Są wyroki ws. afery Amber Gold

Po blisko 5 miesiącach gdański sąd kończy odczytywać wyrok w sprawie małżeństwa P., które zostałojuż w maju uznane winnym oszustwa i wprowadzenia klientów w błąd. Sąd skazał Marcina P. na 15 lat więzienia, a jego żonę Katarzynę P. na 12 lat pozbawienia wolności, ale wyrok łączny może być inny.

Marcin i Katarzyna P. m. in. za oszustwo, wprowadzanie klientów Amber Gold w błąd, prowadzenie działalności parabankowej bez zezwolenia skazani odpowiednio na 12 i 15 lat więzienia. To kara jednostkowa za pierwszy z zarzutów – informuje RMF FM. Sąd odczytuje wyrok w sprawie Amber Gold.

Za drugi zarzut Katarzyna P. 4 lata, Marcin P. 8 lat więzienia.

W maju gdański sąd uznał Katarzynę i Marcina P. za winnych oszustwa i niekorzystnego rozporządzenia mieniem. W środę 16 października poznaliśmy wymiar kary. Zajęło to kilka miesięcy, bo sąd odczytywał nazwiska wszystkich kilkunastu tysięcy pokrzywdzonych.

Sprawa ta pokazała, jak bardzo kuriozalny skutek może mieć przepis mówiący o tym, że nawet jeśli wszyscy pokrzywdzeni stali się ofiarami przestępstwa w tych samych okolicznościach, to i tak trzeba odczytać każde z osobna nazwisko oraz kwalifikację czynu. Przepis doczekał się nowelizacji we wrześniu 2019 r. W nowej formule art. 418 par. 1b przewiduje, że jeżeli ze względu na obszerność wyroku jego ogłoszenie wymagałoby zarządzenia przerwy lub odroczenia rozprawy, przewodniczący, ogłaszając wyrok, może poprzestać na zwięzłym przedstawieniu rozstrzygnięcia sądu oraz zastosowanych przepisów ustawy karnej.

Sędzia Lidia Jedynak zdecydowała jednak, że w związku z wątpliwościami interpretacyjnymi nie przerwie odczytywania wyroku. Zadecydowała obawa, że zastosowanie znowelizowanego przepisu Kodeksu postępowania karnego mogłoby dać stronie pozwanej argument do podważenia rozstrzygnięcia.

W sumie sędzia miała do odczytania 59 tomów po 200 stron każdy.
Źródło info i foto: money.pl

Sąd zmniejszył wyroki dla gangsterów. Wywozili ofiary do lasu i katowali

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że kara 5, 6 i 7 lat więzienia dla osób, które wywoziły swoje ofiary do lasu i znęcały się nad nimi, jest zbyt surowa – poinformował portal wyborcza.pl

Czterech mężczyzn ze Środy Śląskiej wywoziło do lasu swoje ofiary. Każda z nich była bita, i strzelano do niej z broni pneumatycznej. Celem gangsterów było podpisanie przez porwanych zobowiązania do oddania pieniędzy, których nie pożyczyli.

Do uprowadzeń doszło w wakacje w 2017 r. „Pierwszą ofiarą był Rafał K. Gangsterzy za miejscowością Komorniki zajechali mu drogę, gdy wracał z pracy. Gdy mężczyzna zjechał na pobliski parking, wciągnęli go do swojego bmw i zawieźli do lombardu do Wrocławia, by zastawił swój telefon” – pisze wyborcza.pl.

Pieniądze zostały przeznaczone na benzynę, dzięki której można było wywieźć mężczyznę do lasu. Tam „kazali mu rozebrać się do majtek, pryskali gazem po oczach, strzelali do niego z bliskiej odległości z wiatrówki i grozili nożem. Pokrzywdzony podpisał papier ze zobowiązaniem, że odda 2850 zł – pieniądze, których nigdy od gangsterów nie pożyczył” – informuje wyborcza.pl.

W przypadku dwóch pozostałych mężczyzn sposób działania był bardzo podobny.

W listopadzie 2018 r. Sąd Okręgowy we Wrocławiu postanowił wymierzyć napastnikom wyższą karę. Uznano, że przez znęcanie się nad uprowadzonymi należy zmienić klasyfikację czynów z bezprawnego pozbawienia wolności na przetrzymywanie zakładnika w celu zmuszenia go do określonego działania.

I tak, Krystian G. został skazany na siedem lat więzienia, Damian G. i drugi Krystian G. na pięć lat, a Maciej S. na rok i dziesięć miesięcy. Jak podaje wyborcza.pl, wszyscy mężczyźni odwołali się od wyroku. „Teraz Sąd Apelacyjny – odwrotnie niż Sąd Okręgowy – uznał, że nie można im przypisać wzięcia i przetrzymywania zakładnika, a tylko pozbawienie człowieka wolności” – czytamy.

W ten sposób kary zostały zmniejszone na odpowiednio: 6,5 roku więzienia, cztery, trzy lata oraz rok pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

Wrocław: Są wyroki za brutalnego pobicie byłego policjanta

Od roku do pięciu lat więzienia – takie wyroki usłyszało trzech mężczyzn w związku z brutalnym pobiciem byłego policjanta w jednej z wrocławskich dyskotek. Sąd skazał także właścicieli klubu, którzy skasowali nagrania z monitoringu, by zatuszować sprawę. W październiku 2017 roku Andrzej K. – chwilę po pojawieniu się w lokalu – został zaczepiony przez znanego we wrocławskim półświatku Łukasza W. ps. Gekon, wielokrotnie karanego w przeszłości, a obecnie oskarżonego o udział w handlu dopalaczami. Według prokuratury obaj panowie mieli zatarg.

„Gekon” zaczął okładać byłego policjanta, a wkrótce do niego dołączyli Patryk P. oraz Michał W. Pierwszy z nich zamachnął się na K. pięścią uzbrojoną w kastet z ostrzem. Rozciął mu policzek. W. miał w ręku paralizator. Był w gotowości, wspierał swoich kompanów, ale nie brał czynnego udziału w pobiciu.

W pewnym momencie zdarzenie ze środka przeniosło się przed klub, gdzie Andrzej K. otrzymał jeszcze kilka kopniaków. Mocno poturbowany trafił do szpitala. Właściciele lokalu chcieli zatuszować całe zajście. Usunęli nagrania z monitoringu. Nieudolnie, bo policyjnym informatykom bez większych problemów udało się filmy odzyskać. Oprócz całej bójki, na jednym z nagrań widać nawet jak dwóch mężczyzn kasuje nagrania z newralgicznego momentu.

Wyroki

Głównie dzięki monitoringowi, ale też na podstawie zeznań świadków i samych oskarżonych Sąd Okręgowy we Wrocławiu wydał w czwartek wyroki dla sześciu mężczyzn. Sędzia Paweł Pomianowski nie miał wątpliwości co do winy i sprawstwa oskarżonych. Najsurowiej ukarany został Patryk P. Za spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przy użyciu kastetu dostał pięć lat więzienia. „Gekon” skazany został na 1,5 roku więzienia, natomiast Michał W. na rok pozbawienia wolności. Muszą zapłacić Andrzejowi K. łącznie 18 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Jego pełnomocnik przyznał, że trudno mu się ustosunkować do wyroku, bo nie powiadomił jeszcze o nim swojego klienta, ale biorąc pod uwagę, że żądał on 60 tysięcy, wyrok prawdopodobnie zostanie zaskarżony.

Takiej możliwości nie wyklucza też prokuratura, która chciał dla Łukasza W. sześciu lat więzienia. Sąd stwierdził, że jest to zbyt surowa kara, wskazując na brak dowodów świadczących o tym, że miałby on wiedzieć o kastecie, który posiadał jego kolega. Dwaj szefowie lokalu, za skasowanie nagrań z monitoringu, skazani zostali na pół roku więzienia w zawieszeniu na rok, natomiast ich pracownika ukarano grzywną.

Wyrok jest nieprawomocny.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wielka Brytania: Handlarze niewolników z Polski skazani

Brytyjski sąd w dwóch procesach skazał osiem osób na kary więzienia za handel ludźmi, zmuszanie do pracy oraz pranie brudnych pieniędzy. Według policji, to członkowie i wspólnicy dwóch polskich rodzin przestępczych. Jak podkreśliła sędzia, skazani stworzyli największą sieć współczesnego niewolnictwa, jaką kiedykolwiek odkryto na Wyspach. Do tej pory zidentyfikowano 92 ofiary gangu, w wieku od 17 do 60 lat, ale policja podejrzewa, że mogło być ich ponad 400. Możliwe, że niektóre z nich opuściły Wielką Brytanię lub boją się złożyć zeznania.

Niewolnicy z Polski

Grupa obierała sobie za cel zdesperowanych Polaków, dla których wyjazd z kraju jawił się jako ostatnia deska ratunku. W ich pułapkę wpadali bezdomni, recydywiści i alkoholicy. Przestępcy zwodzili ich obietnicą pracy i lepszego życia na Wyspach. Rzeczywistość okazywała się jednak dramatycznie inna. Polacy byli transportowani autokarami do zachodniej Anglii, w okolice miast West Bromwich, Smethwick i Walsall. Tam mieszkali stłoczeni w małych, zagraconych i często zaszczurzonych pomieszczeniach. Jeden z nich relacjonował, że musiał kąpać się w kanale, bo nie miał dostępu do bieżącej wody.

Według relacji BBC, niewolnicy z Polski byli zmuszani do pracy na farmach, w fabrykach i przy recyklingu odpadów. Pracowali po kilkanaście godzin na dobę za 20 funtów (niespełna 100 zł) tygodniowo. Pieniędzmi tymi i tak nie mogli jednak dysponować. Członkowie gangu zmuszali swoje ofiary do otwierania kont bankowych, nad którymi przejmowali pełną kontrolę. Gdy jeden z przetrzymywanych mężczyzn zmarł, gang pozbył się wszystkich jego rzeczy osobistych i dokumentów tożsamości, aby zatrzeć ślady. Szacuje się, że między czerwcem 2012 roku a październikiem 2017 roku na nielegalnym procederze grupa zarobiła dwa miliony funtów (9,5 miliona złotych).

Początek końca i procesy

W 2015 roku z niewoli zbiegły dwie ofiary gangu. O swym losie opowiedziały brytyjskiej organizacji pozarządowej Hope for Justice, pomagającej ofiarom handlu ludźmi i współczesnego niewolnictwa. Po czterech latach śledztwa gang ostatecznie rozbito. W sprawie toczyły się dwa odrębne procesy. W pierwszym wyrok zapadł w lutym, w drugim zaś w czerwcu, ale dopiero teraz informację o nich podano do publicznej wiadomości. W lutym 30-letni Marek Ch. z Walsall został skazany na 11 lat więzienia, 50-letni Marek B. z Tipton w West Midlands na dziewięć lat pozbawienia wolności, 48-letnia Justyna P. z West Bromwich na osiem lat więzienia, 24-letnia Julianna Ch. z Evesham w Worcestershire na siedem lat, a 29-letnia Natalia Z. z Walsall usłyszała wyrok czterech i pół roku więzienia. W procesie zakończonym w czerwcu 52-letniego Ignacego B. z West Bromwich skazano na karę 11 lat pozbawienia wolności, ale mężczyzna nie został jeszcze schwytany i jego wyrok zapadł in absentia. W tym samym procesie skazani zostali też 26-letni Jan S. z West Bromwich i 41-letni Wojciech N. z Winson Green, odpowiednio na trzy lata oraz sześć i pół roku więzienia.

„To, co zrobili, było odrażające”

– To był handel ludźmi i wykorzystywanie na masową skalę. Ten gang traktował tych ludzi, swoich rodaków, jak towar – powiedział w rozmowie z BBC inspektor Nick Dale, policjant prowadzący śledztwo w tej sprawie.

Jak dodał, „to, co zrobili, było odrażające”. – Zgotowali swoim ofiarom nieludzkie warunki i nędzę. Zmuszali ich do pracy, a jeśli się sprzeciwiali, byli bici lub grozili im przemocą wobec członków ich rodzin – relacjonował inspektor. – Niektórym powiedziano, że zostaną zabrani do lasu, aby kopali własne groby. Jeden mężczyzna, który miał wypadek przy pracy, musiał wrócić do fabryki, odmówiono mu leczenia, co spowodowało u niego trwałe uszkodzenie ramienia – dodał.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wciąż nie wiadomo gdzie są pieniądze zrabowane w „skoku stulecia”

Sprawa odwoławcza nic nie zmieniła – sąd utrzymał wyroki dla czterech mężczyzn oskarżonych w tzw. skoku stulecia czyli napadzie na konwój z pieniędzmi pod Swarzędzem (Wielkopolskie). Szajka zrabowała wtedy prawie 8 mln zł. Do dziś udało się odzyskać niewielką część – kilkaset tysięcy złotych. Wciąż nie wiadomo, gdzie jest reszta gigantycznej kwoty

Do skoku stulecia doszło 10 lipca 2015 roku. Zatrzymani wskazują, że całą akcję wymyślił Grzegorz Ł. (53 l.). Zasugerował Adamowi K. (48 l.), swojemu koledze, z którym razem wstępowali do policji, że można obrabować konwój wprowadzając do firmy „kreta”. Znaleźli Krzysztofa W. (50 l.). Stworzyli dla niego fałszywą tożsamość. Nazwali Mirosławem Dudą i zatrudnili w firmie. 10 lipca w konwoju była duża suma. Mirosław Duda, twierdząc, że boli go noga, przekonał dyspozytora, by siąść za kierownicą bankowozu. Potem wysłał tylko krótki sygnał do wspólników: – Jestem kierowcą. Możemy robić. Kiedy załoga bankowozu opuściła kabinę, Krzysztof W. vel Mirosław Duda po prostu odjechał z pozostałymi pieniędzmi. W lesie pod Poznaniem wspólnicy przepakowali pieniądze do innego samochodu i rozjechali się. W garażu pod Łodzią zrabowany łup podzielili – część rozdali sobie, drugą jak twierdził Adam K. razem z Grzegorzem Ł. zakopali w lesie za jego działką. – Po pewnym czasie sprawdziłem to miejsce w lesie i zastałem tylko wykopany, pusty dół. Pieniędzy nie było – mówi Adam K.

Zniknął też Grzegorz Ł. Był poszukiwany międzynarodowym listem gończym. Początkowo pojawiła się hipoteza, że został ograbiony ze swojej doli i zamordowany przez wspólników. Jak się jednak okazało w listopadzie 2017 roku wytropili go w Odessie „łowcy głów” z poznańskiej policji. Grzegorz Ł. został zatrzymany i zeznawał w procesie odwoławczym. – Słyszałem, że zakopałem 4 miliony złotych, że uciekłem, że mnie zabito i nie żyję. Żyję, nie uciekłem, a pieniędzy nie miałem i nie mam. Wyjechałem na Ukrainę legalnie, z moim paszportem na zaproszenie miasta Truskawiec. Nie ukrywałem się. Wypoczywałem w towarzystwie pięknych kobiet. zajmowałem się też uprawą warzyw na Ukrainie – mówił przed obliczem sądu.

Sąd Apelacyjny w Łodzi czekał na te wyjaśnienia. Dlatego nawet była przerwa w prowadzonej sprawie odwoławczej. Teraz, mając komplet materiałów, wydał wyrok. Rozpatrując odwołanie obrońców oskarżonych, ale i prokuratury, uznał, że ustalenia w pierwszej instancji były trafne, słuszne i nie można ich podważyć. Nie zgodził się także z prokuratorem, który chciał złagodzić karę dla dwóch skazanych, uważając że dzięki ich zeznaniom udało się doprowadzić do zatrzymań w tej sprawie. Jak stwierdziła uzasadniając wyrok sędzia Barbara Augustyniak nie może być w tej sprawie mowy o tzw. małym świadku koronnym, czyli nadzwyczajnego złagodzenia kary, bo oskarżeni, szczególnie Adam K. nie byli szczerzy, dozowali informacje.

Prawomocnym już wyrokiem Krzysztof W. został skazany na 8 lat i dwa miesiące więzienia. Marek K., który zwerbował do pracy fałszywego konwojenta, na siedem lat więzienia, Adam K. na 6 lat i dwa miesiące, natomiast Dariusz D. – pomocnik grupy, który zajął się przerzuceniem pieniędzy z ciężarówki do innego auta, na 6 lat. Oprócz tego zostali oni zobowiązani do zapłacenia ponad 3,2 mln złotych w ramach napraw szkody.

Wciąż pozostaje nierozwiązana zagadka zniknięcia pieniędzy. Według śledczych to niedorzeczne, że przy tak drobiazgowo zaplanowanym napadzie, „rozwiała się” w powietrzu cała zrabowana suma. Czy uczestnicy skoku wkalkulowali sobie odsiadkę w koszty? Czy jeszcze jakieś nowe okoliczności wyjdą na jaw przy sprawie Grzegorza Ł., która jest wyodrębniona do osobnego postępowania?
Źródło info i foto: Fakt.pl

Węgry: Sąd skazał 10 przemytników ludzi

Wyroki od dwóch i pół do 11 lat więzienia orzekł sąd w węgierskim mieście Zalaegerszeg dla 10 mężczyzn, którzy działając w międzynarodowej organizacji przestępczej, przemycali ludzi do Unii Europejskiej – poinformował sąd. Skazani – obywatele Afganistanu, Pakistanu, Indii, Albanii, Czech i Rumunii – od lata 2016 r. organizowali przerzut migrantów przybywających z krajów bałkańskich na Węgry, a następnie do Europy Zachodniej. Rekrutowali też kierowców i zdobywali samochody osobowe i ciężarowe.

67 razy przerzucili migrantów za pieniądze w grupach po 10-30 osób. Przeprowadzali ich piechotą przez granicę z Serbią na Węgry, po czym małymi samochodami ciężarowymi przewozili do innych krajów UE.

Główny oskarżony został skazany na 11 lat więzienia, trzech mężczyzn na sześć i pół roku, jeden na cztery i pół roku, jeden na trzy i pół roku, a pozostali na kary od półtora roku do trzech lat i trzech miesięcy pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

Wielka Brytania: Renomowana kancelaria broni Polaków skazanych za zabójstwo. Prawdziwy winny jest na wolności?

Dwaj mężczyźni odsiadują w Wielkiej Brytanii wyroki dożywocia za zabójstwo innego Polaka. Jak opisuje „Superwizjer”, skazano ich w procesie poszlakowym, a ławnicy nie byli zgodni. Winny może być trzeci z oskarżonych, który został uniewinniony.

Grzegorz Pietrycki w wieku 25 lat wyjechał do pracy do Wielkiej Brytanii. Po dwóch latach, w sierpniu 2016 roku, został zamordowany wynajmowanym m.in. przez niego mieszkaniu w Londynie – opisuje Superwizjer TVN. O morderstwo oskarżono trzech innych Polaków – Patryka Pacheckę, Grzegorza Szala i Grzegorza G. Pierwsi dwaj zostali uznani za winnych i skazani na dożywocie. Trzeciego uniewinniono.

Teraz prestiżowa kancelaria Carmelite Chambers za darmo broni Pachecki i złożyła w jego imieniu apelację. Także prawnicy Szali odwołują się od wyroku. Według brytyjskiej prawniczki Siobhan Grey znaczenie dla ławników – którzy nie zdecydowali o winie jednogłośnie – miał m.in. fakt, że Pachecka i Szal mieli na koncie wyroki w Polsce, zaś Grzegorz G. teoretycznie nie miał konfliktów z prawem. Jednak reporterzy ustalili, że on także był kiedyś skazany, ale wyrok uległ zatarciu. Ponadto prawnicy mają wątpliwości m.in. co do zeznań świadków, których nie wzięto pod uwagę.

Skazani twierdzą, że słabo znali Grzegorza G. Przed zabójstwem mężczyzna miał być zdenerwowany, ponieważ rzuciła go partnerka. Zażywał amfetaminę i razem z Szalą pił alkohol. W nocy obaj udali się do domu późniejszej ofiary, Grzegorza Pietryckiego. Pachecka wtedy już tam był. Wywiązała się kłótnia między Pietryckim a Grzegorzem G. Skazani mężczyźni twierdzą, że nie byli w pokoju, gdy G. miał wyciągnąć nóż i zaatakować Pietryckiego (choć ich wersje nie są całkowicie spójne).

„W relacji Pachecki, sytuacja wyglądała tak: – Wróciłem się do tego pokoju i zobaczyłem miejsce rzeźni. Zobaczyłem dwie osoby, Grzegorza Pietryckiego, który nie żyje i Grzegorza G, który go trzymał. Trzymali się oburącz, jak zapaśnicy. Cały pokój był we krwi. Z Pietryckiego leciało jak z rynny. Jedyne na co było mnie stać, to po prostu krzyczałem: ‚Weź go zostaw, debilu’. Wybiegłem z tego domu. Nogi same pobiegły” – podaje Superwizjer.

Pachecka został zatrzymany i przeszukany krótko po zdarzeniu. Nie stwierdzono na nim śladów krwi. Grzegorz G. uciekł z miejsca zdarzenia, zmienił numer telefonu i z pomocą byłej dziewczyny wynajmował mieszkanie na fałszywe nazwisko. Zatrzymano go dopiero pięć miesięcy później.

Skazani mężczyźni na początku sprawy zmieniali zeznania i prezentowali różne wersje historii, co także wpłynęło na ich niekorzyść. Tłumaczą to tym, że przez wcześniejsze zatargi z prawem i wyroki na początku nie mówili prawdy. – Siedziałem w kryminale i bym nie potrafił iść na policję i sprzedać – mówił dziennikarzom Pachecka. Z kolei Grzegorz G. odmówił składania wyjaśnień i – według relacji Pachecki – przekonywał, że boi się dwóch pozostałych, ponieważ są kryminalistami. Pachecka zapowiada, że będzie walczył, by udowodnić swoją niewinność i móc wrócić na wolność i do rodziny.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Rosja: Aleksandr Kokorin i Paweł Mamajew skazani na kolonię karną za pobicie urzędnika

Aleksandr Kokorin i Paweł Mamajew zostali skazani przez sąd w Moskwie za udział w bójce i wandalizm. Do chuligańskiego zajścia z udziałem byłych reprezentantów Rosji doszło w stolicy kraju 8 października 2018 roku. Kokorin otrzymał wyrok 18 miesięcy pobytu w kolonii karnej, a Mamajew – 17. Skazano także innych uczestników zajścia. Kirył Kokorin i Aleksander Protasowicz spędzą w kolonii karnej także – odpowiednio – 18 i 17 miesięcy. – Do uprawomocnienia się wyroku, wszyscy skazani pozostaną w areszcie – potwierdziła sędzia Jelena Abramowa, która przewodniczyła składowi orzekającemu i odczytała uzasadnienie.

Bójka i dochodzenie

W październiku 2018 roku Kokorin i Paweł Mamajew wszczęli bójkę w moskiewskiej kawiarni, poturbowali urzędników państwowych, a dochodzenie przeciwko nim wszczęło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Piłkarze razem z bratem Kokorina byli pod wpływem alkoholu. Gdy jeden z klientów zwrócił im uwagę na głośne zachowanie, ci w odpowiedzi zaczęli go obrażać i bić. Incydent został zarejestrowany na nagraniu wideo, które pojawiło się w sieci. Poszkodowanym okazał się urzędnik Denis Pak, a jak wyjaśniło ministerstwo przemysłu – w bójce ucierpiał także drugi pracownik resortu. Obaj musieli zwrócić się po pomoc medyczną do szpitala. Pak miał wstrząśnienie mózgu, w wyniku uderzenia krzesłem w głowę, oraz połamane żebra. Poszkodowani zgłosili się na policję. Prawnik urzędnika przekazał, że jego klient został również znieważony na tle narodowościowym.

Przed bójką w kawiarni piłkarze mieli pobić także kierowcę prezenterki telewizyjnej Olgi Uszakowej. Zaś źródła w Rosyjskich Kolejach poinformowały, że sportowcy zachowywali się agresywnie w pociągu nocnym, którym jechali do Moskwy po niedzielnym meczu ich drużyn w Sankt Petersburgu.

Bogate kariery

28-letni Kokorin 48 razy zagrał w drużynie Sbornej. Zapewne wystąpiłby także na mundialu w Rosji, gdyby nie przeszkodziła mu kontuzja. 30-letni Mamajew w kadrze rozegrał 15 spotkań. Zapewne nigdy już nie wystąpią w reprezentacji. Mamajew grał ostatnio w FK Krasnodar, Kokorin – w Zenicie Sankt Petersburg. Oba kluby potępiły zachowanie swoich piłkarzy, przy czym Krasnodar zapowiedział rozwiązanie kontraktu z Mamajewem.
Źródło info i foto: eurosport.tvn24.pl

Dwaj dziennikarze agencji Reutera skazani na siedem lat więzienia przez sąd w Mjanmie

Dwaj dziennikarze agencji Reutera usłyszeli wyroki siedmiu lat pozbawienia wolności za nielegalne – jak uznał sąd w Rangunie – wejście w posiadanie dokumentów państwowych. Żaden ze skazanych nie przyznał się do winy.

Zdaniem sądu 28-letni Kyaw Soe Oo i 32-letni Wa Lone uzyskali dostęp do tych dokumentów podczas gromadzenia informacji na temat sytuacji muzułmańskiej mniejszości Rohingja, za co zostali aresztowani w grudniu 2017 roku. Na poczet kary zaliczono im czas spędzony w areszcie.

– To wielki krok w tył w procesie demokratyzacji Birmy, który nie da się pogodzić z rządami prawa ani wolnością słowa- podkreślił szef Reutera Stephen Adler w reakcji na wydany wyrok.

– Nie będziemy czekać, podczas gdy Wa Lone i Kyaw Soe Oo cierpią z powodu tej niesprawiedliwości. W najbliższych dniach zdecydujemy, jak postąpić w tej sprawie oraz czy m.in. ubiegać się o pomoc na arenie międzynarodowej – zapowiedział Adler.

Ogłoszenie wyroku odbyło się z tygodniowym opóźnieniem ze względu na wcześniejsze problemy zdrowotne sędziego prowadzącego rozprawę.

Sprawa masakry Rohingjów

O bezwarunkowe uwolnienie reporterów wcześniej wielokrotnie, ale bezskutecznie zwracały się do birmańskich władz USA, UE i ONZ.

Amerykański ambasador w Birmie Scot Marciel ocenił w poniedziałek, że wyrok w sprawie dziennikarzy jest „głęboko niepokojący dla wszystkich, którzy tak mocno walczyli w tym kraju o wolne media”. Zasugerował, że decyzja sądu osłabi zaufanie Birmańczyków do krajowego wymiaru sprawiedliwości.

Ambasador Wielkiej Brytanii Dan Chugg „w imieniu brytyjskiego rządu, ale też państw członkowskich Unii Europejskiej” wyraził „ogromne rozczarowanie” wyrokiem. Jak wskazał, „wygląda na to, że sędzia zignorował dowody w sprawie i birmańskie prawo, co wyrządziło wielką szkodę birmańskiej praworządności”.

Dziennikarze zostali aresztowani pod zarzutem posiadania tajnych dokumentów; badali wówczas sprawę masakry Rohingjów w stanie Rakhine (Arakan) na zachodzie Birmy dokonanej przez birmańskie wojsko, siły bezpieczeństwa oraz ludność cywilną. W procesie obaj zeznali, że podczas pierwszych przesłuchań byli brutalnie traktowani.

Dziennikarze Reutera byli oskarżeni o złamanie przepisów o tajemnicy państwowej, za co groziło im do 14 lat więzienia. Obaj zapewniali, że stosowali się do zasad etyki dziennikarskiej. Po aresztowaniu powiedzieli swoim bliskim, że zostali zatrzymani, gdy w restauracji w Rangunie dwaj nieznani im policjanci wręczyli im jakieś dokumenty.

Wcześniej sąd odmówił wstrzymania procesu, mimo że policjant wezwany w charakterze świadka obrony zeznał, że jego przełożony wydał mu rozkaz podrzucenia dziennikarzom dowodów przestępstwa. Po tych zeznaniach funkcjonariusz trafił do więzienia za naruszenie zasad pracy w policji, a jego rodzinę wyrzucono z domu, w którym mieszkali z racji jego zawodu.

ONZ: zbrodnie z zamiarem ludobójstwa

Agencja AP wskazuje, że część pozostałych zeznań była wewnętrznie sprzeczna, a dokumenty przedstawione jako dowód w sprawie przeciwko dziennikarzom nie sprawiały wrażenia poufnych ani zawierających wrażliwe dane. Oskarżeni deklarowali, że nie próbowali uzyskać tajnych dokumentów ani nie byli świadomi ich posiadania.

W wyniku prowadzonej przez birmańskie wojsko operacji wymierzonej w muzułmanów Rohingja do sierpnia 2017 roku z kraju uciekło ok. 700 tys. przedstawicieli tej mniejszości, głównie do sąsiedniego Bangladeszu. W opublikowanym w ubiegłym tygodniu raporcie śledczy ONZ uznali, że birmańska armia dokonała masowych zbrodni z „zamiarem ludobójstwa”, a naczelnego dowódcę i pięciu generałów należy osądzić za zorganizowanie najcięższych przestępstw. Władze w Rangunie odpierają te zarzuty.

Przedstawiciel Human Rights Watch na Azję Phil Robertson mówił w zeszłym tygodniu, że Kyaw Soe Oo i Wa Lone „nigdy nie powinni byli trafić do sądu, bo wykonywali swoją pracę, najwyraźniej jednak rządowi zależy przede wszystkim na tym, by ten proces wykorzystać do zastraszenia birmańskich mediów”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

WB: Pobili dziewczynę, bo spotykała się z Anglikiem. Sąd skazał czterech Polaków na więzienie

Czterech Polaków postanowiło „wymierzyć sprawiedliwość” nastolatce za to, że śmiała spotykać się z Anglikiem. Pobili więc ją, jej chłopaka i jego ojca. Sąd w Hull skazał ich za to na wyroki od 18 miesięcy do trzech lat.

Prokurator mówił przed sądem, że jeden z napastników nazwał 17-letnią dziewczynę prostytutką, którą trzeba zabić. Dlatego razem z bratem i dwoma kolegami poszli do domu jej chłopaka, „wymierzyć sprawiedliwość”. Jeden z Polaków przewrócił ją na ziemię i zaczął ją bić oraz skakać jej po głowie, trzech pozostałych rzuciło się na jej angielskiego partnera. Jego ojciec, który próbował go bronić został raniony stłuczoną butelką. Pobito też jednego z sąsiadów – pisze brytyjski „Daily Mail”.

Sędzia nie miał litości. znał, że to był brutalny i agresywny napad. Takie zachowanie jest absolutnie niedopuszczalne i nie może być ukarane inaczej, niż więzieniem. Dlatego jeden z mężczyzn usłyszał wyrok 3 lat i 9 miesięcy, drugi z napastników spędzi za kratkami 3 lata i 3 miesiące, a dwóch pozostałych usłyszało wyroki 20 i 18 miesięcy więzienia.
Źródło info i foto: Dziennik.pl