Pracownicy francuskiego uniwersytetu handlowali ludzkimi zwłokami

Rodziny przekazywały uczelni ciała swoich bliskich z nadzieją, że przysłuży się to medycynie. Zwłoki jednak sprzedawano prywatnym firmom, które wykorzystywały je w testach zderzeniowych. Okazało się też, że szczątki były przechowywane w skandalicznych warunkach – informuje francuska prasa.

Pracownicy francuskiego Centre de Don des Corps należącego do Paris Descartes University ustanowili nawet cennik zwłok. Za jedno ciało należało zapłacić 900 euro. Handlowano także pojedynczymi kończynami, których cena zaczynała się od 400 euro.

Media zwracają także uwagę na skandaliczne warunki przetrzymywania zwłok. Szczątki były przechowywane jedne na drugich. W żaden sposób nie chroniono ich przed szczurami, dlatego niektóre ciała trzeba było kremować – pisze prasa.

Centre de Don des Corps zostało zamknięte do czasu wyjaśnienia całej sprawy przez prokuraturę i wyciągnięcia konsekwencji wobec winnych.
Źródło info i foto: onet.pl

W Korei Północnej rozstrzelano mężczyznę. Złamał kwarantannę

W Korei Północnej rozstrzelano mężczyznę, który złamał warunki kwarantanny, mającej chronić przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa – poinformował w czwartek na swojej stronie internetowej dziennik „Daily Mail”, powołując się na południowokoreańską gazetę „Dzung-ang ilbo”.

Według doniesień z Seulu mężczyzna, który z zawodu był przedstawicielem handlowym i wrócił do Korei Płn. z Chin, razem z kilkoma innymi osobami został poddany kwarantannie. Złamał jednak jej zasady i potajemnie poszedł do miejskiej łaźni. Tam został aresztowany i natychmiast rozstrzelany.

„Dzung-ang ilbo” pisze, że przywódca Korei Płn. Kim Dzong Un w obawie przed koronawirusem zarządził w całym kraju drakońskie środki ostrożności. Wprowadził m.in. tajny dekret, nakazujący izolowanie każdego, kto był w Chinach lub miał kontakt z Chińczykami, a złamanie tych zasad karane ma być zgodnie z „twardymi wojskowymi regułami”.

Pjongjang ogłosił także wydłużenie kwarantanny do 30 dni dla osób, podejrzanych o zakażenie koronawirusem, podczas gdy na całym świecie stosowany jest 14-dniowy okres izolacji i obserwacji. Prawie całkowicie zamknięto też granicę w Chinami, jednym z niewielu krajów, z którym Korea Płn. utrzymuje stosunki dyplomatyczne.

Korea Płn. już od kilkunastu dni stosuje zaostrzone środki, mające chronić ją przed koronawirusem. Na teren tego kraju zakaz wjazdu mają zagraniczni turyści, drastycznie ograniczono także wszelkie operacje w strefie zdemilitaryzowanej na granicy z Koreą Płd.

W sobotę władze w Pjongjangu zrezygnowały z zorganizowania wojskowej defilady z okazji 72. rocznicy powstania armii Korei Płn.

Według „Daily Mail” północnokoreański oddział Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) nie potwierdził jeszcze ani jednego przypadku zakażenia koronawirusem, jednak „Dzung-ang ilbo” już w zeszłym tygodniu pisał o osobie zakażonej w Pjongjangu. Niektóre media w Korei Płd. twierdzą, że osób zakażonych wirusem COVID-19 w Korei Płn. może być o wiele więcej. Nie jest także wykluczone, że groźny wirus zbiera już tam śmiertelne żniwo.

Jak pisała kilka dni temu japońska agencja Kyodo, społeczeństwo Korei Płn. może być bardziej podatne na drastyczne skutki zakażeń koronawirusem z powodu ogólnokrajowych niedoborów żywności i niedostatecznej opieki zdrowotnej.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Agenci CBA zatrzymali burmistrza warszawskich Włoch Artura W.

Agenci warszawskiej delegatury CBA zatrzymali burmistrza stołecznej dzielnicy Włochy Artura W. Urzędnik przyjął 200 tys. zł łapówki, w zamian wydawał decyzje dotyczące warunków zabudowy. Pieniądze wręczył mu znany warszawski deweloper. Jak ustalił nieoficjalnie portal tvp.info, to Sabri B., były właściciel Pogoni Szczecin.

Fakt zatrzymania potwierdził w rozmowie z portalem tvp.info rzecznik CBA Temistokles Brodowski. Jak powiedział, zatrzymania dokonano na gorącym uczynku, chwilę po przyjęciu 200 tys. zł łapówki.

– Pieniądze wziął od znanego dewelopera i jednocześnie przedsiębiorcy budowlanego. Włodarz dzielnicy próbował ukryć gotówkę w garażu należącym do rodziny – informuje rzecznik.

Dodaje, że burmistrz w zamian za łapówki wydawał decyzje administracyjne, korzystne dla dewelopera, dotyczące warunków zabudowy.

– Podejmował się także załatwiania podobnych decyzji w innych, warszawskich urzędach. Z ustaleń śledztwa wynika, że była to już najprawdopodobniej kolejna transza przyjęta przez urzędnika – mówi Brodowski.

Agenci przeszukali gabinet burmistrza i siedziby firm należące do biznesmena. Tam zabezpieczono dokumentację, nośniki danych i kopie binarne, które będą stanowić dowody w sprawie. Mężczyźni trafili do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, tam usłyszą zarzuty karne.
Źródło info i foto: TVP.info

Imigranci podpalili ośrodek na wyspie Lesbos. Są ofiary

Tragedia w obozie dla migrantów na greckiej wyspie Lesbos – w pożarze zginęła tam co najmniej jedna osoba. Z relacji służb wynika, że pożar wzniecili migranci, chcąc zaprotestować przeciwko warunkom, w jakich przebywają.

Imigranci na greckiej wyspie Lesbos wzniecili w niedzielę pożar – podpalili gaj oliwny w pobliżu ośrodka dla uchodźców Moria, a później podłożyli ogień w ośrodku, starli się też z policją – donosi agencja AP. Według relacji miejscowych służb, w zdarzeniach z niedzieli zginęła co najmniej jedna osoba. „Spalone ciało zostało przewiezione do szpitala i krąży nieoficjalna informacja o jeszcze jednej ofierze” – opisuje AP.

Informację o tym, że w pożarze na Lesbos zginęła kobieta i dziecko podano na koncie greckiego UNHCR na Twitterze. Nie zostało to jednak potwierdzone przez służby.

Imigranci protestowali przeciwko przebywaniu w przeludnionym obozie, domagali się też przeniesienia z wyspy na teren kontynentalnej Grecji. Ogień w obozie rozprzestrzenił się na co najmniej sześć zamieszkiwanych przez migrantów kontenerów. Jak wskazuje AP, na Lesbos przebywa 12 tys. migrantów, gdy na wyspie miejsca jest właściwie dla zaledwie trzech tysięcy z nich.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Koszmar zwierząt w państwowym instytucie badawczym w Falentach

Zagłodzone, brodzące w odchodach, odwodnione i zagłodzone. Tak przetrzymywano zwierzęta w państwowym instytucie badawczym w Falentach pod Warszawą. Skandal wyszedł na jaw dzięki ludziom, którzy widzieli cierpienie zwierząt.

– Warunki w jakich trzymane były zwierzęta są tragiczne! Zagłodzone i osłabione chorobami cielaki, że nie miały nawet siły wstać. Niektóre były pozbawione dostępu do wody – mówi Dawid Fabjański z Animal Rescue, straży ochrony zwierząt. Krowy i cielaki od tygodni brodziły w swoich odchodach, bo… zepsuł się traktor do wywożenia gnoju!

A wszystko to w Zakładzie Doświadczalnym Instytutu Technologiczno-Przyrodniczego – instytucji, która powinna dawać przykład, jak należy traktować zwierzęta!

Zakład doświadczalny jest wprawdzie na obrzeżach Falent ale w końcu mieszkańcy zauważyli, co tam się dzieje. Powiadomili inspektorów Animal Rescue. Gdy ci weszli do zakładu, zamarli z przerażenia. Pod oborą leżał martwy cielak przykryty byle jak plandeką. Inny zamiast racicy miał wielką ropiejącą ranę. Trzeba było go uśpić, by skrócić mu cierpienia. Animalsi zabrali z Falent sześć cielaków, niestety po przewiezieniu do bezpiecznej obory dwa z nich padły!

– Dziesiątki zwierząt przetrzymywane są w dramatycznych warunkach. Są stłoczone i ślizgają się na własnych odchodach, które sięgają kostek. Prosiliśmy dyrektora Instytutu Wacława Strobla, żeby przeniósł zwierzęta do czystej i pustej obory obok, ale się nie zgodził i wyrzucił nas z terenu – opowiada Dawid Fabjański, aktywista z Animal Rescue.

Dyrektor ITP zaprzecza jakoby zwierzęta nie miały dostępu do wody i informuje, że zawieszony został dyrektor Zakładu Doświadczalnego w Falentach, w którym trwa teraz kontrola Państwowej Inspekcji Weterynaryjnej. Postępowanie wszczęła też policja.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Sprawca masakry w Norwegii Anders Breivik wciąż będzie mógł studiować na uniwersytecie

Anders Breivik trzy lata temu zaczął studia na Uniwersytecie w Oslo. Po tym czasie władze uczelni zastanawiają się, czy była to słuszna decyzja. – Zrobiliśmy to dla nas, nie dla niego – mówi dla BBC były rektor uczelni.

Anders Breivik trzy lata temu złożył wniosek o przyjęcie na Uniwersytet w Oslo na wydział nauk politycznych. Decyzja o przyznaniu mu prawa do studiowania była dla władz uczelni tym trudniejsza, że studiowali tam przyjaciele i znajomi zamordowanych przez niego osób.

Mimo to zamachowiec został studentem na szczególnych warunkach. Korespondencyjnie ze swojej celi zaliczył m.in. kurs teorii politycznej, administracji publicznej i stosunków międzynarodowych. – Zrobiliśmy to dla nas, a nie dla niego – mówi były rektor uczelni Ole Petter Ottersen. Tłumaczy, że zobowiązywały go do tego przepisy i chciał przestrzegać prawa uniwersyteckiego, przeciwko któremu Breivik występował w czasie swojego ataku. Większość pracowników i studentów pozytywnie ocenia tą decyzję Uniwersytecie w Oslo.

W lipcu 2011 roku Anders Breivik zabił 77 osób podczas ataku na wyspie Utoya. Tłumaczył potem, że dokonał tego ataku, by „zapobiec islamizacji Norwegii”.
Źródło info i foto: onet.pl

Nowy Meksyk: Odnaleziono 11 dzieci, które były przetrzymywane w nieludzkich warunkach

Policjanci w amerykańskim stanie Nowy Meksyk uratowali 11 niedożywionych dzieci, które były przetrzymywane w nieludzkich warunkach w odizolowanym kompleksie na pustyni. Dzieci w wieku od jednego roku do 15 lat nie miały butów, nosiły bardzo zniszczone ubrania i „wyglądały jak uchodźcy z krajów Trzeciego Świata” – podaje ABC News.

Funkcjonariusze dokonali nalotu na odizolowany kompleks na pustyni poszukując trzyletniego zaginionego chłopca.

Niepodziewanie znaleźli tam jednak 11 głodujących dzieci. Na miejscu zastali także pięciu dorosłych, w tym dwóch uzbrojonych mężczyzn. Siraj Wahhaj i Lucan Morten usłyszeli już kilka zarzutów związanych z wykorzystywaniem dzieci.

Wśród odnalezionych były dzieci w wieku od roku do 15 lat. Żyły w tragicznych warunkach, były niedożywione. Wciąż nie wiadomo, w jaki sposób znalazły się w tym miejscu.

Biuro szeryfa opisało odkryty kompleks jako przyczepę pokrytą plastikowym dachem, bez dostępu do wody i elektryczności. Szeryf hrabstwa Taos Jerry Hogrefe w rozmowie z ABC News przyznał, że dzieci były głodne, brudne, bardzo spragnione. – Jestem policjantem od 30 lat, nigdy nie spotkałem się z czymś takim – mówił.
Źródło info i foto: interia.pl

24-letnia turystka oskarżyła Egipcjan o molestowanie seksualne. Została skazana

Mona el-Mazboh, turystka z Libanu, aresztowana w ubiegłym miesiącu za umieszczenie na Facebooku nagrania, w którym skarży się na molestowanie seksualne i warunki panujące w Egipcie, została skazana na osiem lat więzienia – poinformował jej obrońca Emad Kamal. Sąd w Kairze uznał ją winną rozprzestrzeniania fałszywych pogłosek, które szkodzą egipskiemu społeczeństwu.

24-latka została zatrzymana na lotnisku w Kairze w chwili, gdy miała opuścić Egipt. Powodem aresztowania było nagranie umieszczone przez nią na Facebooku, w którym nazwała Egipt „sk…ńskim” krajem. Kobieta twierdziła, że była molestowana seksualnie przez taksówkarzy i młodych mężczyzn. Ponadto była niezadowolona z powodu obsługi w restauracjach w czasie ramadanu. Mówiła też o tym, że została okradziona podczas poprzedniej wizyty w tym kraju.

Sąd w Kairze uznał ją winną rozprzestrzeniania fałszywych pogłosek, które szkodzą egipskiemu społeczeństwu. Skazano ją także za atakowanie religii i sianie publicznego zgorszenia. Obrońca kobiety odwołał się od wyroku. Sąd apelacyjny zajmie się sprawą 29 lipca.

– Oczywiście, jeśli taka będzie wola Boga, wyrok się zmieni. Z całym szacunkiem do sądu to bardzo surowa kara. Mieści się w granicach prawa, ale sąd orzekł maksymalny wymiar kary – powiedział Emad Kamal. Twierdzi, że po operacji mózgu, jakiej Mazboh poddała się w 2006 roku, nie jest w stanie kontrolować gniewu. Kobieta cierpi również z powodu depresji.
Źródło info i foto: Fakt.pl

List żelazny chroni podejrzanego o zabójstwo z 2013 roku przy użyciu maczety

Do zabójstwa doszło w czerwcu 2013 przy ul. Żywieckiej w Krakowie. Zaatakowany 23-letni kibic Wisły Kraków Łukasz D. zginął wskutek odniesionych ran. Sprawca niemal odciął mu rękę maczetą. Ścigany w tej sprawie Wojciech L., „Wojtas” ukrywał się przez kilka lat w Wielkiej Brytanii, po czym sam zgłosił się do śledczych. Dostał list żelazny, dzięki któremu może być na wolności do prawomocnego wyroku. 27-latek skutecznie unikał wymiaru sprawiedliwości. Przez kilka lat ukrywał się w Wielkiej Brytanii.

Media krytykowały wówczas działania prokuratury, ponieważ podejrzanego o zabójstwo udało się ustalić niemal od razu. Szczegółowych informacji udzielili śledczym internauci, którzy publikowali dane Wojciecha L., jego pseudonim oraz informacje na temat auta, który się porusza.

Zanim jednak prokuratura zweryfikowała te doniesienia, mężczyzna wyjechał z kraju. Wydano za nim Europejski Nakaz Aresztowania.

„Można go spotkać w klubie”

Jak informuje „Gazeta Krakowska „, w Polsce pojawił się w 2017 r. i zgłosił się do prokuratury ze swoim obrońcą. O tym, że doszło do porozumienia ze śledczymi informowali czytelnicy krakowskiego dziennika.

„Wojciech L. jest już od ponad dwóch miesięcy w Krakowie i porusza się jak pełnoprawny obywatel trzymając w kieszeni „List żelazny”. Można go spotkać w klubie na ulicy Zakopiańskiej – jak w godzinach między 12-14 przychodzi sobie potrenować” – powiadomiła „Gazetę Krakowską” mieszkanka miasta.

Przyznał się do udziału w zajściu

18 września 2017 r. krakowski sąd uchylił decyzję o umieszczeniu podejrzanego w tymczasowym areszcie i zastosował poręczenie majątkowe w wysokości 80 tys. zł. Wojciech L. sumę tę wpłacił.

27-latek złożył wyjaśnienia i przyznał do udziału w zajściu. Prokuratura nie zdradza jednak szczegółów. Podejrzany zadeklarował również, że będzie się stawiał na każde wezwanie.

Odpowiadał za zniszczenie mienia

Według gazety, to nie pierwszy raz kiedy Wojciech L. chodził po mieście z maczetą. Miesiąc przed tym jak doszło do ataku na Łukasza D., policja zatrzymała go podczas malowania graffiti. Okazało się, że ma przy sobie maczetę. Wówczas odpowiadał przed sądem za zniszczenie mienia. Podczas rozprawy zadeklarował naprawienia wyrządzonych szkód i poprosił o warunkowe umorzenie sprawy.

Prokuratura deklaruje, że akt oskarżenia ws. zabójstwa ma trafić do sądu jeszcze w tym półroczu. Za czyny zarzucane Wojciechowi L. grozi mu dożywocie.

Zasady przyznawania listu żelaznego

Zasady dotyczące przyznawania listu żelaznego i obowiązków z niego wynikających reguluje rozdział 30, art. 281-284 Kodeksu postępowania cywilnego.

List żelazny to sądowa gwarancja, że oskarżony do czasu prawomocnego zakończenia postępowania będzie odpowiadał z wolnej stopy, jeśli będzie przestrzegał kilku warunków, m.in. tego, że terminowo będzie się stawiał na wezwanie sądu i prokuratora, nie opuści kraju bez pozwolenia sądu, nie będzie nakłaniał do złożenia fałszywych zeznań lub wyjaśnień.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

RPA: Kulisy uwolnienia porwanej Polki

Była „przetrzymywana w bardzo trudnych warunkach” i „brutalnie traktowana”. Komendant główny policji oświadczył, iż udało się uwolnić Polkę, która kilka dni temu została porwana w Republice Południowej Afryki. Przestępcy żądali dwóch milionów euro okupu. Zgodnie z relacją Jarosława Szymczyka, Polka poznała przez internet około 30-letniego mieszkańca RPA i na jego zaproszenie pojechała do tego kraju. Straciła wolność natychmiast po znalezieniu się na miejscu.

Skrępowana, szantażowana

Sygnał o porwaniu przekazał 11 kwietnia syn kobiety, który otrzymał pocztą elektroniczną informację o porwaniu 56-latki i żądaniu okupu.

– Ta informacja trafiła niezwłocznie do Centralnego Biura Śledczego Policji, uruchomiono współpracę z innymi służbami w naszym kraju, ale przede wszystkim uruchomiono współpracę międzynarodową poprzez Interpol, Europol, a także zaangażowanie bezpośrednie policji brytyjskiej i FBI. Z pomocą tych wszystkich instytucji staraliśmy się dotrzeć do policji w RPA i podjąć szybkie i skuteczne działania zmierzające do uwolnienia naszej obywatelki – mówił nadinsp. Jarosław Szymczyk.

Jak zaznaczył, w efekcie kontaktu nawiązanego z przedstawicielami RPA podjęto decyzję o wysłaniu do tego państwa dwóch policjantów CBŚP, którzy podjęli „bezpośrednią współpracę z tamtejszą policją”. – Po dwóch dniach udało się uwolnić naszą obywatelkę i ustalić osoby, które dokonały jej porwania, uprowadzenia i żądały okupu – dodał. Według niego, porwana Polka „była przetrzymywana w bardzo trudnych warunkach” i „bardzo brutalnie traktowana”. – Była skrępowana, przystawiano jej pistolet do głowy, zmuszając do wykonywania telefonów do syna i żądano przyspieszenia transakcji finansowej – doprecyzował komendant główny policji. Kobieta wróciła do Polski w poniedziałek.

„Niebezpieczeństwo było ogromne”

Jak zauważył, wagę sprawy pokazuje to, że rocznie w RPA „dochodzi do około 10 tysięcy uprowadzeń dla okupu” i „w wielu przypadkach osoby uprowadzone do tej pory nie zostały odnalezione”. – Niebezpieczeństwo było ogromne, ale cieszymy się niezmiernie, że (…) nasza rodaczka jest już w Polsce, jest bezpieczna wśród swoich bliskich – podkreślił Szymczyk.

Rzecznik Komendanta Głównego Policji mł.insp. Mariusz Ciarka poinformował, że CBŚP przy tej sprawie współpracowała z Biurem do Walki z Cyberprzestępczością KGP, które wspierało działania zmierzające do ustalenia adresu osób kontaktujących się z synem porwanej. Powiedział też, że policjanci CBŚP, którzy zostali wysłani do RPA, specjalizują się w sprawach dotyczących porwań.

– Dwa dni wystarczyły, aby ustalić porywaczy – dodał. Jak mówił, w „sensie procesowym reszta sprawy należy do wymiaru sprawiedliwości RPA”. – Dla nas najważniejsze było to, aby nasza rodaczka wróciła do Polski zdrowa i bezpieczna – podkreślił.

Ciarka nie chciał podać szczegółów operacji. – Nigdy nie ujawniamy, jak wygląda kuchnia operacyjna. Chodzi o to, żeby nie pokazać procedur działania policjantów – wyjaśnił. Pytany, czy policjanci CBŚP brali udział w uwolnieniu Polki, Ciarka odpowiedział: – Nie możemy tego ujawnić. Ci policjanci jeszcze przebywają na terenie RPA. W najbliższym czasie powrócą do Polski.

– Od wielu lat polska policja kładzie przede wszystkim nacisk, aby najpierw odzyskać osobę porwaną. By wkraczać w niektóre miejsca, dokonywać czynności w tym momencie, kiedy wiemy, że obywatel, którego porwano, jest bezpieczny, tak, aby nie narażać jego zdrowia i życia. To muszą być bardzo dobrze przemyślane decyzje, bo błędna decyzja może narazić życie porwanej osoby – dodał rzecznik prasowy KGP.
Źródło info i foto: tvn24.pl