Porzuciła ciało pracownika w lesie. Grażyna F. skazana

Sąd Rejonowy w Nowym Tomyślu wydał wyrok ws. śmierci ukraińskiego pracownika porzuconego w lesie. Grażyna F. oskarżona o nieudzielenie pomocy i nieumyślne spowodowanie śmierci Vasyla C. została skazana na karę roku i 10 mies. pozbawienia wolności – podała Katarzyna Błaszczak z biura prasowego Sądu Okręgowego w Poznaniu. Orzeczenie nie jest prawomocne.

Prokuratura oskarżyła Grażynę F. o nieudzielenie pomocy i nieumyślne spowodowanie śmierci Vasyla C. W piątek sąd uznał kobietę winną nieudzielenia pomocy i wymierzył jej karę roku i 10 miesięcy pozbawienia wolności. Sąd nałożył na nią także 8-letni zakaz zajmowania stanowisk związanych z zatrudnieniem pracowników, oraz 8-letni zakaz prowadzenia działalności gospodarczej związanej z zatrudnieniem pracowników.

W tej sprawie oskarżony został także Serhii H., któremu prokuratura zarzuciła utrudnianie postępowania karnego „poprzez pomoc Grażynie F. w zatarciu śladów przestępstwa, przy czym czynu tego dopuścił się z obawy przed grożącą mu odpowiedzialnością karną”. Sąd uznał w piątek winę oskarżonego i wymierzył mu karę grzywny w wymiarze 400 stawek dziennych po 20 zł.

Według ustaleń prokuratury, Vasyl C. zasłabł w połowie czerwca ub. roku podczas pracy w zakładzie stolarskim w okolicach Nowego Tomyśla. Pracujący tam inni obywatele Ukrainy poprosili kierowniczkę zakładu Grażynę F. o wezwanie pogotowia. Kobieta miała jednak oświadczyć, że „nigdzie nie zadzwoni, jak również zakazała im wzywania pomocy”.

W pewnym momencie jeden z pracowników – Serhii H. rozpoczął akcję reanimacyjną – lecz nie przyniosła ona rezultatu; Vasyl C. nie dawał już żadnych oznak życia. Wówczas – jak wskazała prokuratura – Grażyna F. nakazała zakończenie pracy i wydała wszystkim pracownikom polecenie opuszczenia hali produkcyjnej. Następnie kobieta miała zamknąć zakład pozostawiając w nim ciało zmarłego.

Prokuratura ustaliła, że Grażyna F. udała się do Poznania, gdzie wynajęła samochód. Po powrocie oświadczyła, iż Serhii H. ma jej pomóc w załadowaniu zwłok do pojazdu, którym przyjechała. Ten odmówił, lecz Grażyna F. zagroziła, że nie wypłaci mu pensji. Serhii H. bał się zgłosić zdarzenie na policję, gdyż znajdował się w obcym kraju, nie znał języka, jak również nie miał umowy o pracę. Ostatecznie przeniósł zwłoki do samochodu, którym Grażyna F. pojechała na teren powiatu wągrowieckiego, gdzie porzuciła ciało w lesie.

Zwłoki Vasyla C. odnalazł leśniczy niedaleko Skoków – ok. 120 kilometrów od Nowego Tomyśla. Sekcja zwłok wykazała, że mężczyzna zmarł poprzedniego dnia na skutek niewydolności oddechowo-krążeniowej.
Źródło info i foto: onet.pl

Pakistan: Złagodzono wyrok ws. morderstwa dziennikarza

Pakistański sąd zdecydował o złagodzeniu wyroku śmierci, jaki ciążył na głównym oskarżonym w sprawie porwania i morderstwa dziennikarza Wall Street Journal Daniela Pearla, do którego doszło w 2002 roku – informuje Reuters. Sąd zadecydował także o uwolnieniu trzech innych współoskarżonych. O tych zmianach poinformował Reutersa Khawaja Naveeda, adwokat obrony zaangażowany w sprawę.

W sprawie Pearla w 2002 roku skazane zostały cztery osoby, w tym urodzony w Wielkiej Brytanii Ahmed Omar Said Szejk, który za kierowanie morderstwem dostał wyrok śmierci. Jak informuje Reuters, 18 lat czekał on na wynik apelacji. Sąd Apelacyjny uznał, że zarzut morderstwa nie został udowodniony i skazał go tylko za porwanie, zasądzając karę siedmiu lat więzienia. Mężczyzna, który spędził w celi blisko 20 lat wyjdzie na wolność w najbliższych dniach – poinformował Naveed w czwartek.

Daniel Pearl został uprowadzony 23 stycznia 2002 roku w Pakistanie. Dziennikarz prowadził w Karaczi śledztwo związane z islamskimi bojownikami, po atakach z 11 września 2001 roku. Terroryści z Al-Kaidy wyciągnęli go z jego samochodu. 1 lutego pomysłodawca ataków na World Trade Center Chalid Szejk Muhammad ogłuszył dziennikarza, a następnie ściął mu głowę. Brutalne morderstwo zostało nagrane przez kamerę. Następnego dnia morderca pokazał głowę Pearla w programie telewizyjnym.

3 lutego pakistańska policja znalazła bezgłowe ciało, porzucone w pobliżu autostrady Karaczi. Zostało ono zidentyfikowane jako zwłoki Daniela Pearla. Kilka tygodni później pojawiło się nagranie przedstawiające moment jego morderstwa.
Źródło info i foto: interia.pl

48-latka trafi do więzienia za atak z nożem na córkę

Na sześć lat więzienia skazał łódzki sąd okręgowy 48-letnią kobietę, która podczas rodzinnej awantury wbiła nóż w plecy swojej 19-letniej córce. Wyrok jest nieprawomocny – poinformował we wtorek rzecznik SO ds. karnych sędzia Damian Krakowiak.

Do zdarzenia doszło w lutym ub. roku w jednym z mieszkań przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi. Kobieta wraz ze swoim znajomym piła alkohol w mieszkaniu, gdzie także byli jej 13-letni syn i 19-letnia córka. Po wyjściu mężczyzny pomiędzy kobietami doszło do awantury, w trakcie której matka kazała nastolatce wyjść z mieszkania. Gdy ta odmówiła, matka złapała ją za włosy i uderzała pięściami po głowie i po plecach. Następnie chwyciła nóż myśliwski i wbiła go dziewczynie w plecy.

Nastolatka uciekła przez okno na ulicę, gdzie poprosiła przechodnia o wezwanie karetki. Po przewiezieniu 19-latki do szpitala okazało się, że doznała ona poważnych urazów. Matka dziewczyny została zatrzymana przez policję. Miała 1,5 promila alkoholu we krwi. Po wytrzeźwieniu usłyszała zarzut usiłowania zabójstwa córki.

6 lat więzienia

Jak poinformował Krakowiak sąd uznał, że oskarżona działała z zamiarem ewentualnym pozbawienia życia swojej córki. Zadała jej „cios nożem typu myśliwskiego w plecy, (…) powodując odmę opłucnową i krwiak, które to obrażenia ciała spowodowały u pokrzywdzonej chorobę realnie zagrażającą życiu”. Zamierzonego celu nie osiągnęła z uwagi na ucieczkę pokrzywdzonej i interwencję lekarską.

Sąd wymierzył oskarżonej karę sześciu lat pozbawienia wolności. Wyrok nie jest prawomocny.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zabójstwo czterech noworodków. Dożywocie dla Aleksandry J. i jej partnera Dawida W.

Za zabójstwo i współudział w zabójstwie czterech noworodków Sąd Okręgowy w Opolu skazał Aleksandrę J. i jej partnera Dawida W. na dożywotnie kary więzienia. Makabryczna zbrodnia wstrząsnęła lokalną społecznością. Sędziemu odczytującemu uzasadnienie wyroku łamał się głos.

Makabryczna zbrodnia w Ciecierzynie wyszła na jaw pod koniec 2018 roku, kiedy to pracownicy pomocy społecznej zorientowali się, że jedna z mieszkanek wsi nie ma dziecka, mimo że wcześniej widziano ją w ciąży. Powiadomiona została policja, która na posesji zamieszkałej przez 29-letnią dzisiaj Aleksandrę J. i jej 38-letniego partnera Dawida W., znalazła szczątki czworga niemowląt.

W trakcie śledztwa ustalono, że w latach 2013, 2015, 2016 i 2018 kobieta czterokrotnie zachodziła w ciążę i za każdym razem, bezpośrednio po porodzie, dusiła swoje dzieci. J. przyznała się do winy. Jak tłumaczyła, nie chciała sprzeciwiać się swojemu partnerowi, zależało jej na utrzymaniu związku z 37-letnim Dawidem W., od którego była uzależniona ekonomicznie i emocjonalnie.

Badanie wykrywaczem kłamstw

We wrześniu 2019 roku ruszył proces obojga rodziców. Matka została oskarżona o zabójstwo, zaś ojciec – o współudział w zabójstwie.

Mężczyzna konsekwentnie nie przyznawał się do winy. W śledztwie zapewniał, że nic nie wiedział o ciążach swojej partnerki i losie ich czworga dzieci. Prokuratura ustaliła jednak, że W. wywierał presję psychiczną na kobiecie. Formułował wobec niej oczekiwania, aby w ich związku nie było więcej potomstwa.

Dawida W. przebadano wariografem. Przed sądem przedstawiono wyniki tego badania. Zdaniem biegłych mężczyzna celowo próbował okłamać śledczych, wiedział o ciążach Aleksandry J., a w jednym przypadku namawiał ją do zabójstwa noworodka.

„Byłam przerażona”

W piątek strony wygłosiły mowy końcowe. Oskarżyciel wspomniał małoletniego syna oskarżonych, na którym zbrodnia odcisnęła duże piętno.

– Badanie wykazało, że jest dzieckiem doskonale rozwijającym się. Chłopiec wie, że jego mama przebywa w więzieniu, nie chciał rozmawiać z biegłymi o mamie. Chłopiec doświadcza koszmarów sennych, które świadczą o olbrzymiej traumie małoletniego. Chłopiec tęskni za mamą. Pozostaje pod stałą opieką psychologów – słyszymy.

Ojciec – jak wynika z ustaleń biegłych – nigdy nie był synem specjalnie zainteresowany. Zawsze miał dbać głównie o swój interes. Przed sądem nie był zbyt rozmowny. Stwierdził, że nie wie jak wytłumaczyć to, co się stało.

Więcej do powiedzenia miała Aleksandra J., która pokajała się przed sądem i podkreślała rolę swojego partnera. Kobieta twierdzi, że gdyby nie on, to nadal miałaby dzieci przy sobie.

– Byłam przerażona, bo wiedziałam jaka będzie reakcja Dawida na to, że jestem w ciąży. On wiedział o każdym moim kroku, cieszyłam się każdą ciążą tak długo, jak tylko mogłam. Wpajał mi do głowy, że jeśli nie stanie się to, co się wydarzyło, stracę mojego syna. Nie chciałam nigdy skrzywdzić żadnego z nich, nie planowałam żadnego z tych czynów. To była dla mnie ulga, że mogłam wskazać te miejsca pani prokurator. Z chwilą pierwszego dziecka wiedziałam, że jestem zniszczona. Gdybym mogła cofnąć czas i odejść od Dawida, to zrobiłabym to – mówiła 29-latka.

„Odczłowieczone. Odmówiono im nawet pochówku”

Sąd przyznał, że dał wiarę wyjaśnieniom kobiety praktycznie w całej rozciągłości, natomiast w całości odrzucił wyjaśnienia Dawida W. Oboje zostali uznani winnymi zarzucanych im czynów. Obojgu sąd wymierzył karę łączną dożywotniego więzienia, a także po 200 tysięcy złotych od każdego na rzecz ich syna Daniela.

W uzasadnieniu sędzia podkreślił, jak ważne w ocenie czynu były opinie biegłych psychiatrów i psychologów, którzy stwierdzili pełną poczytalność Aleksandry J. i Dawida W. – Nie ma żadnych wątpliwości, że oskarżeni dopuścili się wszystkich czynów z pełną świadomością tego, co robią. Z pełną swobodą, którą dysponowali, gdy chodzi o możliwość pokierowania swoim postępowaniem. Nie występują u oskarżonych żadne zaburzenia, które uniemożliwiałyby rozpoznanie zła, które jest czynione i pokierowania swoim postępowaniem – tłumaczył sędzia Dariusz Kita.

W dalszej części podawania ustnych motywów wyroku wdarły się emocje. Sędziemu łamał się głos, robił długie pauzy między zdaniami.

– Najbardziej bulwersujące, iż przestępstwa zostały popełnione na szkodę osób absolutnie niewinnych, czystych, bezbronnych, którym należy się szczególny obowiązek spoczywający na rodzicach. Obowiązek opieki, miłości i troski. Żadnego z tych obowiązków dzieci ze strony rodziców nie uzyskały. Wprost przeciwnie. Zostały w sposób brutalny pozbawione życia, a w trzech przypadkach zostały odczłowieczone. Odmówiono im nawet właściwego pochówku. Trudno jest zrozumieć taki sposób postępowania rodziców – podkreślał sędzia.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Harvey Weinstein po ogłoszeniu wyroku trafił do szpitala

Skazany na 23 lata więzienia za gwałt i napaść seksualną amerykański producent filmowy Harvey Weinstein w środę, kilkanaście godzin po ogłoszeniu wyroku, trafił do szpitala Bellevue na Manhattanie.

„Powodem hospitalizacji były ciągłe problemy z sercem i bóle w klatce piersiowej” – poinformowała jego rzeczniczka Juda Engelmaye. Przypomniała jednocześnie, że Weinstein w ubiegłym tygodniu w tym samym szpitalu przeszedł operację serca. „Mamy nadzieję, że zostanie zatrzymany na noc w celu obserwacji” – powiedziała.

24 lutego, po pięciu dniach obrad, ława przysięgłych uznała Weinsteina za winnego wymuszenia aktu seksualnego na asystentce Mimi Haleyi w 2006 r. i gwałtu na początkującej wówczas aktorce Jessice Mann w 2013 r. W środę sędzia skazał go za pierwsze przestępstwo na trzy lata, a za drugie na 20. Ponieważ będzie kary odbywał jednocześnie, w więzieniu spędzi łącznie 20 lat.

Po zwolnieniu przez pięć lat musi przebywać pod nadzorem i zarejestrować się jako przestępca seksualny. Obrońcy 67-letniego Weinsteina, który w środę przybył do sądu na wózku inwalidzkim, zapowiedzieli, że ich klient odwoła się od wyroku.
Źródło info i foto: interia.pl

Harvey Weinstein skazany na 23 lata więzienia

Harvey Weinstein, były amerykański producent filmowy i potentat branży, został pod koniec lutego uznany winnym gwałtu trzeciego stopnia i napaści seksualnej pierwszego stopnia. Nowojorski sąd skazał go w środę, 11 marca na 23 lata więzienia. Zostanie też wpisany do rejestru przestępców seksualnych

W środę po południu polskiego czasu, Harvey Weinstein dotarł do nowojorskiego sądu na wózku inwalidzkim, na którym porusza się od czasu zabiegu wszczepienia stentów. Po raz pierwszy od rozpoczęcia procesu zabrał też głos na sali sądowej „wyrażając głęboką skruchę”. Przyznał jednak, że jest „całkowicie zdezorientowany” tym, co się stało. – Wydaje mi się, że mężczyźni są w ogóle tym wszystkim zdezorientowani (…) martwię się o ten kraj. W Stanach Zjednoczonych Ameryki nie panuje teraz dobra atmosfera – przekonywał Weinstein cytowany przez amerykańskie media. Były producent twierdził też, że przyjaźnił się z Miriam Haley i Jessicą Mann, dwiema kobietami, które składały obciążające go zeznania.

Sędzia James A. Burke, który przewodniczył procesowi zasądził 20 lat pozbawienia wolności za napaść seksualną pierwszego stopnia na Miriam (Mimi) Haley, byłą asystentkę produkcji w The Weinstein Company, na której Weinstein miał wymusić seks oralny w 2006 r. i dodatkowe trzy lata więzienia za gwałt na Jessice Mann, aspirującej aktorce, do którego doszło w hotelu na Manhattanie w 2013 r.

Jeśli wyrok zostanie wykonany w całości, Harvey Weinstein, o ile dożyje, wyjdzie z więzienia w wieku 90 lat.

Obrona Harvey’a Weinsteina: pięć lat więzienia wystarczy

Jak informuje portal Variety, prawnicy broniący Harvey’a Weinsteina zwrócili się w poniedziałek 9 marca do sądu z prośbą o zasądzenie najniższego możliwego wymiaru kary przewidzianego dla winnego gwałtu i napaści seksualnej, czyli pięciu lat pozbawienia wolności. W siedmiostronnicowym dokumencie swoją prośbę motywowali działalnością charytatywną ich klienta, wsparciem dla społecznych inicjatyw i przekonywali, że Weinsteina dotknęły już bolesne sankcje społeczne. „Pan Weinstein nie może wyjść na zewnątrz, żeby nie być nękanym, stracił możliwość zarabiania na życie i mówiąc wprost, jego wypadnięcie z łask było historyczne, być może bezprecedensowe w dobie mediów społecznościowych” – napisano w oświadczeniu. Obrona dowodziła także, że nawet pięcioletni wyrok może być dla 67-letniego Weinsteina równoznaczny z dożywociem.

Prokuratorzy kontrargumentowali jednak, że Weinsteinowi należy zasądzić najwyższy przewidziany prawnie wyrok, biorąc pod uwagę, że prawie przez całe życie nadużywał swojej władzy w stosunku do kobiet i nie wykazał żadnej skruchy za swoje obrzydliwe postępowanie.

Harvey Weinstein winny gwałtu i napaści

Wyrok sądu kończy proces, który rozpoczął się na początku stycznia przed Sądem Najwyższym na nowojorskim Manhattanie. Harvey Weinstein, magnat branży filmowej i współwłaściciel jednej z najpotężniejszych w Hollywood firm produkujących filmy, został oskarżony przez ponad 80 kobiet o molestowanie, nieobyczajne zachowanie aż po gwałt. W sumie postawiono mu pięć zarzutów: gwałtów pierwszego i trzeciego stopnia, dwóch przypadków agresywnej napaści seksualnej (predatory sexual assault) i napaści seksualnej pierwszego stopnia.

24 lutego, ława przysięgłych złożona z siedmiu mężczyzn i pięciu kobiet, uznała Weinsteina za winnego gwałtu trzeciego stopnia i napaści seksualnej pierwszego stopnia. W przypadku pozostałych zarzutów zapadła decyzja o uniewinnieniu. Tym samym były producent uniknął uznania za winnego najcięższych według amerykańskiego prawa zarzutów, czyli agresywnej napaści seksualnej, za którą grozi dożywocie.

Za napaść seksualną pierwszego stopnia groziło mu od pięciu do maksymalnie 25 lat więzienia, natomiast za gwałt trzeciego stopnia – maksymalnie cztery lata pozbawienia wolności i wpis do rejestru przestępców seksualnych.

uż po ogłoszeniu werdyktu ławy przysięgłych, Harvey Weinstein, zamiast do osławionego więzienia na nowojorskiej wyspie Rikers, trafił do szpitala z bólem w klatce piersiowej. Dopiero po wszczepieniu stentów, 6 marca Weinstein został przewieziony do więzienia, gdzie oczekiwał wyroku.

Harvey Weinstein: Jennifer Aniston powinno się zabić

Dzień przed ogłoszeniem wyroku nowojorski sąd udostępnił do wglądu ponad tysiąc stron dokumentów dotyczących sprawy Harvey’a Weinsteina. Wynika z nich m.in., że tuż po wybuchu tzw. afery Weinsteina, zdyskredytowany producent szukał pomocy u swoich wpływowych przyjaciół, w tym miliarderów Michaela Bloomberga i Jeffa Bezosa.

Variety informuje też, że wśród udostępnionych dokumentów jest też email, napisany przez Weinsteina 31 października 2017 r., czyli już po wybuchu skandalu, w którym były producent przekonuje, że „Jen Aniston powinno się zabić”. To odpowiedź na pytanie dziennikarki, czy producent potwierdza informacje, że molestował aktorkę znaną m.in. z roli Rachel Green w serialu „Przyjaciele”.

Na jaw wyszedł także szkic oświadczenia, które miał przygotować zespół PR Weinsteina, ale które finalnie nie zostało nigdzie rozesłane. Weinstein przyznaje się w nim, że jest uzależniony od seksu, a nawet twierdzi, że być może cierpi na syndrom stresu pourazowego. „Lekarze mówią mi, że mam szczęście, że żyję… ale szczęście to nie jest to, co odczuwam. Mam tylko rozpacz. Straciłem rodzinę, córki nie chcą ze mną rozmawiać. Straciłem żonę. Straciłem szacunek mojej byłej żony i właściwie wszystkich przyjaciół. Nie mam żadnego towarzystwa. Jestem sam. Będę z wami szczery: mam myśli samobójcze” – cytuje dokument, należący do „The New York Timesa” portal Vulture.

Zawieszony proces w Los Angeles

Na Harvey’u Weinsteinie ciążą jeszcze oskarżenia o gwałt i napaść seksualną na dwóch kobietach w Los Angeles. Proces na zachodnim wybrzeżu został jednak wstrzymany do ogłoszenia werdyktu w Nowym Jorku.

Harvey Weinstein, upadły mogul

W październiku 2017 r. dziennikarki „The New York Times” i magazynu „The New Yorker” dotarły do kobiet, które oskarżyły hollywoodzkiego producenta i magnata filmowego Harveya Weinsteina o molestowanie seksualne i gwałt. Po artykule kolejne kobiety – aktorki, modelki, celebrytki i współpracownice Weinsteina zaczęły opowiadać swoje historie o molestowaniu przez producenta. Odpowiedzią na skandal było powstanie inicjatyw #MeToo i Time’s Up, firma Weinsteina zbankrutowała, a producent został wykluczony z grona członków Amerykańskiej Akademii Filmowej, instytucji, która odpowiada m.in. za przyznawanie Oscarów.
Źródło info i foto: wysokieobcasy.pl

Jan Śpiewak drugi raz skazany prawomocnie. Chodzi o „dziką reprywatyzację”

Jan Śpiewak ponownie skazany prawomocnym wyrokiem. Warszawski sąd okręgowy uznał go winnym zniesławienia jednego z kandydatów do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, w sierpniu 2018 roku. Śpiewak stwierdził, że jest beneficjentem „dzikiej reprywatyzacji”.

Jan Śpiewak został skazany za zniesławienie. Społecznik i aktywista miejski użył wobec ówczesnego kandydata do Sądu Najwyższego terminu „dzika reprywatyzacja”.

„Właśnie sąd uczynił mnie prawomocnym wyrokiem z 212 kk (kodeksu Karnego, przyp.) przestępcą za zwrot „dzika reprywatyzacja” o kandydacie do Sądu Najwyższego, który kupił roszczenia od swoich klientów i przejął kamienice na Mokotowie. Sądy dzisiaj są największym zagrożeniem dla wolności słowa” – komentował Jan Śpiewak w mediach społecznościowych.

Sąd podtrzymał wyrok z pierwszej instancji, zasądzający przeprosiny i karę pieniężną rzędu 250 tysięcy złotych.

Śpiewak nie przyznaje się do winy. 

„Jestem jedyną osobą dwukrotnie skazaną prawomocnie wyrokiem karny w aferze reprywatyzacyjnej” – podsumował we wpisie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Zapadł pierwszy wyrok w związku z aferą GetBack

Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał pierwszy wyrok w sprawie afery GetBack. Dotychczas zarzuty w śledztwie prowadzonym przez warszawską prokuraturę usłyszało 60 osób. Pierwotnie poznański sąd miał ogłosić wyrok w poniedziałek, ale ze względu na „skomplikowany charakter sprawy” przełożył to na 6 marca 2020 r.

Sąd uznał, że zawarta przez jedną z poszkodowanych osób umowa jest nieważna. Orzekł też, że za straty klientki odpowiada zarówno biuro maklerskie sprzedające obligacje GetBacku, jak i bank, którego pracownik je zaoferował.

– Jestem bardzo zadowolona z takiego rozstrzygnięcia. Moja klientka odzyskała wszystkie wpłacone pieniądze (red. około 100 tys. złotych) – mówi radca prawny Beata Strzyżowska, pełnomocniczka klientki GetBacku, cytowana przez „Głos Wielkopolski” po rozprawie.

Po wybuchu afery GetBack do sądów w całej Polsce trafiły pozwy cywilne poszkodowanych przeciw pośrednikom sprzedającym obligacje. Poszkodowanych w całym kraju jest kilkanaście tysięcy osób. Już na początku 2018 r. zaapelowali oni o utworzenie specjalnego funduszu, który miałby zabezpieczyć pieniądze na wypłaty przyszłych rekompensat.

Były już prezes spółki GetBack Konrad K. przebywa w areszcie.

O co chodzi w aferze GetBack?

GetBack to jedna z największych afer finansowych ostatnich lat. W połowie kwietnia 2018 roku spółka windykacyjna GetBack, kierowana wówczas przez Konrada K., poinformowała w komunikacie giełdowym o rzekomych rozmowach z Polskim Funduszem Rozwoju oraz PKO BP. Negocjacje miały dotyczyć wsparcia finansowego dla GetBacku o wartości do 250 mln zł. Obie instytucje natychmiast zdementowały te informacje, a Giełda Papierów Wartościowych zawiesiła obrót akcjami GetBacku. Do gry wkroczyła też Komisja Nadzoru Finansowego.

Niedługo potem aresztowano Konrada K., zarzucając mu popełnienie ośmiu przestępstw, m.in. usiłowanie oszustwa na kwotę 250 mln zł, wyrządzenie spółce szkody majątkowej w wielkich rozmiarach – co najmniej ponad 185 mln zł i podejmowanie działań zmierzających do utrudnienia postępowania karnego i uniknięcia odpowiedzialności karnej.

W kolejnych miesiącach na jaw wychodziły oszustwa, do jakich dochodziło w spółce windykacyjnej oraz firmach z nią współpracujących: fałszowanie sprawozdań finansowych, wyprowadzanie pieniędzy ze spółki, nieprawidłowości przy serwisowaniu funduszy wierzytelności, rolowanie portfeli długów, czy wreszcie misselling, który jest głównym argumentem poszkodowanych inwestorów w walce o odszkodowanie.

GetBack finansował bowiem swoją działalność poprzez emisję obligacji w ofertach prywatnych. Po wybuchu afery okazało się, że spółka ma ogromne problemy z płynnością i nie jest w stanie spłacić inwestorów.

Pokrzywdzonych obligatariuszy jest prawie 10 tys. w tym większość to osoby prywatne (instytucji jest 178). Stowarzyszenie Poszkodowanych Obligatariuszy GetBack szacuje, że w skali kraju straty poniesione w aferze GetBack przez osoby fizyczne sięgają nawet 2,5 mld zł.

Obligatariusze GetBack starają się odzyskać całość środków zainwestowanych w obligacje, ale nie od GetBack, tylko od banków, które te instrumenty w nierzadko nieuczciwy sposób oferowały (m.in. od Idea Banku). Tym bardziej, że 25 stycznia 2019 roku Zgromadzenie wierzycieli GetBacku przyjęło układ dla spółki. W myśl układu, Obligatariusze, którzy stracili na obligacjach upadającej firmy, mają szanse odzyskać zaledwie jedną czwartą zainwestowanych pieniędzy.

Tymczasem w Prokuraturze Regionalnej w Warszawie powstał specjalny zespół cywilny ds. GetBack, który ma walczyć o odszkodowania dla pokrzywdzonych. Śledczy przeanalizują kilkaset przypadków pod kątem m.in. możliwości unieważnienia umów lub wytoczenia pozwów o odszkodowanie od instytucji finansowych, które oferowały obligacje, zapewniając, że są pozbawione ryzyka.

W listopadzie 2018 roku Idea Bank został wpisany na listę ostrzeżeń publicznych KNF w związku z prowadzeniem działalności maklerskiej bez zezwolenia w zakresie oferowania instrumentów finansowych.

Z kolei Domowi Maklerskiemu Mercurius KNF cofnęła zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej w zakresie oferowania instrumentów finansowych i nałożyła na niego karę pieniężną w wysokości 430 tys. zł. To pokłosie współpracy z GetBackiem. Wcześniej podobną karę dostał Polski Dom Maklerski.

Dotychczas w aferze GetBack zarzuty usłyszało już kilkanaście osób, m.in. prezes Polskiego Domu Maklerskiego, któremu zarzuca się, że wspólnie z Konradem K. wyprowadzał pieniądze z GetBacku (poprzez łańuszek spółek).

Piotr B., wiceprezes Anna P., Marek P., Bożena S., jej brat Dariusz S. oraz Kinga M.-J. oskarżeni są z kolei m.in. o wyrządzenie GetBackowi szkody majątkowej wielkich rozmiarów, przywłaszczenia ponad 2 mln zł, próbę realizacji pozornej umowy na ponad 4 mln zł oraz posługiwanie się sfałszowanymi dokumentami.

W związku z aferą GetBacku sąd aresztował także dwóch byłych członków zarządu Altus TFI: Piotra Osieckiego i Jakuba Rybę. Chodzi o EGB Investments, które GetBack kupił od Altusa za 207,6 mln zł w maju 2017 r. (oficjalne zamknięcie transakcji nastąpiło w sierpniu). Transakcja ta jest kwestionowana zarówno przez nowy zarząd windykatora, jak i KNF oraz prokuraturę. Śledczy twierdzą, że doszło do zmowy szefów firm, której efektem było zawyżenie ceny. Zdaniem prokuratury rzeczywista wartość EGB wynosiła 47 mln zł, z czego przedstawiciele Altusa i szef GetBacku mieli sobie doskonale zdawać sprawę.

W związku z tą transakcją Piotr Osiecki i Jakub Ryba mają postawione zarzuty wyrządzenia szkody GetBackowi wielkich rozmiarów. Dodatkowo, Altus TFI utracił licencję.
Źródło info i foto: businessinsider.com

Gwałcił syna razem z kolegami. Sąd w Poznaniu podtrzymał wyroki w głośnej sprawie

Sąd Apelacyjny w Poznaniu podtrzymał wyroki skazujące dla ojca gwałconego chłopca i mężczyzny, który uczestniczył w procederze. W przypadku trzeciego z oskarżony uchylono wyrok sądu pierwszej instancji, a jego przypadek zostanie rozpatrzony raz jeszcze.

Apelację wnosili zarówno obrońcy oskarżonych, jak i prokuratura. Oskarżyciele domagali się wyższego wymiaru kary. Ich zdaniem po łącznym potraktowaniu gwałtu i pozostałych przestępstw można było skazać ojca nawet na 20 lat więzienia. Sąd Apelacyjny w Poznaniu utrzymał jednak kary wobec dwóch mężczyzn, a sprawę trzeciego odesłał do ponownego rozpatrzenia. W jego przypadku cofnął także decyzję o tymczasowym areszcie.

W trakcie procesu żaden z oskarżonych nie przyznawał się do zarzucanych im czynów. Ojciec chłopca razem ze znajomym oskarżani byli o wielokrotne zgwałcenie, wymuszanie czynności seksualnej, prezentowanie małoletniemu treści pornograficznych w celu własnego zaspokojenia, a przy tym działanie w porozumieniu i ze szczególnym okrucieństwem. Ojciec był też oskarżany o prezentowanie wykonywania czynności seksualnej innym dwóm małoletnim oraz naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza policji.

Dramat chłopca z Wielkopolski

O tej sprawie pisaliśmy już w 2018, a później także 2019 roku. Tragedia dziecka rozgrywała się w Zborowie pod Dopiewem w powiecie poznańskim. Pierwsze niepokojące sygnały docierały do pracowników socjalnych już w 2013 roku, kiedy u 6-letniego chłopca zaobserwowali napady agresji i niekontrolowane moczenie. Mimo że ojciec chłopca krótko po tym wyprowadził się z domu, to wciąż zabierał dziecko na weekendy. Prokuratura zainteresowała się pokrzywdzonym dopiero wówczas, gdy w 2015 roku, mając 8 lat, symulował stosunek z innym uczniem.

Po tamtej interwencji i wprawieniu w ruch machiny państwowej, dziecko zostało odebrane pijącej matce i w 2016 roku trafiło do emerytowanego policjanta, prowadzącego z żoną pogotowie rodzinne. To tam z czasem zaczęło opowiadać o traumatycznych doświadczeniach z lat poprzednich. Krzysztof Matusiak podkreślał, że nie zetknął się wcześniej z podobnym przypadkiem, choć dziećmi wykorzystywanymi seksualnie opiekował się od lat.

U chłopca rozpoznano zespół stresu pourazowego. Dzięki nagraniom wykonanym przez Matusiaka, historią chłopca znów zainteresowała się prokuratura. Biologicznego ojca dziecka oskarżono o wielokrotne zgwałcenie syna ze szczególnym okrucieństwem. Stwierdzono, że w procederze tym uczestniczyli także jego znajomi: 38-letni Marcin W. i 35-letni Karol K. W tym czasie ich ofiara miała 7-8 lat.

Jak pisała w 2019 roku „Wyborcza”, sąd pierwszej instancji potwierdził winę wszystkich oskarżonych. Ojciec Wojciech K. skazany został na 15 lat więzienia i pozbawienie praw publicznych na 10 lat. Otrzymał zakaz kontaktowania się z synem i zbliżania się do niego przez 15 lat. Miał również zapłacić mu 100 tys. zł nawiązki.

Marcin W. został skazany na 12 lat więzienia, 15 lat pozbawienia praw publicznych i 100 tys. zł nawiązki. Karola K. skazano na sześć lat więzienia, 10 lat pozbawienia praw publicznych i 50 tys. zł nawiązki. O chłopcu „Wyborcza” pisała, że od dwóch lat przebywał w specjalnym ośrodku terapeutycznym. Miał indywidualny tok nauczania. Jego opiekun Krzysztof Matusiak stwierdzał niestety, iż szanse na normalne funkcjonowanie ma „nikłe”.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Jest wyrok ws. naruszenia nietykalności policjantów przez Władysława Frasyniuka

Warszawski Sąd Okręgowy uchylił we wtorek wyrok niższej instancji ws. naruszenia przez b. opozycjonistę z czasów PRL Władysława Frasyniuka nietykalności policjantów. Sąd uznał, że ustalenia sądu niższej instancji były rzetelne, jednak nieprawidłowo oceniono społeczną szkodliwość działań Frasyniuka. Wyrok jest prawomocny.

Jak uzasadniała sędzia Urszula Myśliwska, ustalenia sądu pierwszej instancji w zakresie stanu faktycznego są rzetelne i prawidłowe. – Nieprawidłowa była jedynie ocena stopnia społecznej szkodliwości działań podejmowanych przez oskarżonego – zaznaczyła. Podkreśliła przy tym, że wyrok sądu okręgowego nie stanowi przyzwolenia na „przestępne naruszanie nietykalności cielesnej funkcjonariuszy policji”. – Wskazuje natomiast na to, że każdy przypadek rozpatrywany musi być indywidualnie, w okolicznościach konkretnej sprawy” – dodała.

Jak mówiła, w tym postępowaniu nie mamy do czynienia z chuligańskim wybrykiem, a działaniami, które były usprawiedliwione okolicznościami przebiegu zgromadzenia.

Frasyniuk był oskarżony o naruszenie nietykalności policjantów podczas wykonywania czynności służbowych. Chodzi o incydenty podczas kontrmanifestacji wobec marszu smoleńskiego w Warszawie 10 czerwca 2017 r. Oskarżony nie przyznawał się do winy. – Nie kopnąłem policjanta, to absolutnie nieprawdziwy, wymyślony fakt – mówił Frasyniuk, gdy proces ruszał i zaznaczał, że jego zachowanie można określić jako „bierny opór”.

W lipcu ub.r. Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia uznał Frasyniuka za winnego. Opozycjonista z czasów PRL musiał wpłacić 7 tys. zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej, jednak ze względu na niską szkodliwość czynu sąd warunkowo umorzył postępowanie na jeden rok.
Źródło info i foto: onet.pl