. Parasol – 120 tys. zł, Krzysztof O. ps. Kręcony – 150 tys. zł, a domniemany szef „vatsterów” – Sławomir W. – 400 tys. zł. Można zakładać, że rodziny, a przede wszystkim kompanii gangsterów zrobią wszystko, aby odzyskali oni wolność.

Trzej bossowie zostali zatrzymani razem z 11 znanymi gangsterami „Pruszkowa” pod koniec stycznia 2017 r. przez funkcjonariuszy CBŚP. Okazało się, że po opuszczeniu więzień nie przeszli na emeryturę, ale poszerzyli działalności o wyłudzenia VAT i nie inne oszustwa gospodarcze. „Pruszków” miał chronić także gang Sebastiana W., specjalizujący się w fikcyjnym eksporcie towarów spożywczych. Na działalności tej grupy Skarb Państwa stracił blisko 193 mln zł. Sprawa miała być początkowo osądzona we Szczecinie, później w Świdnicy, ale w końcu trafiła do Sądu Okręgowego w Warszawie.

Pod „pruszkowskim” parasolem

Liczący 2222 strony akt oskarżenia autorstwa śledczego Prokuratury Regionalnej w Szczecinie objął 50 oskarżonych, w tym wspomnianych wcześniej członków tzw. zarządu mafii pruszkowskiej. Materiał dowodowy w sprawie to ponad 300 tomów akt głównych oraz ponad 400 tomów załączników.

Śledczy ze Szczecina uznali, że sprawa dotyczy dwóch grup przestępczych. Pierwsza, kierowana przez Sławomira W. działała od lutego 2012 r. do 30 stycznia 2017 r. Zajmowała się wyłudzaniem podatku VAT na fikcyjnej sprzedaży artykułów spożywczych, w tym kawy, oraz praniem nielegalnie zarobionych pieniędzy. Skarb Państwa stracił na działalności gangu blisko 193 mln zł.

Z grupą tą, zdaniem śledczych, związali się w 2013 r. „Słowik” i „Wańka”. – Ich rola polegała na zapewnianiu inwestowania środków pieniężnych w funkcjonowanie tej grupy, zapewnianiu ochrony interesów majątkowych grupy, w tym związanych z rozliczeniami na tle konfliktów z innymi grupami przestępczymi. Jak ustalono, w trakcie działalności tej grupy, w zamiarze wyegzekwowania kwoty 1,5 mln zł pochodzących z działalności prowadzonej przez konkurencyjnej grupy przestępczej doszło do wymuszenia rozbójniczego, w wyniku którego przejęto dwa transporty kremu Nutella o wartości ok. 600 tys. zł – poinformowała Prokuratura Regionalna w Szczecinie po skierowaniu akt oskarżenia w listopadzie 2018 r.

Powrót do przeszłości

Druga grupa przestępcza, rozpracowana przez szczecińskich śledczych, to już typowa gangsterska ekipa, na czele której miał stać Andrzej Z. ps. Słowik. W skład grupy kierowanej przez Andrzeja Z. wchodzili m.in. Leszek D. ps. Wańka, Janusz P. ps. Parasol, Krzysztof K. ps. Kręcony, Artur R. ps. Pinokio, Adam K. ps. Młody Wańka czy Sebastian F. ps. Farba. Do ekipy tej należeli byli członkowie kilku stołecznych gangów poza „Pruszkowem”, m.in. grupy ożarowskiej i „mokotowskiej”.

Według prokuratury nowy gang „Słowika” działał od września 2014 r. do września 2018 r. Przez kilkanaście ostatnich miesięcy boss kierował nim zza krat. M.in. pryz pomocy swojej konkubiny. Gang miał zajmować się przestępstwami gospodarczymi, oszustwami podatkowymi, rozbojami, handlem narkotykami czy podrabianiem dokumentów. W 2016 r. grupa ta zrabowała kilkadziesiąt kilogramów bursztynu o wartości 440 tys. zł, ukradła także dwóm kolekcjonerom zegarki o łącznej wartości ponad miliona złotych (w tym Patek Philippe ref. 530 wart 700 tys. zł). Śledczy zarzucają także gangsterom usiłowanie wymuszenia milionowego haraczu i handel kokainą o wartości 190 tys. zł.

Andrzej Z. i jego kompani zajmowali się także rozstrzyganiem sporów między gangami ze Szczecina.

Najsłabsze ogniwo

Na trop pruszkowskich gangsterów, wpadli funkcjonariusze CBŚP i prokuratorzy ze Szczecina, rozpracowując grupę, która wyłudzała podatek VAT. W lipcu 2016 r. policjanci CBŚP ze Szczecina wraz z lokalnym Urzędem Kontroli Skarbowej zatrzymali 15 osób. Śledczy z zachodniopomorskiej prokuratury regionalnej ustalili, że grupa działała co najmniej od dwóch lat. Jej organizatorzy kontrolowali kilkanaście spółek w Polsce i krajach Unii Europejskiej. Przedsiębiorstwa te uczestniczyły w fikcyjnych transakcjach, w tym dostawach wewnątrz Wspólnoty, które umożliwiały grupie przestępczej przejęcie bądź wyłudzenie zwrotu podatku VAT. Wówczas to straty skarbu państwa szacowano na ok. 20 mln zł.

W trakcie śledztwa okazało się, że na ternie Szczecina i Wrocławia działa konkurencyjna grupa przestępcza do tej rozbitej w lipcu. Na jej czele miał stać Sebastian W., który porozumiał się z gangiem pruszkowskim w sprawie ochrony swoich interesów. Okazało się, że w latach 2013-2017 grupa wyłudziła dziesiątki milionów zł na fikcyjnym eksporcie produktów spożywczych, głównie kawy mielonej.

Według niepotwierdzonych informacji „pruszkowiaków” pogrążył jeden z młodszych gangsterów, zajmujący się m.in., wyłudzeniami pieniędzy z kart kredytowych i oszustwami gospodarczymi. Grupa miała zacząć działać z pełnym rozmachem, w 2013 r., gdy więzienie opuścił Andrzej Z. ps. Słowik. Gangster twierdził wówczas, że chce się skoncentrować na życiu rodzinnym i zerwać z kryminalną przeszłością.

Konsorcjum zbrodni

Gang pruszkowski powstał pod koniec lat 80. i przez dekadę był największą polską zorganizowaną grupą przestępczą. Zarabiał miliony na handlu narkotykami, napadach oraz na zbieraniu haraczy oraz „opłat licencyjnych” od innych grup przestępczych w całej Polsce. W latach 1994-1998 „Pruszków” toczył krwawą wojnę z gangiem ząbkowsko-praskim (zwanym mylnie „Wołominem) o prymat w półświatku. W porachunkach zginęło lub zniknęło bez śladu kilkadziesiąt osób. Przestępcy dokonywali egzekucji w biały dzień, nierzadko sięgali po materiały wybuchowe.

Gang stworzony był na wzór amerykańskiej mafii. Zarządzał nim sześcioosobowy zarząd: Andrzej Z. ps. Słowik, Leszek D. ps. Wańka, Mirosława D. ps. Malizna, Ryszard Sz. ps. Kajtek, Zygmunt R. ps. Bolo oraz Janusz P. ps. Parasol. Podlegali im kapitanowie, tacy jak Jarosław S. ps. Masa czy Marcin B. ps. Bryndziak, Sławomir F. ps. Fabian. Ci z kolei mając swoje grupy kierowali licznymi podgrupami. W sumie w skład bandy wchodziło kilkaset osób w całej Polsce.

Początkiem końca grupy było zabójstwo, w grudniu 1999 r., Andrzeja Kolikowskiego ps. Pershing, jednego z bossów „Pruszkowa”. W 2000 r., Jarosław Sokołowski ps. Masa został świadkiem koronnym i w wakacje tego roku policja uderzyła w gang, zatrzymując większość kierownictwa grupy. Od tego momentu „Pruszków” nie odbudował już swojej potęgi z lat 90. Większość młodszych, byłych pruszkowskich gangsterów związała się z innymi grupami przestępczymi. Przed warszawskim sądem okręgowym toczy się od 2006 r. (po osądzeniu i apelacji, sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia) proces tzw. małego „Pruszkowa”, w której oskarżonymi się tzw. kapitanowie podwarszawskiej mafii.
Źródło info i foto:TVP.info

Zatrzymani za czerpanie korzyści z prostytucji

Policjanci z wydziału kryminalnego katowickiej komendy wojewódzkiej zatrzymali kolejne osoby biorące udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Trzej mieszkańcy województwa śląskiego pracowali jako kierowcy w klubie nocnym, czerpiąc korzyści z nierządu – jeden z nich był taksówkarzem. Sprawa nadal traktowana jest jako rozwojowa.

Policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach, w tym śledczy z zespołu zajmującego się zwalczaniem handlu ludźmi, pracowali nad sprawą od ponad roku. Kompletowali i weryfikowali kolejne informacje oraz dowody na przestępcze działanie grupy, której członkowie czerpali korzyści majątkowe z prostytucji.

W kwietniu tego roku opisywaliśmy zatrzymanie pierwszych podejrzanych w tej sprawie – m.in. pary, która prowadziła klub nocny, gdzie pracowały kobiety zajmujące się prostytucją. Czwórka zatrzymanych wówczas osób nadal przebywa w areszcie tymczasowym.

W wyniku dalszych ustaleń i analizy zebranego materiału dowodowego śledczy zatrzymali teraz kolejnych członków tej grupy – 38-letniego taksówkarza oraz dwóch kierowców w wieku 37 i 52 lat zatrudnionych w klubie. Najmłodszy z nich przebywa aktualnie w zakładzie karnym, gdzie odsiaduje wyrok za inne przestępstwo. Oprócz udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, przestawiono im również zarzut czerpania korzyści majątkowej z cudzego nierządu, za co grozi kara do 5 lat więzienia. Wobec 38 i 52-latka prokurator zastosował środki zapobiegawcze w postaci dozoru policyjnego i poręczenia majątkowego.

W całej sprawie na poczet przyszłych kar i grzywien śledczy zabezpieczyli drogie zegarki, gotówkę oraz nieruchomości za ponad 1 mln zł, które mogły pochodzić z przestępczego procederu.

Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Katowicach nadal uważane jest jako rozwojowe.
Źródło info i foto: Policja.pl

Wypadek z udziałem byłej premier Beaty Szydło. Nie da się odzyskać nagrania z uszkodzonej płyty

Nie da się odzyskać danych z uszkodzonej płyty będącej dowodem w sprawie wypadku rządowej kolumny Beaty Szydło, do którego doszło w lutym 2017 roku w Oświęcimiu – poinformowali sąd eksperci z Biura Ekspertyz Sądowych z Lublina, którzy zbadali płytę. Znajdowały się na niej nagrania z monitoringu dokumentujące przejazd kolumny ówczesnej szefowej rządu. Jak dowiedziała się reporterka TVN24, Biuro Ekspertyz Sądowych z Lublina zbadało uszkodzoną płytę z nagraniem z monitoringu i przekazało wnioski do sądu w Oświęcimiu. Eksperci stwierdzili, że dane zostały utracone bezpowrotnie. Uszkodzenie płyty było mechaniczne.

Eksperci stwierdzili, że dane zostały utracone bezpowrotnie. Uszkodzenie płyty było mechaniczne.

Prokurator twierdzi, że „dowód nie ma żadnego znaczenia”

Prokurator okręgowy z Krakowa Rafał Babiński powiedział, że „od początku było wiadomo, że ten dowód nie ma żadnego znaczenia dla dalszego sprawy, bo to nagranie nie obejmuje miejsca zdarzenia przejazdu kolumny”.

– To jest nagranie z budynku, który znajduje się kilkaset metrów od miejsca zdarzenia, ale obok, na równoległej ulicy – stwierdził prokurator.

Obrońca tłumaczy, że „prawdopodobnie utraciliśmy możliwość ustalenia bezpośredniego świadka”

Władysław Pociej, obrońca Sebastiana Kościelnika, kierowcy seicento uczestniczącego w wypadku z limuzyną z kolumny rządowej ówczesnej premier ocenił, że „jest wysoce prawdopodobne, jeśli nie graniczące z pewnością, że na tym nagraniu musiał być zarejestrowany samochód, który zatrzymał się bezpośrednio za Sebastianem tuż przed wypadkiem, a później na polecenie funkcjonariuszy ówczesnego BOR został przekierowany do natychmiastowego odjazdu w ulicę Orzeszkowej”.

– Musiał zatem dojechać do skrzyżowania 300 metrów dalej, które było objęte tym monitoringiem. Być może jest inaczej i nie mam racji, ale w moim przekonaniu bardzo prawdopodobne jest, że utraciliśmy możliwość ustalenia kierowcy tego samochodu, bezpośredniego świadka zdarzenia – tłumaczył mecenas.

PO-KO zapowiada zawiadomienie do prokuratury

Posłanka Agnieszka Pomaska z klubu Platformy Obywatelskiej – Koalicji Obywatelskiej, odnosząc się do informacji o bezpowrotnym, mechanicznym uszkodzeniu płyty z nagraniem z monitoringu, poinformowała w czwartek w Sejmie, że jej ugrupowanie złoży „zawiadomienie do prokuratury na działania prokuratury, na niedopełnienie obowiązków przez prokuraturę”.

– Doszło do rzeczy niebywałej, skandalicznej, brakuje słów – podkreślała Pomaska. Jak dodała, „tutaj chodzi o konkretną osobę, młodego człowieka, Sebastiana [Kościelnika, kierowcę seicento – przyp. red.], któremu chce się złamać życie”.

– Ale chcemy wyraźnie powiedzieć. W starciu z państwem PiS, każdy w Polsce może być na miejscu 21-letniego Sebastiana – zaznaczyła parlamentarzystka opozycji.

Uszkodzone dowody w sprawie wypadku

O uszkodzonych płytach z nagraniami wideo poinformował w połowie czerwca portal tvn24.pl. Na jednej z nich znajdował się zapis z kamer monitoringu dokumentujący przejazd kolumny ówczesnej szefowej rządu, a na drugiej materiał programu „Czarno na białym” TVN24 dotyczący wypadku. 14 czerwca Prokuratura Okręgowa w Krakowie przekazała w komunikacie, że prokuratura przesłała do sądu „wszelkie dowody zgromadzone w tej sprawie, łącznie z różnorodnymi nagraniami, wszelkie nośniki były nieuszkodzone i zdolne do odtworzenia”.

Dodano, że „prokuratura została poinformowana, że dwie spośród przesłanych do sądu płyt zostały uszkodzone”. Niespełna dwa tygodnie później – 26 czerwca – ta sama prokuratura w komunikacie przyznała, że biegli z Laboratorium Kryminalistycznego nie odtworzyli nagrania z powodu uszkodzenia jednej z płyt. „W dniu 15 marca 2017 roku Prokuratura Okręgowa w Krakowie uzyskała opinię biegłych, w zakresie zadanych pytań, w treści której – w części wstępnej – wskazano, iż płyta DVD z zapisem z monitoringu z ulicy Prusa posiada uszkodzenie w postaci pęknięcia w jej centralnej części, co skutkowało odstąpieniem przez biegłych od odczytania jej zawartości” – czytamy w komunikacie.

Wypadek Beaty Szydło w Oświęcimiu i proces

10 lutego 2017 roku w Oświęcimiu doszło do wypadku samochodowego, na skutek którego ucierpiała premier Beata Szydło. Rządowy pojazd – pancerne audi A8 z 2016 roku – którym jechała ówczesna szefowa rządu, zderzył się z fiatem seicento kierowanym przez 21-letniego Sebastiana Kościelnika, po czym uderzył w drzewo.

Szydło oraz dwaj funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu – kierowca i szef ochrony szefowej rządu – zostali ranni. Premier została przebadana w szpitalu w Oświęcimiu, następnie przetransportowano ją do Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

Sebastian Kościelnik został oskarżony o nieumyślne spowodowanie wypadku. Nie przyznał się do winy. Śledczy powoływali się na opinie biegłych, według których – niezależnie od tego, czy pojazdy z kolumny uprzywilejowanej używały bądź nie sygnałów dźwiękowych – wyłącznym i bezpośrednim sprawcą zdarzenia był kierowca fiata, który nie rozeznał się prawidłowo w sytuacji na jezdni. Jak informowaliśmy w tvn24.pl, z takim finałem śledztwa nie godził się zespół trzech prokuratorów, którzy sprawę prowadzili od początku. Złożyli oni wnioski o wyłączenie ich ze śledztwa i nie podpisali aktu oskarżenia. W procesie dotyczącym wypadku przesłuchano już wszystkich kilkudziesięciu świadków. Tylko jeden z nich zeznał, że rządowe samochody miały włączone światła i sygnały dźwiękowe. Pozostali utrzymywali, że sygnałów nie było.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wypadek z udziałem Kamila Durczoka. Śledczy zbadali, czy dziennikarz był pod wpływem narkotyków

Kamil Durczok, mając 2,6 promila alkoholu w wydychanym powietrzu, wsiadł za kółko i na drodze krajowej nr 1 pod Piotrkowem Trybunalskim (woj. łódzkie) spowodował kolizję. Po zatrzymaniu mężczyzny pojawiały się pytania, czy dziennikarz nie był pod wpływem narkotyków. Teraz sprawę tę komentuje piotrkowska prokuratura.

Pod koniec lipca dziennikarz Kamil Durczok wracał z urlopu nad morzem. Na drodze krajowej nr 1 pod Piotrkowem Trybunalskim wjechał w słupki rozdzielające jezdnię. Jak się okazało, Durczok był pijany. W wydychanym powietrzu miał aż 2,6 promila alkoholu. Mężczyzna trafił do aresztu, a po wytrzeźwieniu został przesłuchany na prokuraturze. Tam Kamil Durczok usłyszał dwa zarzuty: sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym, którego dopuściła się osoba będąca w stanie nietrzeźwości, oraz kierowania pojazdem w stanie nietrzeźwości. Durczok przyznał się tylko do drugiego z nich. Grozi mu do 12 lat więzienia.

Prokuratura Rejonowa w Piotrkowie Trybunalskim skierowała do sądu wniosek o tymczasowy areszt dla Kamila Durczoka, ale sąd nie przychylił się do tego i zastosował wobec dziennikarza poręczenie majątkowe, dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. Po złożeniu zażalenia od tej decyzji do sądu drugiej instancji Sąd Okręgowy zmienił jedynie wysokość poręczenia – dotychczasową kwotę 15 tys. zł podwyższył do 100 tys. zł.

Durczok był pod wpływem narkotyków?

We wtorek 20 sierpnia rzecznik piotrkowskiej prokuratury Witold Błaszczyk ostatecznie odpowiedział na pytanie, czy Kamil Durczok w chwili kolizji był także pod wpływem narkotyków. Jak powiedział PAP, z opinii badania krwi na zawartość środków psychoaktywnych wynika, że u podejrzanego nie ujawniono substancji o charakterze narkotycznym, czyli amfetaminy, kokainy, opiatów, metamfetaminy czy THC (marihuana, haszysz). Oznacza to, że w dniu uczestniczenia w kolizji drogowej mężczyzna nie był pod wpływem narkotyków.

Witold Błaszczyk nie skomentował natomiast, czy we krwi Kamila Durczoka wykryto obecność leku psychotropowego. – Na ten temat prokuratura nie będzie się wypowiadała. Kwestia zażywania leków to prywatna sprawa – powiedział.
Źródło info i foto: Fakt.pl