Meksyk: Rodzina mormonów zabita podczas ataku kartelu narkotykowego

Trzy kobiety i sześcioro dzieci zginęło w brutalnym ataku na północy Meksyku. Samochody, którymi poruszała się rodzina amerykańskich Mormonów prawdopodobnie zaatakował kartel narkotykowy. Sześcioro dzieci przeżyło atak, jedno ma ranę postrzałową.

Rodzina LeBaron padła ofiarą ataku w wtorek w północnym Meksyku, na pograniczu stanów Chihuahua i Sonora. Mormoni poruszali się samochodami typu SUV i prawdopodobnie lokalny kartel narkotykowy uznał ich za wrogi gang. Uzbrojeni mężczyźni otworzyli ogień w stronę rodziny.

W wyniku ataku zginęło co najmniej dziewięć osób, w tym trzy kobiety i sześcioro dzieci, wśród nich 6-miesięczne bliźniaki, 8- i 10-latek. Gangsterzy spalili samochody, którymi jechała rodzina. Niektóre z ofiar mogły spłonąć w nich żywcem.

Kolejne sześcioro dzieci ocalało z ataku, a jedno uznaje się za zaginione. Jedno dziecko ma ranę postrzałową.

Członkowie rodziny LeBaron są obywatelami USA, ale mieszkali w Meksyku w osadzie założonej przez odłam mormońskiego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Kolonia La Mora jest położona blisko granicy Stanów Zjednoczonych, ok. 70 km od miasta Douglas w Arizonie. 13-latek, który z ataku wyszedł bez szwanku, przeszedł ponad 20 kilometrów piechotą do La Mory, by wezwać pomoc. Wcześniej miał ukryć swoje ranne rodzeństwo w zaroślach i przykryć je gałęziami.

Trump chce „wojny”, prezydent Meksyku mówi „nie”

Sprawa od razu nabrała wymiaru międzynarodowego. Głos zabrał prezydent USA Donald Trump. „Nadszedł czas by Meksyk, z pomocą Stanów Zjednoczonych, wydał WOJNĘ kartelom narkotykowym i zmiótł je z powierzchni ziemi. Czekamy jedynie na telefon od waszego wspaniałego, nowego prezydenta!” – napisał na Twitterze.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Dwie eksplozje w hiszpańskim Costa del Sol. Trwa wojna gangów

Trwa wojna gangów na hiszpańskim Costa del Sol. Przestępcy podłożyli dwie bomby w pobliżu nieruchomości należących do konkurencji. Policja obawia się, że konflikt między gangsterami jeszcze się nasili. Dwie eksplozje obudziły mieszkańców Marbelli w piątek krótko po północy – informuje „El Mundo”. Pierwsza zniszczyła front domu w ekskluzywnej dzielnicy Mirador de la Alqueria.

Kilka minut później bomba wybuchła w dzielnicy przemysłowej. Zniszczyła myjnię samochodową. Nikt nie został poważnie ranny. Nieruchomości należą do tego samego człowieka. Według źródeł „El Mundo”, ów „biznesmen” ma być powiązany z jednym z gangów narkotykowych. Miał też rzekomo dostarczyć policji dowody przeciwko gangsterom z konkurencyjnej grupy przestępczej.

Wojna trwa już od dawna. W kwietniu w pobliżu myjni miał miejsce nieudany zamach na jednego z baronów narkotykowych, zwanego „Maradoną”. Już miesiąc później zabójcy dopięli swego i zastrzelili go, kiedy wracał z pierwszej komunii swojego syna.
Źródło info i foto: o2.pl

To nie koniec działań Al-Kaidy. Gdzie teraz są jej członkowie?

Żołnierze walczący od 17 lat na wojnie Ameryki w Afganistanie, stają w obliczu zagadki: co się stało z al-Kaidą, wrogiem, który ich tam ściągnął? Nie wiadomo, czy niedobitki grupy, która przeprowadziła ataki 11 września 2001, wciąż jeszcze knują międzynarodowe spiski, a jeśli tak to gdzie, pisze Wesley Morgan z POLITICO.

Al-Kaida, grupa, której ataki terrorystyczne z 11 września spowodowały amerykańską inwazję w 2001 roku, popadła w pewne zapomnienie wśród innych misji wojskowych w Afganistanie, wyparta przez nowsze zagrożenia, takie jak lokalne oddziały Państwa Islamskiego (ISIS). Jest też kwestią do dyskusji, jaka część al-Kaidy pozostająca na terenie Afganistanu wciąż koncentruje się na przeprowadzaniu ataków zagranicą, mówią byli i obecni wojskowi, urzędnicy, eksperci i Afgańczycy z obszarów, na których działa grupa.

Jedynie niewielki odsetek z 15 tys. amerykańskich żołnierzy w Afganistanie jest zaangażowanych w misję antyterrorystyczną, którą wojsko nazywa „kluczowym celem” na tym terenie. Jeszcze mniej z nich ściga al-Kaidę, której obecność w kraju skurczyła się po latach ataków dronów. Zamiast tego amerykańskie siły specjalne koncentrują się na afgańskiej komórce ISIS, mniej sekretnego ugrupowania, która pod pewnymi względami stanowi łatwiejszy cel.

Zmiana charakterystyki amerykańskiej misji, która dziś skoncentrowana jest na pomocy afgańskiemu rządowi w wojnie domowej z Talibami, pokazuje jak hierarchia celów w tym konflikcie ewoluowała w porównaniu z oryginalnym zadaniem: zapobieżeniem powtórce 9/11 i ukaraniem jego sprawców. Taka była również intencja Kongresu, który w 2001 roku zgodził się na wojnę. Pentagon wciąż bazuje na tej decyzji wysyłając oddziały bojowe do krajów Bliskiego Wschodu i Afryki.

„Zdziesiątkowaliśmy al-Kaidę” w Afganistanie, powiedział w czerwcu w Kongresie kolejny amerykański generał, który ma objąć dowództwo misji USA i NATO. Militarna ocena opublikowana w tym samym miesiącu głosi, że ci nieliczni z przywódców al-Kaidy, którzy pozostają w Afganistanie „koncentrują się na własnym przetrwaniu”, a członkowie lokalnych podgrupek al-Kaidy głównie pomagają Talibom na polu walki, a nie obmyślają ataki zagranicą.

Al-Kaida znika z radarów
Jednak niektórzy eksperci ostrzegają, że wojsko nie powinno tracić tego ugrupowania z pola widzenia. Twierdzą, że al-Kaida usilnie próbuje zniknąć z radaru i zamaskować swoje prawdziwe intencje, przez co amerykańskim agencjom wywiadowczym niezwykle trudno jest je wyśledzić i ocenić.

– Al-Kaida mogła uznać: „Zapomnijmy na razie o zagranicznych atakach i skupmy się na samym Afganistanie i pomocy Talibanowi” – mówi Seth Jones, ekspert od spraw terroryzmu w Center for Strategic and International Studies, który doradza oddziałom antyterrorystycznym. – To może być strategiczna decyzja na tę chwilę, która za jakiś czas zostanie odwołana.

Eksperci twierdzą również, że brakuje dowodów, by afgańska komórka ISIS była zaangażowana w planowanie ataków w Stanach Zjednoczonych. Oddział ISIS, według oceny amerykańskiego wywiadu, składa się głównie z Afgańczyków i Pakistańczyków, którzy walczą zarówno przeciwko afgańskiemu rządowi jak i Talibanowi.

Za rządów Obamy najważniejszym zadaniem ściśle tajnego oddziału antyterrorystycznego w Afganistanie było polowanie na kilku członków globalnego kierownictwa al-Kaidy. Dotyczy to wąskiej grupy, która zdaniem amerykańskiego wywiadu wciąż, ponad dekadę po 11 września, aktywnie koordynuje przyszłe ataki na Zachód z odizolowanych kryjówek w trudno dostępnej północnowschodniej części kraju.

Jednak w ataku wojskowych dronów przeprowadzonym pod koniec 2016 roku, zginęła większość spośród tych liderów. Od tego czasu ataki wymierzone w ISIS w Afganistanie są znacznie częstsze niż te na al-Kaidę, twierdzi dwóch oficerów sił specjalnych, którzy o tajnych operacji zgodzili się mówić pod warunkiem zachowania anonimowości.

– Amerykanie wciąż ścigają tu al-Kaidę przy pomocy dronów i operacji specjalnych, ale ISIS jest teraz dla nich dużo większym priorytetem – mówi w wywiadzie Bilal Sarwary, kandydat do parlamentu i dziennikarz z północnowschodniej prowincji Kunar, w której al-Kaida obecna jest od dawna.

Afgańscy urzędnicy mówią, że aktywność al-Kaidy w tej okolicy zmalała po latach ataków dronów. – Obecnie w górach siedzi tylko garstka Arabów. Są schwytani w pułapkę – powiedział w zeszłorocznym wywiadzie Mawlawi Shahzada Shahid, duchowny, który służy jako łącznik pomiędzy rządem, a afgańskimi powstańcami. – Teraz raczej wyjeżdżają do Syrii, Libii i Iraku zamiast przyjeżdżać tutaj.

To pokrywa się z militarną analizą z 2017 roku, która opisuje exodus „najważniejszych ludzi al-Kaidy” z Afganistanu i Pakistanu na Bliski Wschód. Wprawdzie grupa pozostanie zapewne aktywna w Afganistanie, prognozowali autorzy raportu „to przyszły strategiczny kierunek rdzenia al-Kaidy będzie prawdopodobnie bliżej związany z dynamiką wydarzeń w Lewancie”, co stanowi nawiązanie do twierdzy jaką stworzyła sobie al-Kaida w chaosie syryjskiej wojny domowej.

Al-Kaida przeniosła się na Bliski Wschód?
Opublikowany w ubiegłym miesiącu raport Rady Bezpieczeństwa ONZ sugeruje, że „eksperci al-Kaidy ds. uzbrojenia i materiałów wybuchowych”, przenieśli się ostatnio z Afganistanu do Syrii.

– Z perspektywy al-Kaidy nie wiem, czemu mieliby jeszcze trzymać swoje dowództwo w Afganistanie, gdzie są zabijani, podczas gdy Jemen i Syria są znacznie wygodniejsze dla ich celów – wtóruje Jonathan Schroden dyrektor programu operacji specjalnych w Center for Naval Analyses, think-tanku finansowanego przez rząd.

Jednak „nie sądzę, by mieli całkowicie wynieść się z Afganistanu”, przestrzega wysoki rangą oficer oddziałów specjalnych z doświadczeniem antyterrorystycznym na tym obszarze. – Są świetni w zapadaniu się pod ziemię i ponownym objawianiu się w innych formach.

To właśnie, zdaniem niektórych ekspertów, którzy zajmują się al-Kaidą, grupa dokładnie robi w Afganistanie – przestaje się koncentrować na małej grupie zagranicznych agentów, którzy potajemnie planują globalne ataki, na rzecz większej, nowszej regionalnej podgrupy zwanej al-Kaidą Subkontynentu Indyjskiego.

Założona w 2014 roku podgrupa subkontynentu indyjskiego jest czasami lekceważona jako „nieprawdziwa al-Kaida”, mówi Thomas Joscelyn, analityk ds. terroryzmu w Foundation for the Defense of Democracies – po części dlatego, że składa się w większości z lokalnych mieszkańców, a nie Arabów, którzy pełnią wiele spośród kluczowych funkcji w al-Kaidzie.

O ile większość kierownictwa al-Kaidy „próbuje się ukryć”, to jak mówił w ubiegłym roku odchodzący dowódca w Kabulu, generał John Nicholson, członkowie podgrupy są „bardziej aktywni”, ale skoncentrowani na szkoleniu Talibów do walki z afgańskim rządem.

Afgański minister obrony stwierdził w tym tygodniu, że zagraniczni bojowcy brali udział w ataku Talibów na położone na wschodzie miasto Ghazni, stolicę prowincji, w której w ostatnich latach podgrupa al-Kaidy działała wspólnie z Talibami.

Ostatnim razem, kiedy wojskowi pochwalili się zabiciem znanego lidera al-Kaidy, był to Pakistańczyk, zastępca dowódcy podgrupy. Armia poinformowała o jego śmierci – w ataku pod Ghazni w grudniu ubiegłego roku – przedstawiając go jako doradcę Talibów i nie wspominając o planowanych atakach poza Afganistanem.

Dla odmiany, kiedy dron w 2016 roku zabił długoletniego komendanta al-Kaidy w Afganistanie, posiadającego podwójne, saudyjsko-katarskie obywatelstwo Farouqa al-Qahtaniego, wojsko podało, że był on „bezpośrednio zaangażowany w planowanie ataków przeciwko USA w ubiegłym roku”.

Joscelyn mówi, że wyznaczanie zdecydowanego podziału pomiędzy główną grupą, a regionalną podgrupą, jest błędem. – Nie ma czytelnej linii pomiędzy ludźmi planującymi ataki zagraniczne, a tymi którzy szkolą lokalnych powstańców – mówi, zauważając, że Qahtani, który był powszechnie uważany za członka najściślejszego kierownictwa al-Kaidy, był również głęboko zaangażowany w szkolenie lokalnych talibskich bojowników.

Wojsko podkreśla, że nigdy nie straciło z oczu al-Kaidy w Afganistanie, mimo że rzadko ostatnio ogłasza ataki przeciwko grupie, a od potwierdzenia śmierci jakiegoś znanego bojownika zaangażowanego w przygotowywanie zamachów za granicą minęły prawie dwa lata.

– Aktywnie ścigamy al-Kaidę od najprostszego szeregowca po ich emira i każdego pomiędzy – mówił Nicholson w wywiadzie dla POLITICO na początku roku.

Rzecznik kwatery Nicholsona powiedział, że w tym roku w operacjach wojskowych zginęło 65 członków al-Kaidy, ale nie potrafił ocenić, ilu z nich było częścią podgrupy lub jak wielu było cudzoziemcami. W tym tygodniu wspierani przez USA afgańscy komandosi poinformowali o zabiciu agenta al-Kaidy – prawdopodobnie Egipcjanina – który pomagał Talibom na południu, daleko od regionu północnowschodniego, uznawanego tradycyjnie za główny bastion grupy w Afganistanie.

Nicholson przyznaje jednak, że „większość” antyterrorystycznych ataków lotniczych jest obecnie wymierzonych w cele ISIS.

Przeznaczanie więcej dronów i innych aktywów na atakowanie ISIS w Afganistanie sprawia, że mniej środków zostaje na ściganie al-Kaidy, mówią nasze dwa źródła w siłach specjalnych.

Al-Kaidy nie należy spuszczać z oczu
Do 2016 roku siły antyterrorystyczne w Afganistanie służyły głównie do ścigania al-Kaidy. Jednak, gdy nowy oddział ISIS zaczął wdzierać się do wschodniego Afganistanu, administracja Obamy poinstruowała jednostki antyterrorystyczne, że mają użyć swojej morderczej mieszanki dronów i ataków lądowych, by powstrzymać tę ofensywę.

– Istniała obawa, że jeżeli USA nie będą uważać, to możemy mieć w Afganistanie powtórkę z tego, co stało się w Mosulu i Ramadi – mówi Jones analityk ds. terroryzmu w Center for Strategic and International Studies, nawiązując do ofensywy ISIS w Iraku w 2014 roku. „Priorytetem Waszyngtonu stał się ISIS”, mimo że zdaniem Jonesa bardzo mało wskazywało, by bojowcy ISIS w Afganistanie mieli ambicje przeprowadzania ataków poza Azją Południową.

Tak jest do dzisiaj. Pytany w tym tygodniu, czy afgański odział ISIS stanowi bezpośrednie zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych lub Europy, głównodowodzący amerykańskiej armii, generał Joseph Votel, udzielił wymijającej odpowiedzi. Powiedział, że „być może” były zagraniczne spiski związane z afgańską grupą, ale on nie może sobie przypomnieć żadnego.

W ubiegłym miesiącu raport ONZ sugerował, że „niektóre spiski, które wykryto i zneutralizowano w Europie miały swoje korzenie” w ISIS w Afganistanie. Autorzy raportu powołali się przy tym na władze niesprecyzowanego kraju.

Jednak nieliczne publiczne dowody, takie jak plan ataku na Nowy Jork z 2016 roku sugerują, że choć liderzy ISIS w Afganistanie mogą utrzymywać pośredni kontakt z rodzimymi bojowcami, którzy knują swoje spiski zagranicą, a potem starają się o błogosławieństwo grupy, ISIS nie planuje, ani nie wydaje rozkazów z Afganistanu w sprawie własnych ataków zagranicznych, tak jak to robi al-Kaida.

Rangersi prowadzący misję antyterrorystyczną w Afganistanie, chętnie zabrali się za tropienie ISIS, powiedziały dwa źródła z sił specjalnych. Wynika to po części z faktu, że w porównaniu z agentami al-Kaidy, którzy żyją w górach i nauczyli się unikać podsłuchów, ISIS kontroluje cały dystrykt i może zostać łatwo namierzony i zaatakowany z powietrza.

ISIS „stało się głównym celem, ponieważ z góry szła presja, by powstrzymać ich ekspansję, a ponadto okazji nie brakowało”, mówi jeden z oficerów. – W przypadku al-Kaidy była to długa i żmudna robota wywiadowcza, natomiast z ISIS podrywasz drona, dostrzegasz ruch i uderzasz.

Przyjście Trumpa niczego w tej kwestii nie zmieniło. – Mamy zgodę na uderzanie w wiele łatwych celów, co jest dużo bardziej satysfakcjonujące niż ściganie miesiącami al-Kaidy, po to by na końcu zabić może jednego z nich – mówi drugi z oficerów.

Podczas prawie dwóch lat od zabicia ostatniego poważnego stratega al-Kaidy w Afganistanie – Qahtaniego – oddział antyterrorystyczny zlikwidował już kilku kolejnych liderów ISIS w tym kraju.

Odgadnięcie prawdziwych zamiarów i możliwości konkretnej komórki tajnej grupy, takiej jak al-Kaida, zawsze było trudne i „subiektywne” i zawsze takie będzie, mówi Jeff Eggers, były dowódca Navy SEAL i wysoki rangą urzędnik ds. zwalczania terroryzmu w administracji Obamy. – Ktoś mógłby ocenić, że mają zamiar, ale już nie możliwość, aż do dnia, w którym przeprowadziliby atak na Zachodzie.

Rozsądnie jest traktować al-Kaidę w Afganistanie jako międzynarodowe niebezpieczeństwo, nawet jeżeli dowody nie są jednoznaczne, zgadza się Joshua Geltzer, były wysoki rangą urzędnik ds. zwalczania terroryzmu, zarówno w administracji Obamy jak i Trumpa, ponieważ wiedza o prawdziwych zamiarach tej grupy jest tak szczątkowa.

Oficjalna ocena służb wywiadowczych jest taka, że bez względu na to, czy planują oni misje zagraniczne, to zarówno niedobitki głównej organizacji al-Kaidy w Afganistanie jak i ich koledzy w afgańskiej podgrupie „utrzymują zamiar przeprowadzania ataków wymierzonych w Stany Zjednoczone i Zachód”.

Jeżeli al-Kaida nie może być zniszczona w Afganistanie, oczywistą alternatywą dla armii jest „nieustanne ściganie ich, żeby musieli się ukrywać”, mówi Eggers. – To może być skuteczne, ale również kosztowne i nie wiadomo jak trwałe.

Niekończące się operacje wojskowe nigdy jednak całkowicie nie zneutralizują ataków al-Kaidy, mówi Jones, ponieważ grupa zawsze może przerzucić się na model stosowany przez ISIS – wspieranie na odległość rodzimych ekstremistów, którzy nigdy nie wystawili nosa poza Zachód, nie mówiąc już o odbyciu uciążliwej podróży do obozu treningowego w górach Afganistanu.

To podejście pozwala ISIS podczepiać się pod strzelaniny, zamachy bombowe, ataki nożowników czy z użyciem ciężarówek, dokonywane przez lokalnych ekstremistów od Stanów Zjednoczonych i Kanady po Wielką Brytanię i Francję.

– Wielu napastników dzisiaj i tak nie potrzebuje zagranicznego szkolenia – mówi Jones. – Być może nie potrzebowali go tak naprawdę także w przeszłości, ale ataki takie jak te w Manchesterze i Nicei pokazują, że z pewnością nie potrzebują go teraz.
Źródło info i foto: onet.pl

183 ofiary zamachów w Syrii

Liczba ofiar zamachów bombowych w południowo-zachodniej Syrii wzrosła do 183. Wśród nich jest wielu cywilów – poinformowało Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka. To jeden z najkrwawszych ataków od początku syryjskiej wojny w 2011 roku. Seria samobójczych ataków w Syrii miała miejsce w mieście Suweida oraz jego okolicach.

Syria: 183 ofiary zamachów bombowych

Jak informuje Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka, liczba ofiar wzrosła do 183 osób. Bilans ofiar może wzrosnąć, bo miejsca zaatakowane przez dżihadystów cały czas są przeszukiwane przez ratowników. Tereny Suweidy znajdują się pod kontrolą wojsk rządowych Baszara al Assada. Odpowiedzialność za ataki wzięło tzw. państwo islamskie.

Dżihadyści przeprowadzili szturm na kilka wiosek i zorganizowali kilka zamachów bombowych, w tym jeden w pobliżu zatłoczonego rynku. Rządowym siłom udało się zapobiec co najmniej dwóm podobnym zamachom. Bojownikom udało się też wziąć zakładników z niektórych wiosek.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Podwójny samobójczy zamach w Bagdadzie. Nie żyje 38 osób

Do 38 wzrosła liczba zabitych w podwójnym samobójczym zamachu bombowym, do którego doszło w poniedziałek rano w centrum Bagdadu; co najmniej 105 ludzi zostało rannych – poinformowała iracka policja i służby medyczne, na które powołuje się agencja AP. AFP, powołując się na anonimowego przedstawiciela policji, pisze o co najmniej 31 ofiarach śmiertelnych i 94 rannych.

Poprzedni bilans ministerstwa zdrowia mówił o 26 zabitych, a resortu spraw wewnętrznych o 16 zabitych i kilkudziesięciu rannych.

Jak poinformował przedstawiciel władz bezpieczeństwa generał Saad Maan, „dwóch kamikadze wysadziło się w powietrze na placu Tajran w centrum Bagdadu”. MSW podało, że dwóch mężczyzn zdetonowało na sobie kamizelki z materiałami wybuchowymi.

Plac Tajran jest ważnym punktem handlowym irackiej stolicy i miejscem, gdzie codziennie rano zbierają się ludzie poszukujący pracy. Wcześniej miejsce to wielokrotnie było celem zamachów terrorystycznych.

Jest to drugi taki atak w irackiej stolicy w ciągu trzech dni. W sobotę co najmniej osiem osób zginęło, a dziesięć odniosło obrażenia na skutek samobójczego zamachu bombowego, do którego doszło w północnej części Bagdadu.

Do tej pory nikt nie wziął odpowiedzialności za poniedziałkowy atak, ale miał on znamiona zamachu przygotowanego przez dżihadystyczną organizacją Państwo Islamskie (IS) – podaje Associated Press. Po zamachu iracki premier Hajdar al-Abadi wezwał do „wyeliminowania uśpionych komórek” dżihadystycznych.

AFP pisze, że kilka godzin później we wschodniej części miasta eksplodowała bomba, zabijając jedną osobę i raniąc sześć.

W grudniu irackie władze ogłosiły „koniec wojny” z IS, wypartym przez irackie siły zbrojne z rejonu Bagdadu oraz wszystkich obszarów miejskich i gęściej zaludnionych. Jednak komórki dżihadystyczne wciąż działają na północ od stolicy Iraku; do ataków dochodzi także w innych rejonach kraju.

Trzyletnia wojna z IS zniszczyła większość północnego i zachodniego Iraku, mniej więcej jedną trzecią terytorium kraju.
Źródło info i foto: pap.pl

Sarajewo: Zbrodniarka wojenna Azra Baszić skazana na 14 lat więzienia

Na 14 lat więzienia za zbrodnie wojenne skazał w środę sąd w Sarajewie Chorwatkę Azrę Baszić, znaną jako „pani życia i śmierci”. To najwyższy wymiar kary dla kobiety za zbrodnie wojenne popełnione podczas wojny w Bośni i Hercegowinie z lat 90. sędzia Sead Djikić zauważył, że popełniając zbrodnie oskarżona wykazywała się „szczególnym okrucieństwem”.

Pod koniec 2016 roku Stany Zjednoczone przekazały władzom BiH Baszić, która obecnie ma 58 lat. Kobieta wyemigrowała do USA po wojnie z lat 1992-1995, w wyniku której zginęło co najmniej 100 tys. osób. Przez prawie 20 lat żyła w USA, gdzie posługiwała się innym imieniem. Jej znajomi twierdzili, że ma „wielkie serce” i nazywali ją „bardzo miłą panią”.

Została zatrzymana w 2011 roku na wniosek bośniackiego wymiaru sprawiedliwości. Jej proces rozpoczął się w styczniu 2017 roku, a w środę uznano ją za winną zbrodni na serbskich cywilach przetrzymywanych przez siły chorwackie w kwietniu 1992 roku w mieście Derventa na północy kraju.

Ogłaszając wyrok sędzia Sead Djikić zauważył, że popełniając zbrodnie oskarżona wykazywała się „szczególnym okrucieństwem”. Przypomniał, że Baszić zabiła jednego z Serbów, wbijając mu nóż w szyję, gdy ten klęczał i był trzymany przez dwóch więźniów. Ponadto sama lub z innymi bojownikami torturowała kilkunastu osadzonych. Przez niektórych świadków była opisywana jako „pani życia i śmierci”.

Baszić jest jedną z kilkunastu kobiet oskarżonych o zbrodnie popełnione podczas bośniackiego konfliktu lub skazanych za nie. Obecnie toczą się śledztwa w sprawie ok. 20 pozostałych kobiet. Wyroki za zbrodnie wojenne usłyszało kilkuset mężczyzn.

Najbardziej znaną zbrodniarką wojenną z byłej Jugosławii jest była prezydent Serbów bośniackich, obecnie 87-letnia Biljana Plavszić. To jedyna kobieta skazana za zbrodnie wojenne przez oenzetowski trybunał w Hadze do spraw zbrodni wojennych w byłej Jugosławii. W 2003 roku, po przyznaniu się do winy, Plavszić otrzymała wyrok 11 lat więzienia. Po odbyciu dwóch trzecich kary w więzieniu w Szwecji, wróciła w 2009 roku do Belgradu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Irak wygrał wojnę z ISIS

Władze USA pogratulowały rządowi Iraku zwycięstwa w wojnie z dżihadystyczną organizacją Państwo Islamskie (IS). Jednocześnie podkreślono, że wyzwolenie Iraku nie oznacza, iż w tym kraju zakończyła się walka z terroryzmem. Stany Zjednoczone „szczerze gratulują narodowi irackiemu i dzielnym irackim żołnierzom, z których wielu straciło życie w heroicznej walce przeciw IS” – głosi oświadczenie wydane przez rzeczniczkę Departamentu Stanu USA Heather Nauert:

USA wraz z rządem Iraku pragną jednak zaznaczyć, że wyzwolenie Iraku nie oznacza, że w tym kraju zakończyła się walka z terroryzmem, a nawet z IS.

Wcześniej w sobotę iracki premier Hajdar al-Abadi ogłosił „koniec wojny” prowadzonej od trzech lat przez siły rządowe z IS. Jego słowa potwierdził wysoki rangą dowódca armii, generał broni Abdul Amir Raszid Jar Allah. Oświadczył on, że operacje bojowe przeciw ekstremistom zakończyły się, gdy irackie siły ponownie przejęły kontrolę nad całą granicą iracko-syryjską.

Latem 2014 roku IS podczas błyskawicznej ofensywy przejęło kontrolę nad jedną trzecią terytorium Iraku, w tym na drugim co do wielkości miastem – Mosulem. Na opanowanych terenach w Iraku i w sąsiedniej Syrii dżihadyści proklamowali samozwańczy kalifat.

Przy wsparciu międzynarodowej koalicji dowodzonej przez USA siły irackie rozpoczęły kontrofensywę i udało im się odbić całe wcześniej opanowane przez IS terytorium. Reuters przypomina jednak, że dżihadyści nadal są w stanie przeprowadzać zamachy terrorystyczne, a w przeszłości powracali na obszary, z których zostali wyparci.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zbrodniarz wojenny Slobodan Praljak wypił truciznę

Slobodan Praljak, który został skazany na 20 lat więzienia za zbrodnie wojenne w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie, w trakcie odczytywania wyroku apelacyjnego wyciągnął buteleczkę i wypił jej zawartość, jednocześnie krzycząc „wypiłem truciznę”. Rozprawa została natychmiast przerwana, a mężczyzna wyprowadzony z sali. Po kilku godzinach zmarł w szpitalu.

W trakcie środowej rozprawy 72-letni Chorwat usłyszał wyrok sądu apelacyjnego, który podtrzymał decyzję Trybunału w Hadze z 2013 roku. Praljak został skazany na 20 lat więzienia za zbrodnie wojenne popełnione na Muzułmanach w Mostarze.

W momencie, gdy usłyszał, że sędzia podtrzymuje wyrok powiedział: „Sobodan Praljak nie jest zbrodniarzem wojennym, z pogardą odrzucam wasz wyrok”. Następnie wyciągnął małą buteleczkę i wypił jej zawartość krzycząc „wypiłem truciznę”. Jak podają chorwackie media obrończymi skazanego potwierdziła, że padły z jego ust takie słowa.
Źródło info i foto: wp.pl

Niemcy: Ruszył proces radykalnego islamskiego kaznodziei Abu Walaa

Przed sądem w Celle w Dolnej Saksonii rozpoczął się we wtorek proces radykalnego islamskiego kaznodziei Abu Walaa. Według prokuratury jest on czołową postacią tak zwanego Państwa Islamskiego w Niemczech. Razem z nim na ławie oskarżonych zasiada czterech innych islamistów. 33-letni Irakijczyk pełnił funkcję imama w meczecie w Hildesheim w Dolnej Saksonii. Prokuratura zarzuca mu głoszenie islamistycznych kazań wzbudzających nienawiść i wykorzystywanie meczetu do werbowania na terenie Niemiec bojowników IS na wojnę w Syrii i Iraku.

Abu Walaa działał także w Nadrenii Północnej-Westfalii. Według niemieckich służb radykalny kaznodzieja skłonił do wyjazdu w rejon walk co najmniej 24 osoby, z których sześć zginęło.

Nadzwyczajne środki ostrożności

Na ławie oskarżonych zasiada oprócz Abu Walla czterech innych mężczyzn w wieku od 27 do 51 lat oskarżonych o rekrutowanie ochotników do dżihadu. Cała grupa został aresztowana w listopadzie 2016 roku. W budynku Wyższego Sądu Krajowego w Celle zastosowano nadzwyczajne środki ostrożności. Oskarżeni zostali umieszczeni za szybą ze szkła pancernego. Grozi im do 10 lat pozbawienia wolności.

Koronny świadek w procesie Anil O. twierdzi, że uległ radykalizacji właśnie pod wpływem kazań Abu Walaa. 23-latek walczył po stronie IS w Syrii, ale po pewnym czasie zerwał z dżihadystami. Po powrocie do Niemiec skazany został na karę więzienia w zawieszeniu.

Inspirował zamach w Berlinie?

Tunezyjski terrorysta Anis Amri, który w grudniu 2016 roku porwał ciężarówkę, zamordował jej polskiego kierowcę, a następnie wjechał w ludzi na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie zabijając 12 osób i raniąc blisko 60, miał utrzymywać kontakty zarówno z samym Abu Walaa, jak i z jego współpracownikami – podała telewizja ZDF.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Ekspert od terroryzmu: Przeciętny Polak nie poradziłby sobie w stanie zagrożenia wojennego

W obliczu narastających konfliktów, coraz częściej wraca publiczna dyskusja na temat potrzeby reaktywowania obowiązkowej służby wojskowej. Dr Krzysztof Liedel, dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas wyjaśnia, że powszechny pobór do armii nie podniesie jednak jej efektywności, a tym samym nie zapewni nam bezpieczeństwa.

Nowoczesne pola walk wymagają pełnego zawodowstwa, a Polskę stać na profesjonalne siły zbrojne. Natomiast zwykli obywatele muszą nauczyć się sztuki przetrwania, potrzebnej m.in. w razie ataku militarnego. Państwo już dawno powinno uruchomić specjalny system szkoleń, obejmujący przedszkolaków, uczniów, studentów, pracowników firm i przedsiębiorców. W dzisiejszych czasach do prowadzenia batalii służą elektroniczne systemy walk, które są stale unowocześniane.

Wysokiej jakości broń i urządzenia komunikacyjne wymagają doskonałej obsługi. Dlatego, jak podkreśla dr Krzysztof Liedel, we współczesnym świecie żołnierz musi być profesjonalistą. Należy go szkolić przez kilka miesięcy w ciągu roku. Powinien trenować wraz z innymi zawodowcami, pochodzącymi z sojuszniczych państw NATO. Dzięki temu, będzie umiał z nimi współpracować i precyzyjne realizować określone zadania. Musi znać zarówno specyfikę pracy w mundurze, jak i w ruchu oporu. Dopiero wówczas może stanowić dobre zaplecze dywersyjne oraz sabotażowe, konieczne w taktyce wojskowej.

– Sytuacja geostrategiczna stale się zmienia. Zagrożeń o charakterze militarnym jest coraz więcej. Cały świat zmierza w kierunku profesjonalizacji armii. I jeżeli komuś wydaje się, że zasadnicza służba wojskowa zapewni Polsce jakiekolwiek bezpieczeństwo, to jest poważnym w błędzie. Żołnierz musi być zdeterminowany do wykonywania tego, a nie innego zawodu przez 24 godziny na dobę. Powinien też zdobywać i poszerzać specjalistyczną wiedzę oraz umiejętności praktyczne w swojej dziedzinie, np. w logistyce – przekonuje dr Krzysztof Liedel, dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas.

Zamiast inwestować w przestarzałe i mało efektywne metody, należy regularnie podnosić poziom umiejętności profesjonalnych żołnierzy. Wojsko powinno przede wszystkim dysponować wysokiej jakości sprzętem i doskonale nim zarządzać. Dzisiejsza rzeczywistość nie pozwala rządzącym oszczędzać na tworzeniu nowoczesnej, zawodowej armii. W opinii eksperta, zdecydowanie nas na nią stać. Jak przypomina dr Liedel, Polska jest jednym z niewielu krajów w Europie, które od lat utrzymuje określony procent finansowania sił zbrojnych z budżetu państwa i przeznacza na ten cel środki na stabilnym poziomie. W związku z tym, wojsko wie, czym aktualnie dysponuje i co dalej może planować.

– Dużo lepszym rozwiązaniem, niż przywrócenie obowiązkowego poboru do armii, byłoby wprowadzenie powszechnej edukacji dla bezpieczeństwa. Powinna ona przygotować społeczeństwo do tego, żeby radziło sobie w sytuacji konfliktów militarnych, zagrożeń terrorystycznych, a także katastrof naturalnych i technicznych. To spowoduje, że obywatele z czasem staną się pewnym elementem zasobu w systemie bezpieczeństwa państwa. Będą bowiem wiedzieli, jak postępować w przypadku ewentualnego ataku zbrojnego – mówi dr Liedel.

Zdaniem byłego dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Pozamilitarnego w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, tzw. zwykły Kowalski powinien przede wszystkim być wyszkolony do tego, żeby przetrwać w obliczu wojny. Poprawne reagowanie w sytuacji alarmowania i wykonywanie poleceń armii w zupełności wystarczy do tego, żeby stanowił dodatkowe wsparcie na wypadek zagrożenia militarnego. Natomiast zmuszanie człowieka, który na co dzień jest przedsiębiorcą, pracownikiem etatowym lub studentem, do tego, żeby nagle stał się żołnierzem, nikomu nie przyniesie korzyści. Według eksperta, ci, którzy pamiętają obowiązkową służbę wojskową, do dzisiaj nie zmienili swojego podejścia. To znaczy, nadal chcieliby unikać poboru do armii. Młodsze osoby również nie są zainteresowane taką perspektywą, bo mają swoje pomysły na życie.

– Rząd powinien jak najszybciej opracować i wprowadzić pełen system edukacji dla bezpieczeństwa w przedszkolach, szkołach, na uczelniach i w zakładach pracy. Musi on obejmować instrukcje dotyczące reagowania w sytuacji alarmowania. Polacy powinni wiedzieć, o czym informują konkretne sygnały dźwiękowe i apele w mediach. Jak wynika z moich obserwacji, obywatele dość często nie rozróżniają od siebie odgłosów syren i nie rozumieją, co one dokładnie oznaczają. Ponadto, koniecznie należy zwiększyć wiedzę na temat działań ewakuacyjnych. Trzeba też upowszechnić umiejętność udzielania pierwszej pomocy, którą obecnie mają głównie kierowcy. Chodzi o to, żeby wszyscy potrafili zachować się w sytuacji kryzysowej, w tym oczywiście dzieci – zaznacza dr Liedel.

Odpowiednie szkolenia muszą być dobrane do wieku uczestników, a w przypadku dorosłych – również do ich zawodu. Dla przykładu, pielęgniarki i lekarze nie będą potrzebowali kursu z udzielania pierwszej pomocy, a policjanci – lekcji z samoobrony. Ważne jest to, żeby całe społeczeństwo zyskało dostęp do szeregu zajęć praktycznych z tzw. procedur algorytmu sytuacji kryzysowej. Wówczas, w przeciągu kilku lat, Polacy zostaną przystosowani do zagrożeń, obecnych we współczesnym świecie. Oczywiście warunkiem idealnego dostosowania kursów do potrzeb dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości jest stała obserwacja zachodzących wydarzeń.

– Ostatnim ważnym elementem szkoleń powinno być posługiwanie się bronią palną, które należy wprowadzić w szkołach średnich, na studiach oraz w firmach. Oczywiście nie chodzi o te najnowocześniejsze środki bojowe, do których ma dostęp tylko profesjonalna armia. W celach praktycznych placówki, prowadzące zajęcia z tego zakresu, mogłyby współpracować z kołami łowieckimi i strzelnicami sportowymi, które dysponują różnymi rodzajami broni. W ten sposób, firmy oraz szkoły nie ponosiłyby kosztów związanych z zakupem materiałów dydaktycznych i wyeliminowałyby problem ich właściwego przechowywania – doradza ekspert z Collegium Civitas.
Źródło info i foto: Dziennik.pl