Jest wyrok ws. organizacji lotu do Smoleńska. Tomasz Arabski uznany za winnego. 10 miesięcy więzienia

Nie dopełnił ciążących na nim obowiązków – Sąd Okręgowy w Warszawie ogłosił wyrok wobec byłego szefa KPRM Tomasza Arabskiego i czworga innych urzędników, w sprawie organizacji lotu do Smoleńska 10 kwietnia 2010 r. Arabski został skazany na 10 miesięcy więzienia.

W maju w mowach końcowych w tym procesie prokurator zawnioskował o karę 1,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 4 lata dla Arabskiego. Kar w zawieszeniu zażądał także dla pozostałych oskarżonych. Większość pełnomocników wniosła o uznanie winy pięciorga oskarżonych pozostawiając do uznania sądu rozstrzygnięcie o karach.

Jedynie jeden z tych pełnomocników – mec. Stefan Hambura – zawnioskował o karę trzech lat bezwzględnego więzienia dla Arabskiego. O zbliżone kary bezwzględnego więzienia zawnioskował też wobec pozostałych urzędników. Obrońcy oskarżonych apelowali przed tygodniem o wyrok sprawiedliwy, a takim w ich ocenie będzie uniewinnienie wszystkich oskarżonych.

Proces rozpoczął się w marcu 2016 r zainicjowany prywatnym aktem oskarżenia. Jego podstawą jest art. 231 Kodeksu karnego, który przewiduje do 3 lat więzienia za niedopełnienie obowiązków funkcjonariusza publicznego. Akt oskarżenia wniesiono po tym, gdy Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga umorzyła prawomocnie śledztwo w sprawie organizacji lotów premiera i prezydenta do Smoleńska 7 i 10 kwietnia 2010 r. Oskarżycielami są bliscy kilkunastu ofiar katastrofy, m.in. Anny Walentynowicz, Janusza Kochanowskiego, Andrzeja Przewoźnika, Władysława Stasiaka, Sławomira Skrzypka i Zbigniewa Wassermanna.

Prokuratura przyłączyła się do tej sprawy na początku procesu – jako „rzecznik praworządności”. Status prokuratury w procesie z czasem uległ modyfikacji. We wrześniu ub.r. w związku ze zmianą stanu prawnego dotyczącego instytucji „rzecznika praworządności” przedstawiciel prokuratury złożył bowiem oświadczenie, że udział prokuratorów w tej sprawie opiera się na przepisie Kodeksu postępowania karnego stanowiącego, iż „do sprawy wszczętej na podstawie aktu oskarżenia wniesionego przez oskarżyciela posiłkowego może w każdym czasie wstąpić prokurator, stając się oskarżycielem publicznym”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Abp. Stanisław Gądecki musi przekazać prokuraturze materiały w sprawie molestowania ministranta

Sąd zobowiązał Kurię Metropolitalną w Poznaniu do przekazania prokuraturze dokumentów zgromadzonych podczas postępowania dotyczącego ks. Krzysztofa z Chodzieży, który miał molestować ministranta Szymona. Najpierw kuria zasłaniała się tajemnicą zawodową. Teraz nie chce przekazać dokumentów tłumacząc, że są w Watykanie.

Sąd postanowił, że poznańska kuria, której przewodniczy abp. Stanisław Gądecki, musi przekazać dokumenty prokuraturze prowadzącej śledztwo w sprawie molestowania Szymona – byłego ministranta z Chodzieży (woj. wielkopolskie).

Decyzja w tej sprawie zapadła w poniedziałek, 10 czerwca. Duchowni zasłaniali się wcześniej tajemnicą zawodową, ale sąd zwolnił ich z tajemnicy i polecił przekazanie dokumentów śledczych.

Choć wyrok jest prawomocny, kuria przedstawiła kolejny argument przeciw przekazaniu dokumentów. Duchowni tłumaczą, że akta sprawy zostały przesłane do Watykanu.

„Ponieważ postanowienie Prokuratury pouczało o prawie złożenia zażalenia, a naszym zdaniem naruszało ono przepisy prawa powszechnego i kanonicznego, złożyliśmy do sądu zażalenie w tej sprawie. Zwróciliśmy wówczas uwagę na fakt, że zgodnie z normą prawa dotyczącego postępowania kanoniczego w przypadku naruszenia szóstego przykazania „wszystkie akta sprawy powinny być z urzędu jak najszybciej przesłane do Kongregacji Nauki Wiary” – infomuje ks. Maciej Szczepaniak z Kurii Archidiecezjalnej w rozmowie z portalem Gazeta.pl.

Przedstawiciel kurii dodaje, że żądanie udostępnienia wszystkich materiałów zgromadzonych w czasie postępowania jest w pewnym sensie bezprzedmiotowe, ponieważ zostały one już wcześniej wysłane do Watykanu.

O co walczy były ministrant z Chodzieży?

Poznańska prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie ks. Krzysztofa, który został wydalony ze stanu kapłańskiego w związku ze sprawą wykorzystywania seksualnego ministranta Szymona z Chodzieży.

Dramat Szymona – chłopca z rodziny dotkniętej alkoholizmem nagłośnili dziennikarze „Głosu Wielkopolskiego”. Ministrant miał być upijany i molestowany przez księdza Krzysztofa w latach 2001-2013. W rozmowie z dziennikarzami mężczyzna podkreślał, że do dziś nie otrzymał przeprosin i nikt nie interesuje się jego losem. Kiedy o sprawie zrobiło się głośno w 2016 roku ks. Krzysztof opuścił swoją ostatnią parafię (jako oficjalną przyczynę podano powody zdrowotne), a niedługo potem w Watykanie zapadła decyzja o wydaleniu go z kapłaństwa.

Śledczym z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu zależało na zapoznaniu się ze szczegółami postępowania kanonicznego w tej sprawie, które mogą stanowić dowody na popełnienie przestępstwa.

Jak informuje „Głos Wielkopolski”, duchowny miał przyznać się przed hierarchami kościelnymi do molestowania ministranta. Kuria nie chce jednak współpracować z prokuraturą i odmawia przekazania materiałów z postępowania zasłaniając się tajemnicą zawodową.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Wciąż nie wiadomo gdzie są pieniądze zrabowane w „skoku stulecia”

Sprawa odwoławcza nic nie zmieniła – sąd utrzymał wyroki dla czterech mężczyzn oskarżonych w tzw. skoku stulecia czyli napadzie na konwój z pieniędzmi pod Swarzędzem (Wielkopolskie). Szajka zrabowała wtedy prawie 8 mln zł. Do dziś udało się odzyskać niewielką część – kilkaset tysięcy złotych. Wciąż nie wiadomo, gdzie jest reszta gigantycznej kwoty

Do skoku stulecia doszło 10 lipca 2015 roku. Zatrzymani wskazują, że całą akcję wymyślił Grzegorz Ł. (53 l.). Zasugerował Adamowi K. (48 l.), swojemu koledze, z którym razem wstępowali do policji, że można obrabować konwój wprowadzając do firmy „kreta”. Znaleźli Krzysztofa W. (50 l.). Stworzyli dla niego fałszywą tożsamość. Nazwali Mirosławem Dudą i zatrudnili w firmie. 10 lipca w konwoju była duża suma. Mirosław Duda, twierdząc, że boli go noga, przekonał dyspozytora, by siąść za kierownicą bankowozu. Potem wysłał tylko krótki sygnał do wspólników: – Jestem kierowcą. Możemy robić. Kiedy załoga bankowozu opuściła kabinę, Krzysztof W. vel Mirosław Duda po prostu odjechał z pozostałymi pieniędzmi. W lesie pod Poznaniem wspólnicy przepakowali pieniądze do innego samochodu i rozjechali się. W garażu pod Łodzią zrabowany łup podzielili – część rozdali sobie, drugą jak twierdził Adam K. razem z Grzegorzem Ł. zakopali w lesie za jego działką. – Po pewnym czasie sprawdziłem to miejsce w lesie i zastałem tylko wykopany, pusty dół. Pieniędzy nie było – mówi Adam K.

Zniknął też Grzegorz Ł. Był poszukiwany międzynarodowym listem gończym. Początkowo pojawiła się hipoteza, że został ograbiony ze swojej doli i zamordowany przez wspólników. Jak się jednak okazało w listopadzie 2017 roku wytropili go w Odessie „łowcy głów” z poznańskiej policji. Grzegorz Ł. został zatrzymany i zeznawał w procesie odwoławczym. – Słyszałem, że zakopałem 4 miliony złotych, że uciekłem, że mnie zabito i nie żyję. Żyję, nie uciekłem, a pieniędzy nie miałem i nie mam. Wyjechałem na Ukrainę legalnie, z moim paszportem na zaproszenie miasta Truskawiec. Nie ukrywałem się. Wypoczywałem w towarzystwie pięknych kobiet. zajmowałem się też uprawą warzyw na Ukrainie – mówił przed obliczem sądu.

Sąd Apelacyjny w Łodzi czekał na te wyjaśnienia. Dlatego nawet była przerwa w prowadzonej sprawie odwoławczej. Teraz, mając komplet materiałów, wydał wyrok. Rozpatrując odwołanie obrońców oskarżonych, ale i prokuratury, uznał, że ustalenia w pierwszej instancji były trafne, słuszne i nie można ich podważyć. Nie zgodził się także z prokuratorem, który chciał złagodzić karę dla dwóch skazanych, uważając że dzięki ich zeznaniom udało się doprowadzić do zatrzymań w tej sprawie. Jak stwierdziła uzasadniając wyrok sędzia Barbara Augustyniak nie może być w tej sprawie mowy o tzw. małym świadku koronnym, czyli nadzwyczajnego złagodzenia kary, bo oskarżeni, szczególnie Adam K. nie byli szczerzy, dozowali informacje.

Prawomocnym już wyrokiem Krzysztof W. został skazany na 8 lat i dwa miesiące więzienia. Marek K., który zwerbował do pracy fałszywego konwojenta, na siedem lat więzienia, Adam K. na 6 lat i dwa miesiące, natomiast Dariusz D. – pomocnik grupy, który zajął się przerzuceniem pieniędzy z ciężarówki do innego auta, na 6 lat. Oprócz tego zostali oni zobowiązani do zapłacenia ponad 3,2 mln złotych w ramach napraw szkody.

Wciąż pozostaje nierozwiązana zagadka zniknięcia pieniędzy. Według śledczych to niedorzeczne, że przy tak drobiazgowo zaplanowanym napadzie, „rozwiała się” w powietrzu cała zrabowana suma. Czy uczestnicy skoku wkalkulowali sobie odsiadkę w koszty? Czy jeszcze jakieś nowe okoliczności wyjdą na jaw przy sprawie Grzegorza Ł., która jest wyodrębniona do osobnego postępowania?
Źródło info i foto: Fakt.pl

Kardiochirurg Mirosław G. skazany za korupcję

Kardiochirurg Mirosław G. jest winny przyjęcia w okresie od marca 2005 r. do grudnia 2006 r. od pacjentów i ich rodzin co najmniej 22 tys. zł łapówek – orzekł we wtorek warszawski sąd rejonowy i skazał go za to na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata i 50 tys. zł grzywny.

Zdaniem sądu kara roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata jest wystarczająco surowa. – Sąd nie ma wątpliwości, że pieniądze były przyjęte od pacjentów w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, dlatego wymierzył mu też karę grzywny – zaznaczyła w uzasadnieniu wyroku sędzia Iwona Hulko.

Zakończony środowym wyrokiem proces rozpoczął się we wrześniu 2016 r. przed Sądem Rejonowym dla Warszawy- Mokotowa. Był to kolejny proces kardiochirurga w tej sprawie po uchyleniu przez sąd II instancji pierwotnego orzeczenia w zakresie części zarzutów korupcyjnych.

Pierwszy proces dr. G. i – wówczas – 20 jego pacjentów był efektem jednej z pierwszych akcji nowo utworzonego wówczas Centralnego Biura Antykorupcyjnego; odbił się szerokim echem wśród opinii publicznej.

W styczniu 2013 r. sąd I instancji skazał dr. G. na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata i grzywnę za przyjęcie ponad 17,5 tys. zł od pacjentów. G. został wtedy skazany za część zarzutów korupcyjnych z łącznej liczby 42 zarzutów, jakie usłyszał. Uniewinniono go od 23 zarzutów, m.in. mobbingu wobec podwładnych i z części zarzutów korupcyjnych.

W kwietniu 2014 r. II instancja uchyliła uniewinnienie G. oraz kilku jego pacjentów i zwróciła w tym zakresie sprawę sądowi rejonowemu. Odsyłając do SR sprawę kopert wręczanych dr. G. w jego gabinecie (wręczający twierdzili, że w kopertach były listy polecające lub dokumenty medyczne), sąd odwoławczy wskazywał, że jeśli ktoś idzie do lekarza, to zazwyczaj wyniki badań pokazuje na początku wizyty, a nie zostawia ich na odchodnym. II instancja nie przesądziła, czy doszło do wręczenia korzyści majątkowej; wskazała jednak, że sąd I instancji nie uzasadnił swojego stanowiska.

Zarazem II instancja utrzymała wówczas skazanie lekarza na rok więzienia w zawieszeniu i grzywnę za 18 zarzutów przyjęcia pieniędzy oraz uniewinnienie G. od zarzutu mobbingu, a także od trzech najpoważniejszych zarzutów korupcyjnych – uzależniania od łapówki przyjęcia pacjenta na oddział lub podjęcia się operacji.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Jest wyrok za zabójstwo Jacka Hrycia

– Za zabicie psa dostaje się większy wyrok. Mi zabito jedynego syna. Ten wyrok jest godny pożałowania. Na pewno będę apelował – mówi załamany Zenon Hryć (61 l.), ojciec Jacka, którego grupa pięciu mężczyzn zatłukła na śmierć. W Sądzie Okręgowym w Rybniku zapadł dziś wyrok w tej sprawie.

Oskarżonym w wieku od 20 do 35 lat, po kolei odczytywano wyrok. Każdy miał kamienną twarz. Dawid K. za zabójstwo dostał 25 lat więzienia. Jego koledzy: Paweł Sz., Artur L., Przemysław K. po 8 lat, za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Łukasz K. skazany został na 8 lat i 2 miesiące, za pobicie ze skutkiem śmiertelnym i próbę pobicia znajomego denata. Wyrok nie jest prawomocny.

– „Na twarzy ofiary zabójca zostawił podpis: odcisk buta na jednym policzku, a na drugim ślad kostki brukowej” – tak sprawę w mowie końcowej opisywał prokurator. Dziś z wyroku sądu był zadowolony. Dodatkowo oskarżeni mają wpłacić nawiązki na rzecz bliskich skatowanego w wysokości od 10 do 80 tys. zł.

Oprawcy Jacka Hrycia (†28 l.) zaatakowali go 4 czerwca 2017 roku. Dorwali mężczyznę przed jedną z dyskotek w Jastrzębiu-Zdroju. Razem z kolegą byli się pobawić, wypili kilka piw. To tutaj znaleźli się na celowniku zwyrodnialców, którzy szukali zaczepki. Chcieli bez powodu, spuścić komuś łomot. Później zeznał to jeden z oskarżonych – Łukasz K.

Hryć nie miał szans na obronę. Dawid K., kopał go po głowie, skakał po niej, a jego koledzy trzymali go by nie uciekł. Mężczyźni byli pijani, kat i jeden z kolegów byli też pod wpływem narkotyków. Ofiara zmarła w wyniku krwotoku wewnętrznego (krew znalazła się nawet w płucach) z licznymi obrażeniami na całym ciele.

Dziś przy odczytaniu wyroku, na sali rozpraw obecna była żona bestialsko zamordowanego mężczyzny. Nie mogła opanować łez, sprawy nie chciała komentować.

Nerwy puściły panu Zenonowi – ojcu, który stracił syna. – „Życzę by jeszcze dziś w nocy wasze rodziny też takie coś spotkało. Zobaczycie, jak to jest stracić dziecko” – krzyczał w kierunku rodzin oskarżonych, wymachując zdjęciami zakrwawionego Jacka.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Jest wyrok dla policjanta z Brodnicy oskarżonego o przestępstwa seksualne

Krzysztof G., były policjant z Brodnicy oskarżony o przestępstwa seksualne, do których dochodziło na komisariacie, został nieprawomocnie skazany. Mężczyzna spędzi więzieniu dwa i pół roku. Sąd Rejonowy w Brodnicy uznał, że między Krzysztofem G. a przebywającą na posterunku w 2017 roku doszło do zbliżenia. Kobieta utrzymywała, że została zgwałcona, ale zachowanie policjanta zostało ostatecznie zakwalifikowane jako „nadużycie stosunku zależności” przy doprowadzeniu do obcowania płciowego.

Tuż po tym, jak 25-latka zgłosiła przestępstwo, 38-letni wówczas funkcjonariusz został aresztowany i wyrzucony ze służby, a prokuratura postawiła mu zarzuty. W piątek zapadł wyrok: dwa lata i sześć miesięcy bezwzględnego więzienia.
Źródło info i foto: wp.pl

Węgry: Sąd skazał 10 przemytników ludzi

Wyroki od dwóch i pół do 11 lat więzienia orzekł sąd w węgierskim mieście Zalaegerszeg dla 10 mężczyzn, którzy działając w międzynarodowej organizacji przestępczej, przemycali ludzi do Unii Europejskiej – poinformował sąd. Skazani – obywatele Afganistanu, Pakistanu, Indii, Albanii, Czech i Rumunii – od lata 2016 r. organizowali przerzut migrantów przybywających z krajów bałkańskich na Węgry, a następnie do Europy Zachodniej. Rekrutowali też kierowców i zdobywali samochody osobowe i ciężarowe.

67 razy przerzucili migrantów za pieniądze w grupach po 10-30 osób. Przeprowadzali ich piechotą przez granicę z Serbią na Węgry, po czym małymi samochodami ciężarowymi przewozili do innych krajów UE.

Główny oskarżony został skazany na 11 lat więzienia, trzech mężczyzn na sześć i pół roku, jeden na cztery i pół roku, jeden na trzy i pół roku, a pozostali na kary od półtora roku do trzech lat i trzech miesięcy pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

„Amerykański talib” na wolności. Wciąż „wierzy w dżihad”

John Walker Lindh, nazywany „amerykańskim talibem”, wyszedł w czwartek na wolność – podaje Reuters. Mężczyzna, walczący po stronie afgańskich terrorystów został skazany na 20 lat więzienia kilka miesięcy po atakach na World Trade Center w 2001 roku. Zakład karny opuszcza trzy lata przed końcem wyroku. John Walker Lindh opuścił w czwartek mury więzienia federalnego w Terre Haute w stanie Indiana, gdzie trafił 17 lat temu. Był pierwszym Amerykaninem, skazanym w ramach globalnej wojny z terroryzmem, wypowiedzianej przez Georga W. Busha po atakach z 11 września 2001 roku. Teraz ponownie trafi do amerykańskiego społeczeństwa. Jak podaje NPR, wyrok Lindha został zmniejszony ze względu na jego dobre sprawowanie.

Jego wolność będzie jednak mocno ograniczona: będzie potrzebował zgody na korzystanie z internetu, znajdzie się pod ścisłą obserwacją i nie będzie mógł podróżować. Jak przekazał jego prawnik, mężczyzna będzie mieszkać w Wirginii, zgodnie z poleceniem swojego kuratora sądowego. Lindh zapowiedział jednak, że chce przeprowadzić się do Irlandii. Oprócz amerykańskiego ma także irlandzkie obywatelstwo.

„Jest w tym coś głęboko niepokojącego”

Wiele wskazuje na to, że Lindh wciąż pozostaje radykalnym islamistą. Pojawiają się doniesienia, że w czasie swojego pobytu w więzieniu sympatyzował z tak zwanym Państwem Islamskim. W jednym z wywiadów telewizyjnych zapowiedział, że po wyjściu na wolność nadal będzie szerzył przesłanie radykalnego islamu. Jak wynika z tajnych rządowych dokumentów, opublikowanych przez magazyn Foreign Policy, jeszcze w 2016 roku władze USA określały Lindha jako posiadającego „ekstremistyczne poglądy”. Uwolnienie amerykańskiego taliba wprawiło w duże zdziwienie sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo, który fakt ten nazwał „niewytłumaczalnym i niezrozumiałym”. – Z tego, co wiem, on wciąż grozi Stanom Zjednoczonym i nadal wierzy w dżihad. Jest w tym coś głęboko niepokojącego i złego – powiedział szef amerykańskiej dyplomacji w telewizji Fox News.

Amerykanin, który został talibem

John Walker Lindh wychował się w San Francisco. Pochodzi z katolickiej rodziny, ale w wieku 16 lat przyjął islam. Rok później wyjechał ze Stanów Zjednoczonych do Jemenu studiować arabistykę. Stamtąd udał się do Pakistanu, gdzie dostał się w szeregi ekstremistycznego islamskiego ugrupowania. Zradykalizowany wyjechał następnie do Afganistanu. Tam jako talibski ochotnik zgłosił się do obozu szkoleniowego Al-Kaidy.

W szeregach terrorystów zajmował się głównie studiowaniem map i specjalizował w materiałach wybuchowych. Walczył na pierwszej linii frontu po stronie talibów. Spotkał się nawet osobiście z samym Osamą bin Ladenem. Po atakach na World Trade Center z 11 września 2001 roku, Waszyngton rozpoczął globalną wojnę z terroryzmem. Miesiąc po tym, jak samoloty uderzyły w nowojorskie wieże rozpoczęła się amerykańska interwencja w Afganistanie. Walczący z bronią w ręku po stronie talibów Lindh został schwytany przez amerykańskich żołnierzy na północy kraju w listopadzie 2001 roku. Był wówczas ranny. Mężczyzna przyznał się do walki po stronie talibów. Zaznaczył jednak, że nigdy nie miał zamiaru „walczyć z Ameryką” i zaprzeczał, że należał do siatki terrorystycznej odpowiedzialnej za zamach na WTC. Przekonywał też, że dżihad nie musi wiązać się z „antyamerykanizmem”.

W 2002 roku Lindh stanął przed amerykańskim sądem cywilnym. Oskarżono go o udział w spiskach terrorystycznych w celu mordowania Amerykanów, popieranie Al-Kaidy oraz reżimu talibów i inne mniejsze przestępstwa. Groziła mu kara dożywotniego więzienia. Lindh poszedł na układ z prokuraturą i przyznał się przed sądem federalnym w Alexandrii (Wirginia), że „od sierpnia do grudnia 2001 roku oddawał usługi talibom” i „dokonywał przestępstw, nosząc broń i dwa granaty”. Zgodził się na karę 20 lat więzienia, dzięki czemu uniknął dożywotniego więzienia i procesu. Trafił do więzienia o średnim rygorze w stanie Indiana, które w czwartek opuścił.

Pompeo: Lindh był zamieszany w śmierć agenta CIA

Po informacjach o uwolnieniu Lindha sekretarz stanu Mike Pompeo przypomniał, że po aresztowaniu został on osadzony w więzieniu w Mazar-i-Szarif w północnym Afganistanie i tam 25 listopada 2001 roku był przesłuchiwany przez agenta CIA Johnny’ego Micheala Spanna. Jeszcze tego samego dnia w tym zakładzie karnym więźniowie wywołali zamieszki, w których Spann zginął, stając się pierwszym Amerykaninem, zabitym w walce po inwazji USA na Afganistan w 2001 roku. – Byłem wtedy szefem CIA. Johnny Micheal Spann był jednym z nas, niesamowicie uczciwym i odważnym człowiekiem. Teraz pozwalamy na uwolnienie z więzienia kogoś, kto był zamieszany w jego śmierć – mówił Pompeo. Dodał, że swoje zaniepokojenie wyraziło także kilku innych urzędników państwowych w USA.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Raper Bonus RPK skazany prawomocnym wyrokiem

Warszawski sąd podtrzymał wyrok dla Oliwiera Roszczyka szerzej znanego jako Bonus RPK. Raper odpowiadał za handel narkotykami. – Na ten moment przegrałem, ale będę odwoływał się do Sądu Najwyższego – tak muzyk komentuje wyrok.

Warszawski raper Bonus RPK został skazany w lipcu przez Sąd Rejonowy Warszawa-Wola na 5,5 roku więzienia. Chodzi o handel 25 kg marihuany. Sąd zdecydował również, że Oliwier Roszczyk musi oddać prawie pół miliona złotych z tej sprzedaży. Proces był jednym z wątków działalności rozpracowanej przez policję grupy przestępczej Marka Cz. ps. „Rympałek”.

Według artysty, wyrok zapadł wyłącznie na podstawie zeznań tzw. małego świadka koronnego. Raper dodaje, że padł ofiarą pomówienia, a śledczy nie zgromadzili dowodów, które potwierdzałyby zarzuty.

W rozmowie z Wirtualną Polską Bonus RPK zapowiadał apelację. – Surowy wyrok miał nagłośnić sukces wymiaru sprawiedliwości. W sprawie nie ma żadnych twardych dowodów. Nie ma nagranych rozmów, obciążających bilingów, nagrań z monitoringu, gotówki pochodzącej z handlu czy nielegalnych substancji psychoaktywnych. Policjanci przeszukiwali moje mieszkanie, w którym nic nie znaleźli. Zarabiam na działalności artystycznej oraz firmie odzieżowej, którą prowadzę – mówił wówczas Oliwier Roszczyk.

Teraz stołeczny sąd podtrzymał wyrok ws. rapera. – Na ten moment przegrałem, ale będę odwoływał się do Sądu Najwyższego – tak Oliwier Roszczyk skomentował decyzję w jego sprawie.
Źródło info i foto: wawalove.wp.pl

Zapadł wyrok w sprawie Amber Gold. Ponad 18 tys. ludzi straciło w piramidzie 851 mln złotych

Sąd Okręgowy w Gdańsku ogłosi dziś wyrok w procesie ws. afery finansowej Amber Gold. W mowach końcowych prokuratura zawnioskowała o wymierzenie twórcy i założycielowi Amber Gold Marcinowi P. i jego żonie Katarzynie P. kar po 25 lat więzienia. Obrońcy obojga oskarżonych domagają się ich uniewinnienia.

Według prokuratury Marcin P. i Katarzyna P. oszukali w latach 2009-12 w ramach tzw. piramidy finansowej ponad 18 tys. klientów spółki, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł. Prokuratura ustaliła, że spółka Amber Gold była tzw. piramidą finansową, a oskarżeni bez zezwolenia prowadzili działalność polegającą na gromadzeniu pieniędzy klientów parabanku

Amber Gold to firma, która miała inwestować w złoto i inne kruszce. Działała od 2009 r., a klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji – od 6 do nawet 16,5 proc. w skali roku – które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych. KNF złożyła doniesienie do prokuratury, która po miesiącu odmówiła wszczęcia śledztwa, nie dopatrując się w działalności firmy znamion przestępstwa. 13 sierpnia 2012 r. Amber Gold ogłosiła likwidację, tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.
Źródło info i foto: polsatnews.pl