Nowe informacje dotyczące wypadku z udziałem Beaty Szydło

Po wypadku samochodowym z udziałem Beaty Szydło w Oświęcimiu jedno z nagrań z monitoringu mogło zostać sfabrykowane. Jak ustaliła Wirtualna Polska, zawiadomienie w tej sprawie trafiło w ostatnich dniach do Sądu Rejonowego w Oświęcimiu, w którym toczy się proces kierowcy Seicento Sebastiana K.

– Chodzi o nagranie z monitoringu z miejsca oddalonego ok. 80-90 metrów od miejsca wypadku. Z nagrania wynikało, że kolumna rządowych pojazdów poruszała się tuż przed wypadkiem z prędkością ok. 50-60 km/h. Co innego okazuje się po wnikliwej analizie monitoringu, a dokładniej analizie ruchomego obrazu – mówi nam osoba znająca kulisy sprawy.

Ktoś celowo ingerował w nagranie?

– Po analizie obrazu okazuje się, że samochody rządowe początkowo poruszają się, by przez kilka ujęć stać w miejscu. Po chwili znowu jednak ruszają. Taka sytuacja powtarza się kilka razy, podczas gdy wszystkie pozostałe obrazy w tym czasie są w ruchu. Ktoś mógł zrobić to celowo, by można było poinformować, że samochody Biura Ochrony Rządu poruszały się z dozwoloną prędkością – mówi nam nasz informator.

Jego zdaniem, można było tego dokonać poprzez rozcięcie taśmy filmowej w kilku miejscach i wklejeniu tych samych klatek, które zostały już wyświetlone wcześniej.

– Ile mogło być takich klatek? – pytamy

– Kilkanaście, ok. 15-17 – odpowiada nam nasz rozmówca.

Jak ustaliła Wirtualna Polska, kilka dni temu pismo w tej sprawie do oświęcimskiego sądu złożył mecenas Władysław Pociej, adwokat kierowcy Seicento Sebastiana K. Domaga się w nim m.in. o specjalistycznego badania technik rejestracji obrazu, po to, żeby sprawdzić czy zapis z monitoringu był autentyczny, czy też ktoś ingerował w nagranie.

ABW zabezpieczało monitoring

Chodzi o film, który 14 lutego 2017 r. ujawnił TVN24. Na nagraniu widać jak ulicą Powstańców Śląskich w Oświęcimiu przejeżdża kolumna samochodów rządowych. Pierwszy z nich ma włączoną sygnalizację, drugie z Beatą Szydło już nie, trzecie również jedzie z użyciem świetlnych sygnałów. Między pierwszymi dwoma samochodami jest ok. 20 metrów odstępu. To właśnie na podstawie tego filmu wnioskowano, że auta poruszają się z prędkością ok. 50-60 km/h.

Nagranie zachowało się dzięki kamerze umieszczonej na budynku sklepu z częściami, w jednej z bocznych uliczek, a zapis powstał dosłownie na kilka chwil przed wypadkiem.

Przypomnijmy, wypadek miał miejsce 10 lutego 2017 roku. W ciągu kilku następnych dni do akcji wkroczyli funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. To właśnie agenci ABW zabezpieczyli kilkanaście nagrań z monitoringu z trasy przejazdu rządowej kolumny.

Jeżeli okazałoby się, że ktoś ingerował w zapis monitoringu, byłaby to już druga kontrowersyjna sytuacja w sprawie wypadku z udziałem Beaty Szydło. Jakiś czas temu okazało się, że zniszczeniu ulegy dwie płyty, które były materiałem dowodowym w sprawie.

Uszkodzona, nadłamana płyta

Pierwsza zniszczona płyta to CD z innym nagraniem z monitoringu, na którym według obrońcy Sebastiana K. udałoby się zlokalizować bezpośredniego świadka całego zdarzenia. Chodzi o kierowcę samochodu, który zatrzymał się za Fiatem Seicento przed samym wypadkiem, a następnie został przez funkcjonariuszy BOR przekierowany do objazdu.

– Musiał zatem dojechać do skrzyżowania 300 metrów dalej, które było objęte tym monitoringiem. Być może jest inaczej i nie mam racji, ale w moim przekonaniu bardzo prawdopodobne jest, że utraciliśmy możliwość ustalenia kierowcy tego samochodu, bezpośredniego świadka zdarzenia – mówił w TVN24 mec. Władysław Pociej.

Płytę badało Biuro Ekspertyz Sądowych z Lublina, które poinformowało sąd, że dane zostały bezpowrotnie stracone, a nośnik miał zostać zniszczony mechanicznie. Tym samym ustalenie tożsamości świadka zdarzenia stało się niemożliwe.

Zdaniem śledczych, nagranie „nie miało żadnego znaczenia dla sprawy, bo nie obejmowało miejsca zdarzenia przejazdu kolumny”. – To nagranie z budynku, który znajduje się kilkaset metrów od miejsca zdarzenia, ale obok, na równoległej ulicy – mówił krakowski prokurator Rafał Babiński.

Jak ustaliła WP, zniszczenie płyty polegało na jej „nadłamaniu” od środka. Co oznacza, że zniszczeniu uległy pierwsze kadry z monitoringu, a więc sytuację bezpośrednio po wypadku.

Druga płyta, która została zniszczona, zawierała materiał „Czarno na białym” TVN24.

Po informacji o uszkodzonych płytach, zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożył obrońca Sebastiana K. Sprawą jednak nie zajęli się krakowscy śledczy, którzy nadzorowali sprawę, ani prokuratorzy z Oświęcimia, ale została ona przekazana Prokuraturze Okręgowej w Nowym Sączu. Z naszych informacji wynika, że od kilku miesięcy jest ona nadal na etapie „czynności sprawdzających”.

Sebastian K. walczy o sprawiedliwość

W sprawie sfabrykowania monitoringu wysłaliśmy przed południem w środę pytania do prezes Sądu Rejonowego w Oświęcimiu. To przed tym sądem toczy się postępowanie z udziałem Sebastiana K. Do czasu publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Z kolei mec. Władysław Pociej nie chciał komentować sprawy.

Przypomnijmy, do wypadku doszło 10 lutego 2017 r. w Oświęcimiu. Sebastian K. przepuścił pierwszy rządowy samochód, a następnie zaczął skręcać w lewo i uderzył w auto wiozące ówczesną szefową rządu. Prokuratura zarzuciła K. nieumyślne spowodowanie wypadku. Według większości świadków, rządowa kolumna jechała z dużą prędkością i bez sygnałów dźwiękowych i świetlnych.

W połowie marca ub.r. krakowska prokuratura okręgowa wystąpiła do sądu w Oświęcimiu z wnioskiem o warunkowe umorzenie postępowania. Śledczy chcieli wyznaczenia Sebastianowi K. okresu próby wynoszącego rok. Mężczyzna miałby też zapłacić 1,5 tys. nawiązki. Sebastian K. i jego pełnomocnik nie zgodzili się na propozycję prokuratury. Kolejna rozprawa ma odbyć się pod koniec roku.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe informacje dotyczące uczestników tragicznie zakończonego rajdu drogami Słowacji

Do wypadku doszło w niedzielę 30 września w okolicy miasta Dolny Kubin na północy Słowacji. Trzy luksusowe samochody na polskich tablicach rejestracyjnych z dużą prędkością wyprzedzały inne auta, jadąc pasem do jazdy z naprzeciwka. Skończyło się tragicznym wypadkiem, w którym zginął kierowca skody, 57-letni Słowak Stefan Onczo. Reporter „Uwagi!” TVN udał się na Słowację, by ustalić, kim są uczestnicy szaleńczego rajdu.

Stefan Onczo mieszkał w Orawskim Podzamczu, niewielkiej miejscowość, w której wszyscy doskonale się znają. Tragedia była wstrząsem dla sąsiadów rodziny tragicznie zmarłego.

– Wiem, że był bardzo dobrym człowiekiem. Razem z żoną i synem wiedli spokojne życie. To straszna wiadomość dla nas, dla mieszkańców tej ulicy i całej miejscowości. – powiedziała Zdenka Svibova, mieszkanka Orawskiego Podzamcza. – To niezwykle niebezpieczne, że ludzie jeżdżą w tak nieodpowiedzialny sposób, z taką prędkością na lokalnej drodze. Doskonale widzieli przecież inne auta, a ceną ich szaleństwa okazało się ludzie życie – dodała.

Podczas mszy pogrzebowej ksiądz zwrócił uwagę, że „minął zaledwie rok, odkąd matka zmarłego pochowała jeszcze młodszego swojego syna”. – A dziś znów stoi nad trumną drugiego syna. Syna, który zginął przez arogancję kierowcy – powiedział. – Z taką właśnie arogancją kierowców wszyscy codziennie mamy do czynienia na naszych drogach. Igramy na nich z życiem naszym i innych – ocenił duchowny.

– Żeby powiedzieć całą prawdę o Stefanie, musielibyśmy opowiadać wam przez cały miesiąc. A i to byłoby mało – stwierdził w rozmowie z reporterem „Uwagi!” TVN Marian, mieszkaniec Orawskiego Podzamcza. – Żaden człowiek, który go znał, złego słowa o nim nie powie. Jego syn mówił mi, że gdyby ojciec w ostatniej chwili nie skręcił w prawo kierownicą, on zginąłby razem z nim – podzielił się Marek.

– Nawet niebo płacze. Od dnia wypadku codziennie płacze, taka to tutaj tragedia. W Dolnym Kubinie sucho, a tu w Orawskim Podzamczu – zobaczcie – powiedział Marian, wskazując na niebo. – Co to jest, jeśli nie boży znak – dodał. – Jak już będą sądzić tych waszych kierowców, to niech proces toczy się na Słowacji, a nie po polskiej stronie – życzył sobie mieszkaniec Orawskiego Podzamcza.

„Całej trójce postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa”

Wstrząsający finał wyprawy polskich kierowców na słowacką Orawę utrwaliła kamera przypadkowego kierowcy. Na nagraniu widać, że brawurowe wyprzedzanie rozpoczął kierowca mercedesa. Prowadzący żółte ferrari, widząc nadjeżdżającą z przeciwka skodę, gwałtownie zahamował, lecz jadący tuż za nim kierowca porsche nie zdążył powtórzyć manewru. Chwilę później uderzył w prawidłowo jadącą skodę, zabijając Stefana Onczo i raniąc jego żonę.

– Zatrzymaliśmy trzech kierowców. Zostali przewiezieni na komendę, gdzie przeprowadzono czynności procesowe. Potem całej trójce postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa. 42-letniemu kierowcy porsche grozi od dwóch do pięciu lat więzienia. Pozostałym mężczyznom grozi od trzech miesięcy do trzech lat pozbawienia wolności – poinformował Radko Moravcik, rzecznik Komendy Policji w Żilinie.

– Na tym etapie nie mogę tego ujawnić – stwierdził na pytanie o to, czy sprawcy wypadku przyznali się do winy. Zdaniem rzecznika policji dzięki „ujawnieniu nagrania rejestrującego wypadek wszyscy ludzie mogą zobaczyć, jak wyglądała i jak skończyła się drogowa brawura”.

– Wszyscy oglądając ten film mogą uświadomić sobie, dlaczego warto przestrzegać przepisów na drodze i nie wolno się zachowywać arogancko wobec innych kierowców – powiedział Moravcik.

Zorganizowane rajdy

Po wypadku szybko wyszło na jaw, że szalejący kierowcy z Polski nie spotkali się na Słowacji przypadkiem. Uczestniczyli w jednej z płatnych imprez podczas, których posiadacze szybkich aut zwiedzają wybrany zakątek Europy pod okiem tak zwanego lidera. Organizatorem tego i podobnych wyjazdów był kierujący mercedesem 26-letni Łukasz K., działający w internecie bloger, który na co dzień promuje najdroższe marki luksusowych samochodów.

– To cykl spotkań przeznaczonych dla właścicieli aut ekskluzywnych. W Polsce jesteśmy obecni od trzech sezonów i do tej pory zorganizowaliśmy dziewięć spotkań tego typu. Przekrój samochodów bardzo różny, jak i przekrój właścicieli tych aut jest dość potężny. Mamy osoby tutejsze, przyjezdne i ludzi, którzy jeżdżą po wszystkich naszych polskich i międzynarodowych imprezach – opowiadał Łukasz K. portalowi trojmiasto.pl.

Podczas jednej z organizowanych przez Łukasza K. imprez młodego blogera poznał Jerzy Dziewulski, dawniej policyjny antyterrorysta, a dziś wielbiciel sportowych aut i rajdowiec z licencją. O oskarżonym Łukaszu K. powiedział, że „odbierał go pozytywnie”.

– Z tych organizatorów, z którymi miałem do czynienia, jeżeli inni jego koledzy byli nieco bardziej agresywni czy nerwowi, to on jawił mi się jako człowiek z pewnym dystansem, niezwykle spokojny – ocenił.

Dziewulski również dostał zaproszenie na feralny wyjazd na Słowację. – Proponowano mi start z Zakopanego, później przejazd słowackimi drogami. Zaproponowano określone, bardzo dobre hotele. Otwarcie powiem, że miałem ochotę pojechać, ale nie zdecydowałem się i zostałem w domu – opowiedział.

Tomasz Bonar, szef firmy produkującej internetowe filmy na temat sportowych aut poznał Łukasza K. podczas nagrywania jednego z organizowanych przez niego spotkań. – Taki wyjazd można traktować jako urlop, rozrywkę, trochę spotkanie z przyjaciółmi i nawiązanie motoryzacyjnych znajomości – powiedział Bonar. Organizacja podobnej imprezy w Polsce kosztuje około 2-3 tysiące złotych. – Zagraniczne wyjazdy są droższe. To 2-3 tysiące euro za tygodniowy wyjazd – poinformował Bonar.

Jerzy Dziewulski nie krył zdumienia, tym że jednym ze sprawców wypadku był właśnie Łukasz K. – On był na czele tej kolumny. Jego wykroczenie bez wątpienia polega na przejechaniu przez linię ciągłą i nadmierną prędkość. Natomiast patrząc na reakcję kierowcy ferrari, no ręce składają się do tego, żeby zdjąć pasek i tyłek stłuc temu młodemu człowiekowi, który po prostu nie nadążał intelektem i sprawnością techniczną, pojęciem o tym, w czym siedzi – ocenił były antyterrorysta.

Dziennikarze sprawdzili, że jadące tuż za mercedesem Łukasza K. żółte ferrari prowadził pochodzący z rodziny wielkopolskich biznesmenów 27-letni Adam Sz. Kolumnę zamykał 42-letni Marcin L., przedsiębiorca z branży informatycznej z Pomorza – właściciel kolekcji luksusowych samochodów,
Źródło info i foto: tvn24.pl

Jest śledztwo w sprawie tragicznego wypadku w Tychach

Prokuratura wszczyna śledztwo związane z wczorajszym wypadkiem w Tychach, w którym zginęło dwoje dzieci. Na dziś planowane jest przesłuchanie kierowcy, który spowodował wypadek. Jednocześnie policja nadal szuka osoby kierującej samochodem, która zatrzymała się przed przejściem tuż przed wypadkiem, żeby przepuścić pieszych.

Śledztwo dotyczy spowodowania śmiertelnego wypadku i taki najpewniej zarzut usłyszy kierowca. Przesłuchanie ma być dopiero za kilka godzin, bo jeszcze dziś ma zostać przeprowadzona sekcja zwłok dzieci i prokuratura czeka na te wyniki. Do czasu przesłuchania powinny być już też znane wyniki badań krwi mężczyzny. Wstępne badanie alkomatem wykazało, że był trzeźwy. Wiadomo, że razem z 64-latkiem w samochodzie była też pasażerka. Jej zeznania będą bardzo istotne. O samochodzie, który zatrzymał się prawidłowo przed przejściem miał powiedzieć z kolei inny świadek. Ten kierowca odjechał i policja od wczoraj próbuje go znaleźć.

Do wypadku doszło na ulicy Towarowej. Dzieci – niespełna roczny chłopiec i czteroletnia dziewczynka – były z matką. Kobiecie fizycznie nic się nie stało. Jest pod opieką psychologa oraz swoich bliskich. Przechodnie mówią, że przejście, na którym doszło do wypadku, wieczorem jest oświetlone i dobrze widoczne. Podkreślają jednak, że w tym miejscu jest bardzo duży ruch. Mijając miejsce tragedii wiele osób na chwilę się zatrzymuje. Pojawiły się też znicze.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Nie żyje mąż ciężarnej kobiety zabitej przez pijanego kierowcę w pobliżu Wejherowa

W szpitalu zmarł mąż ciężarnej 26-latki, który też ucierpiał w wypadku pod Wejherowem – potwierdza Radiu ZET prokuratura. Para osierociła 3-letniego synka. Sprawca tragedii został tymczasowo aresztowany. Lekarze od początku podkreślali, że stan mężczyzny był bardzo ciężki. Mąż kobiety zmarł rano w szpitalu w Gdańsku. Do tragedii doszło 6 września w pobliżu Wejherowa. Rozpędzony kierowca, z ponad dwoma promilami alkoholu uderzył w auto, którym jechała rodzina. Zginęła kobieta w ciąży. Na miejscu wypadku przeprowadzono cesarskie ciecie, ale nie udało się uratować ani matki, ani dziecka

37-letni kierowca miał zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Teraz będzie odpowiadał za spowodowanie śmierci w sumie trzech osób; ciężarnej, jej nienarodzonego dziecka i męża kobiety – powiedział Radiu ZET prokurator rejonowy w Wejherowie Dariusz Witek- Pogorzelski. Przy rozszerzeniu zarzutów, nie zmieni się jednak wysokość kary. Piratowi grozi do 12 lat więzienia. Jest tymczasowo aresztowany. Zabójca spod Wejherowa bezkarny. Miał trzykrotny zakaz prowadzenia pojazdów. Kierowca – pijak, który w weekend pod Wejherowem, zabił kobietę w ciąży już trzy razy dostał zakaz prowadzenia pojazdów. Pierwszy raz sąd zdecydował o tym osiem lat temu. Ostatni zakaz obowiązuje do 2017 roku.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

Dariusz K. nie pomógł kobiecie po wypadku

Dariusz K. śmiertelnie potrącił 63-letnią kobietę na przejściu dla pieszych. Były mąż Górniak za kółko swojego luksusowego bmw wsiadł pod wpływem narkotyków. Jak udało nam się dowiedzieć od jednego ze świadków tragedii, K. nie udzielił pierwszej pomocy ofierze wypadku!

Świadkowie zdarzenia byli bardzo oburzeni zachowaniem Dariusz K., który w ogóle nie wyglądał, jakby się przejął tym, co zrobił! – „Ten człowiek wydawał się nad wyraz spokojny. Tak jakby zdarzenie dotyczyło zwykłej stłuczki. Chodził, rozmawiał, gestykulował” – twierdzi osoba, która była na miejscu wypadku. Były mąż Edyty Górniak zeznał, że nic nie pamięta. – „Nie wyglądał na kogoś, kto miałby nic nie pamiętać. Zachowywał się jak normalny, spokojny człowiek” – dodaje świadek zdarzenia. Jak się dowiedział się „Fakt”, Dariusz K. po wyjściu z samochodu nawet nie pomógł kobiecie, którą potrącił.

– „Podszedł do tej kobiety, spojrzał na nią i odszedł w kierunku samochodu” – relacjonuje kolejny świadek. Jak twierdzą znajomi celebryty, już od dawna miał on problemy z narkotykami. Były mąż Edyty Górniak, Dariusz K., w niedzielnie popołudnie śmiertelnie potrącił 63-letnią kobietę. Muzyk był pod wpływem kokainy. Za swój czyn grozi mu 12 lat pozbawienia wolności, został zatrzymany na 3 miesiące. Żródło info i foto: Fakt.pl