Prokuratura wszczęła śledztwo ws. wypadku Piotra Woźniaka-Staraka

Prokuratura Rejonowa w Giżycku wszczęła śledztwo w sprawie niedzielnego wypadku motorówki, z której wypadł do wody producent filmowy Piotr Woźniak-Starak. W środę nad ranem służby ratownicze wznowiły poszukiwania zaginionego. O śledztwie poinformował w środę rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie Krzysztof Stodolny. Dotyczy ono spowodowania wypadku w ruchu wodnym, na skutek którego jedna osoba prawdopodobnie poniosła śmierć. Prokurator zaznaczył, że na obecnym etapie postępowania prokuratura nie informuje o szczegółach zdarzenia, nie ujawnia żadnych dowodów znajdujących się w aktach sprawy i danych osobowych przesłuchanych świadków, ani nie odnosi się do doniesień medialnych.

Czwarty dzień przeczesywania jeziora

Od niedzieli taflę, dno i brzegi jeziora przeszukują policyjni wodniacy, strażacy, ratownicy MOPR i Pomorskiego WOPR. Do akcji wykorzystują specjalistyczny sprzęt, w tym sonary, śmigłowiec, drony i robota do prac pod wodą.

W środę rano na jezioro wypłynęli wodni policjanci z Giżycka i Mikołajek oraz strażacy z Giżycka. W akcji biorą też udział żołnierze z Wojsk Obrony Terytorialnej. Niestety pogoda nie sprzyja służbom ratunkowym. Na Warmii i Mazurach pada i jest pochmurno. Choć deszcz nie ma znaczenia w tego typu akcjach, to pogarsza komfort pracy ratowników.

– Najistotniejszy jest wiatr, który może spychać łódki i powodować falowanie, ale obecnie wiatr nie powoduje zakłóceń – zauważa kapitan Mariusz Pupek, rzecznik Państwowej Straży Pożarnej w Giżycku.

Wypadli z motorówki

Pierwsze zgłoszenie o o motorówce dryfującej na jeziorze Kisajno służby dostały w niedzielę w nocy. Żeglarze alarmowali, że po jeziorze w okolicach miejscowości Fuleda pływa motorówka, która „miała zakłócać spokój”. Gdy na miejsce przyjechali funkcjonariusze, motorówka miała wyłączony silnik i była pusta. Służby ratunkowe na brzegu odnalazły 27-letnią kobietę, mieszkankę Łodzi. Podczas przesłuchania przyznała, że pływała wraz z 39-letnim mężczyzną, mieszkańcem Warszawy, i wpadli do wody. Kobieta i mężczyzna wypadli z motorówki najprawdopodobniej w trakcie nawrotu. 27-latka sama dopłynęła do brzegu. Według jej relacji, mogła przepłynąć około 100 metrów. Badanie stanu trzeźwości wykazało u niej śladowe ilości alkoholu. 27-latka była w dobrym stanie. Nie została zabrana do szpitala. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie poinformował w poniedziałek, że osobą poszukiwaną jest producent filmowy Piotr Woźniak-Starak.

Żoną Piotra Woźniaka-Staraka jest prezenterka TVN Agnieszka Woźniak-Starak.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Sąd nie umieścił Kamila Durczoka w areszcie

Kamil Durczok, który w piątek spowodował kolizję na autostradzie A1, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, na razie nie trafi do aresztu – informuje Wirtualna Polska. Dziennikarz zgodził się na publikację jego wizerunku.

Wniosek o tymczasowe aresztowanie Durczoka, któremu za spowodowanie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym oraz kierowanie pojazdem w stanie nietrzeźwości grozi więzienie oraz grzywna, wpłynął do sądu rejonowego w Piotrkowie Trybunalskim w niedzielę.

W poniedziałek decyzja sądu ws. aresztu została jednak przełożona – i dziennikarz, zatrzymany po wypadku – wychodzi na wolność. Po posiedzeniu sądu Durczok przeprosił swoich bliskich za swoje zachowanie.

Kolizja z udziałem samochodu Durczoka miała miejsce ok. 13 na autostradzie A1, w pobliżu Piotrkowa Trybunalskiego. Samochód prowadzony przez Durczoka, który w wydychanym powietrzu miał 2,6 promila alkoholu (takie informacje przekazała policja), w pewnym momencie wypadł z pasa ruchu i staranował barierki na autostradzie.

Kamil Durczok to były dziennikarz TVP, wieloletni prowadzący „Faktów” w TVN, w ostatnim czasie prowadził program publicystyczny w Polsat News.
Źródło info i foto: rp.pl

Świadkowie wypadku z udziałem Beaty Szydło przed sądem

Trwa proces w sprawie wypadku byłej premier Beaty Szydło w Oświęcimiu. Przed sądem zeznawało dziś sześciu świadków. Trzech z nich zgodziło się, aby dziennikarze wysłuchali ich odpowiedzi. Dwaj mężczyźni i kobieta stwierdzili zgodnie, że podczas przejazdu rządowej limuzyny nie słyszeli sygnałów dźwiękowych, a jedynie widzieli sygnały świetlne.

Posiedzenie sądu w sprawie wypadku z udziałem rządowej kolumny i fiata seicento odbyło się przed sądem w Oświęcimiu. Przed sądem zeznawało sześciu uczestników terapii uzależnień. Wcześniej sąd pytał każdego ze świadków, czy zgadzają się na składanie zeznań w obecności dziennikarzy i czy obecność mediów nie będzie dla nich problemem ze względu m.in. na poruszanie prywatnych problemów, takich jak problemy zdrowotne.

Trzy osoby zgodziły się odpowiadać w obecności dziennikarzy na pytania dotyczące wypadku z 10 lutego 2017 roku, w którym ranna została premier Beata Szydło i funkcjonariusz BOR. Każdy z tych świadków zeznał, że widział sygnały świetlne rządowej kolumny. Żadna z tych osób nie słyszała jednak sygnałów dźwiękowych.

– Widziałam niebieskie światła. Kilka sekund później usłyszałam huk. Sygnałów dźwiękowych nie słyszałam ani przed hukiem, ani po nim. Gdyby pojazdy miały włączone sygnały dźwiękowe, to bym je słyszała – zapewniła przed sądem Ewa S. cytowana przez portal „Fakty Oświęcim”.

Kobieta zeznała także, że niedługo po wypadku pojechała do domu, jednak jak tylko usłyszała w „Wiadomościach”, że rzekomo kolumna rządowa miała włączone zarówno sygnały świetlne, jak i dźwiękowe, postanowiła zeznawać. Kolejny świadek – Waldemar H., podobnie jak poprzedniczka, widział sygnały świetlne, ale słyszał tylko huk wypadku. Trzeci świadek, Marek W. odpowiedział podobnie, jak poprzednicy.

Jak relacjonuje portal „Fakty Oświęcim”, prokurator Rafał Babiński wnioskował, aby świadkowie zostali poddani badaniom psychologicznym, psychiatrycznym i internistycznym. Na ten wniosek zareagował adwokat Władysław Pociej – pełnomocnik kierowcy seicento, który stwierdził, że byli oni już zbadani przez biegłych lekarzy.

Podobnie jak trzej świadkowie kierowca seicento – Sebastian Kościelnik, który jest oskarżony o spowodowanie wypadku, w wywiadach twierdził, że nie słyszał sygnałów dźwiękowych. Poruszana podczas rozprawy kwestia jest kluczowa do rozstrzygnięcia, ponieważ zdaniem obrońcy 22-latka, zgodnie z przepisami, aby pojazd był uznany za uprzywilejowany, musi mieć włączone zarówno sygnały świetlne, jak i dźwiękowe. Kolejna rozprawa w sprawie wypadku z udziałem premier Beaty Szydło w Oświęcimiu odbędzie się w maju.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Nowe informacje dotyczące uczestników tragicznie zakończonego rajdu drogami Słowacji

Do wypadku doszło w niedzielę 30 września w okolicy miasta Dolny Kubin na północy Słowacji. Trzy luksusowe samochody na polskich tablicach rejestracyjnych z dużą prędkością wyprzedzały inne auta, jadąc pasem do jazdy z naprzeciwka. Skończyło się tragicznym wypadkiem, w którym zginął kierowca skody, 57-letni Słowak Stefan Onczo. Reporter „Uwagi!” TVN udał się na Słowację, by ustalić, kim są uczestnicy szaleńczego rajdu.

Stefan Onczo mieszkał w Orawskim Podzamczu, niewielkiej miejscowość, w której wszyscy doskonale się znają. Tragedia była wstrząsem dla sąsiadów rodziny tragicznie zmarłego.

– Wiem, że był bardzo dobrym człowiekiem. Razem z żoną i synem wiedli spokojne życie. To straszna wiadomość dla nas, dla mieszkańców tej ulicy i całej miejscowości. – powiedziała Zdenka Svibova, mieszkanka Orawskiego Podzamcza. – To niezwykle niebezpieczne, że ludzie jeżdżą w tak nieodpowiedzialny sposób, z taką prędkością na lokalnej drodze. Doskonale widzieli przecież inne auta, a ceną ich szaleństwa okazało się ludzie życie – dodała.

Podczas mszy pogrzebowej ksiądz zwrócił uwagę, że „minął zaledwie rok, odkąd matka zmarłego pochowała jeszcze młodszego swojego syna”. – A dziś znów stoi nad trumną drugiego syna. Syna, który zginął przez arogancję kierowcy – powiedział. – Z taką właśnie arogancją kierowców wszyscy codziennie mamy do czynienia na naszych drogach. Igramy na nich z życiem naszym i innych – ocenił duchowny.

– Żeby powiedzieć całą prawdę o Stefanie, musielibyśmy opowiadać wam przez cały miesiąc. A i to byłoby mało – stwierdził w rozmowie z reporterem „Uwagi!” TVN Marian, mieszkaniec Orawskiego Podzamcza. – Żaden człowiek, który go znał, złego słowa o nim nie powie. Jego syn mówił mi, że gdyby ojciec w ostatniej chwili nie skręcił w prawo kierownicą, on zginąłby razem z nim – podzielił się Marek.

– Nawet niebo płacze. Od dnia wypadku codziennie płacze, taka to tutaj tragedia. W Dolnym Kubinie sucho, a tu w Orawskim Podzamczu – zobaczcie – powiedział Marian, wskazując na niebo. – Co to jest, jeśli nie boży znak – dodał. – Jak już będą sądzić tych waszych kierowców, to niech proces toczy się na Słowacji, a nie po polskiej stronie – życzył sobie mieszkaniec Orawskiego Podzamcza.

„Całej trójce postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa”

Wstrząsający finał wyprawy polskich kierowców na słowacką Orawę utrwaliła kamera przypadkowego kierowcy. Na nagraniu widać, że brawurowe wyprzedzanie rozpoczął kierowca mercedesa. Prowadzący żółte ferrari, widząc nadjeżdżającą z przeciwka skodę, gwałtownie zahamował, lecz jadący tuż za nim kierowca porsche nie zdążył powtórzyć manewru. Chwilę później uderzył w prawidłowo jadącą skodę, zabijając Stefana Onczo i raniąc jego żonę.

– Zatrzymaliśmy trzech kierowców. Zostali przewiezieni na komendę, gdzie przeprowadzono czynności procesowe. Potem całej trójce postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa. 42-letniemu kierowcy porsche grozi od dwóch do pięciu lat więzienia. Pozostałym mężczyznom grozi od trzech miesięcy do trzech lat pozbawienia wolności – poinformował Radko Moravcik, rzecznik Komendy Policji w Żilinie.

– Na tym etapie nie mogę tego ujawnić – stwierdził na pytanie o to, czy sprawcy wypadku przyznali się do winy. Zdaniem rzecznika policji dzięki „ujawnieniu nagrania rejestrującego wypadek wszyscy ludzie mogą zobaczyć, jak wyglądała i jak skończyła się drogowa brawura”.

– Wszyscy oglądając ten film mogą uświadomić sobie, dlaczego warto przestrzegać przepisów na drodze i nie wolno się zachowywać arogancko wobec innych kierowców – powiedział Moravcik.

Zorganizowane rajdy

Po wypadku szybko wyszło na jaw, że szalejący kierowcy z Polski nie spotkali się na Słowacji przypadkiem. Uczestniczyli w jednej z płatnych imprez podczas, których posiadacze szybkich aut zwiedzają wybrany zakątek Europy pod okiem tak zwanego lidera. Organizatorem tego i podobnych wyjazdów był kierujący mercedesem 26-letni Łukasz K., działający w internecie bloger, który na co dzień promuje najdroższe marki luksusowych samochodów.

– To cykl spotkań przeznaczonych dla właścicieli aut ekskluzywnych. W Polsce jesteśmy obecni od trzech sezonów i do tej pory zorganizowaliśmy dziewięć spotkań tego typu. Przekrój samochodów bardzo różny, jak i przekrój właścicieli tych aut jest dość potężny. Mamy osoby tutejsze, przyjezdne i ludzi, którzy jeżdżą po wszystkich naszych polskich i międzynarodowych imprezach – opowiadał Łukasz K. portalowi trojmiasto.pl.

Podczas jednej z organizowanych przez Łukasza K. imprez młodego blogera poznał Jerzy Dziewulski, dawniej policyjny antyterrorysta, a dziś wielbiciel sportowych aut i rajdowiec z licencją. O oskarżonym Łukaszu K. powiedział, że „odbierał go pozytywnie”.

– Z tych organizatorów, z którymi miałem do czynienia, jeżeli inni jego koledzy byli nieco bardziej agresywni czy nerwowi, to on jawił mi się jako człowiek z pewnym dystansem, niezwykle spokojny – ocenił.

Dziewulski również dostał zaproszenie na feralny wyjazd na Słowację. – Proponowano mi start z Zakopanego, później przejazd słowackimi drogami. Zaproponowano określone, bardzo dobre hotele. Otwarcie powiem, że miałem ochotę pojechać, ale nie zdecydowałem się i zostałem w domu – opowiedział.

Tomasz Bonar, szef firmy produkującej internetowe filmy na temat sportowych aut poznał Łukasza K. podczas nagrywania jednego z organizowanych przez niego spotkań. – Taki wyjazd można traktować jako urlop, rozrywkę, trochę spotkanie z przyjaciółmi i nawiązanie motoryzacyjnych znajomości – powiedział Bonar. Organizacja podobnej imprezy w Polsce kosztuje około 2-3 tysiące złotych. – Zagraniczne wyjazdy są droższe. To 2-3 tysiące euro za tygodniowy wyjazd – poinformował Bonar.

Jerzy Dziewulski nie krył zdumienia, tym że jednym ze sprawców wypadku był właśnie Łukasz K. – On był na czele tej kolumny. Jego wykroczenie bez wątpienia polega na przejechaniu przez linię ciągłą i nadmierną prędkość. Natomiast patrząc na reakcję kierowcy ferrari, no ręce składają się do tego, żeby zdjąć pasek i tyłek stłuc temu młodemu człowiekowi, który po prostu nie nadążał intelektem i sprawnością techniczną, pojęciem o tym, w czym siedzi – ocenił były antyterrorysta.

Dziennikarze sprawdzili, że jadące tuż za mercedesem Łukasza K. żółte ferrari prowadził pochodzący z rodziny wielkopolskich biznesmenów 27-letni Adam Sz. Kolumnę zamykał 42-letni Marcin L., przedsiębiorca z branży informatycznej z Pomorza – właściciel kolekcji luksusowych samochodów,
Źródło info i foto: tvn24.pl

Tragiczny wypadek luksusowych aut z Polski na Słowacji. Prokuratura chce aresztu dla kierowców

Trzech miesięcy aresztu żąda słowacka prokuratura dla kierowców porsche, ferrari i mercedesa, którzy brali udział w wypadku w okolicy Dolnego Kubina. W wyniku zderzenia zmarł 57-letni Słowak. Po niedzielnym wypadku w północnej Słowacji, w którym zginął 57-letni mężczyzna, prokuratura żąda trzymiesięcznego aresztu dla biorących w nim udział kierowców z Polski – informuje RMF FM.

42-latek, który kierował porsche, podczas wyprzedzania nie zdążył wrócić na prawy pas i zderzył się z jadąca z naprzeciwka skodą. 57-letni kierowca pojazdu zmarł w drodze do szpitala, jego żona i syn zostali ranni.

Wypadek luksusowych aut. Do pięciu lat więzienia dla kierowcy porsche

Jemu grozi najwyższa kara – do pięciu lat więzienia. Słowacka policja chce pozbawić wolności także kierujących ferrari i mercedesem. Kierowcy w wieku 26 i 27 lat usłyszeli zarzut sprowadzenia zagrożenia na innych uczestników ruchu drogowego, za co może grozić im do trzech lat więzienia.

Wszyscy zostali zatrzymani. Policja ustaliła, że jechali trasą z Rajeckich Teplic przez Żylinę i Martin do Dolnego Kubina. Funkcjonariusze opublikowali numery ich tablic rejestracyjnych w nadziei na to, że kolejni świadkowie będą się zgłaszać.

Słowacja. Wyprzedzali mimo zakazu

Kierowcy wyprzedzali na drodze z zakazem wykonywania tego manewru w niedzielę około południa. Z przeciwka nadjeżdżała skoda. Mercedes zdążył zjechać na prawy pas, jadące za nim ferrari zaczęło hamować, wtedy porsche uderzyło najpierw w jego tył, a potem zderzyło się czołowo ze skodą.

O wypadku było głośno w słowackich mediach. „Ścigali się jak idioci, zabili niewinnego ojca rodziny” – napisał jeden z magazynów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Samochód wjechał w rodzinę z Polski w Watykanie. 5 osób w szpitalu

Pięcioosobowa rodzina polskich turystów z trojgiem dzieci została ranna w wypadku w środę wieczorem koło Bazyliki Świętego Piotra, gdy wpadł na nich samochód. Z pierwszych ustaleń wynika, że kierowca stracił panowanie nad kierownicą na śliskiej po deszczu nawierzchni.

Rzymskie media podają, że wieczorne zdarzenie wywołało w pierwszej chwili najwyższy alarm, gdy pojawiły się informacje o tym, że samochód uderzył w grupę pieszych, ale już po kilku minutach okazało się, że nikt z rannych nie jest w ciężkim stanie.

Wypadek miał miejsce przy prowadzącej do Watykanu alei – via della Conciliazione. Samochód uderzył w stojących na chodniku mężczyznę, kobietę oraz dzieci w wieku 3, 6 i 12 lat. Najmniejsze z dzieci w rezultacie zderzenia wypadło z wózka.

Kierowca auta, który trafił w semafor, od razu wysiadł, by udzielić pomocy rannym. Jest w szoku. Cała piątka trafiła do szpitala.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zarzuty dla 44-latek, który pijany wjechał w dwoje dzieci

Zarzuty spowodowania w stanie nietrzeźwości wypadku ze skutkiem śmiertelnym, połączonego z ucieczką z miejsca zdarzenia usłyszał w prokuraturze w Brzezinach (Łódzkie) 44-letni mężczyzna, który w niedzielę potrącił autem dwie dziewczynki w wieku 9 i 10 lat. Starsza z nich zmarła na miejscu. Grozi mu za to nawet 12 lat więzienia. Jak się okazało, 44-letni sprawca wypadku nie ma prawa jazdy. Prawdopodobnie nigdy nie zdobył uprawnień kierowcy – informuje dziennikarka RMF FM Agnieszka Wyderka.

Do dramatycznych wydarzeń doszło wczoraj po południu. Około godziny 17:00 przy ulicy Strażackiej w Będzelinie koło Koluszek kierujący nagle zjechał na pobocze i uderzył w siedzące tam dziewczynki.

Jedną z poszkodowanych była 9-letnia córka sprawcy. Dziewczynka została przetransportowana do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi – uskarżała się na ból w klatce piersiowej. Jej życie nie jest zagrożone.

10-latki, mimo długiej reanimacji, nie udało się uratować.

Pijany mężczyzna uciekł z miejsca wypadku, ale szybko został złapany. Jak opisuje rzecznik prokuratury okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania, kierujący samochodem zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej i poszedł domu.

Z relacji świadków wynika, że był on tak pijany, że po opuszczeniu samochodu dwukrotnie się przewrócił, a idąc do domu się zataczał – dodaje Kopania.

Wszystko wskazuje na to, że 44-latek pił alkohol w pracy. Mężczyzna prowadził roboty remontowe.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Sprawa wypadku z udziałem premier Szydło trafi do sądu wyższej instancji?

Sąd Rejonowy w Oświęcimiu skierował wniosek do Sądu Apelacyjnego w Krakowie o przekazanie sprawy przeciw Sebastianowi K., podejrzanemu o nieumyślne spowodowanie wypadku z udziałem b. premier Beaty Szydło, do rozpoznania Sądowi Okręgowemu w Krakowie.

Jak poinformował w komunikacie Sąd Apelacyjny w Krakowie, wniosek o przekazanie sprawy do sądu wyższej instancji został uzasadniony szczególną zawiłością i wagą sprawy. Zostanie on rozstrzygnięty przez SA na posiedzeniu niejawnym 12 czerwca tego roku.

W sprawie wypadku Prokuratura Okręgowa w Krakowie w połowie marca skierowała do Sądu Rejonowego w Oświęcimiu wniosek o warunkowe umorzenie postępowania przeciw Sebastianowi K., podejrzanemu o nieumyślne spowodowanie wypadku.

Nie ma zgody na warunkowe umorzenie postępowania

Na początku tego miesiąca do sądu w Oświęcimiu wpłynęła odpowiedź obrońcy obrońcy podejrzanego mec. Władysław Pocieja. Potwierdził on wtedy, że nie wyraził w imieniu swojego klienta zgody na warunkowe umorzenie postępowania, ponieważ nie jest ono korzystne dla Sebastiana K.

– Takie rozwiązanie nie jest dla mojego klienta korzystne. Po pierwsze wskazuje jednoznacznie jego winę – z czym my chcemy polemizować; po drugie naraża go na ewentualne koszty z tytułu odszkodowania – wyjaśniał wówczas mec. Pociej. – Dlatego nie godzimy się na warunkowe umorzenie postępowania. Nasze stanowisko przekażemy sądowi, który będzie je musiał wziąć pod uwagę – zapowiadał adwokat.

W przypadku braku zgody podejrzanego na warunkowe umorzenie postępowania sąd skieruje sprawę na rozprawę główną, a prokurator będzie miał siedem dni na uzupełnienie wniosku o umorzenie o elementy niezbędne dla aktu oskarżenia (m.in. listę świadków, wykaz dowodów do przeprowadzenia).

Wypadek z udziałem Beaty Szydło

Do wypadku doszło 10 lutego 2017 r. w Oświęcimiu. Policja podała, że rządowa kolumna trzech samochodów, w której jechała ówczesna premier Beata Szydło (jej pojazd znajdował się w środku kolumny) wyprzedzała fiata seicento; jego 21-letni kierowca przepuścił pierwszy samochód, a następnie zaczął skręcać w lewo i uderzył w auto ówczesnej szefowej rządu, które następnie uderzyło w drzewo.

14 lutego ub.r. prokuratorski zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku usłyszał kierowca fiata seicento Sebastian K. Kierowca nie przyznał się do winy, prokuratura nie podawała treści jego wyjaśnień.

W wyniku wypadku poważne obrażenia ciała, utrzymujące się dłużej niż siedem dni, odnieśli Beata Szydło i jeden z funkcjonariuszy BOR – szef ochrony premier. Beata Szydło do 17 lutego ub.r. przebywała w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. U drugiego funkcjonariusza BOR – kierowcy pojazdu – stwierdzono lżejsze obrażenia.

Dwie wersje przebiegu wypadku

Jak podawała prokuratura, w toku śledztwa przyjęto dwie wersje przebiegu wypadku. Jedna zakłada używanie sygnałów świetlnych i dźwiękowych przez pojazdy poruszające się w kolumnie uprzywilejowanej, a druga – używanie wyłącznie sygnałów świetlnych. – Żadnej z nich nie wyklucza prokuratura, a uprawnionym do oceny tej kwestii jest sąd – podkreślała prokuratura 

Powoływała się na ustalenia biegłych, którzy stwierdzili, że – niezależnie od używania bądź nie sygnałów dźwiękowych przez pojazdy z kolumny uprzywilejowanej – wyłącznym i bezpośrednim sprawcą zdarzenia był kierowca Fiata Seicento Sebastian K. Według biegłych nie rozeznał on prawidłowo sytuacji na jezdni.

Prokuratura podawała także, że „zebrany materiał dowodowy umożliwił odtworzenie przebiegu wypadku, ale nie pozwolił na zweryfikowanie twierdzenia o używaniu przez pojazdy uprzywilejowane sygnałów dźwiękowych”. – To zagadnienie może być rozstrzygnięte na podstawie osobnego materiału dowodowego, w zależności od decyzji i interpretacji sądu – wskazywała.

Po zamknięciu śledztwa prokuratura wyłączyła sprawę ewentualnych wykroczeń funkcjonariuszy BOR podczas wypadku z udziałem ówczesnej premier Beaty Szydło w Oświęcimiu i przekazała policji do prowadzenia. Chodziło o podejrzenie przekroczenia dozwolonej prędkości i przekraczania linii ciągłej na jezdni przez funkcjonariuszy BOR, którzy prowadzili pojazdy wchodzące w skład kolumny uprzywilejowanej. 11 lutego br. sprawa ewentualnych wykroczeń uległa przedawnieniu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Meksyk: Odnaleziono ciało polskiego podróżnika

W południowym Meksyku znaleziono ciało 37-letniego Krzysztofa Chmielewskiego, polskiego podróżnika, z którym kontakt urwał się 19 kwietnia. Miejscowe służby poinformowały, że prawdopodobnie doszło do nieszczęśliwego wypadku. Ciało odnaleziono na dnie 200-metrowej przepaści, ciągnącej się wzdłuż autostrady w stanie Chiapas. Miejscowa prokuratura poinformowała, że przeprowadzone zostaną badania DNA zmarłego, ale ubranie oraz rzeczy znalezione przy ciele wskazują, że był to Krzysztof Chmielewski.

Arturo Lievano z prokuratury powiedział agencji AP, iż uszkodzenia ciała wskazują na wypadek. Miejscowe służby natrafiły na zwłoki Chmielewskiego, szukając 43-letniego niemieckiego kolarza Franza Hagenbuscha, z którym kontakt urwał się na początku kwietnia.

Chmielewski przebywał w Meksyku w ramach swojej podróży z Kanady do Argentyny.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Policjanci ranni w wypadku. 24-latek aresztowany

Na trzy miesiące aresztował legnicki sąd 24-letniego mężczyznę, który jest podejrzany o spowodowanie wypadku samochodowego i sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa w ruch drogowym. W wyniku wypadku ciężko ranni zostali dwaj policjanci. O zastosowaniu aresztu dla 24-latka poinformowała oficer prasowa Komendy Miejskiej Policji w Legnicy Iwona Król-Szymajda.

Do wypadku doszło w środę podczas interwencji policji w Legnicy. Policjanci otrzymali zgłoszenie dotyczące próby włamania do pomieszczeń jednej z legnickich firm. W okolicach miejsca, w którym miało dojść do przestępstwa, funkcjonariusze próbowali zatrzymać auto osobowe jadące z dużą prędkością.

„Kierowca forda podczas swojej niebezpiecznej jazdy ulicami miasta i drogą krajową S3 celowo zajeżdżał drogę policjantom. W pewnym momencie kierowca uderzył w bok radiowozu, powodując z nim kolizję, po czym oddalił się z miejsca zdarzenia w kierunku nowo wybudowanego odcinka trasy S3 – obecnie zamkniętej dla ruchu” – relacjonowała Król-Szymajda.

W pewnym momencie – według relacji policji – kierowca forda gwałtownie zahamował i zatrzymał samochód. Z auta wybiegły trzy osoby – 24-latek oraz dwie 16-latki. „Policjanci, aby uniknąć potrącenia uciekinierów, najechali na pozostawiony pojazd. W wyniku tego zdarzenia dwóch policjantów doznało ciężkich obrażeń” – podała Król-Szymajda.

Pomimo odniesionych obrażeń policjanci zatrzymali dwie 16-latki, a drugi z partoli zatrzymał 24-letniego kierowcę.

Mężczyźnie grozi kara do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: interia.pl