Adwokat Paweł K. z zarzutem spowodowania śmiertelnego wypadku drogowego

Adwokat Paweł K. usłyszał zarzut spowodowania śmiertelnego wypadku drogowego. Prawnik nie przyznał się do dokonania zarzucanego mu czynu i odmówił złożenia wyjaśnień ws. wypadku, w którym zginęły dwie kobiety. Grozi mu kara do 8 lat pozbawienia wolności. Do wypadku doszło 26 września ubiegłego roku na trasie Stare Włóki – Jeziorany nieopodal Olsztyna. Zderzyły się wówczas mercedes i starsze, osobowe audi. Na miejscu zginęły dwie kobiety w wieku 53 i 67 lat, które podróżowały drugim z samochodów.

Mercedesem kierował Paweł K., adwokat z Łodzi. Krótko po tragicznym wypadku zamieścił w sieci nagranie, w którym stwierdził, że kobiety straciły życie, bo jechały „trumną na kółkach”. – Zapominamy, moi drodzy, o tym, że po naszych drogach poruszają się trumny na kółkach. I to była konfrontacja bezpiecznego samochodu z trumną na kółkach. I między innymi dlatego te kobiety zginęły – powiedział.

Śledczy ustalili, że prawnik nie zastosował się do oznakowania poziomego poprzez przekroczenie linii podwójnej ciągłej, wyznaczającej oś jezdni, zjechał pojazdem na lewą stronę drogi i wjechał na przeciwny pas ruchu. – W wyniku czego doprowadził do spowodowania wypadku drogowego polegającego na zderzeniu kierowanego samochodu z prawidłowo jadącym z przeciwka samochodem – poinformował, cytowany przez „Gazetę Wyborczą”, Krzysztof Stodolny, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Olsztynie.

W piątek Paweł K. usłyszał zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Nie przyznał się do dokonania zarzucanego mu czynu i odmówił złożenia wyjaśnień. Grozi mu kara od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Premier o nowych doniesieniach ws. wypadku Beaty Szydło: „Domniemana sensacja”

To domniemana sensacja. Sąd już jakiś czas temu wypowiedział się w tej sprawie, że rzeczywiście była taka nieprawidłowość – to się zdarza; człowiek jest tylko człowiekiem – powiedział w poniedziałek premier Mateusz Morawiecki, pytany o doniesienia „Gazety Wyborczej” o wypadku z udziałem premier Szydło.

„Gazeta Wyborcza” napisała w piątek, że funkcjonariusze b. Biura Ochrony Rządu, którzy w 2017 r. brali udział w wypadku auta, którym jechała Szydło, składali fałszywe zeznania w śledztwie dotyczącym okoliczności zdarzenia. Przyznał to w rozmowie z gazetą jeden z oficerów, b. funkcjonariusz BOR Piotr Piątek.

Chodzi o sygnały dźwiękowe w rządowej kolumnie, które – jak zeznali funkcjonariusze BOR – były włączone w czasie, gdy wydarzył się wypadek. Kierowca seicento, Sebastian Kościelnika, w które uderzył pojazd z Szydło, twierdził jednak, że sygnałów nie było. Podobne zeznania złożyli inni świadkowie zdarzenia. Piątek przyznał w rozmowie z „GW”, że sygnały dźwiękowe były wyłączone.

Morawiecki o manipulacji ws. wypadku

– To jest dobry przykład, na czym może polegać manipulacja. Nie tylko prokuratura, ale sąd wypowiedział się jakiś czas temu w tej sprawie – powiedział premier Mateusz Morawiecki, pytany o te doniesienia podczas konferencji prasowej w poniedziałek.

Podkreślił, że osobiście nie zna szczegółów i akt sprawy, zauważył jednak, że decyzja sądu sprzed roku potwierdziła to, o czym informowała „GW”.

– Tę domniemaną sensację pokazała „Gazeta Wyborcza” tylko po to, żeby uderzyć w panią premier Beatę Szydło, która tutaj przecież nie jest niczemu winna, bo także padła ofiarą tego wypadku. Zamiast współczucia jest kolejna agresja i atak na panią premier. Uszanujmy to, że ta sprawa toczyła się przed sądem, i sąd określił już jakiś czas temu, że rzeczywiście była tam najprawdopodobniej taka nieprawidłowość – to się zdarza. Człowiek jest tylko człowiekiem – mówił premier.

– Współczuję wszystkim, którzy brali w tamtym wypadku udział, na czele z panią premier, z kierowcą, który brał udział, z oficerami ówczesnego Biura Ochrony Rządu – dodał szef rządu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Policyjny pościg na Śląsku. Porzucili 3-letnie dziecko

Nawet do 5 lat więzienia grozi mieszkańcowi Siemianowic Śląskich za niezatrzymanie się do kontroli drogowej. Mężczyzna zaczął uciekać przed policją, jednak utracił panowanie nad pojazdem, przez co doszło do wypadku. Kierowca wyskoczył z auta i zaczął uciekać, zostawiając w środku… swoje 3-letnie dziecko.

Do szokującego zdarzenia doszło w sobotę wieczorem w Siemianowicach Śląskich. Policjanci chcieli zatrzymać samochód do rutynowej kontroli drogowej. Jednak kierowca jadącej od strony Bytomia osobówki na widok policji dodał gazu i zaczął uciekać. W związku z tym policjanci rozpoczęli pościg za nim.

Kierowca nie chciał się zatrzymać i jechał coraz szybciej. Nie skończyło się to dla niego dobrze. Gdy wjeżdżał na rondo, zahaczył o wysepkę i z impetem wjechał w barierki. Policjanci nie zdążyli zahamować i uderzyli radiowozem w tył seata.

Na tym cała akcja się nie zakończyła. Kierowca wyskoczył z auta i uciekł do pobliskiego parku. Biegł tak szybko, że policjantom nie udało się go dogonić. Okazało się, że w samochodzie jechała także kobieta ze swoim 3-letnim synkiem. – Świadek wziął na ręce chłopczyka i kazał kobiecie czekać na przyjazd policjantów — przekazuje siemianowicka komenda.

Zostawili 3-latka w samochodzie i uciekli

Kobieta również postanowiła uciec, zostawiając swoje 3-letnie dziecko w samochodzie. Wróciła jednak po kilkunastu minutach i zgłosiła się do mundurowych. Zostali przewiezieni do szpitala na konsultację. Opieki lekarzy wymagali również dwaj funkcjonariusze ruchu drogowego.

Na całe szczęście w wyniku kolizji nikt nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń. Zarówno policjanci jak i matka z dzieckiem zostali zwolnieni do domów. 3-latek nie został jednak przekazany matce. Trafił interwencyjnie do placówki opiekuńczo wychowawczej.
Źródło info i foto: o2.pl

Irlandia: Polak jechał pod prąd na autostradzie. Zabił rodzinę imigrantów z Iraku

W ubiegły czwartek Jonasz L. z Polski poruszał się pod prąd na autostradzie w Irlandii. W pewnym momencie doszło do tragedii. Polak doprowadził do czołowego zderzenia z autem, którym podróżowała rodzina imigrantów z Iraku. Sprawca wypadku i trzyosobowa rodzina, w tym 8-miesięczne dziecko, zginęli na miejscu.

W czwartek wieczorem w pobliżu miejscowości Galway w zachodniej Irlandii doszło do koszmarnego wypadku. Polak kierujący samochodem marki Volkswagen jechał pod prąd na autostradzie M6 w pobliżu Ballinasloe.

3-osobowa rodzina z Iraku i Polak zginęli na miejscu

Miejscowa policja ustaliła, że Polak poruszał się zewnętrznym pasem ruchu, przez ponad kilometr jadąc pod prąd. Do tragedii doszło po serii niebezpiecznych manewrów, gdy inni kierowcy próbowali uniknąć zderzenia z nieprawidłowo jadącym volkswagenem. Jonasz L. w ten sposób doprowadził do czołowego zderzenia z autem, którym podróżowała trzyosobowa rodzina z Iraku.

Karzan Sabah, jego żona Shahen Qasm i ich 8-miesięczna córka Lena, a także sprawca wypadku zginęli na miejscu. Ucierpiał także kobieta, kierująca innym pojazdem. Poszkodowana trafiła do szpitala z obrażeniami nie zagrażającymi jej życiu. Kurdyjska rodzina z Iraku w Irlandii mieszkała od 4 lat. Wcześniej małżeństwo mieszkało w Plymouth na południu Anglii. Karzan Sabah był wykładowcą na wydziale Agrokultury w Carlow IT.

Media informują, że pochodzący z Polski sprawca wypadku już wcześniej był kilkukrotnie karany przez irlandzkie sądy za niebezpieczną jazdę oraz posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. Polak miał mieć także problemy ze zdrowiem psychicznym. Przed wypadkiem mężczyzna zgłosił się do ośrodka zdrowia psychicznego.
Źródło info i foto: o2.pl

Kanada: Wjechał ciężarówką w muzułmańską rodzinę. Zginęły 4 osoby

W Kanadzie zginęło czterech członków muzułmańskiej rodziny, po tym jak wjechała w nią rozpędzona ciężarówka. Atak był zamierzony – informuje kanadyjska policja. Do ataku doszło w mieście London w prowincji Ontario. Dziewięcioletni chłopiec, który jako jedyny ocalał z wypadku, znajduje się w szpitalu. Jego obrażenia są poważne – podaje BBC.

W niedzielny wieczór, przy dobrej widoczności, ciężarówka nagle wjechała na chodnik, taranując rodzinę. Zginęły cztery osoby: dwie kobiety w wieku 77 i 44 lat, 46-letni mężczyzna oraz 15-latka. Świadkowie zdarzenia mówią o strasznym widoku i chaosie, który powstał tuż po zdarzeniu. – Musiałem zasłaniać swojej córce oczy – powiedział CTV News mężczyzna, który widział tragiczne sceny.

Policja schwytała 20-letniego napastnika, któremu postawiono zarzuty zabójstwa czterech osób i usiłowania zabójstwa piątej.

– Uważa się, że ofiary stały się celem, ponieważ były muzułmanami – powiedział na konferencji prasowej detektyw Paul Waight. Jak dodał, policja rozważa oskarżenie 20-latka także o terroryzm. Czyn uznawany jest jako przestępstwo z nienawiści.

Niedzielny atak był najgorszym atakiem na społeczność muzułmańską w Kanadzie od czasu 2017 roku, kiedy to w meczecie w Quebec City zginęło sześć osób.

Premier Kanady Justin Trudeau napisał na Twitterze, że był przerażony wiadomościami o tragedii, która rozegrała się w Ontario. Zdarzenie nazwał aktem terroryzmu, zapewniając bliskich ofiar o wsparciu. Zwrócił się także do społeczności muzułmańskiej w Londynie i muzułmanów w całym kraju. „Jesteśmy z wami” – napisał, zapewniając, że na islamofobię nie ma w Kanadzie miejsca. „To podstępna i godna pogardy nienawiść – i musi się skończyć” – zaznaczył Justin Trudeau.
Źródło info i foto: interia.pl

Szczecin: Jest śledztwo po wypadku na placu zabaw. Dziewczynki są w ciężkim stanie

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie wypadku na placu zabaw w Szczecinie, w którym ucierpiały dwie siedmioletnie dziewczynki. Poszkodowane są w ciężkim stanie. W związku ze zdarzeniem w poniedziałek rano ruszyły kontrole we wszystkich miejskich przedszkolach.

– Prokuratura wszczęła śledztwo pod kątem narażenia małoletnich pokrzywdzonych na bezpośrednie niebezpieczeństwo utarty życia przez osoby bezpośrednio zobowiązane do opieki nad nimi – poinformowała w portalu gs24.pl Ewa Obarek z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

Grozi za to do pięciu lat więzienia. Portal informuje, że policja pod nadzorem prokuratury ma przesłuchać personel przedszkola i rodziców. Monitoring placówki prawdopodobnie nie zarejestrował całego zdarzenia.

Do wypadku doszło w piątek w przedszkolu przy ul. Hożej w Szczecinie. W trakcie zabawy skakanką doszło do podduszenia dwóch siedmioletnich dziewczynek. Przedszkolanki miały zareagować błyskawicznie. TVN24 podaje, że u jednej siedmiolatki doszło do zatrzymania akcji serca. Stan obu jest ciężki, zostały wprowadzone w śpiączkę farmakologiczną.

Szczecin. Kontrole po poważnym wypadku na placu zabaw

W poniedziałek ruszyły kontrole we wszystkich miejskich przedszkolach w Szczecinie, związane z bezpieczeństwem na placach zabaw. – Rekomendujemy także, by przeprowadzić w ramach zajęć wychowawczych rozmowy z dziećmi na temat bezpiecznej zabawy – mówi w TVN24 Krzysztof Soska, wiceprezydent Szczecina.

W piątek po zdarzeniu do sprawy odniósł się prezydent miasta Piotr Krzystek. „Dziś w naszym przedszkolu przy ul. Hożej zdarzył się wypadek, w wyniku którego poszkodowane są dwie dziewczynki. Jestem zszokowany tą sytuacją. Dzieci są pod opieką lekarzy. Czekam na wiadomości o ich stanie zdrowia. Jednocześnie zleciłem drobiazgową kontrolę, by wyjaśnić wszystkie okoliczności zdarzenia. Obejmie ona także urządzenia na placach zabaw wszystkich pozostałych placówek” – napisał na Facebooku.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wypadek z udziałem byłej premier Beaty Szydło. Sąd ponownie przesłuchał tych samych świadków

Krakowski sąd okręgowy ponownie przesłuchał trzech z kilkunastu świadków w sprawie wypadku kolumny rządowej. W jednej z limuzyn jechała ówczesna premier Beata Szydło. Tym razem przesłuchania odbyły się z udziałem biegłego psychologa, o co wnioskowała wcześniej prokuratura. Zdarzenie miało miejsce w lutym 2017 roku.

Sąd Okręgowy w Krakowie, przed którym trwa proces odwoławczy w sprawie wypadku z udziałem byłej premier, po raz kolejny przesłuchał świadków zdarzenia wypadku z 2017 roku. To uczestnicy terapii odwykowej, którzy zeznawali podczas śledztwa oraz w pierwszym procesie. Jak wówczas wskazywali, limuzyny rządowe nie miały włączonych sygnałów dźwiękowych, lecz jedynie świetlne. Oznaczałoby to, że nie mogły zostać uznane za uprzywilejowaną kolumnę.

Ponowne przesłuchania odbyły się po apelacji prokuratury, która twierdziła, że poprzednie odbyły się bez obecności biegłego psychologa. Tym samym nie zweryfikowano zdolności świadków do rekonstrukcji zdarzenia. Prokurator Rafał Babiński zaznaczył, że celem podjęcia takich kroków jest sprawdzenie, co faktycznie udało im się zapamiętać ze zdarzenia, a co mogło być jedynie informacją zasłyszaną np. z mediów.

Świadkowie byli wcześniej badani przez biegłego psychologa, jednak prokuratura zakwestionowała sposób badania oraz przeprowadzone testy. Zażądano więc weryfikacji ich oraz opinii, którą wydał biegły na podstawie wyników.

Po środowej rozprawie prokurator Babiński w rozmowie z dziennikarzami wskazywał, że takie zeznania powinny odbyć się już wcześniej, na etapie postępowania prowadzonego przed sądem w Oświęcimiu. – Sąd tak naprawdę w tym momencie naprawia pewien błąd proceduralny popełniony przez sąd pierwszej instancji, na który prokuratura zwróciła uwagę w apelacji, i który to błąd przez sąd okręgowy został uznany za na tyle istotny, że te czynności dowodowe są powtarzane – mówił oskarżyciel cytowany przez Onet za PAP.

Sąd Okręgowy w Krakowie wyraził zgodę na to, by świadkowie zostali przesłuchani ponownie, tym razem w obecności psychologa. Pierwsze trzy osoby stanęły przed sądem w środę 31 marca. Kilkugodzinne przesłuchania odbyły się bez udziału mediów w obawie o możliwość ujawnienia wrażliwych danych dotyczących stanu zdrowia osób składających zeznania. W środę przesłuchanych zostało trzech z sześciu świadków, trójka wezwanych nie pojawiła się na rozprawie. Jak wskazywała „Wyborcza Kraków”, dwie z trzech nieobecnych osób prawdopodobnie są kluczowymi świadkami w sprawie.

– Moim zdaniem nie ma potrzeby przeprowadzania tych przesłuchań, bo materiał dowodowy w tym zakresie, zgromadzony w śledztwie i przed sądem pierwszej instancji, w zupełności wystarcza do prawidłowej oceny – mówił mec. Władysław Pociej, obrońca Sebastiana Kościelnika, cytowany przez portal.

Na pytanie o to, czy środowe zeznania wniosły coś nowego do sprawy, powiedział, iż w jego przekonaniu nie zaszła taka okoliczność. Zapowiedział również, że będzie wnosił o uniewinnienie swojego klienta. W jego przekonaniu wyłączną winę w sprawie ponosi kierowca BOR, prowadzący pojazd, którym podróżowała była premier.

Prokuratura domaga się uznania Sebastiana Kościelnika za winnego spowodowania wypadku kolumny rządowej i w konsekwencji wymierzenia mu kary ograniczenia wolności i nakazu wykonywania prac społecznych.

Przypomnijmy: do wypadku z udziałem byłej premier doszło w lutym 2017 roku. Beata Szydło podróżowała wówczas w kolumnie rządowej, która zderzyła się z pojazdem marki seicento, prowadzonym przez Sebastiana Kościelnika. Kierowca przepuścił pierwszy samochód kolumny, po czym zaczął skręcać w lewo, uderzając w kolejne auto. W konsekwencji pojazd wjechał w drzewo. W wypadku poszkodowana została była premier, a także funkcjonariusz BOR.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Michał Żewłakow o wypadku, który spowodował. Jest oświadczenie

Wczoraj w nocy wsiadłem za kierownicę samochodu po wypiciu alkoholu i spowodowałem kolizję, w której szczęśliwie nikt nie ucierpiał. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla mojego braku odpowiedzialności i wyobraźni – napisał były reprezentant Polski w piłce nożnej Michał Żewłakow. Przeprosił również wszystkich za swoje zachowanie.

Do zdarzenia z udziałem byłego reprezentanta kraju w piłce nożnej doszło w nocy z poniedziałku na wtorek. – Około godziny 0.40 na skrzyżowaniu ulicy Miodowej z Długą. W stojący na czerwonym świetle autobus wjechało osobowe bmw – powiedział podinspektor Szumiata z warszawskiej policji.

– Badanie alkomatem wykazało, że kierowca osobowego bmw miał w wydychanym powietrzu 1,6 promila alkoholu – poinformował policjant dodając, że mężczyzna został zatrzymany.

Oświadczenie byłego reprezentanta

Jak ustaliła PAP, za kierownicą osobowego bmw siedział były reprezentant Polski w piłce nożnej Michał Żewłakow, który po wytrzeźwieniu usłyszał zarzuty w sprawie kierowania w stanie nietrzeźwości. Odpowie także za spowodowanie kolizji w ruchu drogowym.

Żewłakow po usłyszeniu zarzutów został zwolniony do domu.

We wtorek wieczorem były piłkarz na swoim profilu na Twitterze opublikował oświadczenie. „Wczoraj w nocy wsiadłem za kierownicę samochodu po wypiciu alkoholu i spowodowałem kolizję, w której szczęśliwie nikt nie ucierpiał. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla mojego braku odpowiedzialności i wyobraźni. Przepraszam wszystkich za moje zachowanie, szczególnie najbliższych oraz tych, którzy poczuli się zawiedzeni i rozczarowani moją postawą” – napisał Żewłakow.

„Mam świadomość, że jako były kapitan reprezentacji Polski i wielokrotny reprezentant kraju, a także osoba wciąż aktywna w środowisku piłkarskim, powinienem być nie tylko źródłem dumy dla kibiców, ale także wzorem dla piłkarzy, przede wszystkim tych najmłodszych. Przepraszam całą społeczność Motor Lublin za cień, jaki swoim zachowaniem na nią rzuciłem. Postanowiłem oddać się do dyspozycji zarządu klubu – podkreślił.

Przeprosiny i deklaracje

Poinformował również, że zdaje sobie sprawę, że – jako osoba zapraszana do studia telewizyjnego w charakterze eksperta – powinien prezentować najwyższe standardy. „Przepraszam wszystkich telewidzów oraz współpracowników ze świata mediów, przede wszystkim ze stacji Canal+, za to, że zawiodłem ich zaufanie – zaznaczył.

„Rozumiem teraz, że konsekwencje mojego karygodnego zachowania mogły być znacznie gorsze. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze raz prosić o wybaczenie oraz szansę na naprawę szkód, które wyrządziłem. Deklaruję gotowość do złożenia wyczerpujących wyjaśnień wobec organów państwa polskiego oraz instytucji, z którymi, na co dzień współpracuję. Obiecuję również, że niezależenie od czekających mnie konsekwencji prawnych, w najbliższym czasie aktywnie włączę się w działania na rzecz propagowania trzeźwości kierowców oraz pomocy ofiarom wypadków drogowych. Wiem, że nie cofnie to czasu, ale być może pozwoli choć w części zadośćuczynić mojej głupocie oraz uchronić innych od błędu, który popełniłem” – oświadczył.

„Nie jestem w stanie wyrazić jak bardzo jest mi wstyd” – zakończył swoje przeprosiny. Według Kodeksu karnego za kierowanie w stanie nietrzeźwości grozi do dwóch lat więzienia.
Źródło info i foto: TVP.info

Katastrofa busa na Śląsku. 67-letni Jerzy S. aresztowany

Gliwicki sąd podjął decyzję ws. aresztu dla 67-letniego Jerzego S., który usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym. Prokuratura zarzuca mężczyźnie, że swoim zachowaniem na drodze krajowej nr 88 doprowadził do wypadku, w którym zginęło dziewięć osób, a siedem zostało rannych. Z ustaleń śledczych wynika, że Jerzy S. w chwili wykonywanie manewru wyprzedzania miał nie zauważyć jadącego z naprzeciwka busa. To doprowadziło do tragedii.

Sędzia Szymon Markowicz z gliwickiego sądu zdecydował, że Jerzy S. nie trafi do aresztu. Wobec 67-latka nie zastosowano także żadnego innego środka zapobiegawczego. Sąd argumentował swoją decyzję tym, że kierowca volkswagena jest oskarżony o niemyślne działanie. W dodatku nie był nigdy karany, a ponieważ ma dom i pracę, nie zachodzi obawa, że będzie się ukrywał lub wpływał na świadków, ponieważ kluczowe dla sprawy osoby, zostały już przesłuchane.

– Będziemy składać zażalenie na taką decyzję sądu – powiedziała prok. Karina Spruś, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Próbował wyprzedzać. Nie widział busa?

Mieszkańcowi Cieszyna Jerzemu S. postawiono zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym, w wyniku której zginęło dziewięć osób, a siedem odniosło obrażenia.

Koszmar rozegrał się w sobotę 22 sierpnia około godziny 22.30 na drodze nr 88 w pobliżu węzła Kleszczów (woj. śląskie). Z ustaleń policji i prokuratury wynika, że 67-latek próbował wyprzedzić jadący przed nim pojazd, ale nie zauważył lub nie widział, jadącego z naprzeciwka busa renault trafic. 29-letni kierowca próbował uniknąć zderzenia i wykonał manewr, który doprowadził do przewrócenia się busa.

Bus zderzył się z autokarem

Następnie renault sunąc po jezdni, zderzyło się dachem z jadącym z naprzeciwka autobusem. Zarówno kierowca busa, jak i pasażerowie zmarli na miejscu. Do szpitala trafiło siedem osób z autokaru. Najciężej ranny został kierujący pojazdem, który musiał przejść operację nogi. Szczęśliwie, rannym nie zagraża niebezpieczeństwo.

W chwili wypadku Jerzy S. również podjął manewr obronny i zjechał na pobocze, a następnie się zatrzymał. Ani jemu, ani osobie, z którą jechał, nic się nie stało. W niedzielny poranek policja postanowiła przesłuchać 67-latka, a następnie zatrzymać.

Mówi, że nie pamięta, co się stało

Mężczyzna przekonywał, że nie wie, co się właściwie wydarzyło. Mówił, że nie widział jadącego z naprzeciwka busa i nie pamięta przebiegu wypadku. Miał jedynie usłyszeć huk. Wniosek o aresztowanie 67-latka prokuratura motywowała grożącą mu surową karą oraz koniecznością zapewnienia prawidłowego toku postępowania, a także weryfikacji wyjaśnień podejrzanego. Mężczyźnie grozi od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.

Za miesiąc mieli się pobrać, zginęli w tej samej chwili

Ofiary wypadku to w większości mieszkańcy Podkarpacia. Samochód prowadził mieszkający w Polsce, obywatel Słowenii. W wypadku zginęli m.in. narzeczeni 23-letnia Karolina i Patryk, którzy jechali do Holandii, by zarobić na wesele. Miało się ono odbyć za miesiąc.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Niemiecka policja poszukuje polskiego kierowcy tira. Jest sprawcą wypadku

Ford an der Unfallstelle

Policjanci poszukują sprawcy wypadku, do którego doszło we wtorek, 21 lipca. Kierowca ciężarówki na polskich numerach rejestracyjnych uciekł z miejsca zdarzenia. Nie udzielił on także pomocy osobie poszkodowanej. Do wypadku doszło w miniony wtorek około godziny 14:40 na drodze krajowej numer 123 między Kutenholz i Essel w Dolnej Saksonii. Mundurowi szukają świadków, którzy mogą pomóc w ustaleniu sprawcy wypadku – informuje portal auto-swiat.pl.

Sprawcą wypadku w Niemczech jest kierowca ciężarówki jadący z polską tablicą rejestracyjną. Po zderzeniu sprawca uciekł z miejsca wypadku, nie udzielił także pomocy poszkodowanemu. Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że kierowca samochodu dostawczego zaczął wyprzedzać ciężarówkę. Kierowca tego pojazdu nie zwrócił uwagi na ruch za nim i także zaczął zjeżdżać na lewy pas. Kierowca z Niemiec, aby uniknąć zderzenia, zjechał na bok i uderzył w drzewo .

34-letni kierowca został ranny w wypadku. Przetransportowano go do szpitala. Jego samochód został poważnie zniszczony. Funkcjonariusze szacują szkody na około 10 tysięcy euro (około 44 tysięcy złotych). Sprawca wypadku nie zatrzymał się i nie udzielił pomocy. Kontynuował jazdę. Policjanci z Niemiec szukają kierowcy ciężarówki z polską rejestracją, a także świadków tego zdarzenia.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl