Ustalono tożsamość 20-letniego Rosjanina. Miał gwałcić kobiety pod Kijowem

Prokuratura Generalna Ukrainy poinformowała we wtorek, że śledczy ustalili tożsamość 20-letniego rosyjskiego wojskowego, podejrzanego o gwałty na kobietach z miejscowości w obwodzie kijowskim. Zostało on powiadomiony o ciążących na nim podejrzeniach.

„Zidentyfikowano jeszcze jednego podejrzanego o przemoc wobec kobiet w obwodzie kijowskim. To już drugi rosyjski gwałciciel, którego wykryto. Jest nim 20-letni Bułat Fassachow, radiotelefonista dywizjonu artylerii haubic w 30. samodzielnej brygadzie strzelców zmotoryzowanych 2. armii gwardyjskiej Centralnego Okręgu Wojskowego Sił Zbrojnych Rosji” – poinformowała prokurator generalna Iryna Wenediktowa.

Dodała, że kijowska prokuratura obwodowa wraz ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy zidentyfikowały wojskowego i poinformowały go, że jest podejrzany o złamanie prawa wojennego.

Według ustaleń prokuratury Fassachow w marcu w jednej ze wsi w rejonie (powiecie) browarskim wdarł się wraz z drugim wojskowym do prywatnego domu. Nakazał swemu wspólnikowi, by zamknął w piwnicy wszystkich mieszkańców prócz jednej kobiety. Zgwałcił ją, grożąc jej zastrzeleniem, a także jej rodziny. Po kilku dniach ten sam wojskowy wszedł do innego domu wraz z trzema wspólnikami. Mieszkańców prócz jednej kobiety wyrzucili z domu, a kobietę zbiorowo zgwałcili.

Wenediktowa opublikowała fotografię i nazwisko Fassachowa w komunikacie na Facebooku. „Trwa ustalanie dalszych osób zamieszanych w te bestialstwa” – poinformowała prokurator.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ukraina: Ruszył pierwszy proces o zbrodnie wojenne

W Kijowie ruszył proces rosyjskiego żołnierza. Mężczyzna oskarżony jest o zbrodnie wojenne. To pierwszy tego rodzaju proces od początku wojny – podkreśla agencja informacyjna AP. 21-letni sierżant jednostki pancernej, Wadim Szyszymarin, zastrzelił w pierwszym tygodniu wojny 62-letniego cywila, mieszkańca wsi Czupachiwka w obwodzie sumskim. Po tym, jak trafił do niewoli, Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) opublikowała nagranie, w którym rosyjski wojskowy przyznaje się do winy.

„Kazano mi strzelać. Strzeliłem raz. On upadł. My szliśmy dalej” – powiedział Szyszymarin.

Rosyjskiemu sierżantowi za popełniony czyn grozi dożywocie. Mamy 41 podejrzanych w sprawach, z którymi będziemy gotowi wystąpić do sądu – oznajmiła w piątek ukraińska prokurator generalna Iryna Wenediktowa w telewizji. Dodała, że wszystkie te sprawy dotyczą przestępstw, choć różnego rodzaju: bombardowań cywilnej infrastruktury, zabójstwa cywilów, gwałtów oraz szabrownictwa.

Według prokurator generalnej w następnym tygodniu odbędą się wstępne przesłuchania dwóch innych Rosjan, którzy znajdują się na Ukrainie – w sprawie bombardowań cywilnej infrastruktury i budynków mieszkalnych.

Jeszcze w kwietniu ukraińskie władze uruchomiły cyfrowe archiwum rosyjskich zbrodni wojennych. Zebrane dowody na okrucieństwa popełnione przez armię rosyjską na Ukrainie zapewnią, że ci zbrodniarze wojenni nie będą mogli uciec przed wymiarem sprawiedliwości – poinformował szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba.

UE powołała natomiast wspólny zespół dochodzeniowo-śledczy z Ukrainą w celu gromadzenia dowodów i prowadzenia dochodzeń w sprawie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Komisja zapewni wszelkie niezbędne wsparcie techniczne i finansowe we wszystkich dochodzeniach prowadzonych przez UE – zapewniła szefowa KE Ursula von der Leyen.

Na wciąż ogarniętych wojną terenach starają się już działać ukraińscy prokuratorzy. Przesłuchują jeńców i świadków wydarzeń, zbierają materiały filmowe i zdjęcia, szczegółowo dokumentują zbrodnie wojenne popełniane przez Rosjan.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Były słowacki wojskowy szpiegował na rzecz Rosji

Zatrzymany dwa tygodnie temu pod zarzutem współpracy z rosyjskim wywiadem były wojskowy przekazywał informacje o słowackim wojsku i NATO, m.in. szczegóły operacji wojskowych, ćwiczeń i obrony przeciwlotniczej – wynika z publikacji słowackich mediów, opierających się na materiałach sądowych.

Media opublikowały dokumenty, na podstawie których sąd zdecydował o areszcie dla Pavla Buczka. Mężczyzna przyznał się do współpracy z Rosją. W swojej karierze Buczka był m.in. prorektorem słowackiej akademii wojskowej oraz pracownikiem słowackiego ministerstwa obrony.

Buczka przekazywał informacje Rosjanom od 2013 roku. Dotyczyły m.in. operacji wojskowych, ćwiczeń, planów szkoleniowych, obrony przeciwlotniczej i uzbrojenia. Za przekazywane na kartach pamięci dane otrzymywał od Rosjan pieniądze, łącznie dostał co najmniej 46 tys. euro.

Jak zeznał Buczka, przed kilkoma miesiącami Rosjan interesowały konkretne informacje dotyczące Ukrainy. Chcieli wiedzieć, czy wśród uczestników niektórych kursów dla oficerów sztabowych nie było przedstawicieli armii ukraińskiej. Czasami Buczka przekazywał informacje bezpośrednio rosyjskim agentom, czasami wykorzystywał skrzynki kontaktowe.

Podczas przesłuchania Buczka powiedział, że chciał zakończyć współpracę z Rosją w 2019 roku, ale bał się gróźb kierowanych pod adresem jego rodziny. Podejmując decyzję o aresztowaniu szpiega, sąd nie wziął pod uwagę tego tłumaczenia. Mężczyzna został zatrzymany przed dwoma tygodniami w ramach akcji kontrwywiadu wojskowego pod kryptonimami Matrioszka i Katiusza.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Austria: Nożownik zaatakował przed rezydencją ambasadora Iranu

26-letni mężczyzna zaatakował nożem żołnierza austriackiej armii pełniącego wartę przed rezydencją ambasadora Iranu w Wiedniu. Jak poinformowała policja, żołnierz, w obronie własnej, zastrzelił napastnika. Cztery dni wcześniej w śródmieściu Wiednia doszło do dwóch ataków z użyciem noża, podczas których ciężko ranne zostały cztery osoby.

Rzecznik ministerstwa obrony Austrii powiedział, że żołnierz próbował najpierw bronić się przy pomocy gazu pieprzowego, a gdy ten środek okazał się nieskuteczny sięgnął po pistolet. Według policji wojskowy oddał co najmniej cztery strzały ze służbowej broni, Glocka 17. Tyle łusek znaleziono podczas zabezpieczenia śladów na miejscu incydentu.

Napastnik zginął na miejscu. Austriackie władze podały jedynie, że miał on 26 lat i był obywatelem Austrii. Motyw jego działania nie jest znany. – Jeszcze jest zdecydowanie za wcześnie by o tym mówić – stwierdził rzecznik policji. 24-letni żołnierz trafił do szpitala. Jak poinformowała policja, został ranny w lewe ramię, a także doznał ciężkiego szoku. Po ataku nożownika przed rezydencją ambasadora Iranu władze Austrii wzmocniły ochronę innych placówek dyplomatycznych w Wiedniu.

Cztery dni wcześniej w śródmieściu Wiednia doszło do dwóch ataków z użyciem noża, podczas których ciężko ranne zostały cztery osoby. Do obu ataków przyznał się pochodzący z Afganistanu 23-letni mężczyzna. Podczas przesłuchania tłumaczył się agresywnym nastrojem i wściekłością z powodu trudnej sytuacji życiowej.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Syberia: Żołnierz zabił na poligonie trzech wojskowych

Na wschodniej Syberii zastrzelono żołnierza, który wcześniej zabił na poligonie trzech wojskowych, w tym oficera – poinformowały w nocy z piątku na sobotę rosyjskie agencje prasowe. Do incydentu doszło w piątek podczas nocnych ćwiczeń wojskowych w Biełogorsku. Sprawca, według mediów pochodzący z Dagestanu 23-letni starszy szeregowy, otworzył ogień z broni automatycznej w stronę grupy wojskowych, śmiertelnie raniąc trzech z nich. Dwóch żołnierzy zostało rannych.

Napastnik zbiegł ze swoją bronią i czterema magazynkami pełnymi amunicji. Po wielogodzinnym pościgu został otoczony przez wojsko i zastrzelony, gdy „stawił zbrojny opór”. Jak podało rosyjskie ministerstwo obrony, brane pod uwagę są różne wersje przyczyn zdarzenia na poligonie, w tym załamanie nerwowe żołnierza.
Źródło info i foto: interia.pl

Wysoki rangą wojskowy zatrzymany. Skandal z pedofilią w tle?

Policja zatrzymała pułkownika Wojska Polskiego w poniedziałek. Dzisiaj został zdjęty ze stanowiska i przeniesiony do rezerwy. O sprawie poinformowało RMF FM, które nieoficjalnie ustaliło, że pułkownik z Wielonarodowej Dywizji Północ-Wschód w Elblągu umówił się na spotkanie z 14-letnią dziewczynką.

Jednak na miejscu czekali na niego policjanci i łowca pedofilów, który zaaranżował spotkanie. Wojskowy został przeniesiony do rezerwy kadrowej.
Źródło info i foto: wp.pl

Sprawca tragedii na Times Square był pod wpływem narkotyków?

Kierowca samochodu, który w czwartek wjechał w grupę ludzi na Times Square w Nowym Jorku, w chwili wypadku mógł być pod wpływem narkotyków – przekazała telewizja CBS, powołując się na informacje uzyskane od prokuratury. W wypadku zginęła 18-letnia kobieta, 22 osoby zostały ranne. Według CBS sprawca wypadku, 26-letni były wojskowy Richard Rojas mógł zażyć substancję o nazwie „K2” lub „Spice”, czyli tak zwaną syntetyczną marihuanę.

Wcześniej w czwartek policja poinformowała, że Rojasa poddano badaniom na obecność alkoholu we krwi. Według wstępnych ustaleń śledczych mężczyzna nie miał związków z terrorystami. Jak powiedział burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio, na razie nic nie wskazuje na to, aby mogło chodzić o akt terroru.

Wtargnął na chodnik

Samochód kierowany przez 26-latka w czwartek około południa czasu lokalnego (godz. 18 w Polsce) wtargnął na chodnik i według relacji świadków zatrzymał się dopiero, gdy uderzył w latarnię i bariery blokujące dostęp do chodnika. W wypadku zginęła 18-letnia kobieta, a rany odniosły 22 osoby. Stan czterech z nich lekarze wciąż określają jako zagrażający życiu. Times Square jest nowojorską atrakcją turystyczną. Codziennie przechodzą tamtędy setki tysięcy ludzi. Specjalne bariery mają chronić pieszych, ale nie są one jeszcze szczelne i w wielu miejscach samochody mogą nadal wjechać na chodniki lub skwery.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Piotr C., porucznik z Puław, z zarzutami. Miał szpiegować dla Rosji

Piotr C. z Puław usłyszał cztery prokuratorskie zarzuty i odpowie przed sądem wojskowym za szpiegostwo na rzecz Rosji. Porucznik rezerwy miał zbierać niejawne dane i udostępniać je zagranicznym służbom. Sam oskarżony nie tyle nie przyznaje się do popełnienia czynu, co w ogóle się nie odzywa.

To, że Piotr C. jest poczytalny, już wiadomo. – Zapytany, czy przyznaje się do winy, nie wypowiedział żadnego słowa – wytłumaczył rzecznik warszawskiej prokuratury Michał Dziekański i dodał, że w związku z tym śledczy zarządzili badanie psychiatryczne mężczyzny.

– Okazało się jednak, że jest poczytalny i może odpowiadać przed sądem. Grozi mu 10 lat więzienia – stwierdził Dziekański. Byłemu oficerowi zarzucono, że gromadził niejawne dokumenty w formie papierowej i elektronicznej w celu udzielenia ich obcemu wywiadowi, niezgodnie z przepisami przechowywał je poza kancelarią, samowolnie zabrał z jednostki wojskowej amunicję i nielegalnie ją posiadał. Akt oskarżenia sformułowano kilka dni temu.

wp
Wystawiono za nim list gończy

Piotr C. skończył słynną Szkołę Orląt w Dęblinie i do 2011 r. służył w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego, który po katastrofie smoleńskiej był wygaszany. Informatorzy „Gazety Wyborczej” podkreślali w 2015 r., że działalność oficera nie miała żadnego związku z katastrofą smoleńską. Porucznika przeniesiono do rezerwy, a latem 2016 r. rozesłano za nim list gończy. Mężczyznę odnaleziono w grudniu w wiosce pod Kazimierzem Dolnym, gdzie został zatrzymany przez SKW .

Według mediów w tej sprawie doszło do zatargu między SKW a prokuraturą dotyczącego skali zarzutów; SKW chciała zarzutu szpiegostwa, a prokuratura wojskowa – uznania działań oficera za przestępstwo mniejszej wagi, związane z niedopełnienie obowiązków dotyczących materiałów niejawnych.
Źródło info i foto: wp.pl

Próba zamachu stanu w Turcji. O co chodziło spiskowcom?

Ostatnimi laty prezydent wszędzie widzi spiski – knują przeciw niemu Europejczycy, Amerykanie, Żydzi, imperialiści, międzynarodówka terrorystyczna, a przede wszystkim nienazwane wprost „ciemne siły”. Spokojny piątkowy wieczór. Nagle nad Stambułem zaczynają latać helikoptery i wojskowe samoloty, słychać strzały. Armia blokuje mosty na Bosforze łączące europejską z azjatycką częścią miasta.

Premier Turcji Binali Yildirim ogłasza w telewizji: „To wojskowy zamach stanu. Nigdy się nie poddamy. Turcy, wyjdźcie na ulice bronić demokracji”.

Puczyści w czołgach i transporterach opancerzonych wjeżdżają na teren międzynarodowego portu lotniczego im. Atatürka. Wchodzą do państwowej telewizji TRT, gdzie każą spikerce odczytać oświadczenie, że przejmują całkowicie władzę w kraju i powołują Radę Pokoju, by ratować porządek demokratyczny i prawa człowieka.

Telewizja CNN Turk nadaje apel prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana, który łącząc się przez komunikator w telefonie komórkowym, wzywa Turków do wyjścia na ulicę.

Erdogana nie ma w Ankarze, spędza wakacje w nadmorskim kurorcie Marmaris. Na wieść o zamachu szybko wsiada do samolotu. Słychać plotki, że poprosił o azyl w Niemczech, że zmierza do Londynu, że jest w Teheranie.

Na ulice Ankary i Stambułu zaczynają wychodzić tysiące ludzi zwołujących się przez media społecznościowe. Zachęcają do tego też imamowie w meczetach i policjanci w radiowozach. Zdecydowana większość demonstrantów staje w obronie rządu, ale są też grupy popierające pucz.

Szybko okazuje się, że tylko część armii się zbuntowała. Dochodzi do strzelanin i walk o kluczowe miejsca: parlament, kwatery wywiadu i policji, rezydencję premiera. Agencje podają, że F-16 zestrzelił helikopter puczystów. W budynek parlamentu uderza bomba. W sztabie generalnym rebelianci biorą zakładników, w tym szefa sztabu gen. Hulusiego Akara.

W sobotę rano samolot z Erdoganem na pokładzie ląduje na lotnisku w Stambule. Witają go tłumy. Koło południa ostatni spiskowcy opuszczają bazę wojskową w Ankarze i składają broń. Tymczasowy dowódca tureckiej armii generał Umit Dundar ogłasza, że próba zamachu stanu zakończyła się niepowodzeniem. Kosztowała życie co najmniej 265 osób.

Powtórka po pół wieku

Próbując zrozumieć, co się wydarzyło, cofnijmy się o 56 lat. Partia Demokratyczna, która doszła do władzy w pierwszych w Turcji uczciwych wyborach, dokonała wielkich postępów w modernizacji kraju i doprowadziła do zbliżenia z Zachodem, ale przez 10 lat u władzy zraziła do siebie dużą część społeczeństwa. Postępująca islamizacja, alienacja wielkomiejskiej inteligencji, biurokracji i korpusu oficerskiego oraz pogorszenie sytuacji gospodarczej owocowały antyrządowymi demonstracjami. Premier Adnan Menderes uciekał się do coraz bardziej autorytarnych metod i w końcu 27 kwietnia 1960 r. wprowadził stan wyjątkowy. Studenci wyszli na ulice, polała się krew. Miesiąc później grupa wojskowych obaliła rząd, Menderesa skazano na śmierć za łamanie konstytucji.

Dość podobna to historia do 14-letnich już rządów Erdogana i jego Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Zresztą Erdogan zwykł wychwalać Menderesa jako wielkiego lidera, który utracił władzę i życie w rezultacie wielkiego spisku. I nagle o mało nie skończył tak jak on. Puczyści z pewnością mieli w pamięci rok 1960.

Wprawdzie zachodnie rządy w pierwszym, całkiem naturalnym odruchu potępiły pucz, ale gdyby się powiódł, wszyscy prędzej niż później doszliby do porozumienia z rządem wojskowym – tak jak stało się w Egipcie, gdzie armia w 2013 r. obaliła demokratycznie wybranego prezydenta islamistę Mohameda Mursiego. Ani Erdogan, ani Mursi nie byli ulubieńcami Zachodu.

W czarnym scenariuszu mogłoby w Turcji dojść do wojny domowej. Z drugiej strony warto wiedzieć, że puczyści z 1960 r. uchwalili najbardziej postępową konstytucję w historii Turcji. Ci z 2016 r. zapewne szybciej przekazaliby przynajmniej nominalną władzę cywilom – tak jak w Egipcie, bo nie ma dziś na świecie klimatu dla rządów junt.

Tyle teoria. W praktyce ten pucz nie miał prawa się udać. Wygląda na to, że zaangażowało się weń góra parę tysięcy żołnierzy. W bananowych republikach zdarzały się udane zamachy nawet kilkudziesięcioosobowe, ale Turcja liczy 80 mln mieszkańców i ma 600-tysięczną armię. Rebelianci nie zdołali pojmać prezydenta, nie uciszyli sieci komórkowych ani internetu, co pozwoliło zwołać się obrońcom prezydenta. Nie byli zdecydowani na większy przelew krwi, gdy napotkali opór ze strony zwykłych ludzi. Nie docenili skali poparcia dla człowieka, który wprawdzie przez wielu jest znienawidzony, ale od 2002 r. bez przesadnych manipulacji wygrywa wszystkie wybory.

Wojskowa interwencja w polityce to w Turcji normalka

O co spiskowcom chodziło? Tłumaczyli, że bronią demokracji i praw człowieka, coraz mocniej poniewieranych przez Erdogana. Można – znów teoretycznie – w to uwierzyć. Coraz bardziej autorytarne rządy i choleryczne usposobienie Erdogana sprawiły, że Turcja popadła w międzynarodową izolację, skonfliktowała się z Europą i Waszyngtonem, była oskarżana o wspieranie dżihadyzmu, ściągnęła na siebie islamski i kurdyjski terroryzm. Gospodarka coraz bardziej kuleje, społeczność międzynarodowa oskarża Ankarę o zamordyzm, łamanie praw człowieka, demokracji i swobody mediów, tymczasem naczelnym, obsesyjnym celem wodza państwa jest wprowadzenie systemu prezydenckiego, co da mu nieograniczoną władzę. Być może spiskowcy uważali, że to ostatnia chwila, żeby temu zapobiec.

Interwencje armii są wpisane w turecką kulturę polityczną, w historii Republiki Tureckiej było ich co najmniej cztery. Przez dekady nad każdym cywilnym rządem wisiał miecz Najwyższej Rady Wojskowej gotowej interweniować pod pretekstem obrony świeckości republiki albo ocalenia kraju przed nieudolnością rządzących, terroryzmem czy komunizmem. Armia miała społeczne przyzwolenie, bo politycy byli niepopularni. Dopiero Erdogan, jak się zdawało, spacyfikował generałów. Pod pretekstem odkrycia megaspisku kazał aresztować jedną czwartą korpusu oficerskiego, na stanowiska dowódcze mianował swoich ludzi. W 2010 r. w referendum Turcy przyjęli poprawki konstytucyjne znoszące kuratelę generałów i sędziów nad władzą pochodzącą z wyboru.

A jednak w ostatnich miesiącach wojskowi mogli czuć, że najgorsze minęło. Sąd apelacyjny unieważnił wyroki skazujące oficerów w rzekomej aferze spiskowej, armia dostała wolną rękę w rozprawie z Kurdami i immunitet, czyli licencję na zabijanie podczas operacji militarnych. Generałom musiało ulżyć, gdy Erdogan zaczął się skłaniać ku bardziej realistycznej polityce w konflikcie syryjskim (pojawiły się nawet spekulacje, że pogodzi się ze swym arcywrogiem Asadem) i gdy znormalizował stosunki z Rosją i Izraelem.

Wyjąwszy pobudki idealistyczne oraz samobójcze, trudno się domyślić, co kierowało frakcją, która postanowiła się zbuntować bez zapewnienia sobie szerokiego poparcia w szeregach i kadrze wojska oraz w społeczeństwie. Nawet partie opozycyjne natychmiast potępiły pucz.

A może to Erdogan zamachnął się sam na siebie?

Erdogan jest podwójnie wygrany. Nie tylko utrzymał się u władzy, ale także dostał w prezencie wolną rękę do ostatecznej rozprawy z oponentami. Ostatnimi laty prezydent wszędzie widzi spiski – knują przeciw niemu Europejczycy, Amerykanie, Żydzi, imperialiści, międzynarodówka terrorystyczna, a przede wszystkim nienazwane wprost „ciemne siły”.

Teraz będzie mógł zakrzyknąć: „A nie mówiłem?”. Już oskarżył o organizację puczu swojego wroga Fethullaha Gülena, wpływowego tureckiego duchownego mieszkającego w USA.

– Zemsta! Zemścimy się! – obiecywał tłum, który w piątek w nocy wyszedł na ulice bronić rządu. Erdogana nie trzeba będzie do zemsty namawiać. W sobotę zapowiedział, że winni zapłacą „wysoką cenę”. Pucz, rzekł, jest „zesłaną przez Boga” okazją wyczyszczenia szeregów armii ze zdrajców. Poddańczo mu wierny premier Binali Yildirim zapowiedział, że rząd postara się o przywrócenie kary śmierci.

W niedzielę władze poinformowały, że zatrzymano już 6 tys. osób. W aresztach wylądowali czołowi generałowie i setki wojskowych, odwołano też prawie 3 tys. sędziów i prokuratorów.

Dramatycznie już spolaryzowany kraj będzie się dalej przełamywać na dwie połowy: za Erdoganem i przeciw niemu. Czy aby nie o to chodziło puczystom?

Jako że Turcja jest żyzną ziemią dla teorii spiskowych, domysły nie tylko przeciwników Erdogana, ale i wielu niezależnych komentatorów idą w tym kierunku. Mówi się, że pucz był jego własnym dziełem. Prezydent zamachnął się sam na siebie. Podpowiedzieć mógł mu to rosyjski spec od prowokacji politycznych Władimir Putin, z którym Erdogan spotkał się dwa tygodnie wcześniej.

W niedzielę największy z Rosjan zadzwonił do największego z Turków, by życzyć mu szybkiego opanowania sytuacji.
Żródło info i foto: Wyborcza.pl

Dwa zamachy bombowe w stolicy Iraku

Do pierwszego ataku, na wojskowy posterunek kontrolny w dzielnicy al-Husseinija, przyznało się tzw. Państwo Islamskie (IS). W rezultacie eksplozji samochodu-pułapki zginęło dziewięć osób, a 28 zostało rannych. Nie wiadomo, kto dokonał drugiego ataku, którego celem był wojskowy konwój w dzielnicy Arab al-Dżabur na południu Bagdadu. Wybuch samochodu wypełnionego materiałami wybuchowymi spowodował śmierć trzech osób. 11 osób zostało rannych.

W ostatnich miesiącach armia iracka odniosła szereg ważnych zwycięstw w walkach z dżihadystami z IS, wypierając ich m.in. z miast Ramadi i Hit oraz konsekwentnie spychając ich w kierunku granicy z Syrią.

Stan bezpieczeństwa w Bagdadzie nieco się poprawił, chociaż ataki bombowe na siły bezpieczeństwa oraz na dzielnice zamieszkałe przez szyitów wciąż są bardzo częste.
Żródło info i foto: wp.pl