Niemiecka policja poszukuje polskiego kierowcy tira. Jest sprawcą wypadku

Ford an der Unfallstelle

Policjanci poszukują sprawcy wypadku, do którego doszło we wtorek, 21 lipca. Kierowca ciężarówki na polskich numerach rejestracyjnych uciekł z miejsca zdarzenia. Nie udzielił on także pomocy osobie poszkodowanej. Do wypadku doszło w miniony wtorek około godziny 14:40 na drodze krajowej numer 123 między Kutenholz i Essel w Dolnej Saksonii. Mundurowi szukają świadków, którzy mogą pomóc w ustaleniu sprawcy wypadku – informuje portal auto-swiat.pl.

Sprawcą wypadku w Niemczech jest kierowca ciężarówki jadący z polską tablicą rejestracyjną. Po zderzeniu sprawca uciekł z miejsca wypadku, nie udzielił także pomocy poszkodowanemu. Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że kierowca samochodu dostawczego zaczął wyprzedzać ciężarówkę. Kierowca tego pojazdu nie zwrócił uwagi na ruch za nim i także zaczął zjeżdżać na lewy pas. Kierowca z Niemiec, aby uniknąć zderzenia, zjechał na bok i uderzył w drzewo .

34-letni kierowca został ranny w wypadku. Przetransportowano go do szpitala. Jego samochód został poważnie zniszczony. Funkcjonariusze szacują szkody na około 10 tysięcy euro (około 44 tysięcy złotych). Sprawca wypadku nie zatrzymał się i nie udzielił pomocy. Kontynuował jazdę. Policjanci z Niemiec szukają kierowcy ciężarówki z polską rejestracją, a także świadków tego zdarzenia.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Kierowca seicento winny nieumyślnego spowodowania wypadku z udziałem Beaty Szydło

Sąd uznał, że Sebastian Kościelnik jest winny nieumyślnego spowodowania wypadku z udziałem premier Szydło. Umorzył jednak postępowanie i zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez BOR-owców. “To oni spowodowali wypadek” – mówi OKO.press obrońca Sebastiana

Sąd Rejonowy w Oświęcimiu orzekł dziś, że Sebastian Kościelnik kierowca seicento, był winny nieumyślnego spowodowania wypadku samochodu BOR.

Sąd warunkowo umorzył postępowanie i nakazał Kościelnikowi zapłacić tysiąc złotych nawiązki byłej premier Beacie Szydło i wiozącemu ją kierowcy. Zwolnił go jednak z opłacenia kosztów procesu, które mogły wynosić ok. 200 tys. zł.

Wypadek miał miejsce 10 lutego 2017 roku około godziny 18:30 w Oświęcimiu u zbiegu ulic Powstańców Śląskich i Orzeszkowej. Złożona z trzech samochodów kolumna rządowa, w której jechało auto wiozące Beatę Szydło, wyprzedzała fiata seicento. Kiedy pierwszy rządowy samochód minął seicento, fiat skręcił w lewo w ulicę podporządkowaną (Orzeszkową).

Wtedy doszło do wypadku: limuzyna, w której jechała premier Szydło, odbiła w lewo, by uniknąć bezpośredniego zderzenia z seicento. Otarła się o nie i uderzyła w drzewo stojące przy drodze. Obrażeń doznali premier, jej kierowca i szef ochrony.

Tyle wiadomo na pewno. Wokół śledztwa narosło jednak wiele wątpliwości. O nieprawidłowościach w pracy prokuratury rozmawiamy z mec. Władysławem Pociejem, obrońcą Sebastiana Kościelnika.
Źródło info i foto: oko.press

Prokuratura przesłuchuje 31-letniego kierowcę, który jest sprawcą śmiertelnego wypadku na A1

Prokuratura przesłuchuje kierowcę audi, 31-latka, który w czwartek, wraz z pasażerem, uciekł z miejsca wypadku na A1 koło Łodzi. Kierowca audi i jego 35-letni kolega zgłosili się na policję. Na miejscu zginął 51-letni łodzianin – powiedział rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania.

W sobotę przed południem rozpoczęło się przesłuchanie 31-latka, który podejrzewany jest o spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym, połączonego z ucieczką z miejsca zdarzenia – podał Kopania.

Dodał, że właścicielem audi był ojciec przesłuchiwanego. „31-latek był wcześniej karany za kierowanie w stanie nietrzeźwości, a następnie za prowadzenie auta po tym, jak orzeczono wobec niego zakaz kierowania pojazdami” – poinformował prokurator Kopania. W sobotę będzie też przesłuchiwany 35-latek, który był pasażerem audi – potwierdził Kopania.

Zbiegli z miejsca zdarzenia

Policja w czwartek od rana poszukiwała uczestników wypadku, do którego doszło ok. godz. 5.30 na autostradzie A1 w okolicach Wiśniowej Góry między węzłami Łódź Górna i Łódź Wschód.

Poszukiwani mężczyźni podróżowali audi Q7, które uderzyło w tył jadącej prawym pasem hondy. Siła zderzenia była bardzo duża. W jej wyniku honda uderzyła w barierkę, a kierowca wypadł przez szybę. Na skutek rozległych obrażeń głowy 51-letni łodzianin zginął na miejscu. Kierowca i pasażer audi uciekli. W ich samochodzie i w jego pobliżu znaleziono torebki tzw. dilerki z białym proszkiem oraz puszki po piwie.

„W czwartek po godz. 19 do jednego z komisariatów w okolicach Częstochowy zgłosili się dwaj mężczyźni w wieku 31 i 35 lat, którzy poinformowali, że to oni jechali audi. Jeden z nich jest synem właściciela samochodu” – przekazał w piątek prokurator Kopania.

W aucie zabezpieczono biały proszek

Dodał, że zatrzymani poddani zostali badaniom na zawartość alkoholu. Okazało się, że byli trzeźwi, ale – jak zaznaczył prokurator – należy mieć na względzie, że przeprowadzenie takich badań możliwe było dopiero kilkanaście godzin po wypadku. Pobrano od nich próbki krwi do przeprowadzenia badań pod kątem obecności narkotyków. Wyniki mają być znane na początku przyszłego tygodnia.

„Mężczyźni zostali zatrzymani i przetransportowani do Łodzi. Na ich ciele stwierdzone zostały obrażenia. Ich wstępna ocena nie daje podstaw do wyciągania wniosków, by zagrażały one ich życiu. Jeden z zatrzymanych oświadczył, że źle się czuje, dlatego też poddany został szczegółowym badaniom lekarskim” – wyjaśnił rzecznik.

Szczegółowym badaniom poddany zostanie również biały proszek zabezpieczony w tzw. dilerkach znalezionych w audi i w pobliżu auta. Za spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym, połączonego z ucieczką z miejsca zdarzenia, grozi kara do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: interia.pl

Marek J. wydany USA. Przez 25 lat ukrywał się w Polsce

9 grudnia 1995 r. w Lake Forest w stanie Illinois doszło do śmiertelnego wypadku. O spowodowanie go oskarżono Polaka, Marka J., który prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Mężczyzna początkowo został aresztowany, ale wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji i uciekł do Polski. Przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości ukrywał się przez blisko 25 lat.

J. został oskarżony o spowodowanie wypadku na trasie 41, w wyniku którego zginął Dennis Bourass. Z ustaleń śledczych wynika, że Polak był pod wpływem alkoholu i jechał pod prąd.

Kierowca został aresztowany, ale wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji. Gdy wydawało się, że mężczyzna będzie czekać na proces w USA, prokurator zaostrzył zarzuty, oskarżając J. o „lekkomyślne zabójstwo”. Wiedząc, że w świetle prawa musi zostać ponownie aresztowany, a kaucja będzie wyższa, oskarżony uciekł do Polski. Z powodu obowiązujących przepisów o ekstradycji, Marek J. nie mógł zostać przekazany Amerykanom.

Aresztowany w 2020 r.

Przez prawie 19 lat sprawa stała w miejscu. Amerykańscy śledczy nie dali jednak za wygraną – na mocy nowej umowy o ekstradycji, polskie służby mogły ostatecznie przekazać go swoim odpowiednikom w USA. W 2014 r. do sprawy przydzielono policjanta Marka Sengera, który nawiązał współpracę z FBI i amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości. Ich celem było ustalenie dokładnego miejsca pobytu oskarżonego.

Poszukiwania J. zakończyły się w 2018 r. Mężczyzna został aresztowany przez polskie służby, a następnie… wypuszczony na wolność. Obiecał wówczas, że będzie pojawiał się w sądzie – słowa dotrzymał.

Decyzję o ostatecznym aresztowaniu mężczyzny polski sąd podjął po otrzymaniu listu, w którym rodzina zmarłego Dennisa Bourassa wyjaśniała całą sytuację ze swojej perspektywy. Ostatecznie J. trafił do aresztu w Przemyślu w lutym tego roku. Po czterech miesiącach i opóźnieniach w związku z pandemią koronawirusa, został przekazany stronie amerykańskiej 25 czerwca.

66-letni Marek J. 27 czerwca trafił do więzienia w Lake County 27 czerwca. Kaucję wyznaczono na milion dolarów.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Pakistan: Kontrola po wypadku samolotu. 1/3 pilotów narodowych linii z fałszywymi licencjami

Pakistańskie narodowe linie lotnicze uziemiły jedną trzecią swoich pilotów, którzy posiadali fałszywe licencje. To efekt kontroli, która miała miejsce po majowym wypadku. Zginęło w nim 97 osób.

Jak informuje CNN, aż 141 z 450 pilotów narodowych linii lotniczych Pakistanu (Pakistan International Airlines – PIA) posiadało fałszywe licencje i w związku z tym nie powinno wykonywać lotów. Dane te przekazał minister lotnictwa Pakistanu Ghulam Sarwar Khan. Minister powiedział, że wszystkie główne linie lotnicze w Pakistanie otrzymały listy z nazwiskami fałszywych pilotów. W ten sposób władze chcą uniemożliwić pilotom bez kwalifikacji znalezienie pracy u innego przewoźnika. Dotąd kontrolę pilotów w Pakistanie przeprowadziło tylko PIA.

Zaskakujące wyniki kontroli pilotów

Kontrola ta była efektem wypadku, do którego doszło 22 maja. Samolot pasażerski PIA rozbił się w Karaczi w Pakistanie. Maszyna, która podchodziła do drugiej próby lądowania, spadła na dzielnicę mieszkalną Model Colony zlokalizowaną niedaleko lotniska. W wyniku katastrofy zginęło 97 osób.

Minister lotnictwa tego kraju poinformował, że kapitan samolotu, który podchodził do lądowania na lotnisku w Karaczi, nie poinformował o problemach z wysunięciem kół. Podczas pierwszej próby lądowania trzykrotnie uderzył silnikami o pas startowy. Khan nie zdradził jednak, czy dwaj piloci tego samolotu także posiadali fałszywe licencje.

Według raportu z katastrofy piloci rozmawiali o koronawirusie i wielokrotnie ignorowali ostrzeżenia kontrolerów ruchu lotniczego. – Piloci dyskutowali na temat pandemii podczas lotu. Nie byli skupieni. Rozmawiali o koronawirusie i tym, jak wpłynęło to na ich rodziny – powiedział Khan, dodając, że piloci byli „zbyt pewni siebie”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wypadek podczas akcji CBŚP na warszawskim Wawrze

Podczas akcji Centralnego Biura Śledczego Policji w Wawrze doszło do zderzenia kilku pojazdów, w tym radiowozów – poinformowała w poniedziałek rzeczniczka CBŚP nadkom. Iwona Jurkiewicz. W związku ze zderzeniem na ul. Lucerny są utrudnienia w ruchu.

Jak informuje nadkom. Iwona Jurkiewicz z CBŚP, podczas planowej akcji CBŚP mężczyzna, którego próbowano zatrzymać „nie zachował się właściwie”. – Doszło do zderzenia kilku pojazdów, w tym radiowozów – poinformowała Jurkiewicz.

Dodała, że po przewiezieniu na badania, jeśli pozwoli na to stan zdrowia zatrzymanego, zostanie on przetransportowany do pomieszczenia dla osób zatrzymanych, gdzie będą z nim prowadzone dalsze czynności.

– Jeżeli chodzi o śledztwo w związku z którym został zatrzymany, na tym etapie jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby przekazywać jakiekolwiek informacje – przekazała Jurkiewicz.

Z informacji, jakie podał portal TVN Warszawa wynika, że w zderzeniu brały udział toyota, volkswagen i jeep; na jezdni leży motocykl. W związku ze zderzeniem występują utrudnienia w ruchu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Tragiczny wypadek autobusu w Warszawie. Tymczasowy areszt dla kierowcy. Był pod wpływem amfetaminy

Jest tymczasowy areszt na trzy miesiące dla kierowcy, który w czwartek pod wpływem amfetaminy doprowadził do katastrofy komunikacyjnej – poinformowała w sobotę po południu PAP rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie Mirosława Chyr. O areszcie dla mężczyzny zdecydował sąd na podstawie trzech przesłanek, na które wskazywał prokurator, czyli obawy ucieczki, obawy matactwa poprzez bezprawne wpływanie na gromadzony materiał dowodowy oraz obawy wymierzenia surowej kary.

Podejrzany przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów. Przyznał się do tego, że zażył amfetaminę zanim rozpoczął zmianę, zanim wsiadł do autobusu. Będziemy to weryfikować – powiedziała PAP Mirosława Chyr.

Dodała, że prokuratura będzie weryfikować wszystkie okoliczności wypadku na podstawie m.in zeznań świadków i zapisu z rejestratorów w autobusie. Czekamy aż kierowca zostanie osadzony w areszcie w warunkach oddziału szpitalnego – zaznaczyła Chyr.

Wcześniej rzeczniczka informowała PAP, że Tomasz U., będąc pod wpływem narkotyków, nie zachował bezpiecznej prędkości dostosowanej do warunków jazdy.

Wskutek tego nie udało mu się wyhamować autobusu, co doprowadziło do uderzenia pojazdu w barierę energochłonną na krawędzi drogi. Doszło do przerwania bariery, osunięcia się autobusu z wiaduktu na znajdującą się poniżej ścieżkę rowerową i rozpadu pojazdu na dwie części – podała.

Dodała też, że podczas piątkowych czynności z udziałem prokuratura „wyjaśnił jedynie, że >urwał mu się film< i niewiele pamięta z tego, co się działo. Pamięta jedynie tyle, że pomagał wyprowadzić jedną z pasażerek autobusu" – wyjaśniła Chyr.

Zaznaczyła, że podejrzany początkowo odmówił udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy przyznaje się do popełnienia zarzucanego mu czynu.

Wyjaśnił, że niewiele pamięta ze zdarzenia – poinformowała Chyr. Za to przestępstwo grozi mu do 15 lat więzienia.

W kabinie pojazdu, który prowadził Tomasz U. znaleziono torebkę z zawartością amfetaminy w ilości 0,54 g.

Ustalono, że amfetamina należała do podejrzanego, w związku z czym prokurator przedstawił mu również zarzut posiadania substancji psychoaktywnej. Do dalszych badań zabezpieczono plecak należący do kierującego, w którym ujawniono plastikową płytkę z nalotem białej substancji, jak wynika z opinii biegłych – amfetaminy – podała Chyr.

Z danych zgromadzonych w trakcie śledztwa wynika, że Tomasz U. od listopada 2014 r. do marca 2018 r. był 13-krotnie karany za wykroczenia w ruchu drogowym, w tym za przekroczenie prędkości, niestosowanie się do znaków i sygnałów drogowych.

Podejrzany uprawnienia do kierowania autobusem uzyskał w kwietniu 2019 r., a już w maju 2019, bez żadnego doświadczenia w prowadzeniu autobusu, został zatrudniony jako kierowca autobusu miejskiego – przekazywała w sobotę PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Zaznaczyła również, że szczegółowego wyjaśnienia wymaga wątek zatrudnienia Tomasza U. jako kierowcy autobusu w Zarządzie Transportu Miejskiego Miasta Stołecznego Warszawy oraz okoliczności jego wyjazdu w dniu katastrofy autobusem z bazy.

Prokuratorzy będą ustalać, jak wyglądają procedury badania kierowców na zawartość środków odurzających przed wyjazdem na miasto, czy kierowcy są badani – a jeśli tak, to jak często i w oparciu o jakie kryteria – informowała Chyr.

W tym celu prokurator zabezpieczył dokumentację kierowcy znajdującą się w Zarządzie Transportu Miejskiego i od przewoźnika, który zatrudnił kierowcę.

Wystąpił także do Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy o przekazanie dokumentacji dotyczącej bezpieczeństwa przy świadczeniu usług komunikacji miejskiej na terenie Warszawy oraz weryfikacji kompetencji i doświadczenia osób kierujących środkami komunikacji – podkreśliła Chyr.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Wójt Żelazkowa Sylwiusz J. znowu ma kłopoty

Tym razem mężczyzna dachował w rowie pożyczonym mercedesem i… uciekł. Zaszył się gdzieś na tydzień, po czym – jak gdyby nigdy nic – zjawił się na komisariacie policji i przyznał do winy. Sprawa została skierowana do sądu. 14 czerwca w miejscowości Podzborów doszło do groźnego incydentu na drodze. Osobowy mercedes dachował w rowie. Jednak gdy policjanci dotarli na miejsce, w rozbitym aucie nikogo nie było. Rozpoczęły się poszukiwania kierowcy.

Jak informuje lokalny portal „Fakty Kaliskie”, mundurowi szybko dotarli do właściciela samochodu. Ten jednak przekazał im, że samochód feralnego dnia został pożyczony. Z jego zeznań wynikało, że w chwili wypadku za kierownicą mercedesa siedział doskonale znany policji wójt Żelazkowa, Sylwiusz J.

Mężczyzny jednak nigdzie nie było – zniknął z domu, przez tydzień nie pojawiał się także w pracy. Dopiero w poniedziałek 22 czerwca sam zgłosił się na policję.

– Przyznał, że to on kierował mercedesem, który dachował w miejscowości Podzborów – przekazała „Faktom Kaliskim” Anna Jaworska-Wojnicz, rzeczniczka prasowa policji w Kaliszu.

Sylwiusz J. odpowie za spowodowanie kolizji drogowej. Policja nie zdradza jednak szczegółów, sprawa została bowiem skierowana do sądu. Grozi mu grzywna do 3 tys. zł lub kara nagany.

To nie pierwszy raz, gdy wójt Żelazkowa ma problemy z prawem. W listopadzie 2015 r. włodarz udzielał ślubu pod wpływem alkoholu, za co usłyszał sądowy wyrok. Z kolei w 2019 r. pijany Sylwiusz J. wtargnął na scenę podczas festynu w Russowie pod Kaliszem i awanturował się. Wcześniej usłyszał zarzuty znęcania się nad rodziną. Został nawet aresztowany. Natomiast we wrześniu ub. r. pijany wójt zakłócił przebieg Marszu Równości w Kaliszu – zaczepiał uczestników, rzucił się na fotoreportera i naruszył nietykalność policjanta.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Wójt Żelazkowa Sylwiusz J. jadąc po alkoholu uderzył w słup energetyczny?

Lokalne media opisują wypadek, do którego doszło w niedzielę w Wielkopolsce. Kierowca samochodu uderzył w słup energetyczny, a kiedy na miejscu zjawiła się policja, nie zastała go. Auto należy do wójta Żelazkowa Sylwiusza J., który ma problemy z alkoholem.

Do wypadku doszło w niedzielę po godzinie 18:00 w miejscowości Podzborów, na drodze między Żelazkowem a Morawinem. Osobowy mercedes dachował w przydrożnym rowie. Kiedy policja zjawiła się na miejscu, kierowcy już tam nie było. Wypadek przypisuje się wójtowi Żelazkowa Sylwiuszowi J., który od lat ma problemy z alkoholem. Pierwszą wskazówką jest to, że samochód do niego należy, drugą, że na miejscu znaleziono pustą butelkę po wódce (tzw. „małpkę”).

Jeden z reporterów Polsatu chciał zapytać o sprawę samego wójta i w tym celu wybrał się do Urzędu Gminy w Żelazkowie. Okazało się jednak, Sylwiusz J. wziął urlop.

Sylwiusz J. i jego problemy alkoholem przysporzyły mu już wielu problemów. We wrześniu zatrzymano go w Kaliszu podczas marszu równości, gdzie mając 2 promile zaatakował policjanta. Wójt miał także udzielić ślubu pod wpływem alkoholu czy znieważać strażaków oraz znęcać się nad swoją rodziną.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Pijany kierowca wjechał w dwie 14-latki. Jedna z nich nie żyje

Jednej z 14-latek nie udało się uratować, druga została przewieziona do szpitala po tym, jak kierowca audi wjechał w nastolatki, które szły poboczem. Po wypadku 40-latek uciekł z miejsca wypadku. Po zatrzymaniu go okazało się, że miał blisko promil alkoholu w organizmie. Do wypadku doszło w sobotę po godz. 21 w Porażu na ul. Karpackiej (woj. podkarpackie).

Jedna nie żyje, druga jest ranna

Według wstępnych ustaleń policji kierowca audi stracił panowanie nad autem i zjechał na pobocze drogi, którym spacerowały dwie 14-letnie dziewczynki. Jedna z potrąconych dziewczynek mimo prowadzonej reanimacji nie przeżyła wypadku. Druga dziewczynka trafiła do szpitala.

Uciekł z miejsca zdarzenia

Kierowca wjechał do rowu, a później uciekł z miejsca zdarzenia. Mężczyznę zatrzymali policjanci. Okazało się, że samochodem kierował 40-letni mieszkaniec powiatu leskiego. Badanie wykazało, że miał blisko promil alkoholu w organizmie. Szczegółowe okoliczności wypadku wyjaśniają policjanci pod nadzorem prokuratury.
Źródło info i foto: polsatnews.pl