Kulisy działania Państwowej Komisji do spraw Pedofilii

Siedziba w 30-piętrowym biurowcu w centrum Warszawy, podwyższone przez prezydenta zarobki, status na równi z wiceministrami – w takich warunkach, według ustaleń „Gazety Wyborczej”, mają pracować członkowie Państwowej Komisji do spraw Pedofilii. Informatorzy dziennika twierdzą, że „instytucja jest sparaliżowana”, a osobą, która „faktycznie rządzi” w komisji jest zastępczyni przewodniczącego Barbara Chrobak, która ma wprowadzać tam „atmosferę terroru”.

Komisja do spraw pedofilii utworzona została na mocy ustawy, która weszła w życie we wrześniu 2019 roku. Jej powstanie zapowiadał wcześniej premier Mateusz Morawiecki po emisji filmu braci Tomasza i Marka Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Członkowie komisji złożyli ślubowanie w lipcu 2020 roku. W skład komisji wchodzi siedmiu członków reprezentujących: Sejm, Senat, prezydenta, premiera i Rzecznika Praw Dziecka. W grudniu przewodniczący Błażej Kmieciak informował, że do tamtego czasu komisja skierowała do prokuratury 20 spraw dotyczących przestępstw pedofilii.

W ostatnim czasie komisja prowadziła postępowanie w sprawie księdza Andrzeja Dymera. Jednak 17 lutego je zakończyła w związku ze śmiercią kapłana. Był on oskarżany o wykorzystywanie seksualne nieletnich. Szczecińscy biskupi mieli wiedzieć o jego czynach już w połowie lat 90. ubiegłego wieku.

Podwyższenie zarobków członkom komisji

Wtorkowa „Gazeta Wyborcza” pisze o warunkach pracy, a także o zarobkach członków tej komisji. Donosi, że 3 grudnia 2020 roku Błażej Kmieciak zwrócił się do prezydenta, by ten „uwzględnił członków komisji w zmianach ustawy dotyczącej wynagrodzeń osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe”. Miał to tłumaczyć tym, że, „członkom komisji został przypisany status osób na równi z sekretarzami stanu”, czyli wiceministrami.

„30 grudnia Duda wydał rozporządzenie włączające komisję do grupy płac przysługujących sekretarzom stanu. Teraz każdy z nich zarabia 12 650 zł. Plus dodatki funkcyjne. Jak wysokie? Tego nie wiadomo. Do tego dochodzą mieszkania służbowe (dla osób spoza Warszawy) oraz służbowe samochody – jeden z nich każdego dnia dowozi przewodniczącego do domu, 110 km od Warszawy. Drugi jest do wyłącznej dyspozycji „minister Chrobak”, która – jak podają nasze źródła – specjalnie w tym celu zmieniła wewnętrzny regulamin” – informuje dalej dziennik. Wspomniana Barbara Chrobak to zastępczyni Kmieciaka na stanowisku przewodniczącego komisji. „Wyborcza” zauważa, że Chrobak w minionej kadencji Sejmu była posłanką Kukiz’15, a w 2020 roku przystąpiła do Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

„Koszt wynajmu luksusowej siedziby może więc sięgać 1,5 mln zł rocznie”

Gazeta opisuje również szczegółowo warunki, w jakich pracuje komisja. „Siedziba komisji zajmuje 12. piętro w Spektrum Tower przy ul. Twardej 18. To 30-piętrowy biurowiec w centrum stolicy z panoramicznymi windami i pięciokondygnacyjnym garażem podziemnym. Miesięczny czynsz wynosi tu ok. 25 euro za metr kwadratowy” – czytamy.

„Powierzchnia piętra to ok. 850 m kw., więc czynsz może dochodzić do 80 tys. zł miesięcznie. Za garaż płaci się 185 euro od stanowiska. Koszt wynajmu luksusowej siedziby może więc sięgać 1,5 mln zł rocznie” – wylicza dalej dziennik.

W komentarzu pisze o „Bizancjum w komisji do spraw pedofilii”.

Posłowie niewpuszczeni na kontrolę

W piątek posłowie Koalicji Obywatelskiej Kamila Gasiuk-Pihowicz, Katarzyna Piekarska i Dariusz Joński nie zostali wpuszczeni do siedziby komisji do spraw pedofilii, gdzie mieli zamiar przeprowadzić kontrolę poselską. Nie została udostępniona im dokumentacja.

„Ta komisja ma budżet rzędu 12 milionów złotych rocznie. Chcieliśmy wiedzieć, co robi za te pieniądze. Usłyszeliśmy, że komisja jest niezależna i nie możemy wejść. Tłumaczyliśmy, że jest niezależna w działaniach i decyzjach, ale jako urząd powołany przez Sejm musi podlegać kontroli” – mówił cytowany przez „Wyborczą” poseł Joński.

„Jeśli chcą zobaczyć dokumenty, to ja się nie zgadzam”

Do sprawy przewodniczący Błażej Kmieciak odniósł się w piątek w programie „Sprawdzam” w TVN24. Jak podkreślił, komisja nie jest „instytucją rządową”. – Nie jesteśmy ministerstwem do spraw pedofilii, nie jesteśmy też organizacją samorządową ani spółką Skarbu Państwa. Jesteśmy niezależnym od innych organów organem państwowym, który w sprawach postępowań wyjaśniających jest de facto quasi-sądem – mówił.

Kmieciak zapewnił jednocześnie, że „jeżeli jakikolwiek poseł i senator, bez względu na barwy polityczne, chce porozmawiać na temat wsparcia ofiar albo tego, jak pomagamy osobom skrzywdzonym, to nie ma najmniejszego problemu”.

Przewodniczący komisji odniósł się też do zapowiedzi posłów, że we wtorek ponownie będą próbowali przeprowadzić kontrolę poselską.

– Jeśli chcą zobaczyć dokumenty, to ja się na to nie zgadzam. Nie dlatego, że jestem taki zły, niedobry, (…) chcę chronić ludzi, którzy nam zaufali. Te ponad 100 spraw, które prowadzimy, dotyczy najbardziej intymnych kwestii i show polityczny, który chce zrobić taki czy inny polityk, nie robi na mnie wrażenia, bo nie jesteśmy powołani dla polityków, tylko dla tych, którzy cierpią – mówił dalej Kmieciak.

Instytucja „sparaliżowana”
W dalszej części artykułu „Wyborcza” informuje, że „kilka dni temu” do jej redakcji zgłosiły się osoby, które pracują w komisji.

„Ich zdaniem ‚instytucja jest sparaliżowana’, a osobą, która w komisji ‚naprawdę rządzi’, jest Barbara Chrobak. Nazywana ‚panią minister’ była posłanka Kukiz’15 jest jedną z bardziej znaczących postaci w układzie, który stworzył w prokuraturze duet Ziobro & Święczkowski” – pisze gazeta, powołując się na swoich rozmówców z komisji.

„Atmosfera terroru”

Następnie dziennik przytacza jej zawodowy życiorys.

„Karierę zaczynała jako urzędniczka w strukturach katowickiej prokuratury apelacyjnej, gdzie poznała Święczkowskiego. Jest wiceszefową Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury Rzeczypospolitej Polskiej, organizacji zrzeszającej prokuratorów oddanych obecnej władzy. Należący do tego związku prowadzą najważniejsze dla władzy śledztwa. Mogą liczyć na awanse i nagrody. Według naszych rozmówców z komisji Barbara Chrobak wprowadziła na Twardej ‚atmosferę terroru” – relacjonuje dalej „Wyborcza”.

Gazeta, prezentując te informacje, powołuje się na anonimową notatkę złożoną w redakcji przez informatorów.

Twierdzą, że „w tej chwili nie ma 80 proc. Biura Administracyjno-Finansowego (są na zwolnieniach lub złożyli wypowiedzenia)”.

„Pracownicy urzędu są mobbingowani, nie mogą rozmawiać między sobą, muszą ubierać się, jak Komisja sobie życzy, nie można razem jeść, śmiać się. Zakaz komunikowania się podczas posiłków nawet w pomieszczeniach do tego przeznaczonych” – przytacza dalej treść notatki.

„Osobiście ingeruje w zakupy sprzętu”

W innym miejscu informatorzy opisują, że „Pani Chrobak odesłała do domu pracownicę sekretariatu, żądając, by ta przebrała się w inne ubranie”. Pracownicy zrobiono zdjęcia pokazujące, jak jest ubrana.

„Wyborcza” pisze, że „zdaniem rozmówców z komisji ‚pani minister’ osobiście ingeruje w zakupy sprzętu, domagając się lepszych mebli oraz telefonów Apple’a zamiast samsungów dostarczonych przez administrację rządową”. „Ma też nadużywać samochodu komisji” – czytamy.

„Pani Barbara Chrobak użytkuje samochód służbowy do celów prywatnych. Przebieg 2 tys. km tygodniowo. Pani Chrobak kazała wozić się do domu pod Wrocławiem i z powrotem, mimo że ma w Warszawie mieszkanie służbowe zapewnione przez KPRM. W celu dowolnego korzystania z samochodu służbowego zmieniła par. 8 pkt. 3 regulaminu Komisji” – piszą informatorzy, dodając kopię zmienionego regulaminu.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Skarbówka bierze się za bitcoiny

Urzędnicy zbierają dane o obrocie kryptowalutami. Każą wykazywać dochody w zeznaniach i płacić podatek – pisze „Rzeczpospolita”. Giełdy i kantory, w których obraca się kryptowalutami, dostają od skarbówki wezwania z żądaniami udostępnienia informacji dotyczących transakcji zawieranych przez użytkowników portalu.

Dochody z bitcoinów trzeba opodatkować. Skarbówka nie zna jednak szczegółów transakcji na rynku kryptowalut. Jeśli je pozna, dojdzie jak po sznurku do osób, które na nich zarabiały – mówi Mikołaj Jabłoński, radca prawny i doradca podatkowy w ABC Tax.

Jedno jest pewne: przychody trzeba wykazać w zeznaniu rocznym. Przypomina o tym Ministerstwo Finansów w komunikacie zamieszczonym na swojej stronie internetowej. Zastrzega, że chodzi nie tylko o przychody ze sprzedaży, ale także z zamiany. I nie tylko bitcoinów, ale też innych kryptowalut, takich jak litecoin czy ether.

Wątpliwości są natomiast co do zasad wykazywania takich przychodów. Spory w tej sprawie dochodzą do sądów. W niedawnym wyroku Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że sprzedaż wirtualnej waluty należy rozliczyć jako przychód z praw majątkowych. Dochód (czyli przychód pomniejszony o koszty) trzeba zsumować z innymi, np. z etatu czy zlecenia i opodatkować według skali (18 albo 32 proc. PIT). Potwierdza to też Ministerstwo Finansów.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ogromna afera w IMGW

Bilety za 200 tys. zł na lot do USA, zatrudnienie w zamian za część zarobków nowych pracowników, znalezienie pracy dla dwóch kochanków, z zastrzeżeniem, że nie można ich karać dyscyplinarnie. To tylko część z 94 przestępstw, o które został oskarżony Mieczysław O., były już dyrektor Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. – Instytut stał się prywatnym folwarkiem pana dyrektora. On sam miał przyjąć w sumie prawie 900 tys. zł łapówek i narazić IMGW na ponad 2 mln strat – mówi jeden ze śledczych.

Instytut prywatny, Bizancjum i Folwark dyr. O. – tak o sprawie korupcji w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej mówią śledczy.

– Analiza ustalonego stanu faktycznego pozwala stwierdzić, że Mieczysław O. stworzył w Instytucie dobrze zorganizowany mechanizm korupcyjny na niespotykaną skalę. Zorganizowana struktura przestępczych powiązań pozwalała mu trzymać w szachu osoby, które udzielały mu korzyści majątkowe, pod groźbą chociażby zwolnienia z pracy – mówi portalowi tvp.info prok. Łukasz Łapczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która wraz Wydziałem ds. Korupcji Komendy Stołecznej Policji prowadziła śledztwo w sprawie afery w IMGW.

– Taka struktura zapewniała mu bezkarność, gdyż udzielający korzyści, obawiali się nie tylko utraty miejsca pracy, ale także ewentualnej odpowiedzialności karnej za takie zachowania. Ponadto za udzielanie łapówek byli odpowiednio nagradzani przez Mieczysława O. – dodaje prokurator.

Sieć powiązań

Mieczysław O. został oskarżony o popełnienie 94 przestępstw, m.in.: przekroczenie uprawnień służbowych w celu osiągnięcia korzyści majątkowych; oszustw na szkodę Instytutu; przyjmowania łapówek; uzależnianie wykonania czynności służbowych od udzielenia korzyści majątkowych; podżegania do podrobienia dokumentów.

– W toku śledztwa ustalono, że podejrzany przyjął korzyści majątkowe w kwocie prawie 900 tys. zł. Ponadto przekraczając swoje uprawniania, dopuścił się wyrządzenia szkody w mieniu Instytutu w łącznej kwocie ponad 2 mln zł. Powyższe szkody wynikały m.in. z zawłaszczania mienia Instytutu, fikcyjnego zatrudnienia osób, tylko po to by pobierać od nich część wynagrodzenia za pracę; wydatkowania mienia Instytutu w celu budowania pozycji osobistej i zawodowej – wylicza prok. Łapczyński.

Według śledczych, były dyrektor zaczął przestępczą działalność już w 2006 roku, czyli na początku kierowania przez niego IMGW. – O. był panem i władcą Instytutu. Wszyscy się go bali i spełniali każde jego polecenie. Ludzie bali się podpaść, bo wtedy mogliby stracić pracę. Poza tym on zręcznie potrafił uzależnić od siebie ludzi, wciągając ich w swoje machloje – ujawnia jeden z pracowników Instytutu.

O tym jak skuteczny w budowaniu sieci powiązań był Mieczysław O., miał świadczyć zdaniem prokuratury fakt, że w związku z aferą 22 osoby usłyszały 160 zarzutów. Część z nich przyznała się i dobrowolnie poddała karze. Wśród skorumpowanych pracowników Instytutu znalazła się m.in. Małgorzata O., zastępca Dyrektora ds. Ekonomicznych i główna księgowa w Instytucie. Odpowiadała za wręczanie łapówek Mieczysławowi O. i pomoc w ściąganiu dla niego „działki” z przyznanych premii.

Bizancjum

O skali nielegalnej działalności O. mogą świadczyć jego zachcianki. Według prokuratury, O. kupił cztery bilety na lot z Polski do USA w klasie biznes, które kosztowały Instytut aż 200 tys. zł! Jednym z beneficjentów tej kosztownej podróży miał być Stanisław Gawłowski, który w tamtym czasie był wiceministrem Ochrony Środowiska.

Mieczysław O. wyjątkowo lubił podróżować z klasą. Jego podwładna z działu współpracy z zagranicą IMGW kupiła z kasy Instytutu bilety lotnicze na prywatne przeloty dyrektora i jego żony do Helsinek i Marrakeszu. Mało tego, wyjazd połowicy O. do Maroka został rozliczony jako delegacja służbowa szefa Instytutu.

Dyrektor miał się także stać posiadaczem nowoczesnego sprzętu fotograficznego o wartości 20 tys. zł, za który zapłacono z kasy jego firmy.

Wisienką na torcie jest zarzut wykorzystania przez O. jednego ze swoich podwładnych, któremu kazał porąbać drzewo ścięte na terenie Instytutu i przewieźć drewno do swojego domu w Łomiankach. Dyrektor miał także obciążyć Instytut kwotą blisko 6 tys. zł za dostawę internetu na swoją posesję.

Praca za seks

W śledztwie nie zabrakło nawet wątków korupcyjno-obyczajowych. Prokuratura zdobyła informację, że Mieczysław O. miał zatrudnić w oddziałach Instytutu dwóch swoich kochanków, ci zaś mieli odwdzięczać się dyrektorów świadczeniem mu usług seksualnych. Jeden w latach 2008-16, a drugi – 2010-16. Co ciekawe, żaden z zatrudnionych faworytów dyrektora nie miał odpowiednich kwalifikacji. Ba, jeden miał tylko wykształcenie podstawowe. Co ciekawe, O. miał zakazać bezpośrednim przełożonym wspomnianych mężczyzn karania dyscyplinarnego swoich protegowanych.

Normą miało być zatrudnianie w Instytucie fikcyjnych pracowników. Dyrektor brał część ich wynagrodzenia, a wirtualni podwładni resztę. – Ustaliliśmy, że O. przyjmował od podległych mu pracowników korzyści majątkowe w postaci części premii, jakie były im przyznawane – tylko po to by mogli się podzielić z podejrzanym lub innymi osobami pełniącymi w Instytucie kierownicze stanowiska – ujawnia prok. Łapczyński.

Dyrektor cały czas bał się, że na trop jego machlojek mogą wpaść służby. W 2014 roku zlecił więc jednemu z prywatnych detektywów sprawdzenie czy w pomieszczeniach IMGW nie zainstalowano urządzeń podsłuchowych. Jednocześnie w swoim gabinecie zainstalował specjalistyczne urządzenie antypodsłuchowe.
Córka pomagała legalizować łapówki?

Mieczysław O. został zatrzymany w lipcu 2016 roku i od tego momentu przebywa za kratami. Prokuratura zajęła majtek dyrektora wart 1,2 mln zł. Sam O. nie przyznał się do popełniania zarzucanych mu czynów i skorzystał z prawa do odmowy złożenia wyjaśnień. Grozi mu do 15 lat więzienia.

Wraz z dyrektorem aktem oskarżenia objęto jego córkę Esterę. Odpowie ona za „pomocnictwo do popełniania przestępstw korupcyjnych”. Kobieta zgodziła się na zatrudnienie w prywatnych firmach wskazanych przez ojca, wiedząc, że nie będzie to fikcyjna praca, a jej pensja to nic innego jak łapówki dla taty.

Ostatnią osobą, która zasiądzie z państwem O. w ławach oskarżonych jest Edyta W.-D., podejrzana o przekroczenie uprawnień służbowych w celu osiągnięcia korzyści majątkowych przez Mieczysława O. To ona miała kupić bilety na wspomniane wycieczki do Helsinek i Marrakeszu.
Źródło info i foto: TVP.info

13 Polaków aresztowanych w WB. Podejrzani są o udział w czerpaniu korzyści z współczesnego niewolnictwa i wykorzystywania pracowników

Brytyjska policja aresztowała w czwartek 13 Polaków podejrzanych o udział w czerpaniu korzyści z współczesnego niewolnictwa i wykorzystywania pracowników. To kolejny poważny przypadek tego typu dotyczący polskiej społeczności w Wielkiej Brytanii.

Do aresztowania doszło w Handsworth na przedmieściach Birmingham w regionie West Midlands. W przekazanym mediom, w tym PAP, komunikacie podkreślono, że służby działały na podstawie wskazówki dotyczącej działalności grupy, która ściągała ludzi do Wielkiej Brytanii, a następnie kierowała ich do nisko opłacanej pracy fizycznej (m.in. na budowie i przy recyklingu) i regularne pozbawiała ich części zarobków.

Aresztowano dziewięciu mężczyzn i cztery kobiety. Śledczy dotarli do pięciu osób, które prawdopodobnie są ofiarami gangu. Poszkodowani będą mogli złożyć formalne zawiadomienie o przestępstwie, a do tego czasu otrzymują wsparcie ze strony Czerwonego Krzyża i Armii Zbawienia.

Sierżant Phil Poole z oddziału walki ze współczesnym niewolnictwem powiedział, że aresztowania miały na celu „powstrzymanie okrutnych osób, które zarabiały pieniądze na niedoli innych”.

— Nie ma miejsca na wykorzystywanie ludzi i nie zawahamy się ani sekundy, podejmując mocne i zdecydowane działania, aby to zatrzymać — zapewnił. Zatrzymania przeprowadzono we współpracy policji z Czerwonym Krzyżem, Narodową Agencją Walki z Przestępczością (NCA) i innymi organizacjami rządowymi.

Ofiary współczesnego niewolnictwa

W październiku ub.r. eksperci i aktywiści NGO ostrzegli, że nawet setki lub tysiące Polaków w Wielkiej Brytanii mogą stawać się co roku ofiarami współczesnego niewolnictwa.

Według statystyk w 2016 roku w ramach krajowego systemu NRM zidentyfikowano 163 polskie ofiary niewolnictwa, z czego 148 osób padło ofiarą wyzysku w pracy. To najwyższy wynik od 2012 roku, dla którego dostępne są najstarsze dane, i siódme miejsce wśród grup narodowościowych najczęściej doświadczających tego zjawiska.

Wiceszefowa NCA Caroline Young przyznała jednak w rozmowie z PAP, że oficjalne dane „to jedynie wierzchołek góry lodowej”. — Prawdopodobnie jest bardzo dużo osób, które z różnych powodów nie chcą lub nie mogą się zgłosić (na policję) — ceniła.

Katarzyna Zagrodniczek z polskiej organizacji East European Resource Centre tłumaczyła z kolei, że szczególnie narażone są osoby pracujące m.in. w rolnictwie, myjniach, barach, magazynach, fabrykach, centrach dystrybucji i na budowie oraz zatrudnione jako pomoc domowa.

— To ludzie, którzy godzą się pracować za trzy funty (na godzinę), bo nie mają innego wyjścia lub tak im się wydaje […]. To, że muszą pracować przez wiele godzin, bez przerw, traktują jako szansę, żeby się „odkuć” — powiedziała.

Kwestia walki z handlem ludźmi i współczesnym niewolnictwem będzie jednym z tematów dyskusji na Polsko-Brytyjskim Forum Belwederskim w Londynie w lutym br. Od marca br. przy polskim oddziale Armii Zbawienia funkcjonuje wspierany przez brytyjski rząd Punkt Weryfikacji Ofert Pracy, który pomaga w ustaleniu wiarygodności pracodawców i pomaga osobom, które wyjeżdżają do Wielkiej Brytanii w celach zarobkowych.

W 2016 roku podpisano również porozumienie o współpracy między Armią Zbawienia a La Stradą. W ramach tej współpracy wymieniane są informacje o osobach, które zdołały uwolnić się z sytuacji niewolniczej i postanowiły wrócić do Polski.

Pomoc ofiarom

Osoby, które same padły ofiarą handlu ludźmi lub podejrzewają, że problem ten dotyczy znanych im ludzi, mogą zadzwonić w Wielkiej Brytanii na specjalną infolinię pod numer 0 8000 121 700. Oferuje ona wsparcie także w języku polskim.

Zgodnie z brytyjskim prawem po ustaleniu, że dana osoba mogła paść ofiarą handlu ludźmi, może ona liczyć na tymczasowe zakwaterowanie, wsparcie psychologiczne i pomoc w znalezieniu pracy.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

9 Polaków z zarzutami nowoczesnego niewolnictwa. Zabierali rodakom zarobki

Dziewięcioro Polaków zamieszkałych w aglomeracji Birmingham usłyszało przed sądem zarzuty dotyczące nowoczesnego niewolnictwa, jakiego dopuścili się przywłaszczając sobie zarobki ponad 80 rodaków – podają w czwartek brytyjskie media. Sprawcy kontrolowali konta bankowe tych osób i zabierali wpływające na nie zarobki. Ofiarą tego procederu byli Polacy przybywający do Wielkiej Brytanii od 2014 roku.

Sześciu mężczyznom w wieku od 26 do 52 lat i trzem kobietom w wieku od 22 do 47 lat postawiono zarzuty w rezultacie śledztwa wszczętego przez policję regionu West Midlands w sprawie o handel ludźmi. Wszystkich dziewięciorga dotyczą zarzuty wejścia w porozumienie w celu zmuszania ludzi do pracy, handlu ludźmi z zamiarem wyzyskiwania ich oraz w przestępczego zabierania mienia. Zarzuty przedstawiono im przed sądem w Birmingham w poniedziałek i we wtorek. Do czasu wyznaczonej na 5 grudnia rozprawy wszyscy pozostaną w areszcie.

163 polskich ofiar niewolnictwa

W Wielkiej Brytanii funkcjonuje państwowy system zgłaszania przypadków niewolnictwa znany jako NRM (National Referral Mechanism). Walka z tym problemem traktowana jest jako priorytet przez premier Theresę May, która podnosiła ten temat między innymi na forum ONZ. Według statystyk w 2016 roku w ramach NRM zidentyfikowano 163 polskie ofiary niewolnictwa. Katarzyna Zagrodniczek z polskiej organizacji East European Resource Centre wskazuje, że szczególnie narażone są osoby pracujące między innymi w rolnictwie, myjniach, barach, magazynach, fabrykach, centrach dystrybucji i na budowach oraz zatrudnione jako pomoce domowe. Nie znają one swych praw odnoszących się do płacy minimalnej czy też maksymalnego wymiaru czasu pracy. Ofiarom procederu zabiera się dokumenty i otwiera się w ich imieniu konta bankowe, a także rejestruje się je jako odbiorców świadczeń socjalnych pobieranych w rzeczywistości przez kogoś innego.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wielka Brytania: Polak skazany za zmuszanie do niewolniczej pracy

26-letni Polak sprowadził do Wielkiej Brytanii czworo rodaków obiecując dobrą pracę i wysokie zarobki. Gdy przyjechali zmuszał ich do niemal niewolniczej pracy. Został skazany na 1,5 roku więzienia. Według danych ONZ, co 30 sekund kolejna osoba staje się ofiarą handlarzy ludźmi, a „biznes” ten osiąga rocznie ok. 150 mld dolarów.

Czworo dwudziestoparolatków z Poznania przyjechało do położonego na wschód od Londynu Essex w styczniu 2016 roku. Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii spali na podłodze w małym pokoju i mieli wydzielane racje jedzenia, a karmiono ich głównie chlebem i zupą.

26-letni Jonatan M., który ich sprowadził, na koniec każdego tygodnia przejmował większą część ich wypłaty, oddając im z niej zaledwie po kilka funtów. Jak tłumaczył, w ten sposób potrącał sobie koszty ich podróży i zakwaterowania.

Po trzech tygodniach udręki Polacy poprosili o pomoc kolegów z pracy i za ich namową zawiadomili policję.

Jego ojciec również usłyszał wyrok

W domu mężczyzny w Londynie przeprowadzono rewizję, a on sam został aresztowany.

– Oskarżony cynicznie wyzyskiwał ofiary z pieniędzy. Oszukał ich obiecując lepsze życie, oferując pracę o stałym wynagrodzeniu, które było wyższe, niż mogli zarobić w Polsce. W rzeczywistości byli zmuszeni do pracy przed długie godziny, a większość wynagrodzenia była im odbierana – mówił lokalnym mediom James Greenaway z policji metropolitalnej.

26-latek przyznał się do handlu ludźmi w celu wykorzystywania ich do pracy i po kilku miesiącach procesu usłyszał wyrok 18 miesięcy więzienia.

Razem z nim sądzony był jego 56-letni ojciec Marek M., który przyznał się do jednego oszustwa. Sąd skazał go na karę 12 miesięcy pozbawienia wolności.

Współczesne niewolnictwo

Według agencji Reutersa, w Wielkiej Brytanii ok. 13 tys. osób jest ofiarami przymusowej pracy, wykorzystania seksualnego i zmuszania do służby oprawcom.

W 2015 roku wprowadzono nowe przepisy zaostrzające kary za współczesne niewolnictwo, m.in. pozwalając na skazywanie winnych na dożywotnie pozbawienie wolności.

W styczniu dwóch Polaków – 35-letni Krystian M. i 38-letni Erwin M. – zostało skazanych na sześć lat więzienia za niewolnicze traktowanie kilkunastu Polaków, których zmuszali do pracy w magazynach sklepów Sports Direct, pozbawiając ich większości pensji. Wcześniej odebrali swoim ofiarom dokumenty tożsamości.

Jak informuje Organizacja Narodów Zjednoczonych, handel ludźmi jest trzecim, po broni i narkotykach, najbardziej dochodowym przestępstwem na świecie i dotyczy każdego regionu świata. Co roku około 2 milionów ludzi pada ofiarą tego przestępstwa, z czego jedna trzecia to dzieci. Obecnie w niewoli żyje 27 mln ludzi. 99 proc. ofiar nie udaje się uratować – wyrwać z niewoli lub odszukać po porwaniu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Pierwsze zeznania Marcina P.: „200 tysięcy złotych – to były moje miesięczne dochody”

Z blisko 3-godzinnym opóźnieniem ruszył w Gdańsku proces w sprawie Amber Gold – największej afery finansowej ostatnich lat. Na sali oskarżonych, za poczwórną, kuloodoporną szybą siedzi małżeństwo stojące za oszustwem – Katarzyna i Marcin P. Ona została rozkuta. On siedzi w kajdanach. Sąd nie pozwolił go rozkuć, bo miał informacje, że Marcin P. mógłby się dziś samookaleczyć. Według prokuratury małżeństwo oszukało niemal 19 tysięcy osób na kwotę ponad 850 mln złotych.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Kryzys imigracyjny to pożywka dla przestępców

Na uchodźców, nielegalnych imigrantów, każdy patrzy z innej perspektywy. Jedni widzą problem, inni rozwiązanie problemów z demografią. Są też tacy, którzy widzą pieniądze i to niekoniecznie zarobione w uczciwy sposób. Szacuje się, że biznes przemytu ludzi jest większy niż dochody z narkotyków czy nielegalnego handlu bronią. Zorganizowana przestępczość to na razie jedyny beneficjent kryzysu imigracyjnego.

Minister obrony Czech Martin Stropnicky uważa, że biznes przestępczy związany z przemytem ludzi to miliardowy interes „przerastający przychody ze sprzedaży narkotyków i broni”. Frontex szacuje – bo raportów statystycznych od przemytników raczej nie otrzyma – że w roku 2015 przychody z przemytu nielegalnych imigrantów wyniosły ponad 4 miliardy euro.

W skład tego rynku, wylicza Frontex, wchodzą usługi przemytu ludzi, udostępniania informacji dotyczących procedur azylowych i przygotowania fałszywych dokumentów, najchętniej syryjskich. Osoby próbujące dostać się do Europy mogą też wybrać środek transportu w zależności od zasobności portfela – od pontonu, przez jacht, aż po samolot. Reklamy tych usług można znaleźć w mediach społecznościowych, tak jak reklamy biur podróży. Dalej na Bałkanach kolejni przemytnicy, z wielowiekowymi tradycjami przemytu broni, narkotyków i ludzi w rejonie o płynnych granicach, za opłatą pomogą dostać się do Europy.

Mafia przejmuje interes

O ile droga przez Turcję i Bałkany jest w miarę prosta, a od Europy dzieli migrantów nie więcej niż 10 km odcinka morskiego, to szlak przez Morze Śródziemne do Włoch jest niebezpieczniejszy. Zanim uchodźcy dotrą na brzeg morza mogą zginąć na pustyni, grożą im pobicia, porwania dla okupu, niewolnicza praca, gwałty. W czasie morskiej podróży starymi, przeładowanymi łodziami, mogą utonąć lub udusić się pod pokładem spalinami.

A gdy już trafią do Włoch, włoska mafia przyjmie ich z otwartymi ramionami. Zorganizowanym grupom przestępczym we Włoszech udało się bowiem przejąć kontrakty na prowadzenie niektórych ośrodków przyjmujących uchodźców. Salvatore Buzzi, lewicowy aktywista społeczny prowadzący taki ośrodek, który odbył wyrok za morderstwo w 1980 roku, mówił wprost dla „Financial Times”, że „narkotyki są mniej opłacalne”. Istnieją zmowy przestępców z lokalnymi władzami, które decydują kto będzie zarządzał ośrodkami dla uchodźców. Szokujące jest to, że w proceder włączają się także organizacje pozarządowe. Pieniądze są duże. Ośrodek w Mineo na Sycylii dysponuje budżetem 98 milionów euro, a usługi dla ośrodka, zdaniem prokuratury, świadczą firmy związane z mafią.

Jednak nie tylko wyłudzanie pieniędzy przeznaczonych dla imigrantów jest źródłem dochodów mafii. Wielu uchodźców zmuszonych jest pracować na czarnym rynku, ponieważ nie mają pozwolenia na pracę i tu znowu pojawia się mafia, która zabiera ich na swoje plantacje. Część imigrantów staje się pracującymi dla mafii handlarzami narkotyków lub prostytutkami. Przemytnicy używają nawet rytuałów voodoo, żeby zastraszyć kobiety i wybić im z głowy ucieczkę z ośrodka. I chociaż droga do Europy kosztuje ponoć 3 tys. euro, one muszą odpracować 50 tys. Oczekujące na azyl Nigeryjki stanowią według UNHCR połowę kobiet pracujących na włoskich ulicach. Często „warunki pracy” są tragiczne, jak dokumentują zdjęcia opublikowane przez portal prowadzony przez Anonymous.

Uważa się, że niektóre z kobiet zostały zmuszone do imigracji, żeby pracowały jako prostytutki w Europie. Na początku lutego brytyjska policja odkryła tymczasowe domy publiczne zakładane w hotelach w północnej Anglii, do których gangi przemycały uchodźców. Do prostytucji zmuszane są kobiety także wewnątrz obozów dla migrantów. Niemieckie organizacje praw kobiet alarmowały o zmuszaniu do prostytucji w cenie 10 euro za stosunek.

Porwania i prostytucja

Problem dotyczy nie tylko Europy; zdesperowane Syryjki w obozach w Jordanii czy w Libanie także parają się prostytucją, żeby zarobić na utrzymanie, gdy tymczasem europejskie rządy wydają na imigrantów w swoich granicach pieniądze większe niż te, które zapewniłyby im byt w obozach na Bliskim Wschodzie.

Kolejnym źródłem zysków są porwania dzieci z obozów dla uchodźców i wymuszanie okupu, ale dzieci giną także po drodze do Europy. Europol ogłosił, że zaginęło ponad dziesięć tysięcy dzieci, które bez opieki przybyły z falą imigracyjną do Unii. Prawdopodobnie jest ich więcej, bo same Włochy i Niemcy informowały o pięciu tysiącach w każdym z tych krajów. Część nieletnich uchodźców prawdopodobnie stała się źródłem dochodów organizacji przestępczych. Grupy parające się przemytem ludzi współpracują z organizacjami przestępczymi i czasami dostarczają im ofiary, które następnie wykorzystywane są do niewolniczej pracy lub prostytucji. W tym świecie nie ma zbyt wiele opcji do wyboru. Khaled, lat 14, powiedział BBC, że handluje narkotykami, żeby uniknąć „seksu z Włochami (…) za 50 a nawet 30 euro”.

Skala biznesu, jego opłacalność, pokazuje, że za przepływ imigrantów i uchodźców do Europy niekoniecznie odpowiada jedynie wojna. Migracja może być stymulowana przez tych, którzy czerpią z niej niemałe zyski. W tej sytuacji sposobem na powstrzymanie bądź ograniczenie tej sytuacji jest walka z przemytnikami ludzi. Jednakże Marc Pierini, naukowiec pracujący dla Carnegie Europe, europejskiego oddziału, znanego amerykańskiego think-tanku, zarzuca Turcji, że choć deklaruje walkę z nimi „nie zrobiła wiele, żeby ograniczyć biznes liczący dwa miliardy euro”.

Rozwiązaniem skutecznym byłaby tylko wymierzona przeciwko przemytnikom akcja tureckich służb na lądzie. Gorzej jest w Erytrei, której dyplomaci, zdaniem Sudanu i Etiopii, zamieszani są w biznes przemytniczy i pomagają dostać się do Europy swoim obywatelom, którzy otrzymują u nas status uchodźcy prześladowanego przez swój rząd.

Dopóki biznes przemytniczy będzie tak opłacalny i łatwy, płoty i relokacje nie rozwiążą problemów – ani Europy, ani – i przede wszystkim – migrantów.
Żródło info i foto: wp.pl

Wielka Brytania: Rodzina z Polski skazana za zniewolenie, bicie i zmuszanie do pracy rodaka

Mieszkający w angielskim Bolton Rozalia, Damian i Krystian zostali skazani przez lokalny sąd za bicie, zmuszanie do pracy i przetrzymywanie innego Polaka – Stanisława. Haniebny proceder mógł trwać nawet pięć lat – informuje policja z hrabstwa Manchester.

Rodzina S. – matka i jej dwóch synów – we wrześniu 2010 roku sprowadziła do Bolton 42-letniego Stanisława. Mężczyźnie obiecywano godną pracę, uczciwe zarobki i wysoki standard życia.

Resztki jedzenia i cydr

Stanisław przyleciał na wyspy w towarzystwie młodszego z braci, Krystiana. Niedługo potem pozbawiono go wszystkich dokumentów, w tym również paszportu – poinformowała brytyjska policja z hrabstwa Manchester. Umieszczono go w maleńkim mieszkaniu, gdzie zdaniem organów ścigania mogło przebywać też dwóch innych Polaków, w wieku 48 i 49 lat. Ofiara od razu po przylocie została zmuszona do niewolniczej pracy. W zamian za nią, 46-letni mężczyzna otrzymywał jedynie resztki jedzenia i cydr.

– To wstrząsający przypadek, który obejmuje jeden z najdłuższych okresów zniewolenia i zmuszania do pracy, z jakim się spotkałem – mówił inspektor Christopher Mossop, zajmujący się sprawą.

Lata bicia i poniżania

Pan Stanisław był regularnie bity przez obu braci. Chcieli zapewnić sobie pozycję psychicznej i fizycznej dominacji, a także pozbawić go nadziei na normalne życie. – Zmuszali go, by wierzył, że jest pod ich całkowitą kontrolą i że nie ma żadnej drogi ucieczki – mówił Mossop.

Mężczyzna jednak kilkukrotnie wydostawał się z domu S. Za każdym razem był sprowadzany siłą. O swoim problemie nie potrafił nikomu opowiedzieć, bo nie znał angielskiego. Po ostatniej próbie ucieczki rodzina groziła, że jeśli jeszcze raz spróbuje, zostanie zakopany w pobliskim lesie.

Po prawie pięciu latach niewolniczej pracy Stanisławowi udało się jednak uciec. Kiedy w czerwcu ubiegłego roku złamał nogę, pracowników miejscowego szpitala zaniepokoił ogólny stan zdrowia Polaka, w tym wycieńczenie fizyczne i symptomy uzależnienia od alkoholu. Lekarze wezwali policję, która zajęła się sprawą i ostatecznie uwolniła 46-letniego mężczyznę od rodziny S.

Jak się później okazało, szefem całego procederu był mąż Rozalii S., Czesław P. – Matka sześciorga dzieci poznała go w Polsce i kiedy miała 20 lat wzięła z nim ślub w tradycyjnym, cygańskim obrządku – powiedziała lokalnym mediom Nicola Gatto, obrońca Rozalii S.

– Jego zdanie traktowane było jak prawo, a oskarżona brała udział w całym przedsięwzięciu pod dyktando męża – przekonywała.

Pierwsze kroki do normalnego życia

– Po świetnej pracy moich ludzi i naszych partnerów, ofiara rodziny S. od kilku miesięcy jest trzeźwa, poprawił się też jej stan fizyczny. Pan Stanisław zaczyna teraz szukać legalnej, płatnej pracy – zdradził inspektor Mossop.

Czesław P. nie został aresztowany ze względu na stan zdrowia. Miejscowy sąd pozostałą trójkę uznał winną zniewolenia, przemocy fizycznej i zmuszania do pracy. Damian (31 lat) spędzi w więzieniu 3 lata i 4 miesiące. Rozalia (47 lat) i Krystian (25 lat) zostali natomiast pozbawieni wolności na 2 lata i 3 miesiące. To nie pierwszy raz, kiedy wymiar sprawiedliwości zainteresował się polską rodziną z Boltonu. W 2013 roku Krystian S. i inny z braci, Jacek, trafili na krótko za kratki za rozbój na ulicy i kradzież rzeczy w klubie sportowym.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

„Frog” ponownie stanie przed sądem. Nowe zarzuty

Robert N. ps. Frog, najsłynniejszy polski pirat drogowy, ponownie stanie przed sądem, ale nie za brawurową jazdę. Mokotowska prokuratura oskarżyła go o wykorzystanie nieprawdziwych dokumentów o zarobkach przy braniu kredytów, w sumie ok. 53 tys. zł – dowiedział się portal tvp.info. Dodatkowo odpowie za poświadczenie nieprawdy w dokumencie użytym do wzięcia kredytu. Bez rozgłosu mokotowska prokuratura zakończyła śledztwo przeciwko Robertowi N. ps. Frog. Jak ustalił portal tvp.info, akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie trafił do sądu pod koniec maja. Prokuratura jednak nie informowała o tym mediów.

Ponad 50 tys. zł z kredytów

Robert N. został oskarżony o dokonanie pięciu przestępstw w 2009 r. Od marca do czerwca 2009 r. miał przedłożyć w banku nieprawdziwe zaświadczenie o zarobkach i zatrudnieniu, aby wziąć pożyczki o wartości ok. 53 tys. zł. Piąty zarzut dotyczył poświadczenia nieprawdy w dokumencie użytym do wzięcia kredytu. Według prokuratury zaświadczył o pracy swojego znajomego w firmie N.

„Frog” przyznał się do zarzucanych mu przestępstw, ale odmówił składania wyjaśnień. Jednocześnie prokuratura umorzyła w czerwcu dwa inne wątki śledztwa. Jeden dotyczył nielegalnego posiadania broni. Poszło o pistolet startowy, który znaleziono w mieszkaniu N. Ekspertyza policyjna wykazała, że można go traktować jak broń palną. Mężczyzna tłumaczył się, że kupił broń legalnie w oficjalnym sklepie. Prokuratura dała wiarę jego słowom. „Frog” nie odpowie także za przywłaszczanie cudzej książeczki wojskowej.

Internetowy król piratów

Robert N. stał się znany w czerwcu 2014 roku, gdy w Internecie zamieścił 12-minutowe nagranie, na którym widać, jak kierowca białego bmw łamie przepisy – z prędkością ponad 180, miejscami 200 kilometrów na godzinę jeździ pod prąd, wyprzedza „na trzeciego” i przejeżdża skrzyżowania na czerwonym świetle. Film wywołał burzę. Dla policji punktem honoru stało się rozliczenie pirata za jego drogowe szaleństwa. Kilka dni później został on zatrzymany w mieszkaniu pod Mielnem, gdzie się ukrywał. Oficjalnie zatrzymanie nie miało związku z wykroczeniami drogowymi, ale podejrzeniem popełnienia przez „Froga” przestępstw gospodarczych i oszustw. W tym samym czasie na terenie woj. podlaskiego policja odnalazła i zabezpieczyła samochód bmw, którym „Frog” jeździł ulicami Warszawy. Ustalono też, że Robert N. wynajmował mieszkanie w Krakowie, gdzie policja znalazła m.in. duplikat prawa jazdy, pałkę policyjną i wspomniany już pistolet.

Setki wykroczeń

Szybko okazało się, że rajd po Warszawie nie to niejedyny wybryk drogowy „Froga”. W „Walentynki” 2014 r. na obwodnicy Kielc N. szalał na jezdni, łamiąc kilkadziesiąt przepisów. Na dodatek uciekał jeszcze przed policją. Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa Kielce Wschód, ale śledztwo umorzono. Nie znaleziono dowodów, że stwarzał zagrożenie sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym.

Do sprawy tej wróciła jednak Prokuratura Okręgowa w Płocku, która zajmowała się warszawskim rajdem „Froga”. We wrześniu 2014 r. mężczyzna usłyszał zarzuty sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy w lutym w okolicach Kielc i czerwcu w Warszawie. – Biegli ustalili, że w czasie jazdy obwodnicą Kielc oskarżony w pewnym momencie jechał nawet 242 kilometry na godzinę – mówiła prokurator Iwona Śmigielska – Kowalska, rzecznik prasowy płockiej prokuratury. Z kolei w wątku dotyczącym warszawskiego rajdu biegli wykazali, że „Frog” w ciągu 12 minut dopuścił się 106 wykroczeń.
Żródło info i foto: TVP.info