Konin: Policjant oddał śmiertelny strzał. Nie został jeszcze przesłuchany, ale wraca do służby

Prokuratorzy wciąż badają sprawę śmierci 21-letniego Adama z Konina (woj. wielkopolskie). Próbują między innymi ustalić, czy strzał został oddany, kiedy 21-latek stał, czy kiedy przewrócił się na ziemię; czy został postrzelony w pierś czy w plecy. Policjant, który w listopadzie zeszłego roku pociągnął za spust nie został jeszcze przesłuchany, ale właśnie wrócił do służby.

Do zdarzenia doszło w listopadzie ubiegłego roku. 21-letni Adam został trafiony pociskiem z policyjnego pistoletu. Stało się to na jednym z osiedli w Koninie, podczas próby wylegitymowania przez policjanta 21-latka i dwóch 15-latków najstarszy zaczął uciekać. Goniący go funkcjonariusz postrzelił 21-letniego mężczyznę, który zmarł.

Według informacji policji, uciekający nie reagował na wezwania, ale wiadomo też, że policjant miał nie oddać strzału ostrzegawczego, wzywającego do zatrzymania.

Przeprowadzona sekcja zwłok wykazała na ciele mężczyzny ranę postrzałową na wysokości serca.

Prokuratura Okręgowa w Koninie wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza i nieumyślnego spowodowania śmierci. Sprawę przejęła Prokuratura Regionalna w Łodzi. Zleciła wykonanie licznych ekspertyz. Mowa m.in. o badaniach daktyloskopijnych, biologicznych, fizykochemicznych, mechanoskopijnych oraz badaniach śladów prochu.

Celem jest m.in. ustalenie, czy strzał został oddany, kiedy 21-latek stał, czy kiedy przewrócił się na ziemię; czy został postrzelony w pierś czy w plecy. W związku z tą ostatnią kwestią dwie opinie twierdzą, że strzał padł w pierś, według jednej, że w plecy.

– Wnioski z tych opinii nie są jednoznaczne. Dlatego prokurator przesłuchuje uzupełniająco biegłych i zapoznaje ich w części z opiniami biegłych innych specjalności. Jeżeli prokurator nie ustali na tej podstawie, jaki był rzeczywisty przebieg zdarzenia, to będzie rozważał powołanie niezależnego zespołu biegłych różnych specjalności, żeby opinia była jednolita – powiedział rzecznik prasowy łódzkiej prokuratury Krzysztof Bukowiecki.

Odtwarzając okoliczności śmierci 21-latka śledczy muszą rekonstruować moment zdarzenia, bazując na zebranej wiedzy i ekspertyzach, bo żadna z trzech kamer zainstalowanych w pobliżu nie nagrała kluczowego momentu – w którym policjant pociąga za spust. O tym też informowaliśmy jako pierwsi.

Wrócił do służby

Sprawę śmiertelnego postrzelenia 21-latka badała też policja, w swoim wewnętrznym postępowaniu. Zakończyło się ono wnioskiem, że policjant miał prawo użyć broni w samoobronie. Za funkcjonariuszem murem stanęły związki zawodowe oraz szefostwo policji.

– Na całym świecie policjanci szkoleni są tak, żeby użyć broni w ostateczności. Nie wyobrażamy sobie, żeby w Koninie było inaczej, żeby to było działanie umyślne. W świetle prawa policjant jest niewinny, dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok sądu. Na razie, w ocenie kierownictwa, ten policjant jest niewinny – mówił tuż po zdarzeniu Mariusz Ciarka, rzecznik komendanta głównego policji.

Policjant był w złym stanie psychicznym: najpierw trafił do szpitala, a potem przez wiele miesięcy przebywał na zwolnieniu lekarskim. Teraz – jak informuje rzecznik prasowy konińskiej policji mł. asp. Sebastian Wiśniewski – wrócił do służby.

Na razie ma pracować w innej jednostce, niż dotąd.

– Nie możemy podać w której, ponieważ pod jego adresem były kierowane groźby karalne i chodzi o jego bezpieczeństwo w pracy – zaznacza rzecznik komendy w Koninie.

Wracający do pracy funkcjonariusz ma podlegać bezpośrednio komendzie wojewódzkiej w Poznaniu.
Źródło info i foto: tvn24.pl

37-letni Ukrainiec zabił nożem dwóch kolegów z pracy

Serhij S. (37 l.) od kilku lat przyjeżdżał z Ukrainy do Polski do pracy. Ale nie dorobił się fortuny, bo wszystko, co zarobił, wydawał na używki i kobiety. A kiedy zabrakło mu pieniędzy, w okrutny sposób zamordował dwóch kolegów z pracy. Okradł zmarłych, a kasę przepuścił, zaspakajając swoje żądze.

Ukrainiec regularnie pojawiał się w gospodarstwie ogrodniczym w Dobrosławowie (woj. lubelskie). Dobrze zarabiał, ale wszystko tracił.

– Wydawałem pieniądze na narkotyki, wódkę i kobiety – mówił zaraz po zatrzymaniu. Te przyjemności były bardzo kosztowne. Serhij zaczął więc okradać kolegów z pracy. Na początku grudnia nocą włamał się do pokoju dwóch z nich (52 i 32 l.) i zaczął przetrząsać ich rzeczy. Kiedy jeden z okradanych obudził się, doszło do masakry. Serhij S. zadał nieszczęśnikowi aż 18 ciosów nożem sprężynowym. Zaraz potem drugiemu poderżnął gardło. Ukradł pieniądze i uciekł. Teraz stanął przed lubelskim sądem. Grozi mu dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Londyn: Dożywocie dla zabójcy dwóch kobiet. Ich ciała ukrył w lodówce

36-letni Zahid Younis, który zabił dwie kobiety, a następnie przez wiele miesięcy trzymał ich zwłoki w lodówce, został skazany w czwartek przez sąd w Londynie na karę dożywotniego więzienia bez możliwości ubiegania się o warunkowe zwolnienie przed upływem 38 lat.

Rozczłonkowane ciała 34-letniej Węgierki Henriett Szucs i 38-letniej Mihrican Mustafy, matki trojga dzieci, policja znalazła w lodówce w mieszkaniu Younisa w Canning Town we wschodnim Londynie w kwietniu 2019 roku. Pierwsza z nich po raz ostatni była widziana w sierpniu 2016 roku, druga – w maju 2018 roku.

Jak wynika z przedstawionej przez prokuraturę wersji wydarzeń, Younis zabił Szucs w listopadzie 2016 roku i w tym samym dniu, w którym dokonał zbrodni, kupił – wyłącznie w celu trzymania ciała – lodówkę. Dokładnej przyczyny zgonu obu kobiet nie udało się ustalić, ale obrażenia wskazują, że przed śmiercią były ofiarą przemocy ze strony zabójcy.
Younis, który w 2004 roku poślubił w meczecie w północno-wschodnim Londynie 14-letnią dziewczynkę, a później dwukrotnie odsiadywał wyrok za przestępstwa seksualne wobec nieletnich, nie przyznał się do zbrodni, a jedynie do tego, że uniemożliwił zgodny z prawem i stosowny pogrzeb obu kobiet.

Na swoje ofiary wyszukiwał kobiety, które miały różne problemy życiowe

Jak wyjaśniał, Szucs zmarła w jego mieszkaniu pod jego nieobecność i nie poinformował o tym policji, gdyż wpadł w panikę. Z pomocą lokalnego przestępcy rozczłonkował ciało i umieścił je w nowo zakupionej lodówce – mówił. Twierdził też, że dwa lata później ten sam przestępca wraz z innym mężczyzną przynieśli mu ciało Mustafy i kazali również ukryć w lodówce, ale jak ustalono w śledztwie, nie było to możliwe, bo jeden z tych mężczyzn w tym czasie przebywał w więzieniu.

Według prokuratury, Younis wyszukiwał na swoje ofiary kobiety, które miały różne problemy życiowe, łatwo poddające się manipulacjom i łatwo dające się uzależnić. I Szucs, i Mustafa były przez pewien czas bezdomne i miały problem z uzależnieniem od narkotyków. Obie przed śmiercią były w związkach ze sprawcą.

W czwartek został skazany przez sąd w Londynie na karę dożywotniego więzienia bez możliwości ubiegania się o warunkowe zwolnienie przed upływem 38 lat. Zarówno podczas śledztwa, jak i podczas procesu i odczytywania wyroku, Younis nie okazywał emocji.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Przasnysz: Przemysław C. zabił babcię kostką granitową

Prokuratura Rejonowa w Przasnyszu ujawniła kulisy rodzinnej makabry, do którego doszło mieszkaniu przy ul. Klonowej na osiedlu Orlika. 7 sierpnia Przemysław C. zabił swoją babcię, a później jak gdyby nigdy nic poszedł spotkać się ze swoim kolegą. W czasie libacji alkoholowej zwierzył mu się ze zbrodni, a ten powiadomił policję. Na podłodze we wskazanym lokum znaleziono zwłoki kobiety.

Mieszkaniec ul. Klonowej na osiedlu Orlika w Przasnyszu zabił swoją babcię, z czego zwierzył się koledze. Prokuratura Rejonowa w Przasnyszu ujawniła kulisy rodzinnej makabry, do której doszło 7 sierpnia br. Zwłoki Anny Natalii K., z 11 ranami tłuczonymi głowy, znaleziono na podłodze mieszkania. Obok leżała kostka granitowa, którą wytypowano jako prawdopodobne narzędzie zbrodni. Lekarz patomorfolog stwierdził na ciele denatki rany tłuczone głowy z rozfragmentowaniem kości sklepienia i podstawy czaszki, zmiażdżenie prawej półkuli mózgu i ranę tłuczoną prawej małżowiny usznej. Bezpośrednią przyczyną śmierci była ostra niewydolność mózgu w przebiegu głębokiego zranienia.

Prokuratura przedstawiła mieszkańcowi ul. Klonowej na osiedlu Orlika w Przasnyszu zarzut zabójstwa swojej babci, za co grozi mu nawet kara dożywocia. Przemysław C. został tymczasowo aresztowany na 3 miesiące.
Źródło info i foto: se.pl

Frankfurt nad Menem: Wepchnął pod pociąg matkę z dzieckiem. Jest opinia biegłych

41-letni Erytrejczyk, który w ubiegłym roku zabił na dworcu kolejowym we Frankfurcie nad Menem 8-letniego chłopca spychając go z peronu pod koła pociągu, nie ponosi za to winy ze względu na swą niepoczytalność – orzekł w piątek frankfurcki sąd krajowy. – Czuł się wtedy zagubiony – ocenił psychiatra, na którego oddział trafił 41-latek.

Sąd zarządził dożywotnie umieszczenie sprawcy w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. 29 lipca 2019 roku na dworcu głównym we Frankfurcie nad Menem mężczyzna wepchnął pod nadjeżdżający pociąg InterCity wybraną przypadkowo matkę z dzieckiem. Oboje spadli na tory. W ostatniej chwili kobieta zdołała się przetoczyć na przestrzeń między torami, ale jej syn zginął na miejscu.

Ofiar mogło być więcej

Jeszcze jedną ofiarą miała być 79-letnia kobieta, która jednak po popchnięciu upadła na peron doznając obrażeń. Wraz z rodziną zabitego chłopca uczestniczyła w procesie w charakterze oskarżyciela posiłkowego. Napastnik próbował zbiec z miejsca tragedii, ale został schwytany niedaleko dworca w rezultacie spontanicznego pościgu.

Jak ustalono w trakcie śledztwa, Erytrejczyk ma żonę i troje dzieci. Od 2006 roku mieszkał w Szwajcarii, gdzie po złożeniu wniosku o azyl otrzymał pozwolenie na pobyt. Sąd przychylił się do opinii biegłych, że momencie popełnienia czynu sprawca cierpiał na ostrą formę schizofrenii paranoidalnej. Czuł się wtedy zagubiony i sterowany przez komputer – twierdzi ordynator oddziału psychiatrycznego, na którym Erytrejczyk obecnie przebywa.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zapadł wyrok sądu apelacyjnego ws. Adriana P. Został skazany za zabójstwo 17-latki

Nie czuł litości, gdy zaciskał dłonie na szyi Alicji (†17 l.). Nie czuł skruchy, gdy sędzia ogłaszał wyrok. Adrian P. (23 l.) patrzył wyzywająco na sędziego i wydzierał się „Co mi zrobicie?!”. W czwartek sąd apelacyjny podtrzymał wyrok 25 lat więzienia dla okrutnego mordercy.

W lutym 2018 r. Adrian P. spotkał Alicję F., która świętowała osiemnastkę przyjaciółki w jednym z lokali w Rybniku. Gdy odprowadzał ją do domu, zaczął się do niej przystawiać. Piękna Alicja była koleżanką jego siostry. Kiedyś do niej wzdychał, teraz chciał z nią uprawiać seks. Gdy Alicja odmówiła, wściekł się. Z furią rzucił się na dziewczynę, udusił ją i roztrzaskał jej głowę. Ciało ukrył przy pobliskich garażach. Wrócił do domu, wyprał ubranie i buty, a potem poszedł spać.

Podczas procesu butny przestępca lekceważąco odnosił się do sędziego. – To człowiek zdemoralizowany, nie szanuje autorytetów. Jego postawa „co mi zrobicie” wielokrotnie się powtarza. To recydywista – mówił sędzia Ryszard Furman z Sądu Okręgowego w Rybniku, który w listopadzie 2019 roku skazał go na 25 lat więzienia.

Morderca nie chciał nawet słuchać uzasadnienia i wyszedł z sali. Jego obrońcy wnieśli o uniewinnienie. Prokuratura domagała się dożywocia. W czwartek w Sądzie Apelacyjnym w Katowicach odbyła się rozprawa odwoławcza. Sąd podtrzymał wyrok dla mordercy Alicji. Adrian P., który nie stawił się na rozprawę, spędzi w więzieniu ćwierć wieku. O warunkowe zwolnienie może się ubiegać po odbyciu 20 lat kary. Wyrok jest prawomocny.

– Zastanowimy się nad złożeniem kasacji. Adrian P. zasługuje na dożywocie. Był brutalny, zamordował z błahego powodu. Wcześniej był wielokrotnie karany, ma także inne postępowania w toku. Już nie ma nadziei na jego wychowanie. Społeczeństwo należy przed nim chronić – powiedział prokurator Sławomir Sola z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Christchurch: Zamach w meczecie. Rodziny ofiar w sądzie. „Zabiłeś swoje własne człowieczeństwo i nie sądzę, żeby świat wybaczył ci twoją straszną zbrodnię”

Zamachowiec, który w zeszłym roku zabił 51 osób w dwóch meczetach w Nowej Zelandii, obserwował bez emocji, jak krewni jego ofiar opowiadali w sądzie o masakrze, której dokonał. Oskarżyciele twierdzą, że napastnik starannie zaplanował atak, by ofiar było jak najwięcej. Ubrany w szare więzienne ubranie Brenton Tarrant przyglądał się między innymi matce Aty Elayyana, 33-letniego bramkarza nowozelandzkiej drużyny futsalowej, który zginął w meczecie Al Noor.

Maysoon Salama powiedziała, że ​​nieustannie zastanawiała się, co myślał jej syn w ostatnich chwilach, „uzbrojony jedynie w swoją odwagę”. – Nie mogę ci wybaczyć… dałeś sobie prawo zabrania dusz 51 osobom. Naszą jedyną zbrodnią w twoich oczach jest to, że jesteśmy muzułmanami – powiedziała.

– Zabiłeś swoje własne człowieczeństwo i nie sądzę, żeby świat wybaczył ci twoją straszną zbrodnię. Obyś otrzymał najcięższą karę za swój zły czyn w tym życiu i późniejszym – dodała.

Elayyan znajdował się w tylnej części meczetu, podczas gdy jego ojciec, będący blisko frontu, przeżył atak, mimo że został postrzelony w głowę i ramię.

Gamal Fouda, imam meczetu Al Noor, powiedział Tarrantowi, że został „zwiedziony i zmylony”. – Mogę powiedzieć rodzinie terrorysty, że stracili syna, a my straciliśmy wielu z naszej społeczności – powiedział Fouda. – Szanuję ich, ponieważ cierpią tak jak my – dodał.

„Miał zamiar zaszczepić strach w tych, których opisał jako najeźdźców”

29-letni Australijczyk Brenton Tarrant przyznał się do 51 zarzutów morderstwa, 40 usiłowania zabójstwa i jednego zarzutu popełnienia aktu terrorystycznego podczas ataku w mieście Christchurch 15 marca ubiegłego roku. Zamach transmitował na żywo na Facebooku. Wcześniej opublikował w mediach społecznościowych swój manifest.

Prokurator koronny Barnaby Hawes stwierdził, że Tarrant powiedział policji, że chce wzbudzić strach wśród niewielkiej mniejszości muzułmańskiej w Nowej Zelandii. Napastnik miał również wyrazić ubolewanie, że nie zabił więcej osób i ujawnić, że zamierzał spalić meczet Al Noor po strzelaninach – powiedział Hawes. Opowiadał też, że zamachowiec oddał „dwa precyzyjnie wycelowane strzały” w trzyletniego Mucaada Ibrahima, który trzymał się nogi swojego ojca. Ibrahim był najmłodszą ofiarą strzelaniny.

Jak mówił prokurator, Tarrant spędził lata na kupowaniu broni palnej o dużej mocy, badał rozkład meczetów, latając dronem nad swoim głównym celem i tak ustalał czas ataków, aby zmaksymalizować liczbę ofiar. Większość ofiar Tarranta zginęła w meczecie Al Noor, zabił też siedem osób w drugim meczecie, zanim został zatrzymany w drodze do trzeciego.

Tarrant będzie mógł zabrać głos podczas przesłuchań, chociaż sędzia Cameron Mander ma uprawnienia do zapewnienia, aby sąd nie został wykorzystany jako platforma dla ekstremistycznej ideologii.

Ochrona i snajperzy w okolicy sądu

W czasie rozprawy w okolicy sądu w Christchurch wprowadzono dodatkowe środki bezpieczeństwa, jak zwiększona ilość ochrony i policji oraz snajperzy na okolicznych dachach. Relacje na żywo z sali sądowej zostały zakazane, wprowadzono również ograniczenia dotyczące tego, co mogą przekazywać media.

Sędzia Mander powiedział, że nie skaże Tarranta przed czwartkiem, aby osoby, które przeżyły, i członkowie rodzin ofiar mieli możliwość zwrócenia się do sądu. Za morderstwo grozi w Nowej Zelandii kara dożywocia. Sędzia może nałożyć na oskarżonego karę dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Jest to wyrok, który nigdy nie był stosowany w Nowej Zelandii.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Tragiczna zbrodnia w Ząbkowicach Śląskich. Biegli psychiatrzy jeszcze raz zbadają 18-latka

Jeszcze raz biegli psychiatrzy zbadają 18-latka, który jest podejrzany o zabójstwo swoich rodziców i młodszego brata. Specjaliści mają ocenić, czy nastolatek był poczytalny w chwili zdarzenia. Sąd przychylił się do wniosku o czterotygodniową obserwację. 18-latek wskazał motywy popełnionej przez niego zbrodni, ale śledczy na razie ich nie ujawniają.

Sąd wydał postanowienie, że 18-latek podejrzany o zabójstwo swoich rodziców i młodszego brata będzie poddany ponownej obserwacji psychiatrycznej. Do zbrodni w Ząbkowicach Śląskich doszło w grudniu 2019 r. Według śledczych Marceli C. najpierw upozorował napad na dom. Potem jednak przyznał się do zbrodni. Tomasz Orepuk, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy poinformował, że psychiatrzy już badali 18-letniego Marcelego C., ale nie byli w stanie wydać wiążącej opinii na temat jego stanu poczytalności w momencie zbrodni.

– Dlatego złożyliśmy wniosek o czterotygodniową obserwację podejrzanego w warunkach zamkniętego zakładu. Sąd uwzględnił ten wniosek i czekamy na rozpoczęcie tego badania – powiedział Orepuk.

Zginęli od ciosów siekierą

Podejrzany od dnia zbrodni 9 grudnia 2019 roku jest tymczasowo aresztowany. Do zabójstwa doszło w nocy z niedzieli na poniedziałek. Marceli C. miał wejść na dach i zadzwonić na policję, zgłaszając napad, który – według śledczych – upozorował m.in. rozrzucając rzeczy i meble w domu, w którym policjanci odkryli ciała zamordowanych siekierą rodziców i jego siedmioletniego brata.

Podczas przesłuchania nastolatek przyznał się do zabicia rodziny i wskazał ukrytą siekierę oraz miejsce, w którym po zabójstwie spalił swoją odzież.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Tomasz J. z wyrokiem. Dożywocie za zabójstwo żony i wysadzenie kamienicy

Chorobliwa zazdrość popchnęła Tomasza J. do potwornej zbrodni – zabił pięć osób i usiłował zabić kolejne 34. Ogrom tragedii nie robi jednak na nim żadnego wrażenia, podobnie jak najsurowsza kara, którą usłyszał. Sąd postanowił, że morderca resztę swoich dni ma spędzić za kratami.

– Dożywocie będzie jedyną słuszną i akceptowalną karą – grzmiał prokurator Łukasz Stanke, żądając dożywocia dla Tomasza J. (45 l.), który w marcu 2018 r. zamordował żonę, a później wysadził w powietrze całą kamienicę.

Dramat rozegrał się z 3 na 4 marca po tym, jak Beata J. (†41 l.) wpuściła do domu męża, z którym planowała się rozwieść. Tomasz J. zadał jej 11 ciosów nożem, a po śmierci potwornie okaleczył, m.in. odciął nos, uszy, piersi, na czole wyrył litery „ZKA”, oskalpował, a na końcu pozbawił ciało głowy. Ale tego było mu mało. Nie bacząc na to, że kamienica jest pełna ludzi, rozszczelnił rurę z gazem i wysadził budynek w powietrze. Śmierć w gruzach poniosły 4 osoby. Wiele było rannych. Tomasz J. sam kilka dni walczył w szpitalu o życie.

Przed sądem zachował do końca kamienną twarz, nie przyznając się do winy, nie przepraszając i nie okazując nawet cienia skruchy. Sędzia Katarzyna Obst uznała, że zebrane dowody nie pozostawiają żadnych wątpliwości.

– Ma pan wielki bagaż moralny i psychiczny i kara powinna mu odpowiadać, bo to jedyna słuszna kara za to, co pana decyzją przeżywają dziesiątki osób – mówiła sędzia, skazując J. na dwa dożywocia – za zabójstwo żony i za usiłowanie zabójstwa 34 osób. – Kara mogła być tylko jedna – dodała, wymierzając karę łączną dożywocia, dodatkowo pozwalając ubiegać mu się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 30 latach odsiadki.

Sprawca wybuchu na poznańskim Dębcu został też pozbawiony praw publicznych na 10 lat, a rodzinom ofiar i poszkodowanym w wybuchu musi zapłacić w sumie kilkaset tysięcy złotych.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Tomasz J. zabił żonę i doprowadził do wybuchu w kamienicy. Został skazany na dożywocie

Na karę dożywotniego pozbawienia wolności skazał w środę poznański sąd Tomasza J., oskarżonego m.in. o zabójstwo żony i doprowadzenie do wybuchu w kamienicy na poznańskim Dębcu. W ocenie sądu, „to jedyna, kara, jaką za te czyny można wymierzyć”. 4 marca 2018 r. wskutek wybuchu gazu zawaliła się część kamienicy na poznańskim Dębcu. Prokuratura ustaliła, że bezpośrednią przyczyną eksplozji było celowe odkręcenie przez Tomasza J. rury doprowadzającej gaz do kuchenki. W ruinach znaleziono ciała pięciu osób; rannych zostało ponad 20 mieszkańców kamienicy.

Prokuratura oskarżyła Tomasza J. o zabójstwo żony, Beaty J., znieważenie jej zwłok, a także o zabójstwo czterech osób i usiłowanie zabójstwa 34 mieszkańców kamienicy poprzez doprowadzenie do wybuchu gazu. Tomasz J. został też oskarżony o spowodowanie wypadku drogowego, w wyniku którego ciężkich obrażeń doznał jego syn Kacper.

W środę Sąd Okręgowy w Poznaniu skazał Tomasza J. na karę dożywotniego pozbawienia wolności. O warunkowe przedterminowe zwolnienie Tomasz J. może się ubiegać po 30 latach. Sędzia Katarzyna Obst podkreśliła w uzasadnieniu, że „to jedyna, adekwatna kara, jaką za te czyny można wymierzyć”.

Wyrok nie jest prawomocny.

Przyznał się do spowodowania wypadku drogowego

Oskarżony był obecny podczas odczytywania wyroku. W środę, przed zamknięciem przewodu sądowego, złożył oświadczenie, w którym przyznał się jedynie do spowodowania wypadku drogowego, w którym uczestniczył jego syn Kacper. Jak mówił, „nie pamiętam okoliczności tego zdarzenia, oraz przyznaję, że mogłem przekroczyć prędkość. Nie wiem, jak to się stało, być może zarzuciło prowadzony przeze mnie pojazd, może wyskoczyło zwierzę. Być może źle się poczułem, zrobiło mi się słabo, może się zamyśliłem”.

– Jest mi bardzo z tego przykro i nie daje mi to spokoju. Bardzo martwię się o syna, nigdy bym jego nie skrzywdził. Bardzo mocno i z całego serca kocham Kacperka – powiedział.

To były jedyne słowa, które oskarżony wypowiedział w trakcie procesu; na pierwszej rozprawie odmówił uczestnictwa w kolejnych.
Źródło info i foto: polsatnews.pl