Są zarzuty dla Romana Giertycha i Ryszarda K.

Ryszardowi K., adwokatowi Romanowi G. i innym osobom przedstawiono zarzuty dotyczące przywłaszczenia i wyprowadzenia w latach 2010-2014 ze spółki deweloperskiej kwoty ok. 92 mln zł – przekazała w piątek po południu (16 października) poznańska prokuratura. Roman Giertych był przesłuchiwany w Szpitalu Bródnowskim w Warszawie. Według obrony adwokat był nieprzytomny i nie miał świadomości, co się dzieje. W nawiązaniu do tych informacji, prokuratura napisała późnym wieczorem, że „jego zachowanie (Giertycha – red.) zmieniło się, kiedy uzyskał informację, że w opinii biegłych lekarzy nie ma żadnych przeszkód, by wykonać czynności z jego udziałem”.

Wcześniej rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Poznaniu, prok. Anna Marszałek przekazała, że prokuratura otrzymała opinię lekarską zezwalającą „na przeprowadzenie czynności procesowych z udziałem Romana G.”. Poza Ryszardem K. i Romanem Giertychem (zgodził się na podawanie nazwiska) zarzuty usłyszeli także założyciele spółek fasadowych – jak podaje prokuratura – bliscy współpracownicy Giertycha – Sebastian J. i Piotr Ś., dawni członkowie władz Polnordu – Bartosz P., Andrzej P., Michał Ś., Piotr W., Wojciech C. i Tomasz Sz. oraz dwóch członków ówczesnego zarządu Prokom Investments S.A.

Czego dotyczą zarzuty?

Zarzuty dotyczą przywłaszczenia środków spółki Polnord oraz wyrządzenia spółce szkody majątkowej w wielkich rozmiarach, a także prania brudnych pieniędzy. Grozi za to kara do 10 lat więzienia. Jak podaje prokuratura, śledztwo w tej sprawie zostało wszczęte 28 lutego 2017 r. po złożeniu zawiadomienia przez obecne władze spółki Polnord S.A. Dotyczyło ono podejrzenia popełnienia przestępstwa polegającego na nabyciu przez Polnord S.A. bezwartościowych wierzytelności spółki Prokom Investments S.A. w kwocie niemal 73 mln zł.

Roman Giertych przebywa na terenie Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego w Warszawie, do którego trafił po tym, jak stracił przytomność podczas przeszukania jego willi w Józefowie przez agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Jest diagnozowany na oddziale neurochirurgicznym. Tam też w piątek został przesłuchany.

Przesłuchanie rozpoczęło się około godz. 16. W przesłuchaniu wzięła udział prokurator z Prokuratury Regionalnej w Poznaniu oraz trzech adwokatów reprezentujących Giertycha. Jak powiedział mec. Jakub Wende, w swojej ponad 20-letniej karierze adwokackiej „nigdy nie spotkał się z sytuacją, w której dochodzi do przedstawienia zarzutu podejrzanemu, który nawet nie wie, że zarzut jest mu przedstawiany”. – Do dziś nie spodziewałem się, że w ogóle jest to możliwe – dodał.

– Nasz klient cały czas przebywa w szpitalu Bródnowskim, jego stan jest bardzo zmienny. Jesteśmy tu od wielu godzin. Są krótkie chwile, kiedy odzyskuje świadomość na kilkanaście, kilkadziesiąt sekund, po czym zasypia. W momencie, kiedy pani prokurator odczytywała zarzuty, nasz klient był nieprzytomny. Nie wiem, z jakiego powodu, ale z całą pewnością nie było z nim żadnego kontaktu. To była czynność niespełniająca standardów, jakie powinny być zapewnione osobie, której się ogłasza zarzuty. To woła o pomstę do nieba – powiedział mec. Wende po przesłuchaniu Giertycha.

„Odbyło się przesłuchanie Romana Giertycha. Podejrzany w tym czasie, jak informuje jego obrońca, był nieświadomy. Prokurator odczytała zarzut podejrzanemu, on wtedy podłączony do aparatury medycznej spał. Zapewne prawo do obrony zostało zrealizowane, bo bronił się we śnie” – napisał mec. Jacek Dubois na Twitterze, odnosząc się do tej relacji.

Mec. Wende wielokrotnie podkreślał, że Roman Giertych nie słyszał, „jakie ma zarzuty i nie mógł powiedzieć, czy je zrozumiał, czy się do nich przyznaje, czy nie oraz nie miał możliwości złożenia wyjaśnień”. – To jest absolutne naruszenie standardów praw obywatela i praw człowieka – stwierdził adwokat.

„Nie widzieli Giertycha na oczy”

Rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Poznaniu informowała, że czynność przesłuchania została zaplanowana w oparciu o uzyskaną przez oskarżyciela opinię biegłych zezwalającą „na przeprowadzenie czynności procesowych z udziałem Romana G.”. Mecenas Jakub Wende powiedział w rozmowie z dziennikarzami, że opinia jest „wyjątkowo lakoniczna”, a wydający opinię specjaliści „nie widzieli Giertycha na oczy”. Poinformował, że są zaplanowane kolejne badania diagnostyczne na poniedziałek (19 października).

Pełnomocnik podejrzanego pytany, czy obrona zamierza podejmować kroki prawne, powiedział, że „wszystko zależy od tego, jak zachowa się prokuratura”. Mec. Wende dodał, że chodzi m.in. o decyzję prokuratury w kwestii ewentualnych środków zapobiegawczych wobec Giertycha, czyli np. skierowania wniosku o tymczasowe aresztowanie. Dodał, że obrona ma zastrzeżenia nie tylko do sposobu przesłuchania Giertycha, ale także do sposobu zatrzymania znanego adwokata przez CBA i późniejszych przeszukań w jego domu oraz kancelarii.

Adwokaci Giertycha pytani o to, jakie wydarzenia miały miejsce w jego domu, w wyniku których podejrzany trafił do szpitala, mec. Wende powiedział, że „mecenas Giertych w obecności agenta CBA poszedł do łazienki i tam stracił przytomność. To jest wszystko, co wiemy”.

„On coś zrobił, ja straciłem przytomność”

Po przesłuchaniu Giertycha spotkała się z nim Zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich. Dr Hanna Machińska powiedziała, że Roman Giertych jej nie poznał, mimo że od lat się znają.

– Był w bardzo złym stanie. Nie zorientował się co do mojego nazwiska, chociaż je dobrze zna. Był w stanie takiego przysypiania. Nie wiem, jak można człowiekowi w takim stanie stawiać zarzuty. On przecież nie rozumiał, co się dzieje” – stwierdziła.

– Mec. Giertych powiedział, że zdarzyła mu się niesłychana sytuacja, nigdy w życiu wcześniej nie zemdlał, nie omdlał. Znalazł się w łazience w mieszkaniu razem z agentem i następnie, cytuję: „on coś zrobił, ja straciłem przytomność i nie wiem, co się dalej stało, obudziłem się dopiero w szpitalu” – powiedziała dziennikarzom. Zastępczyni RPO zapowiedziała jednocześnie, że będzie przyglądała się tej sprawie i kontrolowała.

Po przesłuchaniu do dziennikarzy zgromadzonych przed szpitalem Bródnowskim wyszła córka Romana Giertycha, która poinformowała, że jej zdaniem, a także zdaniem jej ojca, zatrzymanie i stawiane Giertychowi zarzuty mają podłoże polityczne.

Wąsik: Nie z nami te numery

Wieczorem w komunikacie udostępnionym w mediach społecznościowych Prokuratura Regionalna w Poznaniu napisała, że „całokształt okoliczności wskazuje, że zachowanie Romana G. miało uniemożliwić przeprowadzenie z nim czynności co potwierdza fakt, że po wyjściu prokuratora powrócił do poprzedniej aktywności”.

„Rozmawiał później m.in. z Zastępcą Rzecznika Praw Obywatelskich, która następnie cytowała fragmenty rozmowy z zatrzymanym. Z prokuratorskiej praktyki wynika, że czasami tak zachowują się osoby podejrzane, próbujące w ten sposób, uniknąć wykonania czynności procesowych z ich udziałem” – dodano.

Do sprawy odniósł się też wiceszef MSWiA Maciej Wąsik. „Wchodzi Adam Bodnar – Roman Giertych przytomny, wchodzi obrońca – nadal przytomny. Wchodzi prokurator – Roman Giertych traci świadomość. Nie z nami te numery” – napisał na Twitterze.
Źródło info i foto: interia.pl

Zatrzymanie Romana Giertycha. 48 godzin na postawienie zarzutów

Roman Giertych został zatrzymany w czwartek na polecenie Prokuratury Regionalnej w Poznaniu i jeżeli jego stan zdrowia na to pozwoli, zostanie przewieziony w piątek na przesłuchanie w charakterze podejrzanego. Od chwili zatrzymania prokuratura ma 48 godzin na postawienie mu zarzutów. Adwokat trafił w czwartek do szpitala po tym jak zemdlał podczas przeszukania swojej willi w Józefowie.

Giertych – adwokat, a w przeszłości polityk, poseł, wicepremier i minister edukacji w rządzie koalicji PiS-LPR-Samoobrona (2006-2007) – został zatrzymany w czwartek przez Centralne Biuro Antykorupcyjne pod sądem w Warszawie, a następnie przewieziony do swojego domu w Józefowie, gdzie CBA przeprowadziło przeszukanie. Przeszukiwana była też kancelaria prawna w Warszawie.

Podczas przeszukania domu mecenasa agenci CBA zabezpieczyli pewne przedmioty – przekazał w piątek obrońca Romana Giertycha mec. Jakub Wende. Dodał, że przedmioty te zostały zapieczętowane i zostaną przekazane do sądu.

Podczas przeszukania willi Giertycha z dziennikarzami na miejscu kontaktowała się jego córka, Maria Giertych, która poinformowała wieczorem, że jej ojciec zemdlał w łazience w obecności funkcjonariusza. Adwokat trafił do szpitala. W nocy z czwartku na piątek jego żona napisała, że jego stan jest „poważny, zagrażający zdrowiu i życiu”.

Rzecznik rzecznik ministra-koordynatora służb specjalnych przekazał rano Polsat News, że stan zdrowia adwokata jest dobry. – Czekamy na wyniki kolejnych badań, one będą kluczowe dla dalszych decyzji ws. przesłuchania – przekazał  Żarybn w rozmowie z reporterką Moniką Miller.

Podobnie rzecznik informował w czwartek.

Adwokat obecnie przebywa w Mazowiecki Szpitalu Bródnowskim.

Giertych znalazł się w czwartek grupie osób zatrzymanych przez CBA na polecenie Prokuratury Regionalnej w Poznaniu. Został ujęty przed gmachem Sądu Okręgowego w Warszawie przez nieumundurowanych funkcjonariuszy. Świadek tego zdarzenia przekazał, że zatrzymanie adwokata przebiegło bardzo szybko. Agenci założyli Giertychowi kajdanki dopiero w samochodzie.

– Do zatrzymania doszło przed warszawskim sądem. W tej chwili w domu jest kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu, funkcjonariuszy CBA, przeszukanie jest bardzo szczegółowe. Trwa już jakiś czas i pewnie jakiś czas potrwa – powiedziała Polsat News Maria Giertych, córka adwokata. Uczestniczy on w przeszukaniu swojego domu. 

– Nie wiadomo, czego szukają funkcjonariusze, przeszukują wszystkie dokumenty, ubrania – mówiła córka adwokata.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

USA: Zamieszki w Louisville. Dwóch policjantów postrzelonych

Dwóch policjantów zostało postrzelonych w Louisville w stanie Kentucky podczas zamieszek w tym mieście – poinformowała lokalna policja. Do protestów doszło po tym, jak sąd oczyścił z zarzutu przyczynienia się do śmierci Afroamerykanki dwóch oskarżonych o to funkcjonariuszy. Z trójki policjantów, którzy w marcu weszli do mieszkania 26-letniej Breonny Taylor, tylko jeden usłyszał zarzut nieusprawiedliwionego stworzenia sytuacji zagrożenia życia – dla sąsiadów Taylor. Dwaj inni zostali oczyszczeni z zarzutów, co wywołało zamieszki w Louisville.

Trwają one mimo godziny policyjnej ogłoszonej w tym mieście. Gubernator stanu Kentucky zwrócił się do Gwardii Narodowej o pomoc w zaprowadzeniu porządku. Prezydent USA ocenił, że to słuszna decyzja.

Do akcji wkroczyła już wyspecjalizowana jednostka SWAT (Special Weapons and Tactics) – podało na Twitterze FBI. Agencja Reutera informuje, że sprawca strzelaniny został aresztowany i poddany przesłuchaniu. 26-letnia Taylor została w marcu zastrzelona przez policję we własnym mieszkaniu. Trzech funkcjonariuszy weszło do środka na mocy nakazu sądowego, który nie wymagał pukania do drzwi.

Ich zdaniem jeden z mężczyzn podejrzanych o sprzedaż narkotyków wykorzystał mieszkanie Taylor do odbioru paczek. Kobieta wcześniej umawiała się z nim, ale – według rodziny – zerwała z nim relacje.

Taylor i jej chłopak leżeli w łóżku, gdy po północy policja wyłamała drzwi. Mężczyzna, obawiając się intruzów, chwycił za broń i według policji ranił jednego z trzech funkcjonariuszy w udo. Wywiązała się strzelanina, w której pięć kul trafiło Taylor.
Źródło info i foto: TVP.info

Ojciec odnalezionej 14-letniej Roksany: „To było osaczanie”

Ojciec odnalezionej w piątek w nocy 14-letniej Roksany nie ma wątpliwości, że jego córka padła ofiarą przestępców. – To było osaczanie i psychologiczne rozgrywanie – mówi Wirtualnej Polsce Dariusz, ojciec dziewczyny. 14-letnia Roksana – odnaleziona w nocy z piątku na sobotę – przez pięć godzin w niedzielę składała zeznania w prokuraturze. Po niej śledczy przesłuchują 30-letniego mężczyznę, który ma mieć związek z zaginięciem nastolatki. Prokuratura zapowiada przedstawienie mu zarzutów.

Prokuratorzy nie ujawniają tego, co powiedziała nastolatka, ale postępowanie prowadzą pod kątem przestępstwa handlu ludźmi. O szczegółach zeznań córki nie mówi również ojciec nastolatki. Jest jednak pewny, że córka nie uciekła po prostu z domu.

– Ten handel ludźmi wygląda inaczej teraz. Nikt nie podjeżdża już autem i nie porywa nikogo na ulicy.

Psychologicznie rozgrywają to – mówi nam Dariusz, wyjaśniając, że prawdopodobnie chodzi o rozmowy przez komunikatory internetowe.

– I tak to było robione. To było wszystko zainscenizowane – stwierdza ojciec Roksany. – To może być przestrogą dla innych – dodaje.

Mężczyzna wyjaśnia również, że córka pojechała pociągiem z Białegostoku na Dolny Śląsk do nowej koleżanki.

Odnaleziona 14-latka. „Wymyślona koleżanka Patrycja”

– Córka uciekła, żeby spotkać się z Patrycją, która prawdopodobnie była wymyślona. Nie mogę mówić więcej na ten temat… To już prokuratura zdecyduje najlepiej. Chcemy mieć teraz przede wszystkim spokój – mówi pan Dariusz.

Dziękuje też policji, mediom i wszystkich zaangażowanym w poszukiwania. – Wydawało mi się, że to trwało długo, ale wbrew pozorom wcale nie… Szczęście w nieszczęściu, że się odnalazła.

Odnaleziona Roksana. 700 km od domu

Roksana zaginęła 7 września. Rano wyszła do szkoły i rodzice stracili z nią wszelki kontakt. Ojciec 14-latki od początku miał podejrzenia, że Roksana została podstępem uprowadzona. Nastolatkę znaleziono w piwnicy zburzonego domu w zalesionym terenie w okolicach Lwówka Śląskiego. W pomieszczeniu leżała karimata i opakowania po jedzeniu. Były tam też ślady ogniska.
Źródło info i foto: wp.pl

Birmingham: Policja zatrzymała mężczyznę w związku z wczorajszymi atakami

Brytyjska policja zatrzymała w poniedziałek mężczyznę pod zarzutem morderstwa i usiłowania zabójstwa w związku z atakami z użyciem noża w niedzielę po północy w Birmingham W atakach jedna osoba zginęła, a siedem zostało rannych. 27-letni podejrzany został zatrzymany w dzielnicy Selly Oak w Birmingham ok. godz. 4 nad ranem – podała policja w hrabstwie West Midlands.

Śledczy poinformowali, że ataki nożownika, które miały miejsce w czterech lokalizacjach w ciągu dwóch godzin, były powiązane, ale najpewniej nie miały związku ze zorganizowaną przestępczością ani terroryzmem.

„Aresztowaliśmy mężczyznę podejrzanego o morderstwo i siedem zarzutów usiłowania zabójstwa w związku z atakami z użyciem noża w Birmingham” – podała policja na Twitterze.

Dwie spośród rannych osób – kobieta i mężczyzna – doznały poważnych obrażeń, ale ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo.
Źródło info i foto: onet.pl

Koło: Gruba afera w tamtejszej policji

Zmuszanie do wypisywania mandatów, tuszowanie spraw przy wykorzystaniu lokalnych koneksji czy wreszcie poniżanie funkcjonariuszy za brak oczekiwanych przez przełożonych efektów. To tylko niewielka część licznych nieprawidłowości, na jakie wskazują policjanci z Komendy Powiatowej Policji w wielkopolskim Kole. Według naszych rozmówców, m.in. te praktyki, trwające przynajmniej od kilku lat, miały doprowadzić do samobójczej śmierci młodego policjanta pod koniec maja. Po tym, jak mężczyzna postrzelił się w budynku komendy, ruszyło prokuratorskie śledztwo, wewnętrzną kontrolę wszczęli policjanci z KWP w Poznaniu, a psychologowie z tej jednostki przeprowadzili ankietę wśród funkcjonariuszy z Koła. Jak poinformował rzecznik wielkopolskiej policji – nie wykazała żadnych nieprawidłowości.

Ankietę, która miała rozwiać wątpliwości co do nielegalnych praktyk i m.in. mobbingu ze strony przełożonych, przeprowadzono dwukrotnie. Decyzję o konieczności ponownego badania opinii wśród policjantów podjęto m.in. po tym, jak opisaliśmy nieprawidłowości podczas pierwszej części. Kierownictwo komendy miało wówczas sprawdzać, kto pobiera ankietę, a prowadzący badanie wypełnione druki mieli przekazać komendantowi. Ten z kolei od naczelnika wydziału prewencji miał również zażądać zgrania zapisów monitoringu z piętra, na którym przeprowadzono ankietę. Chcieli mieć pełną kontrolę i wgląd do tego, kto odpowiada na pytania – mówi jeden z naszych rozmówców. Przed drugą ankietą naczelnik wydziału Michał Bryl chodził do funkcjonariuszy i namawiał, by pisali „dobre słowa” o komendzie – dodaje.

Według informacji przekazanych przez rzecznika wielkopolskiej policji, w badaniu wzięły udział 84 osoby, a ich odpowiedzi przeanalizował Wydział Psychologów KWP. Z ankiety nie wynikały żadne informacje, które mogłyby wskazywać na nieprawidłowości czy też zachwiane relacje między przełożonymi a podwładnymi. Wydział kontroli KWP wciąż jednak proceduje w tej sprawie – przekazał RMF FM mł. insp. Andrzej Borowiak.

„Takiej mobilizacji jeszcze nie widzieliśmy”

Zdaniem policjantów, którzy wzięli udział w badaniu, zespół, który analizował odpowiedzi, nie zauważył najwyraźniej najistotniejszych kwestii zawartych w formularzach. Co więcej, jeden z funkcjonariuszy wydziału kontroli po przeprowadzeniu ankiety miał stwierdzić, że po raz pierwszy jest świadkiem badania, w którym do odpowiedzi na pytania policjanci dołączają dowody. Według naszych ustaleń, chodziło o kserokopie notatników służbowych, w których przełożeni w niewybrednych słowach wpisywali swoje obszerne uwagi i krytykę wobec podwładnych, za np. zbyt małą ich zdaniem liczbę wystawionych mandatów.

Takiej mobilizacji w komendzie my jeszcze nie widzieliśmy. Ludzie przyszli do jednostki nawet, gdy mieli wolne albo byli na zwolnieniach, albo też zostawali po nockach – byle tylko wziąć udział w ankiecie. Tam ludzie szli całymi wydziałami – mówią nasi rozmówcy. To, że ankieta nie wykazała nieprawidłowości to jest kłamstwo. Przecież my sami wiemy, co tam napisaliśmy. Ktoś tego celowo nie zauważa? – pytają. Jak dodają – BSW było w komendzie tylko raz. W dniu śmierci Mariusza. (chodzi o kontrolerów z Biura Spraw Wewnętrznych Policji – przyp. red.)

Samobójcza śmierć młodego policjanta

O nieprawidłowościach w KPP w Kole zaczęło być głośno po samobójczej śmierci funkcjonariusza ogniwa patrolowo interwencyjnego. 33-letni dzielnicowy Mariusz O. targnął się na swoje życie pod koniec maja, kilka minut przed zdaniem służby. Jego koledzy z jednostki nie mają wątpliwości, że do tragedii doprowadziło traktowanie go przez przełożonych. Od tamtej pory do naszej redakcji docierają kolejne, coraz bardziej niepokojące sygnały o praktykach, które miały miejsce w kolskiej komendzie przed tragedią. O szokującym wypisywaniu mandatów na osobę bezdomną z terenu Koła, nawet po jej śmierci pisaliśmy pod koniec czerwca tutaj.

„Mariusz to był prawdziwy policjant”

Od momentu, kiedy w Polsce potwierdzono pierwsze przypadki Covid-19, a rząd wprowadził poważne obostrzenia co do gromadzenia się czy chodzenia w maskach, naciski ze strony przełożonych w Kole miały nabrać dodatkowego wymiaru.

Naczelnik wydziału prewencji razem ze swoim zastępcą potrafili jeździć po ulicach i sprawdzać, gdzie są i co robią policjanci. Wymagali tego, by wypisywać mandaty za brak maseczek, była taka sytuacja dotycząca np. starszego małżeństwa idącego po ulicy czy starszej kobiety. Trafiło na ś.p. Mariusza – nie wypisał mandatu, ale ją pouczył i zaczęło się „ciśnięcie” – tłumaczy jeden z naszych informatorów.

Inna sytuacja, o której wspomina nasz rozmówca to interwencja, na którą wysłano 33-letniego Mariusza O. Chodziło o huczną zabawę zorganizowaną w jednej z restauracji w bliskim sąsiedztwie komendy. Bawili się na niej miejscy urzędnicy, radni oraz burmistrz. Odbywała się w czasie, gdy obowiązywał całkowity zakaz zgromadzeń. Policjant chciał działać zgodnie ze sztuką.

Mariusz to był prawdziwy policjant, był gotów ukarać, kiedy naprawdę kara się komuś należała i tak było w tym przypadku. Trafiła na niego ta interwencja, nie było dla niego równych, równiejszych i znajomych. Już wtedy na imprezie usłyszał od jednego z bawiących się, że będzie musiał się tłumaczyć komendantowi – relacjonuje rozmówca RMF FM.

Sprawa według naszych nieoficjalnych ustaleń została poniekąd zamieciona pod dywan na etapie rozpatrywania jej w komendzie. Dzielnicowi dostali jedynie polecenie od przełożonych, by dotrzeć do uczestników imprezy i ukarać ich 300 złotowym mandatem. Nie została jednak zgłoszona do sanepidu, który w takiej sytuacji nałożyłby dodatkowe kary administracyjne. Służby sanitarne próbowały uzyskać dane imprezowiczów od komendanta, ten jednak miał nie zgodzić się na udostępnienie listy spisanych wówczas osób, tłumacząc się RODO. Wyjątkiem był jeden z kolskich urzędników, który po wspomnianej imprezie trafił do policyjnego aresztu za przemoc, jakiej miał użyć wobec swojej żony.

Wspomniana sytuacja miała miejsce na około tydzień przed śmiercią Mariusza O. On był później nie do życia, nieobecny, zamyślony, tak jak by nie słyszał, że się do niego mówi. Na co dzień był bardzo spokojny i wyciszony, nie dawał się ponieść emocjom, ale jeszcze wcześniej był taki dzień, kiedy któryś z przełożonych wezwał go do siebie na rozmowę. Widzieliśmy jak z niej wychodził – był cały czerwony z nerwów. Zgłaszaliśmy to przełożonym, że się o niego martwimy, że coś jest nie tak – tłumaczą funkcjonariusze, do których dotarliśmy.

„Nigdy nie powinno dojść do tego, że kolega koledze odbiera broń”

Według naszych informacji, w dniu śmierci 33-letniego funkcjonariusza jego partner z patrolu został wezwany do pokoju kierownika ogniwa patrolowo-interwencyjnego. Spotkanie miało miejsce około godziny 15:00. Policjant miał usłyszeć wówczas polecenie zabrania broni swojemu koledze. Zakomunikował mu to dopiero po około trzech godzinach, chwilę przed 18:00, broni jednak nie odebrał. Kiedy wyszedł z pomieszczenia, w którym razem przebywali – padł strzał.

O scenariusz, w którym to kolega koledze ma odebrać broń, zapytaliśmy doświadczonego funkcjonariusza z innej części Polski. To jest absolutnie sytuacja niedopuszczalna. Nigdy nie powinno dojść do tego, że kolega koledze odbiera broń. Może to zrobić jedynie przełożony – podsumowuje krótko nasz rozmówca.

Tym, co dodatkowo bulwersuje część policjantów z KPP w Kole, są pierwsze chwile po postrzeleniu się przez 33-letniego funkcjonariusza. Nasi rozmówcy przekazali nam, że pierwszy do pomieszczenia, w którym doszło do tragedii wszedł zastępca naczelnika wydziału prewencji Marek Zakrocki. Pierwsze, co zrobił to chwycił za telefon i zaczął robić zdjęcia leżącego Mariusza, potem wziął jego broń do ręki i odłożył na stół. Nikogo nie wpuszczał do pokoju, bo tłumaczył, że nie wolno zacierać żadnych śladów, a Mariusz jeszcze wtedy żył! – słyszymy od niekryjących emocji policjantów. Policjant tego samego wieczoru trafił do szpitala. W nocy lekarze stwierdzili śmierć jego mózgu.

Na pogrzeb Mariusza przyszło około 150 policjantów, z czego tylko około 30 miało na sobie mundury. Jak sami mówią – to była forma buntu wobec postawy kierownictwa komendy w całej sytuacji. (pierwsze oficjalne sygnały z KPP w Kole mówiły o nieszczęśliwym wypadku przy rozładowywaniu broni – przyp. red.).

„Po ankiecie jest jeszcze gorzej”

Ankieta przeprowadzona przez psychologów z Poznania miała teoretycznie rozwiać wszelkie wątpliwości co do sytuacji w komendzie i pomóc w uporządkowaniu sytuacji. Teoretycznie, bo jak twierdzą nasi rozmówcy – po jej przeprowadzeniu w jednostce atmosfera się pogorszyła i bywa nie do zniesienia. Przełożeni stali się bardziej podejrzliwi wobec podwładnych i z całej sytuacji zdają się nie wyciągać żadnych wniosków.

Skończyło się mówienie „cześć” na korytarzach. Starszemu stopniem trzeba się teraz meldować(…) Jak policjanci zgłaszają jakiekolwiek wątpliwości to słyszą pytania w stylu – i co, znów pójdziesz napisać donos? Zamiast próbować ratować sytuację, uzdrowić atmosferę – jeszcze ją pogarszają. – słyszymy od naszych rozmówców.

Ankieta miała się też odbić na kryteriach przyznawania nagród dla funkcjonariuszy za pracę w czasie zaostrzonego reżimu sanitarnego w czasie pandemii Covid-19. Policjantom w całym kraju przyznawał ją komendant główny. Nagrody nie otrzymał nikt z wydziału ruchu drogowego KPP w Kole. Zdaniem części funkcjonariuszy, to zemsta za czynny udział w ankiecie policjantów z WRD.

Komendant i Naczelnik Prewencji mszczą się na policjantach. Teraz na tapecie jest Ruch Drogowy, którego to policjanci wzięli bardzo czynny udział w ankiecie. W „nagrodę” żaden z policjantów tego wydziału nie dostał premii za Covid – czytamy w wiadomości nadesłanej do redakcji Faktów. O sprawę zapytaliśmy w biurze prasowym kolskiej komendy. W sumie komendant przyznał 101 nagród dla policjantów z Koła, nie było wśród nich funkcjonariuszy wydziału ruchu drogowego oraz zespołu dyżurnych. Nagrody otrzymali ci, którzy byli najbardziej zaangażowani w walkę z covid-19. Pozostali funkcjonariusze otrzymali nagrody z innej puli – tłumaczy w rozmowie telefonicznej oficer prasowy KPP w Kole sierż. szt. Weronika Czyżewska.

Śledztwo trwa, na razie nikt nie usłyszał zarzutów

Śledztwo w spawie śmierci 33-letniego policjanta Mariusza O. trafiło najpierw do Prokuratury Okręgowej w Koninie, później przejęła je Prokuratura Rejonowa w Lesznie. Ostatecznie trafiło jednak do Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze.

Śledztwo, po zmianie kwalifikacji czynu, toczy się pod kątem namowy i pomocy do samobójstwa oraz pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci. Na razie nikt nie usłyszał jednak zarzutów. Śledczy badają też opisywane przez nas wątki niewłaściwego traktowania policjanta i wywieranie na niego nacisków przez przełożonych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Rodzice aresztowani w związku ze śmiercią miesięcznego Wiktora z Rudy Śląskiej. Usłyszeli zarzuty

O aresztowaniu rodziców podejrzanych ws. śmierci miesięcznego chłopca z Rudy Śląskiej, który w środę zmarł w szpitalu w Katowicach, zdecydował w piątek wieczorem Sąd Rejonowy w Gliwicach. Wcześniej oboje rodzice usłyszeli w Prokuraturze Okręgowej w Gliwicach zarzuty znęcania się nad dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem, a także spowodowania urazu, którego skutkiem była jego śmierć.

Jak poinformowała prok. Karina Spruś z gliwickiej prokuratury, sąd przychylił się do wniosku prokuratury o zastosowanie aresztu wobec obojga rodziców. Prokuratura przesłuchała w piątek zatrzymanych jeszcze w środę rodziców Wiktora – 29-letnią matkę i 30-letniego ojca. W piątek rano na podstawie wyników sekcji zwłok podała, że przyczyną śmierci dziecka był rozległy uraz czaszkowo-mózgowy.

Zarzuty dla rodziców

O zarzutach przedstawionych po kilkugodzinnym przesłuchaniu poinformowała w piątek po południu prok. Karina Spruś z gliwickiej prokuratury.

– Matce małoletniego Wiktora przedstawiono dwa zarzuty: pierwszy zarzut dotyczy znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad małoletnim dzieckiem (…). Drugi zarzut dotyczy natomiast udzielania pomocy do zabójstwa małoletniego dziecka – powiedziała prok. Spruś.

Przypomniała, że pierwszy z tych czynów jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat 8, a drugi – podobnie jak samo dokonanie zabójstwa – karą od 8 lat do dożywocia.

– Ojcu przedstawiono dwa zarzuty. Pierwszy zarzut jest zarzutem łącznym: znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad małoletnim dzieckiem i spowodowania u niego urazu czaszkowo-mózgowego, którego skutkiem była śmierć małoletniego dziecka – wskazała prok. Spruś.

– Natomiast drugi z zarzutów dotyczy sprawy z ub. roku, która była prowadzona w Rudzie Śląskiej, a która została przejęta do dalszego prowadzenia przez Prokuraturę Okręgową w Gliwicach – i jest to zarzut spowodowania obrażeń ciała u małoletniej Wiktorii (starszej siostry Wiktora – red.): złamania trzech żeber, naruszających czynności narządów ciała na okres powyżej siedmiu dni – dodała.

Pierwszy z zarzuconych ojcu czynów jest zagrożony karą dożywocia; drugi – karą od 3 miesięcy do lat 5 pozbawienia wolności.

Nie przyznali się do winy

– Oboje podejrzani nie przyznali się do stawianych im zarzutów. W swoich bardzo obszernych wyjaśnieniach przedstawili swoją wersję, natomiast z uwagi na to, że konieczna jest weryfikacja tych wyjaśnień, nie mogę przytoczyć ich szczegółów – zastrzegła prok. Spruś.

Zasygnalizowała, że prowadzący sprawę prokurator złoży jeszcze w piątek do Sądu Rejonowego w Gliwicach wniosek o tymczasowe aresztowanie obojga rodziców. Posiedzenie aresztowe – według ustaleń prokuratury – miałoby się odbyć w sobotę rano. Prokuratura badała już wcześniej i umorzyła postępowanie ws. obrażeń ciała u dziewczynki. Ubiegłoroczna opinia biegłego była niejednoznaczna. Nie wskazała, w jaki sposób mogło dojść do urazu. Teraz to postępowanie wznowiono i połączono ze sprawą śmierci miesięcznego Wiktora.

Pytana w piątek o tę kwestię prok. Spruś zaznaczyła, że nie zna całości materiału w tym postępowaniu i nie wie, czy uzyskano w nim kolejną opinię czy też zreinterpretowano dotychczasową. W tej sprawie sąd uchylił decyzję o umorzeniu wskutek zażalenia wywiedzionego przez kuratora dziecka.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Hans G. skazany. Jest winny znieważania polskich pracowników zatrudnionych w swojej firmie

Decyzją Sądu Okręgowego w Gdańsku Hans G. został uznany za winnego znieważania polskich pracowników zatrudnionych w swojej firmie. Mężczyzna był oskarżony o stosowanie wobec nich mowy nienawiści. Natalia Nitek-Płażyńska, występująca jako powódka, jest rozczarowana ogłoszonym wyrokiem.

Sąd Okręgowy w Gdańsku zmienił wyrok sądu niższej instancji ws. Hansa G., niemieckiego przedsiębiorcy, którego Natalia Nitek-Płażyńska – obecna żona posła PiS Kacpra Płażyńska – pozwała za kierowanie wobec niej gróźb karalnych oraz za znieważanie polskich pracowników pracujących w firmie oskarżonego.

Hansa G. uznano winnym znieważenia, jednak gdański sąd nie przychylił się do zarzutów dotyczących stosowania gróźb.

„Sąd uznał, że Hans G. popełnił przestępstwo. Znieważył Polaków! Wyrok jest prawomocny. Jednocześnie nie rozumiem i nie zgadzam się z tym, że nie został skazany za groźby. Jak inaczej rozumieć jego słowa, że „chciałby pozabijać Polaków”? Najważniejsze jednak, że został skazany” – napisała na Twitterze Natalia Nitek-Płażyńska.

W grudniu 2019 roku Sąd Rejonowy w Wejherowie uznał, że Hans G. znieważył pięć pracownic swojej firmy działającej w Pomorskiem i skazał na karę 20 tys. złotych grzywny. Zobowiązał go też do nawiązki na rzecz czterech pozostałych pokrzywdzonych kobiet i wpłaty w wysokości 5 tysięcy złotych na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej.

Sędzia stwierdził wówczas również, że Hans G. będzie musiał zapłacić blisko 40 tys. zł z tytułu opłaty za ekspertyzę fonoskopijną, którą zleciła prokuratura w jego sprawie.

Za używanie gróźb karalnych wobec Nitek-Płażyńskiej niemiecki przedsiębiorca został skazany przez wejherowski sąd na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Nakazano mu też przeprosić oskarżającą go kobietę, sąd zakazał mu także kontaktu z nią.

„Dziękuję wszystkim za wsparcie w mojej kilkuletniej batalii. To nie był dla mnie łatwy czas, ale wiem, że reprezentowałam nie tylko siebie ale i wielu Polaków, którzy nie godzą się na takie traktowanie” – dodała Natalia Nitek-Płażyńska.
Źródło info i foto: wp.pl

Gubernatorowi rosyjskiego Kraju Chabarowskiego z zarzutami organizacji zabójstw biznesmenów

Gubernatorowi rosyjskiego Kraju Chabarowskiego Siergiejowi Furgałowi przedstawiono zarzuty dotyczące organizacji zabójstw biznesmenów w latach 2004-2005 i prób takich zabójstw – poinformował w czwartek Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej.

Zdaniem śledczych Furgał „ma związek z organizacją zabójstw i próbami zabójstw zorganizowanymi przez grupę przestępczą w latach 2004-2005 na terenie Kraju Chabarowskiego i obwodu amurskiego”. Ofiarami tych zamachów na zlecenie padli miejscowi biznesmeni. W ramach śledztwa zatrzymani zostali w czwartek dwaj deputowani regionalnego zgromadzenia ustawodawczego w Kraju Chabarowskim.

Jak podał kanał informacyjny 112 na komunikatorze Telegram, ofiarami zabójstw, z którymi – zdaniem śledczych – ma związek Furgał, byli czterej biznesmeni: Jewgienij Zoria, Oleg Bułatow, Eduard Kuczynski i Roman Sandałow. Kilka mediów, w tym dziennik „Kommiersant”, podało, że przypisywany Furgałowi jest także nieudany zamach na przedsiębiorcę Olega Smolskiego.

Obserwatorzy nie wykluczają, że śledztwo wobec Furgała jest odwetem za jego zwycięstwo w 2018 roku w wyborach gubernatora Kraju Chabarowskiego. Furgał stanął do wyborów jako kandydat Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (LDPR) i był oceniany jako jedynie formalny rywal p.o. gubernatora Wiaczesława Szporta z rządzącej partii Jedna Rosja. Niespodziewanie jednak Furgał wygrał wybory i nie brak teraz głosów, że w ocenie władz złamał zawarty z nimi układ.

Szef LDPR Władimir Żyrinowski zagroził w piątek złożeniem mandatów całej frakcji w niższej izbie parlamentu, Dumie Państwowej. Żyrinowski zarzucił śledczym używanie metod „jak za Stalina”.

50-letni obecnie Furgał jest absolwentem uczelni medycznej i pracował jako lekarz, ale w latach 90. zajął się biznesem. Kierował firmami w Kraju Chabarowskim. Jego długoletnim partnerem biznesowym był Nikołaj Mistriukow, zatrzymany w 2019 roku z powodu podejrzeń o zabójstwa, których ofiarą padli biznesmeni.

Furgał zaczął karierę polityczną w 2005 roku, gdy wszedł do regionalnego zgromadzenia ustawodawczego w Kraju Chabarowskim. Wówczas właśnie związał się z populistyczno-nacjonalistyczną LDPR. Z jej ramienia trzykrotnie był wybierany do Dumy Państwowej – w roku 2007, 2011 i 2016. Jako deputowany Dumy kierował komisją zdrowia w niższej izbie parlamentu.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Zabójstwo Polki w Danii. Akt oskarżenia przeciwko gangowi „Braciaków”

Prokuratura objęła aktem oskarżenia 16 osób z tzw. gangu „Braciaków”. Członkom zorganizowanej grupy przestępczej zarzucono popełnienie ponad 40 przestępstw. Zabójstwo Polki w Danii, usiłowanie zabójstwa innej kobiety czy handel narkotykami to tylko niektóre z nich.

Śledztwo prowadzi gdańska Prokuratura Regionalna wspólnie z gdańskim zarządem Centralnego Biura Śledczego Policji. Dotyczyło ono porachunków pomiędzy gangami zajmującymi się stręczycielstwem oraz handlem narkotykami. Gangiem „Braciaków” dowodzą bracia z Gdyni.

„Oskarżonym zarzucono m.in udział w zorganizowanej grupie przestępczej, dokonanie i usiłowanie dokonania zabójstwa, czerpanie korzyści z cudzego nierządu, posiadanie znacznej ilości środków odurzających, wprowadzanie do obrotu znacznej ilości środków odurzających i substancji psychotropowych, a także nakłaniania do składania fałszywych zeznań”, przekazała rzeczniczka prasowa Prokuratury Regionalnej w Gdańsku Marzena Muklewicz.

Dania. W pożarze zginęła Polka

Na początku 2017 roku w Aalborgu podpalono agencję towarzyską, prowadzoną przez polską grupę przestępczą. W pożarze zginęła Polka – Honorata H., a druga z kobiet została ciężko poparzona. Zginął także jeden z podpalaczy. Z ustaleń śledczych wynika, że przestępstwa dokonało dziewięciu mężczyzn z trójmiejskiego gangu. Część z nich ukrywała się w Hiszpanii. Następnie ustalono kolejnych członków gangu, w tym trzy kobiety. Oskarżonym grozi nawet 15 lat więzienia.

Lista zarzutów jest długa

Przypomnijmy, że jeszcze grudniu 2014 roku Pomorski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Gospodarczej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Gdańsku skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko braciom B. Na jednej z rozpraw w 2015 roku sąd zdecydował o zmianie środka zapobiegawczego z tymczasowego aresztowania na środki wolnościowe. Zastosował wobec oskarżonych poręczenie majątkowe, a także zakaz opuszczania kraju.

Oskarżeni po zwolnieniu przez sąd z aresztu latem 2015 roku rozpoczęli działalność na terenie Danii, a po zabójstwie Honoraty H. ukryli się w Hiszpanii. Tam zajęli się handlem narkotykami.
Źródło info i foto: wp.pl