Trzej policjanci skazani ws. Igora Stachowiaka złożyli kasację od wyroku

Trzech z czterech byłych policjantów skazanych za przekroczenie uprawnień oraz fizyczne i psychiczne znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem złożyło do Sądu Najwyższego skargi kasacyjne. Termin rozpoznania kasacji nie został jeszcze wyznaczony. Na złożenie kasacji w sprawie śmierci Igora Stachowiaka nie zdecydował się tylko jeden z byłych policjantów: Paweł P., który został skazany na dwa lata więzienia. Jak ustalił Onet we wrześniu do Sądu Najwyższego wpłynęły natomiast kasację od obrońców trzech pozostałych skazanych: Łukasza R., Adama W. i Pawła G.

– W sprawie nie został jeszcze wyznaczony termin rozpoznania kasacji – informuje Onet Krzysztof Michałowski z biura prasowego Sądu Najwyższego.

– Wiemy jak dziś wygląda praworządność w Polsce. Może się zaraz okazać, że Igor sam torturował się w toalecie na komisariacie i zmarł z przyczyn naturalnych, a policjanci byli ofiarami i trzeba im będzie wypłacić odszkodowanie – mówi Onetowi Maciej Stachowiak, ojciec Igora.

Skazani za przekroczenie uprawnień i znęcanie się

Przypomnijmy, czterej byli policjanci zostali skazani za przekroczenie uprawnień oraz psychiczne i fizyczne znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem. W ocenie sądu działania policjantów nie miały jednak wpływu na śmierć 25-latka. W uzasadnieniu sędzia wskazała, że Igor Stachowiak był torturowany, ale nie doszło do znęcania się ze szczególnym okrucieństwem. Prawomocny wyrok zapadł w lutym przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu.

Najwyższą karę, 2,5 roku więzienia otrzymał Łukasz R., który trzykrotnie raził Igora Stachowiaka paralizatorem w toalecie na komisariacie, gdy ten miał założone kajdanki. Trzej pozostali byli funkcjonariusze Paweł G., Paweł P. i Adam W. usłyszeli natomiast wyrok dwóch lat pozbawienia wolności. Tuż przed Wielkanocą skazani sami zgłosili się do odbycia kary.

Śmierć Igora Stachowiaka
Do tragedii doszło 15 maja 2016 r. Igor Stachowiak został zatrzymany na wrocławskim Rynku, a następnie przewieziono go na komisariat przy ul. Trzemeskiej, gdzie zmarł. Wcześniej był torturowany przez policjantów.

Zdaniem biegłych z Łodzi to nie brutalna interwencja funkcjonariuszy doprowadziła do śmierci 25-latka. W ich ocenie Igor Stachowiak zmarł z powodu niewydolności krążeniowo-oddechowej w przebiegu arytmii po epizodzie excited delirium spowodowanym zażyciem środków psychoaktywnych.

W trakcie procesu przed Sądem Rejonowym biegli lekarze z Wrocławia, którzy dzień po śmierci Igora Stachowiaka przeprowadzili sekcję zwłok, zeznali, że nie da się jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną śmierci 25-latka. W przygotowanej przez siebie opinii wskazali jednak na trzy czynniki: zażycie narkotyków, rażenie paralizatorem oraz wielokrotne uciskanie na szyję. Ponadto biegli wykluczyli, by do złamania chrząstki w krtani u Igora doszło podczas udzielania mu pomocy medycznej.

– Na dalszym etapie postępowania biegli wykluczyli narkotyki. Zostają więc dwie przyczyny śmierci – mówił Maciej Stachowiak.

Nagranie z paralizatora

Przełomem w sprawie był materiał wyemitowany w „Superwizjerze” rok po śmierci Igora Stachowiaka. Wojciech Bojanowski w swoim reportażu ujawnił nagranie z kamery paralizatora. Film jest wstrząsający. Został zarejestrowany w toalecie na komisariacie, bo to właśnie tam policjanci, przy zgaszonym świetle, przesłuchiwali Igora, który był skuty w kajdanki. Na nagraniu widać, że Igor Stachowiak nie stawia oporu, mimo to jest rażony prądem. Kilkanaście minut po scenach, jakie rozegrały się w toalecie, mężczyzna zmarł

Dalsze śledztwo albo prywatny akt oskarżenia

W czerwcu Prokuratura Okręgowa w Poznaniu po raz drugi umorzyła postępowanie w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Igora Stachowiaka przez interweniujących policjantów. Rodzina Stachowiaka zaskarżyła tę decyzję. Od tego czasu sprawą zajmuje się Prokuratura Regionalna w Poznaniu, która może uchylić albo podtrzymać postanowienie o umorzeniu.

– Decyzja w sprawie nie została jeszcze podjęta, trwa analiza całokształtu materiału dowodowego zebranego w śledztwie – informuje Onet prok. Anna Marszałek, rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Poznaniu.

Jeśli decyzja zostanie uchylona, śledztwo dalej będzie prowadzone. W wypadku podtrzymania decyzji o umorzeniu – rodzice Igora Stachowiaka będą mogli wystąpić do sądu z prywatnym aktem oskarżenia i jak zapowiadali, na pewno to zrobią.
Źródło info i foto: onet.pl

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest nie ważny? Krystyna Pawłowicz nie powinna orzekać ws. aborcji?

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie tzw. aborcji eugenicznej może być podważany – uważa posłanka PSL Urszula Pasławska. Jej zdaniem w składzie orzekającym nie powinno być Krystyny Pawłowicz, ponieważ w poprzedniej kadencji Sejmu, jako posłanka, podpisała się pod analogicznym wnioskiem do TK. Jej zdanie podziela konstytucjonalista, prof. UW Ryszard Piotrowski.

Trybunał Konstytucyjny orzekał w czwartek w sprawie aborcji w pełnym składzie. Wśród 13 sędziów była Krystyna Pawłowicz, do 2019 posłanka Prawa i Sprawiedliwości.

W ubiegłej kadencji Sejmu Pawłowicz złożyła podpis pod wnioskiem do TK o zbadanie zgodności prawa do aborcji z konstytucją. Wniosek z 2017 roku czekał dwa lata na rozpatrzenie przez TK, został ostatecznie umorzony wraz z nową kadencją Sejmu. Jesienią 2019 posłowie złożyli nowy, niemal identyczny wniosek i to właśnie nim zajął się TK w ostatni czwartek.

Pasławska: Nie można być sędzią we własnej sprawie

W związku z tym, zdaniem opozycji, Pawłowicz nie powinna orzekać ws. aborcji. „Krystyna Pawłowicz podpisała się pod identycznym wnioskiem do TK w poprzedniej kadencji i powinna być wyłączona z orzekania” – oceniła posłanka i wiceprezes PSL Urszula Pasławska. Jej zdaniem, „w każdym innym procesie w sądzie powszechnym w takiej sytuacji wyrok byłby podważony”.

„Nie można być sędzią we własnej sprawie” – stwierdziła Pasławska

„Powinna być wyłączona ze składu orzekającego”

Jej zdanie podziela konstytucjonalista, prof. UW Ryszard Piotrowski. – Ta sytuacja powinna spowodować wyłączenie sędziego od orzekania w tej sprawie – ocenił w rozmowie z polsatnews.pl dr hab. Ryszard Piotrowski.

– Jak rozumiem, w podpisanym wniosku w sprawie niekonstytucyjności ustawy, znalazła się konkretna argumentacja, którą podpisana pod wnioskiem osoba podziela. W związku z tym staje się sędzią we własnej sprawie. To tak, jakby adwokat zasiadł w składzie orzekającym – ocenia. 

Piotrowski zwraca uwagę, że w tym przypadku „orzekający w składzie sędzia jest jednocześnie współautorem wniosku”. – Skoro tak, to przecież w trakcie narady sędziowskiej, i poprzedzającej tę naradę pracy, może oddziaływać na innych sędziów, ponieważ zależy mu na tym, by jego wniosek został uwzględniony. Taka okoliczność sprawia, że taki sędzia traci status bezstronnego – przekonuje. 

Wyrok TK jest ostateczny

Pytany o ewentualne próby podważania wyroku TK, podkreśla, że jest on ostateczny. – Natomiast jego podważanie może mieć miejsce w przypadku postępowania sądowego w którym skutki tego wyroku miałaby znaleźć zastosowanie. Może on być też podważany z innych powodów, w szczególności ze względu na to, że w składzie orzekającym znalazły się osoby wybrane na zajęte miejsca – podsumowuje Piotrowski. 
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Protest przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego. Policja użyła gazu łzawiącego

Po godz. 2 w nocy zakończył się protest przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego ws. przepisów aborcyjnych. Na ulicy Mickiewicza doszło do przepychanek, a policja użyła gazu. Protestowano też przed domem Jarosława Kaczyńskiego. Mundurowi nie mają sobie nic do zarzucenia, twierdząc, że to z tłumu leciały kamienie, a użycie gazu było reakcją. – Zdecydowana reakcja wobec takich osób jest zgodna z prawem i powinna być całkowicie zrozumiała – przekazała stołeczna policja na Twitterze.

Protest ws. wyroku Trybunału Konstytucyjnego trwał w Warszawie do późnych godzin nocnych. Strajkowały głównie kobiety, nie godząc się z orzeczeniem TK, który w czasie epidemii, obostrzeń rządowych, zmienił z trudem wypracowany od lat kompromis aborcyjny. TK uznał, że aborcja z powodu wad płodu jest niezgodna z Konstytucją.

Uczestnicy demonstrowali z hasłami na kartkach: „Prawo ma nas chronić”, „Macie krew na togach”. Następnie protest przeniósł się pod dom prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Zareagowała policja, pacyfikując protestujących – powołując się na obostrzenia zakazujące większych zgromadzeń w czerwonej strefie.

Policja pacyfikuje protestujących gazem. „Wyłącznie odpowiedź na agresywne zachowanie”

Dostępu do ulicy, przy której mieszka Kaczyński blokował kordon policji. – Działania policjantów mają na celu zapewnienie porządku publicznego i są wyłącznie odpowiedzią na agresywne zachowanie części protestujących. W policjantów ponownie rzucano kamieniami – przekazała KSP.

Uczestnicy wieszczą koniec władzy, która przez – jak mówią – upolityczniony Trybunał Konstytucyjny decyduje o ich życiu. Co najmniej kilka osób zostało poszkodowanych przez użycie gazu wobec protestujących na ul. Mickiewicza. Zdaniem stołecznej Policji, demonstranci rzucali kamieniami w funkcjonariuszy. Na ten moment nie ma informacji o ilości zatrzymanych w protestach.

Nasz reporter Piotr Drabik, który relacjonował do późnych godzin nocnych protesty, przyznał, że podobne zaangażowanie służb widział na Białorusi, gdy po wyborach prezydenckich służby zaczęły pacyfikować mieszkańców.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Zabił szwedzką dziennikarkę Kim Wall. Próbował uciec z więzienia

A police marksman and his dog observes convicted killer Peter Madsen threatening police with detonating a bomb while attempting to break out of jail in Albertslund, Denmark on 20 October 2020 – Madsen serves a life sentence for the 2017 murder of Swedish journalist Kim Wall on board his submarine, UC3 Nautilus. (Photo by Nils Meilvang / Ritzau Scanpix / AFP) / Denmark OUT

Peter Madsen, duński konstruktor łodzi podwodnych, który został skazany na dożywocie za zamordowanie w sierpniu 2017 roku szwedzkiej dziennikarki Kim Wall, próbował uciec z więzienia. Mężczyzna został już złapany – poinformował Reuters, powołując się na duńską policję. Policja poinformowała, że aresztowała mężczyznę w pobliżu więzienia, a później potwierdziła, że to Peter Madsen – podaje BBC. Na zdjęciach z obławy widać uzbrojonych funkcjonariuszy, którzy otoczyli zbiega. Nie ma wątpliwości, że na fotografii jest brutalny morderca.

Według agencji Reuters Madsena przechwycono blisko placówki w Kopenhadze, w której odsiaduje wyrok. BBC informuje, że duński zabójca powiedział dziennikarzom, że ma przy sobie ładunek wybuchowy. Z informacji duńskiego tabloidu Ekstra Bladet wynika z kolei, że mężczyzna wziął jako zakładniczkę kobietę, psychologa, i groził jej „przedmiotem podobnym do pistoletu”.

Peter Madsen odsiaduje karę dożywocia, na którą został skazany wiosną 2018 roku. Duńczyk w sądzie nie przyznał się do zabójstwa, a jedynie do rozczłonkowania ciała dziennikarki i wyrzucenia jego części za burtę swej łodzi. Nieco więcej powiedział dziennikarzowi Kristianowi Linnemannowi, który przeprowadzał z odsiadującym dożywocie 49-latkiem rozmowy telefoniczne. W rozmowie, która jest częścią serialu „The Secret Recordings With Peter Madsen” (Sekretne rozmowy z Peterem Madsenem – red.), potwierdził, że w 2017 roku zabił Kim Wall. – Tylko jedna osoba ponosi za to winę i jestem to ja – skwitował.

Sąd uznał, że jest on winien zarówno morderstwa, zbezczeszczenia zwłok, jak i przestępstwa na tle seksualnym. W jego komputerze znaleziono materiały pornograficzne z przemocą. Madsen nie odwołał się od wyroku, a jedynie domagał się złagodzenia kary. Wniosek ten został jednak przez sąd wyższej instancji odrzucony.

Szwedzka dziennikarka, która miała doświadczenie w realizacji materiałów w Syrii, Sri Lance czy na Haiti, weszła na pokład łodzi Madsena, aby zrealizować o nim reportaż. Był on wówczas znany jako zdolny wynalazca i wizjoner, który chciał wystrzelić się w kosmos. Aby zrealizować ten cel, rywalizował z dawnymi współpracownikami, z którymi rozstał się w nieprzyjemnych okolicznościach. Dopiero po morderstwie dziennikarki wyszło na jaw, że przejawiał on cechy psychopatyczne oraz narcystyczne.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Skazany za gwałt i zabójstwo 15-letniej Małgosi opuścił areszt

Wrocławski sąd rozpatrzył zażalenia na areszt tymczasowy zastosowany wobec mężczyzn nieprawomocnie skazanych na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo i gwałt 15-letniej Małgosi. Jeden z mężczyzn wyszedł na wolność, drugi – decyzją Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu – ma w nim pozostać.

25 września Sąd Okręgowy we Wrocławiu, który zajmował się sprawą „zbrodni miłoszyckiej”, skazał Norberta Basiurę (mężczyzna zgodził się na publikację swoich danych i wizerunku) i Ireneusza M. na 25 lat pozbawienia wolności. Orzekł też, że obaj przez kolejne 10 lat pozbawieni będą praw publicznych. – Z przekonaniem wydaliśmy ten wyrok, uznając, że wina i okoliczności nie budzą wątpliwości – mówił w uzasadnieniu Marek Poteralski, sędzia Sądu Okręgowego we Wrocławiu. Wyrok nie jest prawomocny.

Po jego ogłoszeniu sąd przekazał, że wobec Basiury zostanie zastosowany środek zapobiegawczy w postaci trzymiesięcznego aresztowania. Mężczyznę, który przed sądem odpowiadał z wolnej stopy, zakuto w kajdanki na sali rozpraw. To nie spodobało się jego obrońcy. – Sam fakt aresztowania go, niestety, ale przed kamerami, jest dla mnie wysoce bulwersujący. Pamiętajmy, że to jest osoba, która ma żonę i dzieci – mówiła mecenas Renata Kopczyk, obrończyni Basiury. I zapowiedziała złożenie zażalenia na zastosowanie wobec swojego klienta tymczasowego aresztowania.

Na dalszy ciąg procesu jeden poczeka w areszcie, drugi na wolności

W poniedziałek zażalenia na decyzję o areszcie rozpatrywał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. Zdecydował, że Basiura nie będzie czekał na prawomocne rozstrzygnięcie sprawy „zbrodni miłoszyckiej” za kratami. Sąd uchylił zastosowany wobec niego, tuż po ogłoszeniu wyroku, areszt tymczasowy.

Mężczyzna opuścił areszt w poniedziałek po południu. W krótkiej rozmowie z dziennikarzami przedstawił się i powiedział, że „wierzy w sprawiedliwe sądy”. Dodał, by prośby o komentarze kierować do jego adwokat.

Tego samego dnia sąd odrzucił zażalenie na areszt dla Ireneusza M., drugiego oskarżonego w tej sprawie.

Z taką decyzją sądu nie zgadza się prokuratura. Jak mówił jej przedstawiciel, sąd pierwszej instancji wymierzył obu mężczyznom taką samą karę, są oskarżeni o to samo przestępstwo i wobec obu powinien być zastosowany ten sam środek zapobiegawczy.

Na tę decyzję wrocławskiego Sądu Apelacyjnego stronom przysługuje zażalenie.

„Według sądu nie ma obawy ani matactwa, ani ukrywania się”

Do decyzji sądu o zwolnieniu Basiury z aresztu tymczasowego odniosła się w rozmowie z TVN24 jego adwokat, mecenas Renata Kopczyk. – Sąd Apelacyjny uwzględnił zażalenie obrony w całości, czyli uznał, że nie ma ani przesłanek ogólnych, ani szczególnych w zakresie stosowania środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania względem Norberta Basiury – wskazywała.

Wyjaśniała, że „według sądu nie ma obawy ani matactwa, ani ukrywania się”. – Mój klient do tej pory odpowiadał z wolnej stopy. Nigdy w życiu nie utrudniał tego postępowania. Wręcz przeciwnie, stawiał się na każde wezwanie, był na każdej rozprawie. Zatem tutaj postanowienie sądu okręgowego w tym zakresie było niepełne i wręcz bardzo wątpliwie – oceniła Kopczyk.

Adwokat poinformowała, że dalsze kroki są „jasne”. – Mamy nieprawomocny wyrok sądu pierwszej instancji. Złożyliśmy wniosek o uzasadnienie, czekamy na to uzasadnienie pisemne. Bo uzasadnienie ustne zostało nam przedstawione zaraz po ogłoszeniu wyroku. I tak, jak deklarowaliśmy 25 września, będziemy składać apelację – oświadczyła.

Kopczyk mówiła, że nie ma „linii obrony”. – Walczymy tak naprawdę z kwestią tych wątpliwości, które od samego początku przedstawiamy – dodała. Oceniła również, że „jak jest duży medialny proces, to część społeczeństwa już skazuje, osądza, część społeczeństwa uważa, że to jest kolejny niewinny”. – Ja już staram się na to nie zwracać uwagi – powiedziała. Jej zdaniem „opinia społeczna oczywiście jest ważna, niemniej jednak nie ona decyduje”. – Decydują fakty i decydują dowody, których w tej sprawie po prostu nie ma – powiedziała.

Jeden z oskarżonych odpowiadał z wolnej stopy

Basiura po tym jak, w 2018 roku, usłyszał zarzuty w sprawie gwałtu i zabójstwa 15-letniej Małgosi został tymczasowo aresztowany. Jednak po kilku miesiącach, w styczniu 2019 roku, Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uchylił zastosowany wobec niego środek zapobiegawczy. Od tego czasu mężczyzna przebywał na wolności.

Sąd Okręgowy we Wrocławiu zdecydował też o przedłużeniu, do 29 stycznia 2021 roku, aresztu wobec Ireneusza M. Drugi z oskarżonych za kratami siedzi od kilku lat. Gdy usłyszał zarzuty w sprawie zabójstwa nastolatki, odsiadywał bowiem wyrok za gwałty i groźby karalne. Kara zakończyła się we wrześniu tego roku. I gdyby nie areszt tymczasowy w sprawie „zbrodni miłoszyckiej” M. mógłby wyjść na wolność.

Zbrodnia sprzed lat

Nagie, porzucone na jednej z posesji w Miłoszycach, ciało Małgosi znaleziono zaledwie kilkadziesiąt kroków od miejsca, w którym dziewczyna spędzała ostatni dzień 1996 roku. Sylwestra świętowała pierwszy raz poza domem. Miała tam wrócić o piątej rano pociągiem. Gdy się nie pojawiła, rodzice rozpoczęli poszukiwania. O sprawie powiadomiono policję. Kilka godzin później znaleziono ciało nastolatki. Dziewczyna zmarła wskutek wyziębienia organizmu i odniesionych ran.

Zdaniem śledczych zabójców nastolatki było trzech. Śledztwo prokuratury w tej sprawie wciąż trwa.

Niesłusznie skazany walczy o sprawiedliwość

W 2004 roku za gwałt i zabójstwo Małgosi na 25 lat prawomocnie skazano Tomasza Komendę. Po 18 latach spędzonych za kratami, gdy specjalny zespół śledczych ponownie zaczął analizować sprawę tego, co wydarzyło się w Miłoszycach, okazało się, że mężczyzna został niesłusznie skazany. W maju 2018 roku – po wznowieniu postępowania – Sąd Najwyższy uniewinnił Tomasza Komendę.

W prokuraturze w Łodzi trwa postępowanie wyjaśniające nieprawidłowości, jakich dopuszczono się w śledztwie przeciwko Tomaszowi Komendzie. On sam, przed Sądem Okręgowym w Opolu, walczy o zadośćuczynienie i odszkodowanie za lata spędzone w zakładach karnych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Były policjant skazany za gwałt na 20-latce

Były policjant został skazany za gwałt na 20-letniej kobiecie. Piotr S. dostał też 10-letni zakaz jakiegokolwiek kontaktu z pokrzywdzoną, a także zakaz zbliżania się do niej. Sprawa dotyczyła wydarzeń z października 2018 r., gdy Piotr S. był policjantem w lubelskim oddziale prewencji. To właśnie wtedy miało dojść do gwałtu na 20-latce. Funkcjonariusz miał jej m.in. wykręcić ręce i uderzyć w twarz.

Po postawieniu zarzutów Piotr S. spędził rok w areszcie. Teraz usłyszał wyrok dwóch lat bezwzględnego więzienia. Mężczyzna nie przyznał się do winy i złożył obszerne wyjaśniania, jednak prokuratura ze względu na dobro sprawy ich nie ujawnia.

Orzeczenie jest nieprawomocne.

Piotr S. był znany wymiarowi sprawiedliwości już wcześniej. W 2009 r. usłyszał zarzuty dotyczące przekroczenia uprawnień i gróźb, gdy pełnił służbę w drogówce. Jak podaje „Dziennik Wschodni”, policjant miał wydzwaniać do kobiet i przesyłać im setki wiadomości z propozycjami seksualnymi. Jedna z pokrzywdzonych zgłosiła to organom ścigania.

Ostatecznie w 2012 r. sąd uniewinnił policjanta od zarzutów nękania. Został skazany tylko za groźby karalne: Piotr S. miał pokazywać jednej z kobiet przedmiot przypominający pistolet. Zdaniem śledczych mężczyzna groził jej śmiercią. Jednak również od tego zarzutu policjant został uniewinniony. Dzięki temu Piotr S. mógł wrócić do służby w mundurze.
Źródło info i foto: wp.pl

Jest wyrok ws. zgwałcenia i zabicia 15-latki z Miłoszyc. Ireneusz M. oraz Norbert B. skazani

Sąd Okręgowy we Wrocławiu wydał wyrok w sprawie głośnej zbrodni w Miłoszycach. Oskarżeni o gwałt i zabójstwo 15-latki Ireneusz M. oraz Norbert B. zostali skazani na 25 lat więzienia i pozbawieni praw publicznych na 10 lat. Wyrok nie jest prawomocny. W sprawie wcześniej niesłusznie skazano Tomasza Komendę, który w więzieniu spędził 18 lat. Mężczyzna został uniewinniony.

Prokuratura za brutalny gwałt i zabójstwo 15-letniej dziewczyny żądała dla Ireneusza M. kary dożywocia. Drugiemu z oskarżonych mężczyzn – Norbertowi B. groził natomiast wyrok w wysokości 25 lat pozbawienia wolości.

Sąd okręgowy we Wrocławiu skazał obu mężczyzn na 25 lat więzienia, a także pozbawił ich praw publicznych na 10 lat. Wyrok nie jest prawomocny. Wrocławski sąd uznał, że obaj oskarżeni są winni gwałtu ze szczególnym okrucieństwem, w wyniku którego 15-letnia Małgosia zamarła.

„Wina i okoliczności popełnienia czynu przez oskarżonych nie budzą wątpliwości” – powiedział przewodniczący składu sędziowskiego sędzia Marek Poteralski.

Sędzia uznał ze za skazaniem, oprócz zeznań świadków, bezwzględnie przemawia materiał DNA znaleziony na ubraniu i ciele zgwałconej dziewczyny. Przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości podkreślił, że w tej sprawie udział brały także inne niezidentyfikowane do tej pory osoby.

Podczas odczytywania wyroku, rodzice Małgosi stali z wyciągniętymi rękami. Zaciśnięte pięści kierowali na skazanych. Zaraz po wyroku na sali sądowej od razu zatrzymany został Norbert B., który do tej pory odpowiadał z tzw. wolnej stopy. Mężczyzna nie stawiał oporu.

Ogłoszeniu wyroku przysłuchiwał się także brat Tomasza Komendy.

Do zbrodni doszło w 1996 roku, podczas sylwestrowej zabawy w wiejskiej świetlicy w Miłoszycach koło Wrocławia w województwie dolnośląskim. Według opinii śledczych mężczyźni mieli podać 15-latce środki odurzające, upić ją, a później zgwałcić. Po dokonanej zbrodni sprawcy zostawili dziewczynę na mrozie. Nastolatka zmarła na skutek wyziębienia organizmu i odniesionych ran.

Tomasz Komenda niewinny

W sprawie niesłusznie skazano Tomasza Komendę na 25 lat więzienia. Mężczyzna odsiadywał wyrok w Zakładzie Karnym w Strzelinie. W 2018 roku został przez sąd penitencjarny przy Sądzie Okręgowym we Wrocławiu warunkowo zwolniony z odbywania kar. Komenda wyszedł na wolność po 18 latach.

Prokuratura, na podstawie nowych materiałów dowodowych w sprawie, uznała, że mężczyzna nie popełnił zbrodni, za którą został skazany. Ostatecznie Sąd Najwyższy uniewinnił Tomasza Komendę, uchylając wcześniejszy prawomocny wyrok 25 lat więzienia za zabójstwo i zgwałcenie 15-latki.

Sędzia wskazał, że w krótkim czasie po popełnieniu zbrodni, pojawiły się wskazówki dotyczące potencjalnego sprawcy zbrodni, ale „czynności podjęte wówczas nie doprowadziły do postawienia mu zarzutów”.

Po latach okazało się, że ta wskazana już na początku stycznia 1997 r. osoba, wedle wniosku o wznowienie postępowania, jest w tej chwili osobą podejrzana w tej sprawie – zaznaczył sędzia Andrzej Tomczyk.

Już wówczas było duże prawdopodobieństwo oskarżenia o tę zbrodnię osoby, która niedawno stała się podejrzana. Tak jednak się w tej sprawie nie stało – dodał przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości. Wskazał ponadto, że ekspertyzy śladów z miejsca zbrodni, a także badania DNA włosów znalezionych w pozostawionej na miejscu przestępstwa czapce, wykluczyły Tomasza Komendę.

Decyzję Sądu Najwyższego skomentował w 2018 roku minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro.

„Choć tych utraconych lat życia panu Komendzie nikt nie zwróci, to przynajmniej to orzeczenie przywraca mu poczucie godności jako człowiekowi niewinnemu, człowiekowi niesłusznie skazanemu za okrutną zbrodnię – zabójstwo, gwałt na dziewczynce – którą popełnił inny sprawca” – przyznał Zbigniew Ziobro

Komenda walczy o odszkodowanie

Tomasz Komenda razem ze swoim pełnomocnikiem prof. Zbigniewem Ćwiąkalskim w 2019 roku złożyli do wrocławskiego sądu pozew o zadośćuczynienie i odszkodowanie w wysokości ponad 18 mln zł za niesłuszne skazanie na 25 lat więzienia.

„Nie da się porównać krzywdy Tomasza Komendy z tymi sprawami, w których do tej pory przyznawane było zadośćuczynienie. Ktoś, kto jest skazany za zabójstwo dziecka, w więzieniach jest traktowany drastycznie” – przyznał mecenas Ćwiąkalski. Sprawa nadal jest w toku.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ksiądz podejrzewany o pedofilię pracuje z dziećmi

Ksiądz Jarosław W. od lat podejrzewany o pedofilię jest katechetą w szkole. Co więcej, został awansowany na proboszcza. Do łowickiej parafii, w której pracuje duchowny, dotarli dziennikarze OKO.press. „To jakaś nagonka” – opowiedział zapytany, czy przyznaje się do zarzutów.

Sprawa dotycząca przestępstw seksualnych ciągnie się od kilku lat. Śledztwo prowadzi od ponad roku Prokuratura Rejonowa Łódź-Górna, a 8 lat trwa postępowanie kanoniczne, które jest na ostatnim etapie: oczekiwania na werdykt Kongregacji Nauki Wiary. Jarosław W. do dziś nie usłyszał zarzutów.

Księdza odwiedzili w wiejskiej parafii dziennikarze portalu OKO.press. Nagrywali mszę, a po niej weszli do zakrystii. W. nie przyznaje się do molestowania ministrantów. „Ja wiem, że to jest jakaś nagonka, prawda?” – mówił. „Idźcie do kurii, pytajcie” – polecił swoim rozmówcom.

Jarosław W. pracuje dzisiaj w wiejskiej parafii. Od lat oskarżany jest o molestowanie nieletnich. Jak podaje OKO.press, zeznania złożyło już 37 świadków. Diecezja łowicka wszczęła śledztwo po zawiadomieniu, jakie złożył były podopieczny księdza – Janusz. Jarosława W. wspominał jako człowieka towarzyskiego, chodzącego na siłownię i solarium.

Często odpoczywał nad zalewem. „Chodził tam, żeby podrywać chłopaków” – wspominał. Kiedy pomagał duchownemu zakładać albę, ten miał zacząć go obmacywać. „Robił to bez skrępowania, chociaż dookoła było z dziesięciu chłopaków” – mówił. Molestowany przez księdza miał też być Kamil.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

35-latka skazana na 25 lat więzienia za usiłowanie zabójstwa miesięcznego dziecka

Na 25 lat więzienia skazał wrocławski sąd 35-letnią matkę oskarżoną o usiłowanie zabójstwa miesięcznego dziecka. Kobieta będąc pod wpływem alkoholu rzuciła dziecko na ulicę i kilka razy je kopnęła. Niemowlaka odebrali jej przechodnie.

Do zdarzeń opisanych w akcie oskarżenia doszło w lutym 2019 roku na ul. Gagarina we Wrocławiu. Jak ustaliła prokuratura, Barbara J., 35-letnia matka, wyciągnęła z wózka swoje miesięczne dziecko i rzuciła je na asfalt. Następnie co najmniej sześć razy je kopnęła. Dziecko odebrali jej przechodnie, którzy wezwali też policję. Niemowlę z poważnymi obrażeniami trafiło do szpitala. Kobieta miała ponad promil alkoholu w organizmie.

We wtorek przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu zapadł wyrok skazujący kobietę na karę 25 lat więzienia. Wyrok nie jest prawomocny.

Nie pamięta tego zdarzenia

Proces rozpoczął się w grudniu 2019 roku. Przed sądem Barbara J. nie przyznała się do zarzutu usiłowania zabójstwa. Nie chciała też składać wyjaśnień i odpowiadać na pytania. Kobieta powiedziała, że nie pamięta samego zdarzenia, bo – jak mówiła – „była pod wpływem alkoholu i narkotyków”.

Sąd odczytał wyjaśnienia składne przez J. w prokuraturze. Kobieta mówiła w nich, że bardzo żałuje tego, co się stało i że nie chciała zrobić dziecku krzywdy. Swoje zachowanie tłumaczyła kłótnią z konkubentem. Mówiła też, że powinna odreagować agresję na partnerze, a nie „wyżywać się na dziecku”.

Przed sądem kobieta powiedziała, że oprócz synka ma jeszcze troje innych dzieci. Jedno jest w rodzinie zastępczej, a dwoje oddała do „okna życia”.

Biegli wykluczyli chorobę psychiczną

Przed sądem zeznawali m.in. biegli z dziedziny psychiatrii i psychologii. Według wydanej przez nich opinii, „nie ma podstaw do kwestionowania poczytalności oskarżonej”; biegli wykluczyli też chorobę psychiczną czy upośledzenie umysłowe.

„Wyrokiem z dnia 8 września 2020 r. Sąd Okręgowy III Wydział Karny uznał oskarżoną Barbarę J. za winną tego, że w dniu 9 lutego we 2019 r. we Wrocławiu przy ul. Gagarina, działając z zamiarem bezpośrednim, w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie, usiłowała pozbawić życia swojego miesięcznego syna, w ten sposób, że wyciągnęła go z prowadzonego przez siebie wózka, uniosła na wysokość ramion i cisnęła nim o asfalt, a następnie, sześciokrotnie kopnęła go w głowę, unosząc prawą nogę z impetem i przydeptując głowę pokrzywdzonego, lecz zamierzonego celu nie osiągnęła z uwagi na postawę przechodniów” – napisano w komunikacie przesłanym przez służby prasowe sądu.

Chłopiec doszedł do zdrowia i przebywa w rodzinie zastępczej. Jego opiekunka, zeznając w trakcie procesu, powiedziała, że trudno jej ocenić, jaki wpływ na rozwój dziecka będzie miało to zdarzenie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zabójstwo Dżamala Chaszodżdżiego w saudyjskim konsulacie w Stambule. Turcja niezadowolona z wyroku

„Ostateczny werdykt sądu w Rijadzie w sprawie zabójstwa Dżamala Chaszodżdżiego w saudyjskim konsulacie w Stambule nie spełnił oczekiwań Turcji i społeczności międzynarodowej” – napisał na Twitterze rzecznik prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana.

„Nadal nie wiemy, gdzie jest ciało Chaszodżdżiego, kto chciał go zabić lub kim byli ludzie, którzy na miejscu pomagali zabójcom – to podważa wiarygodność postępowania sądowego w Arabii Saudyjskiej” – podkreślił Fahrettin Altun. Wezwał też saudyjskie władze do współpracy w śledztwie prowadzonym w Turcji.

W poniedziałek sąd II instancji w Rijadzie, stolicy Arabii Saudyjskiej, skazał na kary po 20 lat więzienia pięciu oskarżonych o zabicie saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego. Oznacza to zmianę wyroku sądu I instancji, który w grudniu ubiegłego roku orzekł wobec całej piątki kary śmierci.

Proces był szeroko krytykowany przez organizacje praw człowieka, według których żaden wyższy rangą saudyjski urzędnik ani nikt podejrzany o zlecenie zabójstwa nie został uznany za winnego. Podważono także niezależność saudyjskiego sądu, natomiast sprawozdawczyni ONZ Agnes Callamard nazwała wyrok „farsą”.

Na początku lipca w Stambule rozpoczął się zaoczny proces dwóch byłych doradców saudyjskiego następcy tronu oraz 18 innych Saudyjczyków w związku z zabójstwem Chaszodżdżiego. Sauda al-Kataniego i Ahmeda al-Asiriego, oskarżono o „podżeganie do morderstwa z premedytacją z zamiarem dręczenia (…)”. 18 pozostałym podsądnym postawiono zarzut „dokonania morderstwa z premedytacją z zamiarem dręczenia”.

Rijad odmawia Turcji wydania podejrzanych, uważając, że to saudyjskie sądy są właściwe do sądzenia obywateli tego kraju.

Współpracujący jako komentator z amerykańskim dziennikiem „Washington Post” Chaszodżdżi był krytykiem panujących w Arabii Saudyjskiej stosunków politycznych. W październiku 2018 roku wszedł do saudyjskiego konsulatu w Stambule w celu odebrania dokumentów potrzebnych mu do zawarcia małżeństwa i od tej pory nikt go więcej nie widział.

Zebrany w ramach międzynarodowego niezależnego dochodzenia materiał dowodowy wskazuje, iż Chaszodżdżiego zamordowali obecni w konsulacie agenci saudyjskich służb specjalnych, którzy następnie wywieźli z Turcji jego pokawałkowane zwłoki. Władze Arabii Saudyjskiej konsekwentnie twierdzą, że nie miały nic wspólnego z tą zbrodnią.
Źródło info i foto: TVP.info