Zabójstwo w Nowym Dworze Gdańskim. Oprawca interesował się okultyzmem, kanibalizmem

23-letnia Paulina zginęła z rąk swojego byłego chłopaka. Patryk D. ściągnął ją do Nowego Dworu Gdańskiego i udusił, a następnie poćwiartował jej ciało i zakopał w różnych miejscach. Prawdę ukrywał przez dwa miesiące. – Ktoś mówił, że częściowo ściągnął z niej skórę, że pocięta była, że włożył w worki, gdzieś pozakopywał. Głowy nie mogli znaleźć – rozpacza matka Pauliny. Reportaż „Interwencji”.

Paulina Pianka miała 23 lata. Pochodziła z Balik – niewielkiej wsi koło Łomży w Podlaskiem. Wychowała się w rolniczej rodzinie, ale zawsze marzyła o tym, aby zamieszkać w mieście. Kilka lat temu przez internet poznała chłopaka z Pomorza, mieszkańca Nowego Dworu Gdańskiego – Patryka D.

– My już mieliśmy tyle tych telewizji, tyle wszystkiego, ja naprawdę nie mam ochoty rozmawiać. Proszę mnie nie kamerować – mówi ojciec Patryka D. reporterom „Interwencji”.

„Chciał do jakiegoś bractwa rycerskiego należeć”

– Przyjeżdżając tutaj był normalnym chłopakiem. Widać było, że byli zadowoleni, szczęśliwi, razem chodzili nad rzekę, na spacery… Zbierał jakieś takie te bronie, miecze, siekiery. Chciał do jakiegoś bractwa rycerskiego należeć. Jedną rzeczą, co powiedzmy tak odpychało Paulę od niego, to było, że chodząc na te spacery rozcinał żaby. Po prostu chlast i ta żaba się rozcinała. Nie robiło to na nim żadnego wrażenia – opowiada Ewa Pianka, matka zamordowanej Pauliny.

– To był chłopak taki, który stronił gdzieś tam od znajomości, który nie miał jakichś tam szczególnych kontaktów ze swoimi rówieśnikami. Jest jeszcze profil na Pintereście. Mamy tu takie „ciekawe” obrazki: wojowników, miecze, kryształy… Rzeczy związane z okultyzmem, kanibalizmem – mówi Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Świadkowie twierdzą, że Patryk starał się kontrolować Paulinę, nawet na odległość, ale ona zdawała sobie z tego sprawę.

– Bez przerwy było pisane, on wiedział wszystko. A czy najadłaś się, a czy się ubrałaś – wiedział wszystko. Wiedział dokładnie, gdzie jest i co robi – opowiada Ewa Pianka, matka Pauliny w rozmowie z „Interwencją”.

Nie pogodził się z odejściem Pauliny

Wiosną zeszłego roku Paulina zerwała z Patrykiem. Kilka miesięcy później wyprowadziła się też z rodzinnego domu. Wyjechała do Warszawy. Razem z koleżanką wynajęła mieszkanie na Białołęce. Patryk nigdy nie pogodził się jednak z tym, że dziewczyna postanowiła od niego odejść.

– Od czerwca radykalnie zmienił swoje zachowanie w stosunku do niej, chciał żeby ona mu znowu zaufała, żeby do niego wróciła – twierdzi Anita Suchińska Miszczuk, administratorka strony „Gdziekolwiek jesteś” na Facebooku.

– Ona próbowała sobie ułożyć życie w tej Warszawie, spotkała jakiegoś chłopaka, który ją zawiódł… i to było chyba na chwilę przed tym, jak ona tutaj przyjechała – relacjonuje Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

– Uważam, że przyjechał po nią z Gdańska, zawiózł na wieś i zamordował tam. Tej samej nocy – dodaje Krzysztof Pianka, ojciec Pauliny.

Zniknęła po sprzeczce ze współlokatorką

Jest 7 marca tego roku. Wieczorem pomiędzy Pauliną a jej współlokatorką dochodzi do sprzeczki. Paulina pakuje kilka ubrań i w pośpiechu wychodzi z domu. Chwilę później… po prostu znika.

– Była widziana w Nowym Dworze Gdańskim, służby też ustaliły, że ona tutaj była… Szła z walizką w towarzystwie Patryka – mówi Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Ewa Pianka cytuje ostatniego SMS-a, którego otrzymała 8 marca tuż przed godziną 18.

„Mieszkanie mamy na teraz, chcę trochę czasu dla siebie. Byłabym wdzięczna za jakieś dwa miesiące bez kontaktu”.

Rodzice Pauliny uważają, że to nie ich córka wysłała tę wiadomość, a Patryk. Ten relacjonuje policji, że spotkał się z dziewczyną, ale rozstali się w lesie.

Morderca „pękł” po dwóch miesiącach

– Nie ma ciała, sprawca się nie przyznaje, więc podejrzewam, że policjanci nie mogą zrobić nic więcej. Mogą tylko czekać, mogą wyjaśniać jakieś tam okoliczności, czekać, aż popełni błąd albo ewentualnie coś gdzieś wypłynie – komentuje Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Poszukiwania Pauliny trwały dwa miesiące. 30 kwietnia w sprawie nastąpił nieoczekiwany przełom. W rozmowie z policjantami Patryk pękł. Przyznał się do zamordowania Pauliny. Pokazał też miejsce, w którym ukrył jej szczątki.

– Powiedzieli, że znaleźli zwłoki, prawdopodobnie naszej córki i nie będziemy mogli tego zobaczyć osobiście, za bardzo zmasakrowane. Były ukryte w promieniu jednego kilometra. Po prostu szedł, co jakiś czas wykopał dół i wkładał następną część. To miało być zabójstwo doskonałe. Tak powiedział policji – mówi Krzysztof Pianka, tata Pauliny.

– Udusił ją, ktoś mówił, że częściowo skórę z niej ściągnął, że pocięta była, że włożył w worki, gdzieś pozakopywał. Głowy nie mogli znaleźć – rozpacza mama Pauliny.

– Nie mogę tego w tej chwili potwierdzić ani zaprzeczyć temu, natomiast… Nie dementuję, ale… nie chcę powodować, że po mojej wypowiedzi pojawią się jakieś kolejne informacje – odpowiada Mariusz Duszyński z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

„Mógłby chcieć spróbować jeszcze raz”

– Być może nagrywał, bo chciał mieć z tego zabójstwa pamiątkę, która będzie mu potem służyła do przeżywania na nowo aktu morderstwa. Uważam, że gdyby pozostał na wolności, mógłby chcieć je powtórzyć za jakiś czas – komentuje Łukasz Wroński z Centrum Psychologii Kryminalnej.

Patryk D. został aresztowany na trzy miesiące. Za zamordowanie Pauliny grozi mu dożywocie. Wcześniej najprawdopodobniej trafi jednak na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Tam biegli zadecydują, czy dwudziestolatek kiedykolwiek odpowie za swoją zbrodnię.

– Sprawca, który popełnił tego typu zbrodnię i miało to związek z jego fantazjami, po wyjściu, nawet po 25 latach, może dalej popełniać tego typu zbrodnie – uważa Łukasz Wroński z Centrum Psychologii Kryminalnej.

– Jeżeli wyjdziesz stamtąd… pod jakimkolwiek pozorem… zrobię to samo, co ty z moją córką. Pamiętaj o tym – dodaje Krzysztof Pianka, ojciec zamordowanej Pauliny.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zakopał zwłoki matki w ogródku

Własnymi rękami wykopał głęboki na przynajmniej metr dół i zakopał w nim ciało matki, a potem wrócił do normalnego życia. 57-letni Jakub nie miał żadnych skrupułów, aby pobierać za staruszkę emeryturę, na czym przez 5 lat wzbogacił się aż o 45 tysięcy złotych. – To by wyjaśniało skąd miał pieniądze na życie, skoro nie pracował – tak o tajemniczym sąsiedzie mówią mieszkańcy Chocianowa (Dolny Śląsk), dokąd wyrodny syn przeprowadził się chwilę przed zaginięciem 88-letniej emerytki.

– Jakub był trochę dziwny, ale też i rzeczowo porozmawiał, grzecznie się przywitał. Trudno uwierzyć, że zrobił coś takiego – mówi jeden z sąsiadów 57-latka. Jak dodaje, pamięta, podobnie jak pozostali mieszkańcy ulicy, przeprowadzkę mężczyzny z Łodzi, ale jego matkę mało kto widywał. Albo nigdy, albo kilka razy – wiele lat temu.

Sąsiedzi znali Jakuba przede wszystkim jako amatora sportu, a przede wszystkim kolarstwa i biegania. Ściany w domu Jakuba obklejone były cyklistami, wszędzie leżały kaski. – Lubił sport, a przede wszystkim rower. Miał też drążek zamontowany w domu i nie pił alkoholu. Był drobnym mężczyzną, ale wysportowanym – opisuje go sąsiad. To by wyjaśniało skąd bezduszny syn wziął siłę, aby zrealizować swój okrutny plan. Jak zeznał śledczym, gdy jego matka zmarła po ciężkiej chorobie, zakopał ją w ogródku.

Staruszka bez godnego pochówku

Zamiast zapewnić jej godny pochówek, połasił się na pieniądze staruszki i od 2014 pobierał jej emeryturę. To najprawdopodobniej właśnie wtedy kobieta zmarła, albo… została zamordowana. Więcej powie jednak dopiero sekcja zwłok. Jakub usłyszał na razie 4 zarzuty: nieudzielenia pomocy, znieważenia zwłok, wyłudzenia świadczeń emerytalnych i ukrywania legitymacji emerytalnej.

– O tym, że syn zakopał matkę w ogródku śledczych poinformował świadek – wyjaśnia Lidia Tkaczyszyn rzecznik Prokuratury Okręgowej w Legnicy. Niewykluczone, że wyrodnego syna od lat dręczyły wyrzuty sumienia i starał się walczyć z nimi pogrążając się w modlitwie. W jego domu bowiem, oprócz atrybutów sportowych, nie brakowało symboli religijnych. Na elewacji samego domu natomiast przymocował gigantyczny metalowy krzyż.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Ciechanów: Zakopał zwłoki matki i pobierał jej emeryturę

Fot. Damian Klamka/East News Nowy Sacz 11.08.2019. n/z tasma policyjna

Syn zakopał zwłoki matki w ogrodzie i przez pięć lat pobierał jej emeryturę. Prokurator postawił mu zarzut znieważenia zwłok, wyłudzenia świadczeń i tego, że nie wezwał pomocy medycznej do chorej matki. Do zdarzenia doszło w 2014 roku w Ciechanowie na Dolnym Śląsku. Jak przekazała Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Legnicy prok. Lidia Tkaczyszyn, „dzięki informacji od świadka śledczy dowiedzieli się, że syn zakopał po śmierci matki jej ciało w ogrodzie na terenie posesji, którą chwilowo wynajmowali i w której mieszkali”.

Po wszystkim mężczyzna wyjechał z miejscowości, jednocześnie od 2014 pobierał emeryturę. Łącznie wyłudził w ten sposób pond 45 tys. zł. Podejrzany przyznał się do tego, że zakopał ciało matki i wyłudzał jej emeryturę. Został aresztowany na trzy miesiące. 

Nie wiadomo jeszcze, jaka była przyczyna śmierci kobiety. Wykaże to sekcja zwłok. Syn twierdzi, że jego matka była chora. Prokurator postawił mu więc zarzut nieudzielenia pomocy, bo nie wezwał do niej służb medycznych. 
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Prokuratura w Słupsku: Daniel M. zakopał zamordowaną żonę w średniowiecznej studni. Zalał betonem i zakrył cegłami

Prokuratura Okręgowa w Słupsku skierowała do sądu akt oskarżenia wobec 43-letniego Daniela M., któremu zarzuca zabójstwo żony Angeliki J., zaginionej w październiku 1998 r., oraz wyłudzenie alimentów na rzecz małoletniej wówczas córki. Według prokuratury do zabójstwa Angeliki J. doszło 2 października 1998 r. w Debrznie w powiecie człuchowskim w mieszkaniu zajmowanym przez oskarżonego i jego żonę.

Torba ze zwłokami w średniowiecznej studni

Do sądu został skierowany akt oskarżenia wobec Daniela M. o zabójstwo żony Angeliki J., a także wyłudzenia alimentów na rzecz małoletniej córki – poinformował w poniedziałek rzecznik Prokuratury Okręgowej w Słupsku Paweł Wnuk.

Według niego w śledztwie ustalono, że Daniel M. „po powrocie z pracy do domu w godzinach popołudniowych najprawdopodobniej udusił swoją żonę wcześniej przygotowanym kablem elektrycznym”. Mężczyzna miał umieścić zwłoki w torbie podróżnej, którą następnie ukrył w piwnicy, w miejscu, gdzie znajdowały się pozostałości średniowiecznej studni. Wylał tam potem betonową posadzkę, a całą podłogę wyłożył cegłami.

Według prokuratury po zabójstwie poinformował znajomych i bliskich, że Angelika J. go porzuciła, wyjechała do Piły do rodziny, a potem do Niemiec. Według niego miała ona tam zaginąć.

Rozwiódł się z zamordowaną, brał alimenty

Z ustaleń śledztwa wynika także, że Daniel M. po zgłoszeniu zaginięcia żony już 19 października 1998 r. „wystąpił do sądu z pozwem o rozwód z jednoczesnym wnioskiem o zasądzenie alimentów od Angeliki J. na rzecz ich małoletniej córki”. Pieniądze – od 100 do 300 zł miesięcznie – pobierał na rzecz córki do 1 stycznia 2009 r. Łącznie uzyskał w ten sposób z Funduszu Alimentacyjnego słupskiego oddziału ZUS ponad 14,8 tys. zł.

Szczątki kobiety znaleziono 24 kwietnia 2017 r. pod posadzką w piwnicy domu, w którym Daniel M. wciąż mieszkał. Mężczyznę zatrzymała policja. Usłyszał zarzut zabójstwa i został tymczasowo aresztowany.

W sprawie zlecono kilka opinii, w tym: psychiatryczną dotyczącą podejrzanego, z zakresu portretu psychologicznego sprawcy na podstawie pisma podejrzanego, a także z badań antropologicznych i uzupełniającą z badań medycznych.

Wyniki badań DNA szczątków znalezionych w piwnicy, ujawnione w maju 2017 r. przez prokuraturę, potwierdziły z prawdopodobieństwem sięgającym 99 proc., że to zwłoki 20-letniej Angeliki J., która była żoną Daniela M. i matką ich dziecka. Po latach od jej zaginięcia mężczyzna doprowadził do przeprowadzenia rozwodu.

Zagadkę rozwiązało Archiwum X z Gdańska

Śledztwo w sprawie zabójstwa Angeliki J. Prokuratura Okręgowa w Słupsku wszczęła w połowie kwietnia 2017 r. po ustaleniach dokonanych przez pracowników sekcji kryminalnej Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, zajmujących się poszukiwaniami i identyfikacją osób, oraz funkcjonariuszy tzw. policyjnego Archiwum X, badających niewyjaśnione sprawy sprzed lat.

Daniel M. przebywa obecnie w areszcie. Do zabójstwa się nie przyznał. Grozi mu dożywocie. W śledztwie odmawiał złożenia wyjaśnień.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Francja: Tragiczny finał zaginięcia 9-letniej Maelys

​”Tragiczny finał sprawy zaginięcia 9-letniej Maelys”, „Sprawdziły się najgorsze obawy” – tak nadsekwańskie media komentują fakt, że główny podejrzany, znajdujący się areszcie śledczym, były żołnierz przyznał się do zabicia dziewczynki, której od blisko pół roku szukała cała Francja. Komentatorzy podkreślają, że rodzice 9-latki do końca mieli nadzieję, iż ich córka żyje. Niestety w samochodzie głównego podejrzanego – byłego francuskiego żołnierza Nordahla Lelandaisa – odkryto mikroskopijne ślady krwi dziewczynki.

Mężczyzna przyznał się do jej porwania w czasie wesela w miejscowości Pont-de-Beauvoisin we francuskich Alpach. Wskazał miejsce w pobliskim lesie, gdzie zakopał jej ciało. Tam odkryto szczątki 9-latki. Domniemany morderca będzie przesłuchany już dziś.
Źródło info i foto: RMF24.pl

41-latek zakopał zwłoki swojej ofiary na podwórku

Policjanci z Zespołu ds. Poszukiwań i Identyfikacji Osób rybnickiej komendy rozwiązali zagadkę zaginięcia sprzed 7 lat. Na jednej z posesji odnaleźli zakopane szczątki ludzkie. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że należą do mężczyzny, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął wtedy w Rybniku. Zatrzymanemu w tej sprawie 41-latkowi przedstawiono zarzut zabójstwa. Podejrzany przyznał się do zarzucanego mu czynu.

Policjanci z Zespołu ds. Poszukiwań i Identyfikacji Osób Wydziału Kryminalnego rybnickiej komendy pracowali nad sprawą zaginięcia mieszkańca Rybnika. Mężczyzna zaginął w 2010 roku. Z zebranych wówczas materiałów wynikało, że 61-latek mógł wyjechać za granicę lub na północ Polski. Przez wiele lat nie udało się tej wersji wykluczyć. Kryminalni przypuszczali jednak, że los zaginionego mógł być zupełnie inny. Powtórnie bardzo wnikliwie przeanalizowali zgromadzone w tej sprawie informacje i zapisy. Śledczy podejrzewali, że w sprawę tajemniczego zaginięcia jest zamieszany bliski znajomy zaginionego, z którym policjanci w najbliższych dniach zaplanowali czynności służbowe. W środę, na kilka dni przed tymi czynnościami, 41-letni mieszkaniec Rybnika sam zgłosił się do komendy i przyznał się do zabójstwa 61-latka. Opowiedział policjantom co wydarzyło się w połowie 2010 roku i wskazał miejsce, w którym zakopał ciało.

Przedwczoraj, 23.02.br., na wskazanej posesji w Rybniku przeprowadzono oględziny, w których brał udział prokurator, rybniccy śledczy i technik kryminalistyki oraz policjanci z Laboratorium Kryminalistycznego KWP w Katowicach. Policjanci w wskazanym przez 41-latka miejscu znaleźli szczątki ludzkie, które zabezpieczono do badań specjalistycznych, niezbędnych przy identyfikacji danych osoby, do której należały i ewentualnego potwierdzenia, że był to zaginiony w 2010 roku 61-letni mieszkaniec Rybnika.

41-letni rybniczanin został zatrzymany i osadzony w policyjnym areszcie. Wczoraj prokurator przedstawił mu zarzut zabójstwa. Podejrzany przyznał się do zarzucanego czynu i złożył obszerne wyjaśnienia w tej sprawie. Dzisiaj, 24.02.br., policjanci z wydziału kryminalnego rybnickiej komendy wraz z prokuratorem przeprowadzili wizję lokalną z udziałem 41-latka. Podejrzany pokazał co dokładnie wydarzyło się przed laty. Mężczyźnie grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Ruszył proces Krzysztofa K. Pobił 17-latka, przywiązał do traktora i zakopał

Rozpoczął się proces Krzysztofa K., domniemanego zabójcy 17-latka. Oskarżony miał dotkliwie pobić swojego znajomego, przywiązać go do traktora i ciągnąć, a na koniec zakopać. Choć przyznaje, że takie zdarzenie miało miejsce, nie przyznaje się do winy.

O sprawie pisał „Dziennik Wschodni”. Do makabrycznej zbrodni doszło w kwietniu ubiegłego roku we wsi Kępa Chotecka w województwie lubelskim.

Poszło o dziewczynę

21-letni Krzysztof K. i 17-letni Patryk spotkali się wówczas pod sklepem spożywczym. Kupili wódkę i chipsy, a następnie pojechali na przystanek autobusowy, gdzie wspólnie spożywali alkohol. W pewnym momencie doszło między nimi do awantury i rękoczynów – podobno powodem tego były nieparlamentarne słowa Patryka skierowane pod adresem dziewczyny Krzysztofa.

Według prokuratury, mężczyzna uderzył chłopaka, a następnie katował go niemal do nieprzytomności. Następnie przywiązał jego ciało do ciągnika (którym przyjechał na miejsce) i ciągnął po asfalcie przez 1,5-kilometrowy odcinek (tutaj w zeznania Krzysztofa wkradają się sprzeczności – najpierw utrzymywał, że przejechał go pojazdem, a później, że chłopak spadł z traktora i uderzył głową o asfalt). Potem pojechał do pobliskiego lasu, gdzie zakopał pod ziemią swoją ofiarę. Zdaniem koronera, Patryk zmarł wcześniej wskutek uduszenia się własną krwią.
„Puściły mi nerwy”

Krzysztof K. został zatrzymany kilka dni później w domu swojej dziewczyny, której opowiadał o zbrodni. Jej słowa przytacza „Dziennik Wschodni”. – Powiedział: Szkoda chłopaka. To mój przyjaciel. Ciekawe, gdzie on jest – relacjonowała śledczym Marlena A. Mężczyzna zarzekał się, że nie miał zamiaru zrobić koledze krzywdy.

– Puściły mi nerwy. Nie pozwolę, żeby ktoś mówił o mojej dziewczynie w ten sposób – tłumaczył w sądzie Krzysztof K., cytowany przez gazetę. – Dałem mu nogą z półobrotu w twarz. Potem jeszcze kilka razy pięściami. To była normalna bójka. Następnie opowiadał, że wpadł w panikę i dlatego postanowił ukryć ciało Patryka.

Sprawę rozpatruje Sąd Okręgowy w Lublinie. Krzysztof K. – choć potwierdził, że wspomniana sytuacja miała miejsce – nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów. Grozi mu dożywocie.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

Holandia: Polak zabił żonę. Ciało zakopał pod tulipanami

Emilia M. (+37 l.) z Chełma (woj. lubelskie) wyjechała do Holandii za chlebem. Znalazła nie tylko pracę, ale także miłość. Niestety, jej mąż Tomasz M. (34 l.) okazał się chorobliwie zazdrosnym despotą. – Zabił ją, kiedy dowiedział się, że żona chce wracać do Polski bez niego. Ciało zakopał na terenie farmy, na której pracowali – opowiada detektyw Arkadiusz Andała, który wspólnie z holenderską policją szukał Polki.

Do Ophemert, wioski pod miastem Tiel w Holandii Emilia M. trafiła kilka lat temu. Zatrudniła się na farmie. Pracowała przy zbiorze i sortowaniu owoców. – Życie się do mnie uśmiecha – mówiła koleżankom, kiedy poznała Tomasza M. On przyjechał spod Jeleniej Góry. Zakochali się w sobie. Wzięli ślub, zamieszkali w przyczepie kempingowej na terenie farmy. Niestety, Tomasz M. z czasem pokazał swoje prawdziwe oblicze. Nie stronił od alkoholu, wtedy zarzucał żonie zdrady.

– Ustaliliśmy, że od dłuższego czasu robił jej sceny zazdrości, obsesyjnie kontrolował – opowiada detektyw Andała, którego o pomoc w poszukiwaniu kobiety poprosiła jej rodzina. Bo Emilia zniknęła 26 maja wieczorem. – Kilkudziesięciu policjantów przeczesywało okolicę, użyto śmigłowca – opisuje Andała. Holenderscy śledczy podejrzewali, że związek z zaginięciem kobiety może mieć jej mąż. Świadczyło o tym jego zachowanie. Feralnego dnia obdzwonił koleżanki żony, mówiąc im, że Emilia zagubiła się gdzieś w mieście. Pytał je, czy nie wiedzą, gdzie trzyma karty bankomatowe. W nocy widziano go, jak pijany biega po farmie i pakuje auto. Najprawdopodobniej Emilia już nie żyła.

Zobacz: Powstanie film o Ewie Tylman? Szukają statystów

28 maja Tomasz M. trafił nieprzytomny do szpitala – nałykał się tabletek i popił alkoholem. Dwa dni później, gdy doszedł do siebie, został zatrzymany. Po kilku przesłuchaniach wskazał, gdzie zakopał ciało. – Nie przyznał się do winy, jednak usłyszy zarzut zabójstwa – informuje holenderska policja. Najprawdopodobniej kobieta zginęła, bo powiedziała mężowi, że to koniec ich małżeństwa. – 10 czerwca chciała wracać do Polski. Bez niego – zdradza swoje ustalenia detektyw Andała.
Żródło info i foto: se.pl

Zabił i zakopał kolegę. 19-latek zatrzymany

Przejechał Patryka ciągnikiem czy tylko potrącił go i wlókł potem przez kilka kilometrów za maszyną, aby jeszcze żywego zakopać w lesie? I dlaczego to zrobił? Szczegóły tej wyjątkowo ponurej zbrodni, do której doszło kilka dni temu w Machowie pod Opolem Lubelskim, wciąż okrywa mgła tajemnicy. – Pewne jest jedno: ten bydlak zabił mi brata – mówi o wiejskim osiłku Krzysztofie K. (19 l.) przyrodni brat ofiary Sławomir Jasik (40 l.).

17-letni Patryk Pałka przepadł bez śladu 19 kwietnia. Wieczorem wsiadł na rower i pojechał do sklepu. – Miał tylko kupić kartę do telefonu – opowiada Sławomir Jasik. – Nigdy nie zdarzało mu się nie wracać na noc, więc rano całą rodziną zaczęliśmy go szukać, a w południe zawiadomiliśmy policję. Wtedy Patryk już nie żył. Leżał w płytkiej jamie wykopanej w lesie nieopodal wałów na Wiśle. Morderca zadał sobie trud, żeby wszystko wyglądało naturalnie. Po zasypaniu ciała świeży piach przykrył liśćmi, a na środku postawił wyrwane z korzeniami drzewko.

Kto mógł to zrobić? Policja z miejsca wytypowała Krzysztofa K. Poprzedniego dnia ludzie widzieli go z Patrykiem. Wielki i silny jak tur mężczyzna o ponurym pseudonimie Szpadel potwierdził, że pił z Patrykiem wódkę, ale potem chłopak gdzieś pojechał. Cztery dni później policja wiedziała już, że to kłamstwo. Zgłosił się świadek, który w nocy widział Krzysztofa K. na traktorze, a Patryka leżącego na ziemi w pobliżu kół pojazdu. „Szpadel” pękł i pokazał, gdzie ukrył zwłoki.

Początkowo mówiono, że morderca rozjechał swą ofiarę ciągnikiem, a potem zawlókł do lasu. – Zebrany materiał tego nie potwierdza – mówi Edyta Żur, rzecznik policji w Opolu Lubelskim. – Sprawca wielokrotnie zmieniał zeznania. Mówił, że jechali razem w ciągniku i Patryk spadł. Przestraszył się, że kolega nie żyje i postanowił ukryć ciało. Nie można wykluczyć, że wlókł za ciągnikiem spętanego łańcuchem żywego kolegę. Wiemy jedynie, że działał wyjątkowo brutalnie.

Krzysztof K. usłyszał już zarzuty zabójstwa, spowodowania uszkodzeń ciała i jazdy pod wpływem alkoholu. Do zabójstwa się nie przyznał. Grozi mu dożywocie.
Żródło info i foto: se.pl

Zakopał ciało brata w sadzie

Szokującego odkrycia dokonali policjanci z Choroszczy na Podlasiu. W ogródku jednego z mieszkańców wykopali zwłoki. Właściciel posesji, brat wykopanego, przyznał, że zakopał go tam po śmierci, bo takie było ostatnie życzenie zmarłego. O tej sprawie donosi Gazeta Współczesna. Czytamy w niej, że w środę przed południem policjanci z Choroszczy zostali zaalarmowani przez 64-letnią mieszkankę gminy o tym, że nie wie gdzie jest jej brat. Jego zaginięcie stwierdziła, gdy pojechała odwiedzić swoją matkę.

– Zaniepokoiło ją to, że pokój, w którym w jej rodzinnym domu mieszkał brat jest wysprzątany i zupełnie nie ma tam śladów obecności mężczyzny – informuje Gazetę Współczesną oficer prasowy KMP w Białymstoku. Wtedy zapytała swoją matkę, gdzie jest 62-letni brat. Ta odpowiedziała, że zmarł. Siostra zapytała wtedy o los mężczyzny drugiego z braci. Ten z kolei twierdził, że brat wyjechał, jednak nie potrafił powiedzieć gdzie, a informację przekazaną przez matkę kazał zlekceważyć tłumacząc to podeszłym wiekiem kobiety. Początkowo 64-latka sama zaczęła szukać mężczyzny sprawdzając m.in. szpitale, a dopiero później zgłosiła zaginięcie policjantom. Policjanci rozpoczęli poszukiwania. W trakcie rozmowy z bratem i matką zgłaszającej szybko ustalili, że ciało mężczyzny zostało pochowane w sadzie blisko domu. 57-latek pokazał mundurowym, gdzie zakopał zwłoki i opowiedział, że brat zmarł w sierpniu zeszłego roku.

– Poinformował też policjantów, że życzeniem zmarłego było spocząć blisko domu, dlatego nie informując nikogo pochował go w sadzie – informuje oficer prasowy. 57-letni brat zaginionego został zatrzymany do wyjaśnienia. Był nietrzeźwy – w organizmie miał ponad 2 promile alkoholu. Teraz policjanci ustalają szczegółowe okoliczności całego zdarzenia, do którego doszło najprawdopodobniej zeszłego lata.
Żródło info i foto: Fakt.pl