Czerwony Bór: Są wyniki zwłok noworodka znalezionego w sortowni śmieci. Chłopczyk padł ofiarą zabójstwa

Sekcja zwłok wykazała, że odnaleziony na wysypisku śmieci w Czerwonym Borze (woj. podlaskie)  martwy noworodek padł ofiarą zabójstwa – podaje lokalny serwis Poranny.pl. Ciało malca zostało odnalezione 8 maja, przez pracownika sortowni. Do zdarzenia doszło na Podlasiu, w zakładzie w miejscowości Czerwony Bór. Sprawę wyjaśnia Prokuratura Okręgowa w Łomży. Wiadomo, że zwłoki noworodka odkrył pracownik Zakładu Przetwarzania i Unieszkodliwiania Odpadów. Jak przekazały lokalne media, sekcja zwłok wykazała że chłopczyk padł ofiarą zabójstwa. Przyczyną zgonu był uraz wielomiejscowy.

Służby wciąż proszą o wsparcie informacyjne. Policja szuka osób, które wiedzą więcej o zabójstwie dziecka. Zapewniają anonimowość i proszą o kontakt z Komendą Wojewódzką Policji w Białymstoku lub pod numerem alarmowym 112.

„Każda przekazana policjantom informacja, nawet anonimowa, zostanie dokładnie sprawdzona” – zapewniał na łamach Kuriera Porannego Tomasz Krupa, rzecznik podlaskiej policji.

Biegli stwierdzili, że chłopczyk urodził się żywy, a przyczyną jego śmierci był wielomiejscowy uraz. Bardziej szczegółowe informacje będą jasne po dodatkowych badaniach. Śledczy szukają matki zabitego noworodka. Pogrzeb dziecka odbędzie się w poniedziałek 18 maja o godzinie 13.30 na cmentarzu komunalnym w Zambrowie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Czteroosobowa rodzina zginęła w pożarze. Po 12 latach zatrzymano dwóch mężczyzn podejrzanych o zabójstwo

Dwóch mężczyzn usłyszało zarzuty zabójstwa po pożarze, do którego doszło we Wrocławiu w 2007 roku. W płomieniach zginęła czteroosobowa rodzina.

W nocy z 23 na 24 lutego 2007 roku w czteropiętrowej kamienicy przy ulicy Świętego Wincentego we Wrocławiu doszło do pożaru. W płomieniach zginęły cztery osoby: małżeństwo i ich dwóch synów. Jak podkreślały służby, życie i zdrowie pozostałych mieszkańców budynku także było zagrożone.

– Po przyjeździe na miejsce zdarzenia mieszkanie i klatka schodowa były w płomieniach. Tych czterech osób nie dało się już uratować – relacjonował wtedy Ryszard Wierzbowski, ówczesny rzecznik wrocławskiej straży pożarnej.

– Z zebranych wówczas materiałów wynikało, że do tragedii mogło dojść poprzez nieumyślne spowodowanie pożaru. Sprawa została umorzona – przekazuje Iwona Jurkiewicz, rzecznik Centralnego Biura Śledczego Policji. Akta sprawy zostały zniszczone w kwietniu 2014 roku.

Jednak w trakcie rozpracowywania działalności jednego z dolnośląskich gangów śledczy trafili na nowe wątki, które pomogły rozwiązać tajemnicę tragicznego pożaru.

„W toku postępowania prokurator (….) ustalił, że sprawca pod osłoną nocy oblał benzyną drzwi wejściowe do jednego z mieszkań, w którym znajdowali się pokrzywdzeni. Wlał przy tym benzynę przez szparę w drzwiach do wnętrza lokalu, a następnie podpalił drzwi wejściowe odcinając drogę ucieczki śpiącym mieszkańcom” – czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej.

Prokuratura: działali jak włoska mafia

Na podstawie zgromadzonych dowodów – między innymi zeznań nowych świadków – jeszcze pod koniec listopada 2019 roku policjanci zatrzymali 33-latka. W grudniu z jednego z zakładów karnych do prokuratury doprowadzono drugiego, 37-letniego, mężczyznę, który zdaniem śledczych był zleceniodawcą. Przyczyną dramatu – jak ustalono – mogły być porachunki.

Podejrzanym przedstawiono zarzuty zabójstwa czterech osób w wyniku umyślnego podpalenia mieszkania, a także spowodowania zagrożenia dla życia i zdrowia pozostałych mieszkańców kamienicy. Mężczyznom zarzucono również udział w obrocie „znacznymi ilościami heroiny”. Decyzją sądu zostali tymczasowo aresztowani. Grozi im dożywocie.

Prokuratura Krajowa w swoim komunikacie podkreśla, że sposób działania sprawców był zbliżony do działania członków neapolitańskiej mafii „opisanej w książce Roberto Saviano pod tytułem „Gomorra” „.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Płock: Porwanie i brutalne zabójstwo 20-latka. Zwłoki zasypali wapnem. Trzech zatrzymanych

Szokująca i wyrachowana zbrodnia – tak o zabójstwie 20-latka spod Płocka mówią policjanci zaangażowani w sprawę. Podejrzani to trzej mężczyźni w wieku 18-24 lat, którzy w bestialski sposób mieli pozbawić życia swojego kolegę. Jego zwłoki przysypali wapnem.

Płocka policja we wtorek przyjęła zgłoszenie zawiadomienie o zaginięciu 20-latka z powiatu. Mężczyzna od poniedziałkowego popołudnia nie kontaktował się z rodziną. Funkcjonariusze w ciągu kilkunastu godzin odnaleźli osoby związane ze sprawą.

Trzej zatrzymani mężczyźni w trakcie przesłuchania potwierdzili podejrzenia funkcjonariuszy. Okazało się, że odpowiedzą nie tylko za porwanie i pozbawienie wolności kolegi, ale też za morderstwo. Prokuratura domaga się dla nich tymczasowego aresztu.

Brutalne zabójstwo 20-latka. Zwłoki zasypali wapnem

Młodzi mężczyźni w wieku 18-24 lata zwabili znajomego zamawiając jedzenie z restauracji, w której pracował – był dostawcą. „Mężczyzna został skrępowany przy użyciu taśmy klejącej i plastikowych zacisków, a następnie umieszczony w bagażniku. Spędził tam kilka godzin. Był wożony po okolicznych miejscowościach. Potem 20-latek został zabity” – mówi prokurator Norbert Pęcherzewski w rozmowie z RMF FM.

Śledczy podkreśla, że sprawcy zabili z motywacji zasługującej na szczególne potępienie, ale nie chce mówić o szczegółach. Podkreśla, że sprawa jest szczególnie bulwersująca i szokująca, a mężczyźni zabili swojego kolegę z zimną krwią. Zwłoki zakopali w lesie, a później przysypali wapnem. Przyznali się do winy.

Sprawcy jeszcze jako nieletni mieli konflikty z prawem. Grozi im od 12 lat więzienia do dożywocia.
Źródło info i foto: wp.pl

Włochy: Morderstwo 51-letniej Polki w Weronie. Sprawca sam zgłosił się na policję

51-letnia Polka została zamordowana w Weronie. Ciało znalazła lokalna policja w mieszkaniu kobiety. Do zabójstwa przyznał się 41-letni mężczyzna pochodzący z Tunezji. Morderca sam zgłosił się na komendę policji w Genui. Do informacji publicznej lokalne media podały informacje o zabójstwie 51-letniej kobiety z Polski. Ciało kobiety zostało znalezione w jej mieszkaniu na północy Włoch. 51-letnia Polka została zamordowana w Weronie.

Morderca sam zgłosił się na policję

Do zabójstwa przyznał się 41-letni mężczyzna pochodzący z Tunezji. Sam zgłosił się na komendę policji w Genui, gdzie przyznał się do zabójstwa kobiety. Został aresztowany przez lokalną policję. Obecnie trwa wyjaśnianie okoliczności zbrodni. Według pierwszych ustaleń do zabójstwa doszło podczas awantury w nocy z niedzieli na poniedziałek.
Źródło info i foto: se.pl

Pośrednik w sprawie zabójstwa Jana Kuciaka obciąża biznesmena

Zoltan Andrusko, pośrednik w zabójstwie słowackiego dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej, zeznał, że zlecenie, które przekazał zabójcom, otrzymał od Aleny Zsuzsovej, znajomej biznesmena Mariana Kocznera. To właśnie Koczner miał chcieć śmierci dziennikarza. Proces toczy się przed słowackim sądem w Pezinoku.

Zoltan Andrusko, który przyznał się do pośrednictwa w zleceniu zabójstwa reportera Jana Kuciaka, został skazany i odbywa prawomocny wyrok 15 lat pozbawienia wolności, we wtorek zeznawał przed sądem jako świadek.

Powtórzył wcześniejsze zeznania, że pośredniczył w zleceniu zamordowania Jana Kuciaka między Aleną Zsuzsovą a Tomaszem Szabo i Miroslavem Marczekiem – oskarżonymi o dokonanie zabójstwa. Śmierci dziennikarza śledczego miał chcieć biznesmen Marian Koczner.

Pośrednik w zabójstwie obciąża Kocznera

Kuciak i jego narzeczona Martina Kusznirova zginęli 21 lutego 2018 roku. Zlecenie na zabójstwo Andrusko miał dostać pod koniec 2017 lub na początku 2018 roku od Zsuzsovej. Andrusko zeznał, iż kobieta powiedziała mu, „że tak to trzeba rozwiązać, żeby Kuciak zniknął, aby go nie znaleźli”.

W trwających dwie godziny wtorkowych zeznaniach Zoltan Andrusko opisywał przed sądem swoją znajomość z Zsuzsovą i jej znajomość z Kocznerem. Powiedział, że Koczner miał dobre, koleżeńskie stosunki z politykami. Wymienił byłego premiera Roberta Fico, byłego ministra spraw wewnętrznych Roberta Kaliniaka i byłego szefa policji Tibora Gaszpara. Dla Andruski miała to być gwarancja bezkarności Zsuzsovej.

Po raz pierwszy od początku rozprawy na sali sądowej doszło do konfrontacji świadka z oskarżonym, który starał się wykazać błędy w wypowiedziach Andruski. Koczner domagał się między innymi sprecyzowania informacji o charakterze swoich rzekomych relacji z politykami.

Pytał też, skąd świadek czerpał wiadomości na jego temat. Andrusko powtórzył, że o Kocznerze mówiła Zsuzsova, a wiedzę o nim miał z mediów. – Wszyscy na Słowacji wiedzą, kim jest Koczner – powiedział przed sądem.

Andrusko zeznał, że od Zsuzsovej, z którą przyjaźnił się od kilku lat, usłyszał, że w 2010 roku kazała zabić burmistrza miasteczka Hurbanovo Laszlo Basternaka (rzeczywiście został zamordowany).

Miał też dostać propozycje pośrednictwa w dokonaniu morderstw. Za jedno z tych zleceń, dotyczące prokuratora Marosza Żilinki, miał otrzymać w 2017 roku 20 tysięcy euro. Ponieważ do zabójstwa nie doszło, chciał zwrócić pieniądze i wówczas padło nazwisko Kuciaka. Później Zsuzsova miała mu jeszcze zapłacić co najmniej 50 tysięcy euro.

Obrońca Zsuzsovej Sztefan Neszmery powiedział dziennikarzom, że Andrusko od początku procesu twierdzi, że dostał zlecenie od jego klientki. – Teraz naszym zadaniem będzie obalenie tego twierdzenia – powiedział. Koczner i Zsuzsova słowa świadka określili jako niewiarygodne.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Groził prezydentowi Olsztyna. Zapadł wyrok w sprawie

Sąd Rejonowy w Olsztynie skazał Sergiusza P. na karę roku i dwóch miesięcy więzienia. Mężczyzna groził prezydentowi miasta Piotrowi Grzymowiczowi. Usłyszał również zakaz zbliżania się do niego na odległość mniejszą niż 100 metrów przez 5 lat. Sergiusz P. groził Grzymowiczowi w sieci. Opublikował groźby pod adresem Piotra Grzymowicza dzień po zabójstwie Pawła Adamowicza na internetowym forum lokalnej gazety. „Trzeba mu podciąć gardło” – napisał m.in. Sergiusz P.

W jego mieszkaniu policja znalazła także blisko 400 gramów narkotyków.

Sergiusz P. przyznał się do winy, tłumaczył się, że działał pod wpływem impulsu. Wskazywał na to, że kilka razy przeprosił Grzymowicza w jego obecności. Dodatkowo Sergiusz P. uzgodnił z pełnomocnikiem prezydenta Olsztyna, że wpłaci na cel charytatywny 2 tys. złotych.
Źródło info i foto: wp.pl

Lubuskie: Efekty kontroli wewnętrznych po zabójstwie młodej Ukrainki Kristiny V.

Dymisje, postępowania dyscyplinarne i wyjaśniające w lubuskiej policji – to efekty kontroli wewnętrznych rozpoczętych po zabójstwie młodej Ukrainki Kristiny V. Kobieta szukała ochrony przed jej przyszłym zabójcą, ale jej nie znalazła. Na razie nie wiadomo jednak, czy to wyłącznie błędy ludzkie, czy winny jest system działania policji.

Mordercą 26-letniej Ukrainki był jej równolatek, mieszkaniec Gorzowa Paweł R. Kamery monitoringu pralni, w której pracowała kobieta, zarejestrowały zabójstwo: 11 września mężczyzna wszedł do środka, wyciągnął broń i z bardzo bliskiej odległości strzelił jej w głowę. W trzy godziny po dokonaniu zabójstwa sam został śmiertelnie postrzelony przez niemieckich policjantów na autostradzie pod Berlinem.

– Nie chciała być z Pawłem R., dlatego odgrażał się jej wielokrotnie. On się w niej zakochał na zabój, nagabywał ją, wysyłał SMS-y – relacjonowali dziennikarzom „Uwaga TVN” znajomi Kristiny i Pawła R. Z dotychczasowych ustaleń policji wiadomo, że mężczyzna strzelił z broni „czarnoprochowej”, na którą nie jest potrzebne żadne zezwolenie.

Tylko wykroczenie

Po zabójstwie komendant główny policji generał Jarosław Szymczyk zdecydował, że wszystkie okoliczności działań lubuskiej policji mają wyjaśnić doświadczeni funkcjonariusze z biura kontroli. Poznaliśmy wstępne ustalenia opisane w ich raporcie. Wiadomo, że młoda Ukrainka w połowie czerwca przyszła do komisariatu II w Gorzowie. Prosiła policjantów o pomoc. Tłumaczyła, że czuje się zastraszana przez Pawła R.

– Oficer dyżurny po wysłuchaniu kobiety uznał, że działania Pawła R. to wyłącznie wykroczenie, a nie przestępstwo – mówi nasz rozmówca z lubuskiej policji.

Już następnego dnia komendant komisariatu potwierdził decyzję oficera dyżurnego i skierował sprawę do prowadzenia przez funkcjonariusza referatu do spraw wykroczeń. Chodzi o wykroczenie z artykułu 107 Kodeksu wykroczeń, który mówi o „złośliwym dokuczaniu innej osobie”. Grozi za to kara ograniczenia wolności (np. do ograniczenia pobytu do miejsca zamieszkania) lub grzywna w maksymalnej wysokości 1500 złotych.

Doświadczony funkcjonariusz policji w ten sposób wyjaśnia znaczenie decyzji oficera dyżurnego, którą potwierdził później komendant: – Artykuł 107 Kodeksu wykroczeń jest stosowany najczęściej w przypadku sporów sąsiedzkich. Oficer dyżurny miał wybór, mógł zakwalifikować doniesienie Kristiny jako przestępstwo z artykułu 190 Kodeksu karnego, czyli gróźb karalnych. To otwiera drogę policjantom i prokuraturze do zdecydowanych działań, jak wydania zakazu zbliżania się, kontaktowania, a nawet objęcia ochroną osoby zagrożonej. Nasz rozmówca prosi przy tym o zachowanie anonimowości.

Pomoc policjanta

Postępowanie o wykroczenie szybko trafiło z komisariatu do Sądu Rejonowego w Gorzowie, który już na początku września uznał winę Pawła R. i ukarał go finansowo. Niemal w tym samym czasie w pomoc Kristinie V. zaangażował się funkcjonariusz miejscowego zarządu Centralnego Biura Śledczego Policji.

– Skontaktował się z nim kolega Kristiny, opowiedział o jej problemach z Pawłem R. O rosnącym strachu, kolejnych pogróżkach kierowanych przez SMS-y i poprzez komunikatory. Policjant przejrzał materiały, przejął się sprawą. Wszyscy wspólnie pojechali ponownie do komisariatu – relacjonuje nam osoba znająca kulisy sprawy.

Policjanta z CBŚP, Kristinę V. oraz jej kolegę przyjął zastępca komendanta komisariatu. Ukrainka potwierdziła wtedy, że Paweł R. kieruje wobec niej groźby karalne. Jednak nie złożyła zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa z artykułu 190 tego dnia – policjanci z pionu dochodzeniowego byli zajęci innymi sprawami.

– Następnego dnia policjant z CBŚP osobiście napisał zawiadomienie do prokuratury, skierował wniosek o ściganie Pawła R. Jednak Kristina V. nie złożyła pod tym dokumentem swojego podpisu, bo uznała, że poprzedniego dnia źle została potraktowana na komisariacie – mówi nasz rozmówca.

To ważny moment, gdyż zgodnie z kodeksowymi zapisami przestępstwo groźby karalnej – czyli właśnie artykuł 190 Kk – ścigane jest na wniosek pokrzywdzonego. To znaczy, że ani policja, ani prokuratura bez inicjatywy ze strony osoby zagrożonej nie mogą podejmować żadnych czynności.

W służbie statystyki

Dlaczego Kristina V. tak się zachowała? – Proszę wczuć się w jej sytuację. Imigrantka, starająca się ułożyć sobie życie w nowym kraju. Jej było strasznie ciężko zdecydować się na działania przeciwko Polakowi. Bała się, że straci szansę na stały pobyt, pracę i przyszłość – mówi dziennikarzowi tvn24.pl jeden z jej polskich znajomych. A dlaczego tak się zachowywali funkcjonariusze z komisariatu II w Gorzowie Wielkopolskim?

– Myślę, że minimalne znaczenie miała narodowość dziewczyny. Dla mnie działanie oficera dyżurnego i jego przełożonego to klasyczna ucieczka przed wszczęciem postępowania o przestępstwo. To rzutuje na statystykę przestępczości, która jest ujęta w mierniki. A jak ktoś ma złe wyniki, to obrywa na odprawach, więc najlepiej jest spychać przestępstwa na wykroczenia – mówi doświadczony funkcjonariusz. – Policjant z CBŚP nie ma mózgu opanowanego przez dążenie do sukcesu statystycznego i dzięki temu dobrze ocenił sytuację. Bo Centralne Biuro Śledcze jest w ogromnej mierze wolne od statystyki – dodaje.

– Gdy będą znane pełne wnioski z kontroli w tej sprawie, natychmiast je wdrożymy – deklaruje rzecznik lubuskiej Komendy Wojewódzkiej Policji nadkomisarz Marcin Maludy.

Kontrola kontroli

W Komendzie Głównej Policji potwierdziliśmy oficjalnie odwołania z funkcji komendanta i zastępcy komendanta komisariatu II w Gorzowie Wielkopolskim.

– Dodatkowo prowadzone są postępowania dyscyplinarne wobec funkcjonariusza komisariatu, który prowadził czynności po pierwszym zgłoszeniu o zagrożeniu od Kristiny V. Prowadzone są również czynności wyjaśniające wobec funkcjonariuszy wydziału kontroli komendy wojewódzkiej, którzy jako pierwsi badali sprawę – usłyszeliśmy w KGP.

Udało nam się również potwierdzić, że trwa „postępowanie wyjaśniające” wobec funkcjonariuszy pionu kontroli wewnętrznej z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie, wysłanych na miejsce tuż po zabójstwie. Ich zadaniem było prześwietlenie działań policjantów z komisariatu i przedstawienie raportu przełożonym.

– Mamy podejrzenia, że nie przedstawili prawdziwego przebiegu zdarzeń. Nie tyle chcieli bezstronnie skontrolować działanie policjantów z komisariatu, co je wytłumaczyć – mówi nam oficer komendy głównej policji.

Niezależne od ustaleń kontrolerów Komendy Głównej Policji śledztwo prowadzi także prokuratura wspólnie z Biurem Spraw Wewnętrznych, czyli „policją w policji”. Prokuratorzy będą oceniać działania funkcjonariuszy w kontekście ewentualnej odpowiedzialności karnej – żadne takie decyzje jeszcze nie zapadły, choć np. niedawno na komisariacie II „policja w policji” zabrała wszelkie dokumenty związane ze sprawą Kristiny V. Natomiast ustalenia kontroli wewnętrznej służą komendantowi głównemu policji i komendantom wojewódzkim do podejmowania decyzji personalnych, takich jak dymisje lub nawet wydalenie ze służby, a także do wprowadzania zmian w funkcjonowaniu policji.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Sprawa zabójstwa 16-latka w warszawskiej szkole. Nowe fakty

Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi Południe zdecydował w środę, że Emil B. będzie sądzony jak dorosły w sprawie zabójstwa 16-letniego Kuby, do którego doszło w w maju w szkole w Wawrze. Do dramatu doszło 10 maja w Szkole Podstawowej nr 195 w Wawrze podczas przerwy. 15-letni Emil B. śmiertelnie ranił nożem 16-letniego Kubę. Po tragedii Emil B. trafił do schroniska dla nieletnich. Sąd zdecydował też o poddaniu nastolatka obserwacji psychiatrycznej, która się zakończyła.

Dzień po zabójstwie sąd zdecydował o przekazaniu sprawy prokuraturze. Wówczas do sądu wpłynęło zażalenie obrońcy na tą decyzję. Zażalenie złożyła także matka i ojciec chłopaka.

Będzie odpowiadał jak dorosły

W środę Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi Południe zdecydował, że Emil B. będzie odpowiadał za zabójstwo jak dorosły. – Sąd oddalił wszystkie zażalenia na postanowienie Sądu Rejonowego, co oznacza, że będzie prowadzone postępowanie i będzie odpowiadał na zasadach ogólnych przewidzianych w kodeksie karnym, potocznie mówiąc jak dorosły –przekazał w środę PAP sędzia Marcin Kołakowski, rzecznik Sądu Okręgowego Warszawa-Praga. Emilowi B. grozi nawet dożywocie.

W sprawie morderstwa w szkole w Wawrze oprócz Emila B. zatrzymano jeszcze czworo innych nieletnich. Wszyscy zostali umieszczeni w schroniskach.

15-latek brał narkotyki?

Według informacji, do których dotarliśmy wiele wskazuje na to, że 15-letni morderca Emil B., kiedy zaatakował nożem Jakuba K. mógł być pod wpływem amfetaminy. – Z tego co wiem, Emil kilka dni przed tą tragedią miał brać narkotyki – mówi nam jeden z uczniów szkoły.

Potwierdzają to policyjne ustalenia, do których dotarł Fakt. Dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że w moczu Emila wykryto obecność narkotyków. Wyniki badań toksykologicznych krwi Emila powinny być znane w ciągu kilku najbliższych dni.

Atak na Kubę był planowany od dawna?

Znajomi Kuby mówili Stołecznej „Gazecie Wyborczej”, że atak na chłopaka był planowany od miesięcy. – Pisali o tym na Facebooku – krzyczała jedna z uczennic przed szkołą. Emil B. miał rzucić się na kolegę na przerwie. Uczniowie mówili, że dźgnął 16-latka w plecy. Kuba uciekł do klasy, co zdaniem nastolatków było błędem, bo tam dopadł go napastnik. Po wszystkim miał pociąć sobie rękę, uśmiechnąć, a następnie pójść do pielęgniarki. Powiedział jej, że to Kuba go zaatakował.

Tego samego dnia do szkoły wybrali się rodzice zastępczy Kuby, którzy wychowywali go od śmierci matki. Chcieli, by dyrekcja uważała na Emila. Obawiali się, że może skrzywdzić ich syna. Napastnik miał wysłać swojej ofierze SMS, w którym napisał „w piątek będziesz gwiazdą telewizji”. Mimo to – jak twierdziła jedna z uczennic – nikt nie zareagował.

Reporter „Gazety Wyborczej” dowiedział się, że Emila bali się nie tylko uczniowie, ale i nauczyciele. Chłopak był nad wiek wyrośnięty, rzekomo ciągle zaczepiał innych i bił, a zeszłym roku miał złamać komuś obojczyk. Od września uczył się indywidualnie, ale to nie rozwiązało problemu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zwrot ws. zabójstwa małżeństwa Jaroszewiczów

Dariusz S. — jeden z oskarżonych o uprowadzenie 10-letniego chłopca oraz krakowskiego biznesmena — przyznał, że w 1992 r. brał udział w zabójstwie byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza i jego żony. Była to jedna z najbardziej tajemniczych zbrodni w historii kraju.

O sprawie informuje „Interwencja” Polsatu. Dariusz S. został wydany policji przez Bogusława K. w toku śledztwa dotyczącego porwania 10-letniego Kamila w Krakowie w 2017 r. Bogusław K. zeznał, że w 2013 r. razem z nim uprowadził też krakowskiego biznesmena, 76-letniego Zbigniewa P. Mężczyzna nie przeżył porwania.

Jak przypomina „Interwencja”, Dariusz S. poszedł na współpracę z policją. Okazało się, że już w latach 90. miał konflikty z prawem. Działał w tzw. gangu karateków, zajmujących się napadami na domy. Podczas jednego z przesłuchań wyznał, że brał udział w zabójstwie 83-letniego premiera Piotra Jaroszewicz i jego żony, 67-letniej Alicji Solskiej. Nie wiadomo na razie, jaka była rola Dariusza S. Śledczy nie ujawniają szczegółów.

Kto zabił premiera?

Jaroszewiczów zamordowano w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. w ich willi w podwarszawskim Aninie.

W marcu 2018 r. minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro poinformował na konferencji prasowej, że zatrzymano w tej sprawie trzy osoby. – Dwóch [domniemanych] sprawców zabójstwa, którym ogłoszono zarzuty i przesłuchano jako podejrzanych w tej sprawie, przyznało się do popełnienia tej zbrodni i opisało szczegóły przebiegu przestępstwa zabójstwa oraz rabunku – poinformował Ziobro.

Dodał, że trzeci podejrzany nie przyznał się i odmówił składania wyjaśnień.

Kilka dni temu do sądu trafił akt oskarżenia w sprawie dwóch porwań, w których brał udział Dariusz S. Do końca roku prokuratura zapowiada również akt oskarżenia w sprawie Jaroszewiczów – informuje Polsat. Dariusz S. o ma być też oskarżony o dwa inne napady sprzed lat, w tym jeden zakończony zabójstwem.
Źródło info i foto: onet.pl

Zabójstwo Pawła Adamowicza. Oskarżono pracownika ochrony finału WOŚP

Pracownik ochrony finału WOŚP w Gdańsku z 13 stycznia oskarżony. Wówczas doszło do ataku na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Po zabójstwie Dariusz S. miał wprowadzić w błąd śledczych i namawiać do tego innych. Gdańska prokuratura oskarżyła pracownika ochrony WOŚP o składanie fałszywych zeznań oraz podżeganie innych do ich składania.

Dariusz S. miał wprowadzić policję w błąd, informując, że zabójca Pawła Adamowicza – Stefan W.,dostał się na scenę dzięki plakietce z napisem „Media”. Dał nawet policjantom identyfikator, którym miał się posługiwać napastnik.

Tragedia w Gdańsku

Przypomnijmy, że w niedzielę 13 stycznia o godz. 19:55 27-letni mieszkaniec Gdańska Stefan W. wszedł na scenę przed światełkiem do nieba WOŚP. Mężczyzna zaatakował nożem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Zadał mu kilka ciosów. Urazy prezydenta Gdańska były bardzo ciężkie; poważna rana serca, rana przepony, jamy brzusznej. Mimo kilkugodzinnej operacji, przetoczenia 20 litrów krwi, lekarze poinformowali, że nie udało się go uratować. Zmarł dzień później.

27-latek po ataku na Pawła Adamowicza przez mikrofon krzyczał: – Halo! Halo! Nazywam się Stefan W., siedziałem niewinny w więzieniu. Platforma Obywatelska mnie torturowała, dlatego właśnie zginął Adamowicz.
Źródło info i foto: wp.pl