31-letni Daniel G. znęcał się nad 2-letnim synem. Zapadł wyrok w sprawie

Kamilek (2 l.) już jako niemowlę był bestialsko bity. Połamane żebra, kość łonowa, kości czaszki i siniaki na całym ciele – w takim stanie maluszek trafił do warszawskiego szpitala. Pani w sekretariacie prokuratury, która rejestrowała sprawę, płakała, widząc jego obrażenia na zdjęciach. Rodzice chłopczyka zasiedli na ławie oskarżonych. W bulwersującej sprawie zapadł wyrok.

Koszmar Kamilka z podwarszawskiego Chotomowa (pow. legionowski) trwał niemal od jego narodzin. W czterech ścianach niespełna dwumiesięczne dziecko było katowane przez najbliższą mu osobę, jego ojca Daniela G. (31 l.). Maluch nie mógł liczyć na ochronę ze strony swej matki, Dagmary N. (21 l.). Młoda kobieta wiedziała o cierpieniu synka, lecz nie zrobiła nic, by mu pomóc.

Piekło maleństwa przerwał asystent Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Jabłonnie. To on we wrześniu 2018 roku pojawił się na rutynowej kontroli w domu młodych rodziców. Pracownik zauważył obrażenia u niemowlęcia i wezwał pogotowie. Kamilek trafił do Szpitala Dziecięcego im. prof. dr. med. Jana Bogdanowicza w Warszawie. W placówce okazało się, że maluszek ma połamane żebra, kość łonową, kości czaszki i widoczne na całym ciele siniaki. – Biegły sądowy orzekł, że tak rozległe obrażenia nie mogły powstać przypadkiem – wyjaśniał wówczas prok. Marcin Saduś, rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

Horror w Chotomowie. Rodzice chłopczyka z zarzutami

Śledczy nie mieli wątpliwości, że to 31-letni operator koparki stoi za obrażeniami u własnego dziecka. Daniel G. został zatrzymany i trafił do aresztu. Mężczyzna miał utrzymywać, że dziecko spadło mu z przewijaka. Nikt nie dał wiary jego tłumaczeniom. Początkowo prokuratura zarzuciła mu znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad niemowlęciem.

Danielowi G. zarzucono katowanie maleństwa po całym ciele. Niedługo po urodzeniu synka mężczyzna z dużą siłą rzucił nim o podłogę. Jak podała prokuratura, wyrodny ojciec uderzył swoje dziecko „wielokrotnie w głowę w okolicę ciemieniową lewą i potyliczną prawą nieustalonym narzędziem twardym”. 31-latek nie przyznał się do winy.

Na wniosek prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobro oskarżonemu postawiono nie tylko zarzut znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad swoim wówczas dwumiesięcznym synkiem, ale także usiłowanie zabójstwa chłopca z zamiarem ewentualnym. Zmiany kwalifikacji czynu dokonano ze względu na brutalność czynu oraz fakt, że Daniel G. był już w przeszłości karany za pobicie.

– Dzieciom należy się miłość, a nie okrucieństwo. Rolą rodziców jest chronić je przed złem, a nie bestialsko bić i łamać kości. To potworne, że ten maleńki chłopiec doświadczył tyle bólu i cierpienia, najprawdopodobniej ze strony własnego ojca. Takie okrucieństwo zasługuje na surową karę – uzasadniał swoją decyzję Zbigniew Ziobro.

Matce Kamilka przedstawiono zarzut niedopełnienia obowiązków oraz narażenia syna na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Dagmara N. nie zrobiła nic, by pomóc maleństwu, które tak bardzo potrzebowało ochrony matki. 21-latka zostawiała je pod opieką kata. Wyrodnej matce grozi do 5 lat więzienia.

W Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga zapadło rozstrzygnięcie w tej przerażającej sprawie.

Podczas mów końcowych prokurator wskazywała, że oskarżony musiał być świadomy tego, że może doprowadzić do śmierci dziecka. – Dorosły człowiek, który uderzał głową dziecka, albo bił ją, musiał się godzić z tym, że dziecko nie przeżyje – mówiła prokurator. Jak dodała, Daniel G. zgotował maluszkowi „piekło”. – To był horror. Pani w sekretariacie prokuratury płakała, rejestrując sprawę tego dziecka, widząc jego obrażenia na zdjęciach. Reakcja na takie zachowania powinna być surowa, kara powinna odstraszać innych potencjalnych sprawców – argumentowała prokurator.

Z kolei pełnomocniczka Daniela G. stwierdziła, że oskarżenie nie wskazało żadnego świadka, który by potwierdził taki przebieg zdarzeń. Adwokat podkreśliła też, że zeznania Dagmary N. w tej sprawie są niewiarygodne. – Nikt nie widział jak oskarżony uderza głową dziecka. Postępowanie opiera się na samych poszlakach – mówiła na sali rozpraw pełnomocniczka oskarżonego. Według niej nie daje to podstaw do przedstawionej kwalifikacji czynu.

Podczas rozprawy mowę końcową wygłosiła także pełnomocniczka Dagmary N., która zaznaczyła, że młoda kobieta była uzależniona od swojego partnera. – Nie zdążyła go powstrzymać przed zrobieniem dziecku krzywdy. Wolała milczeć i się podporządkować w zmian za szczątkową formę stabilizacji. Wierzyła, że jej partner jeszcze się zmieni. Ofiary przemocy bardzo często przyjmują taką postawę. Chciała, by jej syn miał ojca i matkę – tłumaczyła przed sądem.

On katował synka, ona na to patrzyła. Zapadł wyrok

Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Daniela G. na 15 lat więzienia, pozbawił go praw publicznych na okres 5 lat oraz nakazał zapłacenie 30 tys. złotych zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonego syna. W uzasadnieniu podano, że zachowanie oskarżonego było „wyjątkowo brutalne” i „całkowicie nie akceptowalne społecznie”.

– Pokrzywdzone dziecko było bezbronnym niemowlęciem. W tym przypadku przemoc, której użył oskarżony była drastyczna i przekroczyła wszelkie możliwe granice. [Oskarżony – przyp. red.] naruszył wszelkie normy etyczne, kulturowe. Właściwie brak słów na to, jak oskarżony się zachował. Należy takie zachowania piętnować – zaznaczył sąd.

Zdaniem sądu oskarżony najwidoczniej uznał, że może „bezkarnie stosować przemoc wobec dziecka”. Nie podzielił jednak stanowiska prokuratury, że było to usiłowanie zabójstwa z zamiarem ewentualnym. Jak zaznaczył na to potrzebne są „kategoryczne dowody”.

Matka skatowanego Kamilka usłyszała karę 1 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat. Dagmara N. dostała również dozór kuratora, a sąd zobowiązał ją do podjęcia pracy zarobkowej lub nauki. – Wiedziała, że dziecko ma obrażenia, jest w złym stanie zdrowia, a mimo wszystko nie wezwała pomocy. W sposób niewłaściwy wywiązała się z roli rodzica – podkreślono w uzasadnieniu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Śląsk: Policjanci odkryli ponad 100 tys. litrów nielegalnych odpadów

Prawdziwą bombę ekologiczną odkryli mikołowscy policjanci zwalczający przestępczość gospodarczą. Nielegalne odpady w postaci farb i rozpuszczalników składowane i transportowane były w beczkach i mauzerach na terenie kilku miejscowości powiatu mikołowskiego. Odpowiedzialni za uderzający w środowisko naturalne proceder zostali zatrzymani i usłyszeli zarzuty. Grozi im do 5 lat więzienia.

Początek całej sprawy, która z biegiem czasu przerodziła się w prokuratorskie śledztwo, miał miejsce 25 czerwca br. To właśnie wtedy w kilku miejscach na terenie powiatu mikołowskiego znalezione zostały mauzery i beczki z nieznanymi początkowo substancjami. Niebezpieczne, jak się okazało, odpady zostały porzucone na dworcu kolejowym w Orzeszu, a także na terenie leśnym w Mikołowie przy ulicy Piaskowej oraz na jednej z miejscowych stacji paliw. Powagi sytuacji dodaje także fakt, że w dwóch ostatnich ze wskazanych miejsc doszło już do rozszczelnienia kilku beczek, co w konsekwencji mogło doprowadzić do tragedii.

Sprawą zajęli się policjanci z mikołowskiego wydziału dw. z przestępczością gospodarczą. Wnikliwa praca operacyjna i analiza dowodów już dwa dni później doprowadziła ich do osoby, która mogła mieć związek ze sprawą. Tego samego dnia na prywatnej posesji w Mikołowie stróże prawa dokonali kolejnego odkrycia. Znajdowało się tam 40 pojemników typu mauzer o pojemności 1000 litrów, ponad 80 metalowych beczek o pojemności 200 litrów oraz blisko 100 beczek z tworzywa sztucznego o pojemności 30 litrów. Łącznie ponad 90 tysięcy litrów, jak się później okazało, odpadów w postaci farb i rozpuszczalników pochodzenia acetonowego służących do produkcji poligraficznej.

Łącznie, biorąc pod uwagę wszystkie 4 miejsca, zabezpieczono 115 tysięcy litrów substancji.

Do sprawy zatrzymani zostali mieszkańcy Mikołowa: 65-letni właściciel posesji i oraz jego 39-letni syn. I to właśnie on okazał się głównym podejrzanym w śledztwie. Akta sprawy wskazują, że mężczyzna od około 2 lat nielegalnie składował odpady na terenie posesji swojego ojca, na co tamten wyraził zgodę. Zajmował się również ich transportem nie mając wymaganego w tym zakresie pozwolenia.

Śledczy nie mają wątpliwości, że porzucone i ujawnione następnie odpady na terenie powiatu mikołowskiego pochodzą z terenu wspomnianej posesji, w tym zakresie jednak sprawa nadal ma charakter rozwojowy. Na etapie wyjaśniania pozostaje, także kwestia tego skąd 39-latek nabył tak potężną ilość zagrażających środowisku odpadów. Niezgodna z przepisami ustawy o ochronie środowiska utylizacja tego rodzaju odpadów to wyjątkowo poważna ingerencja w naturalne środowisko. Tykająca bomba ekologiczna, która realnie zagraża życiu lub zdrowiu człowieka, może spowodować obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi i wyrządzić nieodwracalne szkody w świecie roślinnym lub zwierzęcym.

Zatrzymani mikołowianie usłyszeli już zarzuty z art. 183 kodeksu karnego – nieodpowiedniego postępowania z odpadami. Obaj przyznali się do zarzucanych im czynów. Grozi im do 5 lat pozbawienia wolności.

Wobec 39-latka Sąd Rejonowy w Mikołowie zastosował wolnościowy środek zapobiegawczy w postaci policyjnego dozoru oraz konieczności zawiadomienia Policji o ewentualnym wyjeździe i terminie jego powrotu. Ma też zakaz kontaktowania się, między innymi, z 65-letnim ojcem. Na poczet kar oraz kosztów utylizacji policjanci zabezpieczyli mienie należące do podejrzanych o łącznej wartości 800 tysięcy złotych.
Źródło info i foto: Policja.pl

Francois Fillon i jego żona Penelope winni sprzeniewierzenia środków publicznych

Sąd uznał w poniedziałek (29 czerwca) byłego premiera Francji Francoisa Fillona i jego małżonkę Penelope, oskarżonych o sprzeniewierzenie publicznych pieniędzy, za winnych zarzucanych im czynów. Sąd odrzucił wniosek obrony o ponowne wysłuchanie jej argumentów ze względu na pojawienie się nacisków podczas śledztwa.

Śledczy ustalili po ponad dwóch latach dochodzenia, że Penelope Fillon była fikcyjnie zatrudniana przez męża jako asystentka we francuskim parlamencie w latach 1998-2013. Podobne zarzuty fikcyjnego zatrudniania dotyczyły również dwójki dzieci Fillonów, które otrzymywały wynagrodzenie za pracę w charakterze prawników, gdy Fillon był senatorem w latach 2005-2007.
Źródło info i foto: interia.pl

Autobus spadł z mostu. Tomasz U. przyznał się do winy

Tomasz U. (27 l.), kierowca warszawskiego autobusu, który spadł z mostu, usiadł za kierownicę pojazdu po narkotykach. Mało tego, w plecaku miał torebkę, w której było ponad pół grama białego proszku. Najpierw nie przyznawał się do winy, a w sobotę zeznał, że „urwał mu się film” i praktycznie nic nie pamięta. Czy to sposób na uniknięcie kary lub obniżenie wyroku?

– Podejrzany przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów. Przyznał się do tego, że zażył amfetaminę, zanim rozpoczął zmianę, nim wsiadł do autobusu. Będziemy to weryfikować – powiedziała prokurator Mirosława Chyr z Prokuratury Okręgowej w Warszawie. – Na wniosek prokuratury sąd zastosował trzymiesięczny areszt.

W czwartek autobus komunikacji miejskiej spadł z mostu Grota-Roweckiego na Wisłostradę. Ranne zostały 22 osoby. 70-letnia kobieta zginęła, a cztery osoby w stanie ciężkim nadal przebywają w szpitalach. Za kierownicą siedział naćpany Tomasz U. Jak mówią śledczy, stężenie narkotyku w organizmie szofera było bardzo wysokie.

Mężczyzna nie miał doświadczenia w kierowaniu autobusami. Oprócz tego w ciągu kilku ostatnich lat aż 13 razy złamał prawo drogowe. Stracił nawet za to prawo jazdy.

Roland Szymczykiewicz, obrońca Tomasza U., już zaczął bronić swojego klienta.

– Ta sprawa nie jest jednowymiarowa. Apeluję do wszystkich, którzy o tej sprawie debatują, o powściągliwość, żeby nie wylewała się fala hejtu. To jest tragedia również dla tego człowieka: on też ma rodzinę, przyjaciół, bardzo to przeżywa – mówi.
Źródło info i foto: Fakt.pl

64-latek namawiał 14-latka na seks

21.06.2020 Smiertelny wypadk w Zaborze kolo Zielonej Gory ford uderzyl w drzewo kierowca zmarl po reanimacji ktora ratownicy medyczni i strazacy prowadzii poltorej godziny N/z Radiowoz policji fot. Piotr Jedzura/REPORTER

Mundurowi z Wodzisławia Śląskiego zatrzymali 64-letniego mężczyznę, który nakłaniał przez telefon 14-latka do innej czynności seksualnej. 64-latek usłyszał zarzuty. Aktualnie przebywa w areszcie.

Mieszkaniec Wodzisławia zgłosił na policję, z informacją, że jego 14-letni syn otrzymuje telefony od mężczyzny, który składa mu propozycje o charakterze seksualnym. Śledczy ustalili, że podejrzany mężczyzna zaczął rozmawiać z małoletnim przed telefon w maju. W trakcie rozmów nakłaniał go do różnych zachować seksualnych.

64-latek podejrzany o molestowanie 14-latka

64-letni mężczyzna propozycje obcowania płciowego składał w rozmowach telefonicznych oraz wiadomościach tekstowych. Ciągle dążył do spotkania z 14-latkiem. Oferował mu nawet pieniądze. 64-latek zarezerwował noclegi blisko jego domu, aby mogli się tam spotkać. Mieszkaniec Poznania przyznał się przedstawionych mu zarzutów i złożył wyjaśnienia. Aktualnie przebywa w areszcie. Sąd przychylił się do wniosku o zastosowanie wobec 64-latka tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

USA: Prokuratura zaostrza zarzuty ws. zabójstwa George’a Floyda. Oskarżono trzech pozostałych funkcjonariuszy

Prokuratura z Minnesoty postawiła dodatkowe zarzuty policjantowi oskarżonemu o spowodowanie śmierci George’a Floyda. W stan oskarżenia postawiono także trzech innych policjantów z Minneapolis, którzy brali udział w aresztowaniu 46-letniego Afroamerykanina. Śmierć Floyda wywołała falę protestów w całych Stanach Zjednoczonych.

Policjant Derek Chauvin, który przez dziewięć minut klęczał na szyi George’a Floyda, co doprowadziło do jego śmierci, początkowo został oskarżony o zabójstwo trzeciego stopnia. To oznacza spowodowania śmierci niekoniecznie z zamiarem odebrania życia, ale w wyniku rażącego lekceważenia ludzkiego życia. Groziło mu za to 25 lat więzienia.

W środę prokurator generalny Minnesoty Keith Ellison poinformował o podniesieniu poziomu zarzutów do morderstwa drugiego stopnia. Według stanowego prawa zakłada ono intencję sprawcy spowodowania śmierci albo doprowadzenie do niej w trakcie innego poważnego przestępstwa. Zarzut ten wiąże się z karą do 40 lat więzienia.

– Zgromadziliśmy wszystkie materiały dowodowe, przeanalizowaliśmy prawo kryminalne i postawiliśmy zarzuty, które są oparte na faktach i prawie – tłumaczył Ellison, który wyraził przekonanie, że uda się doprowadzić do skazania policjanta. Jedną z kwestii podnoszonych przez uczestników protestów w USA jest to, że w wielu przypadkach policjanci są uniewinniani w takich sprawach i pozostają bezkarni pomimo zabijania niestanowiących zagrożenia osób.

W zatrzymaniu Floyda brało udział w sumie czterech policjantów, w tym Chauvin. Prokurator poinformował, że pozostałym trzem funkcjonariuszom postawiono zarzuty współudziału w zabójstwie drugiego stopnia.

Wszyscy czterej policjanci zostali zwolnieni ze służby po tym, jak szerokim echem obiło się nagranie pokazujące zatrzymanie i śmierć czarnoskórego mężczyzny. Wszyscy zostali aresztowani – podaje nbcnews.com.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Co ze śledztwem ws. zabójstwa wójt gminy Zgierz?

Prokuratura w Zgierzu cały czas prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Barbary Kaczmarek. Przypomnijmy, że dotychczasowa wójt zmarła pod koniec lutego w zgierskim szpitalu z powodu rozległych obrażeń głowy i poważnego urazu mózgu. Zarzuty spowodowania u niej ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci choroby realnie zagrażającej życiu usłyszał jej syn, Krzysztof K..

Mężczyzna początkowo trafił do aresztu, który jednak dość szybko opuścił. – Zebrany materiał dowodowy, a w szczególności kolejna opinia biegłych z Zakresu Medycyny Sądowej uzasadniał odstąpienie od najsurowszego środka zapobiegawczego. Podejrzany pozostaje jednak cały czas pod zarzutem spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu – mówi Krzysztof Kopania (53 l.) z Prokuratury Okręgowej w Łodzi.

Mężczyźnie grozi 15 lat więzienia.
Źródło info i foto: se.pl

Paweł Tanajno z zarzutami. „Sąd wybrał opcję najgorszą dla policji”

Sąd miał bardzo wiele możliwości, a wybrał opcję najgorszą dla policji, tzn. skierował sprawę ponownie do prokuratury – powiedział w rozmowie z PAP Paweł Tanajno. W sobotę podczas protestu przedsiębiorców został zatrzymany za naruszenie nietykalności policjantów, a w poniedziałek zwolniony do domu.

Według Tanajno, który zgodził się na podawanie nazwiska, sąd miał bardzo wiele możliwości. Po pierwsze – jak stwierdził – postępowanie przyspieszone nie oznacza tego, że musi zostać ono przeprowadzone jednego dnia, ale przez kilka kolejnych. Drugą możliwością, zdaniem Tanajno, miałoby być skierowanie postępowania do trybu zwykłego bez kierowania sprawy ponownie do prokuratury.

Ale sąd wybrał opcję najgorszą dla policji, tzn. skierował sprawę jeszcze raz do prokuratury. Myślę, że sąd dał w ten sposób prokuraturze szansę, żeby uratować tę sprawę. Nie żeby mnie skazać, tylko żeby się w ogóle z tego wycofać – mówił Tanajno. Zaznaczył, że w jego ocenie zeznania policjantów nie współgrają z zarejestrowanymi zdarzeniami.

Zapytany o to, czy będą kolejne protesty przedsiębiorców odpowiedział, że „na pewno będą pozwy do prokuratury”. – Po pierwsze o fałszywe oskarżenie mnie ze strony czterech policjantów, a po drugie o zablokowanie legalnej demonstracji 16 maja (…). Myślę, że prokuratura zostanie zalana setkami spraw – ocenił.

Zaznaczył również, że nie jest on inicjatorem tych protestów. – To ludzie chcą protestować. To nie jest protest partyjny, to nie jest protest związkowy. My nie mamy żadnej organizacji, ja nie mogę skrzyknąć swoich członków do tego, żeby protestowali. Jeżeli ludzie zechcą protestować, to będą protestowali – podkreślił.

Sąd na poniedziałkowym posiedzeniu zdecydował o przekazaniu sprawy do prokuratury, gdzie ma być prowadzona na zasadach ogólnych, w tzw. trybie zwykłym. Wcześniej postępowanie było prowadzone w trybie przyspieszonym. Paweł Tanajno, który od soboty przebywał w policyjnej izbie zatrzymań, został zwolniony do domu.

Mamy tu do czynienia z normalnym postępowaniem, które jest nadzorowane przez prokuraturę. Samo postanowienie sądu zbyt wiele nie zmienia, bo cały czas mamy do czynienia z osobą, której postawiono zarzut naruszenia nietykalności policjantów – powiedział w rozmowie z PAP rzecznik stołecznej policji nadkom. Sylwester Marczak.

Rzecznik podkreślił, że policja za każdym razem będzie zdecydowanie reagować na przypadki agresji w stosunku na policjantów, bez względu na to, jaką będą one miały formę.

Informację o zatrzymaniu podano w sobotę na Twitterze warszawskiej policji. – Nie będzie przyzwolenia na atakowanie policjantów. Jeżeli ktoś wyciąga rękę na funkcjonariusza, zmusza nas do zdecydowanej reakcji. Potwierdzamy, że w związku z naruszeniem nietykalności cielesnej policjanta zatrzymany został Paweł T. – napisano.

W niedzielę odbyło się posiedzenie Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie, dotyczące zażalenia Pawła T. na jego zatrzymanie. „Sąd uznał, że było ono legalne zasadne i prawidłowe” – mówił rzecznik KSP nadkom. Sylwester Marczak.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Czerwony Bór: Sprawa zabójstwa noworodka. Ciało dziecka znaleziono na wysypisku śmieci. Trwają poszukiwania matki

Nikomu nie postawiono dotąd zarzutów w śledztwie dotyczącym zabójstwa noworodka, którego zwłoki znaleziono na wysypisku śmieci w Czerwonym Borze (Podlaskie); nadal poszukiwania jest matka tego dziecka – poinformował w poniedziałek zastępca szefa Prokuratury Okręgowej w Łomży Rafał Kaczyński. W miniony piątek policja zatrzymała w związku z tym śledztwem dwie osoby; potwierdził to rzecznik podlaskiej policji Tomasz Krupa. Nie chciał jednak mówić o szczegółach.

– Osoby te zostały przesłuchane w charakterze świadków; nadal poszukiwana jest matka dziecka – powiedział prok. Kaczyński. Zaznaczył, że śledztwo prowadzone jest w sprawie, a nie przeciwko konkretnej osobie (czy osobom), czyli dotąd nikomu nie postawiono zarzutów.

Zwłoki noworodka – chłopca – znalazł 8 maja pracownik Zakładu Przetwarzania i Unieszkodliwiania Odpadów w Czerwonym Borze. Pierwsze czynności na miejscu prowadzone były pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Zambrowie, ostatecznie śledztwo przejęła łomżyńska prokuratura okręgowa. Dotyczy ono zbrodni zabójstwa.

Taką kwalifikację prawną potwierdziły też badania przeprowadzone w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku. Biegli wskazali, że przyczyną śmierci dziecka był uraz wielomiejscowy. Aby ustalić szczegóły, potrzebne będą jednak wyniki badań histopatologicznych.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zmiana zarzutów dla Krystiana O. Może być sądzony za „zabójstwo drogowe”. Grozi mu dożywocie

Prokuratura zmieniła zarzuty dla Krystiana O., mężczyzny, który śmiertelnie potrącił pieszego na Sokratesa. Biegli wyliczyli też, z jaką prędkością jechał swoim bmw w chwili wypadku.

O zmianie zarzutów poinformowała „Gazeta Stołeczna”. Krystian O., zdaniem biegłych, w miejscu, gdzie obowiązuje dopuszczalna prędkość 50 km/h, miał na liczniku 136 km/h. „Biorąc pod uwagę, że Krystian O. przekroczył blisko trzykrotnie dopuszczalną prędkość podczas zbliżania się do przejścia dla pieszych, prokurator uznał, że podejrzany przewidywał możliwość zabicia człowieka i godził się na popełnienie takiego czynu. W takiej sytuacji zachowanie podejrzanego należało zakwalifikować z art. 148 § 1 Kodeksu karnego” – mówi „Wyborczej” prokurator Mirosława Chyr, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Co to oznacza? Krystian O. będzie więc odpowiadał przed sądem za „zabójstwo w zamiarze ewentualnym”, za co grozi mu nawet dożywotnie pozbawienie wolności.

Ponadto, jak podaje „Gazeta Stołeczna” do prokuratury wpłynęła opinia z zakresu techniki motoryzacyjnej. Specjalista stwierdził, że auto po przeróbkach „było w stanie technicznym niepozwalającym na dopuszczenie do ruchu”. BMW według biegłego miało zmodyfikowany układ hamulcowy, zdemontowany czujnik ABS, zmodyfikowany układ kierowniczy i układ zawieszenia, nieprzewidywane przez producenta przystosowanie pojazdu do ruchu prawostronnego.

Tragiczny wypadek

Do tragicznego wypadku doszło w październiku. Przez pasy na Sokratesa w rejonie Petofiego przechodzili rodzice z dzieckiem w wózku. Rozpędzony kierowa bmw śmiertelnie potrącił ojca, który szedł przed matką z dzieckiem. Tragiczne wydarzenia rozegrały się na przejściu dla pieszych z azylem. Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zapowiedział, że ulica Sokratesa przejdzie gruntowną modernizację.

Kierowca bmw usłyszał początkowo zarzut spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym oraz narażenia pieszych – kobiety i jej dziecka – znajdujących się na przejściu na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
Źródło info i foto: tvn24.pl