USA: Egzekucja Lisy Montgomery. Pierwsza egzekucja kobiety od 70 lat

16 lat minęło od przerażającej zbrodni w Missouri. Lisa Montgomery najpierw udusiła swoją ofiarę, a potem wycięła z jej brzucha dziecko. Prokurator generalny USA wyznaczył datę egzekucji. Będzie to pierwsza kobieta od blisko 70 lat stracona w więzieniu federalnym. Egzekucja 52-letniej Montgomery budzi emocje; jest ona jedyną kobietą z 55 skazańców czekających na egzekucję w więzieniach federalnych.

Do zbrodni doszło w grudniu 2004 r. Pod pretekstem zainteresowania ogłoszeniem Lisa Montgomery pojechała do domu 23-letniej Bobbie Jo Stinnett, która była w ósmym miesiącu ciąży. Najpierw udusiła kobietę, a potem wycięła dziecko z jej brzucha.

Po morderstwie wróciła do domu i udawała, że jest jego matką. Mąż skazanej twierdzi, że niczego nie podejrzewał. – Nie miałem pojęcia – powiedział Kevin Montgomery, cytowany przez theguardian.com. Dziecko cudem przeżyło. Victoria Jo Stinnett ma 16 lat i wychowywana jest przez swojego ojca.

Prawnicy Montgomery od dawna twierdzą, że kobieta ma uszkodzenia mózgu spowodowane biciem w dzieciństwie, cierpi na psychozę i inne choroby psychiczne.

Zabójczyni zostanie stracona 8 grudnia – postanowił prokurator generalny William Barr. Jak ocenił, było to „szczególnie ohydne morderstwo”. Jednocześnie wyznaczył na 10 grudnia datę egzekucji Brandona Bernarda, który w Teksasie w 1999 r. zamordował dwóch ministrantów.

Media przypominają, że wykonanie wyroku na Montgomery będzie pierwszą egzekucją kobiety w więzieniu federalnym od 1953 r., gdy w komorze gazowej stracono Bonny Brown Heady, skazaną za porwanie i zabójstwo sześcioletniego syna potentata samochodowego.
Źródło info i foto: TVP.info

Skazany za gwałt i zabójstwo 15-letniej Małgosi opuścił areszt

Wrocławski sąd rozpatrzył zażalenia na areszt tymczasowy zastosowany wobec mężczyzn nieprawomocnie skazanych na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo i gwałt 15-letniej Małgosi. Jeden z mężczyzn wyszedł na wolność, drugi – decyzją Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu – ma w nim pozostać.

25 września Sąd Okręgowy we Wrocławiu, który zajmował się sprawą „zbrodni miłoszyckiej”, skazał Norberta Basiurę (mężczyzna zgodził się na publikację swoich danych i wizerunku) i Ireneusza M. na 25 lat pozbawienia wolności. Orzekł też, że obaj przez kolejne 10 lat pozbawieni będą praw publicznych. – Z przekonaniem wydaliśmy ten wyrok, uznając, że wina i okoliczności nie budzą wątpliwości – mówił w uzasadnieniu Marek Poteralski, sędzia Sądu Okręgowego we Wrocławiu. Wyrok nie jest prawomocny.

Po jego ogłoszeniu sąd przekazał, że wobec Basiury zostanie zastosowany środek zapobiegawczy w postaci trzymiesięcznego aresztowania. Mężczyznę, który przed sądem odpowiadał z wolnej stopy, zakuto w kajdanki na sali rozpraw. To nie spodobało się jego obrońcy. – Sam fakt aresztowania go, niestety, ale przed kamerami, jest dla mnie wysoce bulwersujący. Pamiętajmy, że to jest osoba, która ma żonę i dzieci – mówiła mecenas Renata Kopczyk, obrończyni Basiury. I zapowiedziała złożenie zażalenia na zastosowanie wobec swojego klienta tymczasowego aresztowania.

Na dalszy ciąg procesu jeden poczeka w areszcie, drugi na wolności

W poniedziałek zażalenia na decyzję o areszcie rozpatrywał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. Zdecydował, że Basiura nie będzie czekał na prawomocne rozstrzygnięcie sprawy „zbrodni miłoszyckiej” za kratami. Sąd uchylił zastosowany wobec niego, tuż po ogłoszeniu wyroku, areszt tymczasowy.

Mężczyzna opuścił areszt w poniedziałek po południu. W krótkiej rozmowie z dziennikarzami przedstawił się i powiedział, że „wierzy w sprawiedliwe sądy”. Dodał, by prośby o komentarze kierować do jego adwokat.

Tego samego dnia sąd odrzucił zażalenie na areszt dla Ireneusza M., drugiego oskarżonego w tej sprawie.

Z taką decyzją sądu nie zgadza się prokuratura. Jak mówił jej przedstawiciel, sąd pierwszej instancji wymierzył obu mężczyznom taką samą karę, są oskarżeni o to samo przestępstwo i wobec obu powinien być zastosowany ten sam środek zapobiegawczy.

Na tę decyzję wrocławskiego Sądu Apelacyjnego stronom przysługuje zażalenie.

„Według sądu nie ma obawy ani matactwa, ani ukrywania się”

Do decyzji sądu o zwolnieniu Basiury z aresztu tymczasowego odniosła się w rozmowie z TVN24 jego adwokat, mecenas Renata Kopczyk. – Sąd Apelacyjny uwzględnił zażalenie obrony w całości, czyli uznał, że nie ma ani przesłanek ogólnych, ani szczególnych w zakresie stosowania środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania względem Norberta Basiury – wskazywała.

Wyjaśniała, że „według sądu nie ma obawy ani matactwa, ani ukrywania się”. – Mój klient do tej pory odpowiadał z wolnej stopy. Nigdy w życiu nie utrudniał tego postępowania. Wręcz przeciwnie, stawiał się na każde wezwanie, był na każdej rozprawie. Zatem tutaj postanowienie sądu okręgowego w tym zakresie było niepełne i wręcz bardzo wątpliwie – oceniła Kopczyk.

Adwokat poinformowała, że dalsze kroki są „jasne”. – Mamy nieprawomocny wyrok sądu pierwszej instancji. Złożyliśmy wniosek o uzasadnienie, czekamy na to uzasadnienie pisemne. Bo uzasadnienie ustne zostało nam przedstawione zaraz po ogłoszeniu wyroku. I tak, jak deklarowaliśmy 25 września, będziemy składać apelację – oświadczyła.

Kopczyk mówiła, że nie ma „linii obrony”. – Walczymy tak naprawdę z kwestią tych wątpliwości, które od samego początku przedstawiamy – dodała. Oceniła również, że „jak jest duży medialny proces, to część społeczeństwa już skazuje, osądza, część społeczeństwa uważa, że to jest kolejny niewinny”. – Ja już staram się na to nie zwracać uwagi – powiedziała. Jej zdaniem „opinia społeczna oczywiście jest ważna, niemniej jednak nie ona decyduje”. – Decydują fakty i decydują dowody, których w tej sprawie po prostu nie ma – powiedziała.

Jeden z oskarżonych odpowiadał z wolnej stopy

Basiura po tym jak, w 2018 roku, usłyszał zarzuty w sprawie gwałtu i zabójstwa 15-letniej Małgosi został tymczasowo aresztowany. Jednak po kilku miesiącach, w styczniu 2019 roku, Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uchylił zastosowany wobec niego środek zapobiegawczy. Od tego czasu mężczyzna przebywał na wolności.

Sąd Okręgowy we Wrocławiu zdecydował też o przedłużeniu, do 29 stycznia 2021 roku, aresztu wobec Ireneusza M. Drugi z oskarżonych za kratami siedzi od kilku lat. Gdy usłyszał zarzuty w sprawie zabójstwa nastolatki, odsiadywał bowiem wyrok za gwałty i groźby karalne. Kara zakończyła się we wrześniu tego roku. I gdyby nie areszt tymczasowy w sprawie „zbrodni miłoszyckiej” M. mógłby wyjść na wolność.

Zbrodnia sprzed lat

Nagie, porzucone na jednej z posesji w Miłoszycach, ciało Małgosi znaleziono zaledwie kilkadziesiąt kroków od miejsca, w którym dziewczyna spędzała ostatni dzień 1996 roku. Sylwestra świętowała pierwszy raz poza domem. Miała tam wrócić o piątej rano pociągiem. Gdy się nie pojawiła, rodzice rozpoczęli poszukiwania. O sprawie powiadomiono policję. Kilka godzin później znaleziono ciało nastolatki. Dziewczyna zmarła wskutek wyziębienia organizmu i odniesionych ran.

Zdaniem śledczych zabójców nastolatki było trzech. Śledztwo prokuratury w tej sprawie wciąż trwa.

Niesłusznie skazany walczy o sprawiedliwość

W 2004 roku za gwałt i zabójstwo Małgosi na 25 lat prawomocnie skazano Tomasza Komendę. Po 18 latach spędzonych za kratami, gdy specjalny zespół śledczych ponownie zaczął analizować sprawę tego, co wydarzyło się w Miłoszycach, okazało się, że mężczyzna został niesłusznie skazany. W maju 2018 roku – po wznowieniu postępowania – Sąd Najwyższy uniewinnił Tomasza Komendę.

W prokuraturze w Łodzi trwa postępowanie wyjaśniające nieprawidłowości, jakich dopuszczono się w śledztwie przeciwko Tomaszowi Komendzie. On sam, przed Sądem Okręgowym w Opolu, walczy o zadośćuczynienie i odszkodowanie za lata spędzone w zakładach karnych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Rzeszów: 36-latek podciął ojcu gardło. Trafił do aresztu

36-letni mieszkaniec Rzeszowa został w piątek tymczasowo aresztowany na trzy miesiące. Mężczyzna jest podejrzewany o zabójstwo swojego ojca. Grozi mu dożywocie. Mężczyznę podejrzewa się o zabójstwo ojca. Do zbrodni dojść miało w czwartek w jednym z bloków przy ulicy Krakowskiej w Rzeszowie. Na klatce schodowej policja znalazła nieprzytomnego 57-latka, który miał widoczne obrażenia ciała. Rany wskazywać miały na udział osób trzecich.

– 36-letniemu mężczyźnie przedstawiliśmy zarzut zabójstwa. Podejrzany przyznał się do stawianego zarzutu, złożył dość obszerne wyjaśnienia, opisujące przebieg wydarzeń – powiedział w rozmowie z portalem rzeszow-news.pl Wojciech Przybyło, szef Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie.

36-letni mieszkaniec Rzeszowa decyzją Sądu Rejonowego w Rzeszowie został aresztowany na trzy miesiące. Za zabójstwo ojca 36-latkowi grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności. Pomimo złożenia przez podejrzanego szczegółowych wyjaśnień, prokuratura nie ujawnia ich treści. Obecnie przesłuchiwani są świadkowie, w tym m.in. członkowie rodziny.

Narzędziem zbrodni był najprawdopodobniej nóż. Motyw zabójstwa również nie został ujawniony. Aresztowany syn mieszkał wspólnie z rodzicami.
Źródło info i foto: wp.pl

Indonezja: Umówił się na randkę z kobietą poznaną na Tinderze. 32-latek został poćwiartowany

​Brutalne zabójstwo w Dżakarcie w Indonezji. Kobieta zwabiła do swojego mieszkania młodego mężczyznę. Tam został zabity i poćwiartowany. Policja znalazła ciało ofiary w 11 częściach. 32-letni Rinaldi Harley Wismanu pracował jako rekruter dla jednej z firm w Dżakarcie. Poprzez aplikację do randkowania Tinder udało mu się poznać 27-letnią Laei Atik Supriyatin, z która umówił się w kawiarni. Kilka dni później spotkali się w mieszkaniu wynajmowanym przez kobietę.

Nowo poznani szybko zaczęli uprawiać seks. Wtedy z łazienki mieszkania wyszedł inny mężczyzna i trzykrotnie uderzył 32-latka cegłą w głowę, a następnie ugodził go kilka razy nożem.

Napastnikiem był 26-letni Djumadil Al Fajri, jak się okazało – partner kobiety. Para miała kłopoty finansowe i oboje uznali, że rozwiążą problemy mordując i okradając Rinaldiego, który chwalił się swoimi zarobkami.

Para przeniosła ciało zabitego do łazienki. Potem wyszli do sklepu kupić maczetę oraz piłę. Zakupili także nowe prześcieradła i białą farbę, by pomalować ściany zaplamione krwią. Ciało poćwiartowali na jedenaście części i pochowali do plastikowych worków, które następnie upakowali w dwóch walizkach oraz plecaku. Szczątki ukryli na 16. piętrze jednego z apartamentowców.

Zbrodniarze zdobyli kod do konta bankowego ofiary. Wydali z niego równowartość 6,5 tys. dolarów, kupując złoto, laptopy, zegarek i motocykl. Wynajęli także dom. Policji udało się do nich dotrzeć dzięki analizie transakcji prowadzonych za pomocą karty zamordowanego 32-latka.

Podczas zatrzymania policja oddała ogień, raniąc 26-latka w nogę. Zarówno on, jak i jego partnerka zostali oskarżeni o morderstwo i kradzież. Grozi im za to kara śmierci.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Poznań: Zabójstwo kobiety. 63-letni Krzysztof D. aresztowany

63-letni Krzysztof D. został tymczasowo aresztowany na 3 miesiące po tym jak zamordował swoją 73-letnią partnerkę. Ciało kobiety znaleziono w sobotę z kilkunastoma ranami kłutymi. Prawdopodobnym motywem zbrodni były pieniądze. Do zabójstwa doszło 7 września w Poznaniu. W jednym z mieszkań 63-letni Krzysztof D. zadźgał swoją partnerkę. Para mieszkała razem. Mężczyzna przyznał się do zbrodni i dodał, że chodziło o pieniądze. 73-latka miała zabrać mu 100 złotych.
Źródło info i foto: o2.pl

35-latka skazana na 25 lat więzienia za usiłowanie zabójstwa miesięcznego dziecka

Na 25 lat więzienia skazał wrocławski sąd 35-letnią matkę oskarżoną o usiłowanie zabójstwa miesięcznego dziecka. Kobieta będąc pod wpływem alkoholu rzuciła dziecko na ulicę i kilka razy je kopnęła. Niemowlaka odebrali jej przechodnie.

Do zdarzeń opisanych w akcie oskarżenia doszło w lutym 2019 roku na ul. Gagarina we Wrocławiu. Jak ustaliła prokuratura, Barbara J., 35-letnia matka, wyciągnęła z wózka swoje miesięczne dziecko i rzuciła je na asfalt. Następnie co najmniej sześć razy je kopnęła. Dziecko odebrali jej przechodnie, którzy wezwali też policję. Niemowlę z poważnymi obrażeniami trafiło do szpitala. Kobieta miała ponad promil alkoholu w organizmie.

We wtorek przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu zapadł wyrok skazujący kobietę na karę 25 lat więzienia. Wyrok nie jest prawomocny.

Nie pamięta tego zdarzenia

Proces rozpoczął się w grudniu 2019 roku. Przed sądem Barbara J. nie przyznała się do zarzutu usiłowania zabójstwa. Nie chciała też składać wyjaśnień i odpowiadać na pytania. Kobieta powiedziała, że nie pamięta samego zdarzenia, bo – jak mówiła – „była pod wpływem alkoholu i narkotyków”.

Sąd odczytał wyjaśnienia składne przez J. w prokuraturze. Kobieta mówiła w nich, że bardzo żałuje tego, co się stało i że nie chciała zrobić dziecku krzywdy. Swoje zachowanie tłumaczyła kłótnią z konkubentem. Mówiła też, że powinna odreagować agresję na partnerze, a nie „wyżywać się na dziecku”.

Przed sądem kobieta powiedziała, że oprócz synka ma jeszcze troje innych dzieci. Jedno jest w rodzinie zastępczej, a dwoje oddała do „okna życia”.

Biegli wykluczyli chorobę psychiczną

Przed sądem zeznawali m.in. biegli z dziedziny psychiatrii i psychologii. Według wydanej przez nich opinii, „nie ma podstaw do kwestionowania poczytalności oskarżonej”; biegli wykluczyli też chorobę psychiczną czy upośledzenie umysłowe.

„Wyrokiem z dnia 8 września 2020 r. Sąd Okręgowy III Wydział Karny uznał oskarżoną Barbarę J. za winną tego, że w dniu 9 lutego we 2019 r. we Wrocławiu przy ul. Gagarina, działając z zamiarem bezpośrednim, w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie, usiłowała pozbawić życia swojego miesięcznego syna, w ten sposób, że wyciągnęła go z prowadzonego przez siebie wózka, uniosła na wysokość ramion i cisnęła nim o asfalt, a następnie, sześciokrotnie kopnęła go w głowę, unosząc prawą nogę z impetem i przydeptując głowę pokrzywdzonego, lecz zamierzonego celu nie osiągnęła z uwagi na postawę przechodniów” – napisano w komunikacie przesłanym przez służby prasowe sądu.

Chłopiec doszedł do zdrowia i przebywa w rodzinie zastępczej. Jego opiekunka, zeznając w trakcie procesu, powiedziała, że trudno jej ocenić, jaki wpływ na rozwój dziecka będzie miało to zdarzenie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Warszawa: Andrzej K. oskarżony o zbrodnię na Bródnie. Mężczyzna zabił sąsiadkę, usiłował zabić jej syna

Sąsiedzki konflikt doprowadził do potwornej tragedii. Andrzej K. (65 l.) zaplanował zbrodnię, a potem z zimną krwią ją zrealizował. Jego ofiarą padła Agnieszka G. († 43 l.). Sprawca zastrzelił 43-latkę na oczach inspektora budowlanego, który wówczas kontrolował posesję. Napastnik próbował też zabić syna kobiety, 19-letniego Adriana. Prokuratura oskarżyła 65-latka o okrutną zbrodnię sprzed roku.

Makabryczne zdarzenia rozegrały się 12 lipca 2019 roku w piętrowym budynku przy ulicy Łąkocińskiej na warszawskim Bródnie. To tam mieszkał Andrzej K. oraz Agnieszka G. z synem Adrianem. Sąsiedzi żyli ze sobą w konflikcie, który w końcu doprowadził do tragedii. Wszystko wydarzyło się na oczach przerażonego inspektora budowlanego, który tego dnia przybył na posesję. Został on wezwany przez rodzinę G., którzy zgłosili, że ich sąsiad zbudował na podwórku nielegalne szambo. Podczas kontroli wydarzył się istny horror!

Andrzej K. oddał kilka strzałów w stronę 43-latki. Próbował także postrzelić nastolatka, lecz broń nie wypaliła. Wówczas 65-latek wyjął nóż schowany pod kurtką i rzucił się na chłopaka, raniąc go w okolice żeber. Na tym oszalały mężczyzna nie poprzestał. Andrzej K. wziął kanister z benzyną i materiały wybuchowe własnej roboty i podpalił znajdującą się na posesji altanę, w której były rzeczy rodziny G.

– Była pracowita, opiekuńcza i trzymała wszystko. Za krótko żyła – mówiła Polsat News matka zamordowanej kobiety.

Łękocińska. Sąsiedzki konflikt doprowadził do tragedii

Po zatrzymaniu 65-latek przyznał, że zbrodnia była zaplanowana… Podczas przesłuchania oskarżony opisał konflikt z lokatorką i jej rodziną. Jak wyjaśnił, jego prawo do zarządzania nieruchomością było ograniczane, mimo że był współwłaścicielem budynku. Andrzej K. tłumaczył, że przez kilka tygodni nie było go w domu i miał wrócić dzień przed zdarzeniem. 65-latek utrzymywał, że podczas jego nieobecności lokatorzy rozebrali należące do niego budynki gospodarcze i pozbyli się jego rzeczy.

Mężczyzna miał też cały arsenał na posesji. W garażu przygotowane były tzw. koktajle mołotowa, a w jego mieszkaniu znaleziono substancje chemiczne, trzy domowej roboty bomby rurowe wypełnione czarny prochem, dwa przyrządy wybuchowe. Posiadał także bez wymaganego zezwolenia amunicję. Przed posesją zabezpieczono również rewolwer kapiszonowy.

Warszawska prokuratura oskarżyła 65-latka o zbrodnię sprzed roku. – Andrzej K. został oskarżony o zabójstwo Agnieszki G. poprzez oddanie do niej strzałów z broni palnej. Mężczyzna spowodował u pokrzywdzonej pięć ran postrzałowych. Oskarżony jest także o usiłowanie pozbawienia życia Adriana G., syna pokrzywdzonej – przekazał prok. Marcin Saduś, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

Andrzej K. odpowie także za zniszczenie w wyniku pożaru mienia, a także za czyn opisany w artykule 171 p. 1 kodeksu karnego, czyli przetwarzanie materiałów wybuchowych bez wymaganego zezwolenia.

– Oskarżony w toku postępowania przygotowawczego był dwukrotnie przesłuchiwany, przyznał się do winy i złożył obszerne wyjaśnienia – wskazał rzecznik warszawskiej prokuratury.

Karta 65-latka, rozwiedzionego mechanika, była do tej pory pusta. Teraz za zabójstwo sąsiadki i usiłowanie pozbawienia życia jej syna grozi mu dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zabójstwo piątki dzieci w niemieckim Solingen

Śledczy nadal nie są w stanie przesłuchać 27-letniej kobiety, która miała zabić piątkę swoich dzieci, a następnie próbowała popełnić samobójstwo. W toku dochodzenia ujawnione zostały kolejne szczegóły tej zbrodni.

Jak podaje „Bild”, prokuratura postawiła już 27-letniej kobiecie zarzut zabójstwa pięciorga dzieci. Kobieta, która wychowywała je samotnie, mocno przeżyła rozstanie z mężem. W wyniku załamania miała targnąć się na życie dzieci. Później sama próbowała popełnić samobójstwo, rzucając się pod nadjeżdżający pociąg. Kobieta jest w ciężkim stanie, jednak jej życiu już nic nie zagraża.

Małżeństwo 27-latki rozpadło się przed rokiem. Kobieta samotnie wychowywała czwórkę dzieci męża, oraz dwójkę pozostałych dzieci różnych ojców. Z rodzeństwa przeżył tylko najstarszy chłopiec, 11-letni Marcel, który w chwili zdarzenia był w szkole. Tego dnia kobieta zadzwoniła do placówki i poprosiła, by zwolnić syna z zajęć. Powodem miała być śmierć bliskiej osoby z rodziny.

Gdy 11-letni Marcel wrócił do domu, wiedział już, co stało się z jego rodzeństwem. Napisał wtedy swojemu koledze: „Już się nie zobaczymy, moje rodzeństwo nie żyje”. Następnie chłopiec razem z matką pojechał na dworzec w Dusseldorfie. 27-latka miała odesłać najstarszego syna do babci. Później napisała swojej matce, że zabiła dzieci i 20 minut później rzuciła się pod pociąg.

Sekcja zwłok wykazała, że dzieci najpierw została odurzone, a następnie uduszone przez matkę. Ciała rocznej Meliny, 2-letniej Leonii, 3-letniej Sophii, 6-letniego Timo i 8-letniego Luca zostały odkryte przez policjantów w łóżkach. Wcześniej rodzeństwo miało zjeść śniadanie. Środki odurzające najprawdopodobniej dostali w jedzeniu. Kobieta następnie przeniosła nieprzytomne dzieci do ich łóżeczek i je udusiła.

11-letni Marcel nie został przesłuchany i pozostaje pod opieką babci. Miasto Solingen utworzyło konto darowizn, na które można wysyłać wsparcie finansowe dla jedynego ocalałego dziecka. Miasto pokryje też koszty pochówku zmarłych ofiar.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

17-letnia Martyna S. z zarzutem zamordowania 16-letniej Kornelii K.

W Prokuraturze Okręgowej w Warszawie odbyło się przesłuchanie 17-letniej Martyny S. Nastolatka usłyszała zarzut zamordowania 16-letniej Kornelii, której zwłoki odnaleziono w kwietniu w okolicach Konstancina. Nastolatka zginęła w wyniku uduszenia.

„Martyna S. podejrzana jest o dokonanie wspólnie i w porozumieniu z Patrykiem B. w lutym 2020 r. na terenie gminy Konstancin Jeziorna zabójstwa Kornelii K. Pokrzywdzona, co ustalono w toku postępowania, zmarła na skutek gwałtownego uduszenia, za co odpowiedzialność ponoszą Martyna S. oraz Patryk B.” – podała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie, prok. Aleksandra Skrzyniarz. Dodała, że prokuratura nie będzie informowała o szczegółach zbrodni z uwagi na dobro bliskich zamordowanej nastolatki.

Z informacji przekazywanych przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie na początku śledztwa wynikało, że do Kornelii K. oddano strzały z broni pneumatycznej, ale obrażenia nie były bezpośrednią przyczyną śmierci pokrzywdzonej.

Przesłuchana w charakterze podejrzanej Martyna S. nie przyznała się do zarzucanego jej czynu i złożyła krótkie wyjaśnienia. Prokuratura jeszcze dzisiaj skieruje do sądu wniosek o zastosowanie wobec 17-latki tymczasowego aresztu.

Dramatyczny finał poszukiwań

Kornelia K. była uważana za zaginioną przez ponad dwa miesiące. Ostatni raz żywa widziana była 11 lutego, około godziny 19.00. Jej wizerunek z prośbą o informację na temat miejsca pobytu publikowała piaseczyńska policja oraz lokalne i krajowe media. Zwłoki 16-letniej dziewczyny zostały odnalezione 26 kwietnia 2020 roku w lesie przy rezerwacie Łęgi Oborskie. Ciało było ukryte w wykopanym w ziemi dole. Znalazł je spacerowicz.

Wkrótce po tym Martyna S. i jej chłopak Patryk B. zostali zatrzymani przez funkcjonariuszy z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji.

29 kwietnia prokurator przedstawił Patrykowi B. zarzut zabójstwa, do którego mężczyzna przyznał się i złożył obszerne wyjaśnienia. 25-latek został tymczasowo aresztowany i do dziś przebywa w izolacji. Z ustaleń śledztwa wynika, że Martyna S. zarzucanego jej czynu dokonała na trzy godziny przed ukończeniem 17 lat, przez co o możliwości pociągnięcia jej do odpowiedzialności karnej musiał zadecydować sąd rodzinny. Martyna S. została w kwietniu umieszczona w schronisku dla nieletnich. Czynności z podejrzaną zostały przeprowadzone dopiero 27 sierpnia, ponieważ decyzja sądu o możliwości sądzenia 17-latki jak osoby dorosłej, musiała się uprawomocnić.

Patrykowi B. grozi dożywotnie pozbawienie wolności. Wobec Martyny S., z uwagi na fakt, że w czasie popełnienia zbrodni nie ukończyła 18 lat, sąd może orzec karę do 25 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Brutalny mord w Markach. 24-latka zabiła swojego partnera

Brutalny mord w Markach pod Warszawą. Karolina Dz. wraz ze swoim partnerem byli świadkami na ślubie znajomych. Kobieta nie mogła opanować swojej zazdrości. 24-latka chwyciła po nóż i wbiła go prosto w serce swojego ukochanego. To miał być szczęśliwy dzień, ale ta historia ma tragiczny finał. Jak pisze Super Express w piątek Karolina Dz. i jej partner Piotr J. byli na weselu znajomych. Para była świadkami na ślubie. Jednak 24-letnia Karolina od samego początku nie miała dobrego humoru i dziwnie się zachowywała.

„Już jak jechaliśmy do urzędu Karolina stroiła fochy. Widać było, że ma jakąś pretensję do Piotra. Pomyślałem sobie, że ona tu za chwilę wywinie jakiś numer. I nie pomyliłem się. Ona była porywacza, ale, że aż tak!?” – opowiada Paweł, jeden z weselników.

Po zaślubinach goście udali się na imprezę do domu w Markach. Jak podaje Super Express, przyjęcie nie należało do udanych. Karolina miała psuć całą zabawę i zamiast się bawić stwarzała co chwilę problem. Była zazdrosna o Piotra, bo któraś z pań mówiła mu coś na ucho. W końcu goście weselni zwrócili uwagę obrażonej Karolinie, że psuje całą imprezę. Poprosili, żeby wyszła.

Wbiła nóż ukochanemu prosto w serce

24-latka zniknęła na jakiś czas, ale po chwili wróciła po swojego ukochanego. Kolejnej nocy z soboty na niedzielę, po poprawinach zakradła się po cichu do pokoju, wyciągnęła nóż i zadała cios 48-letniemu Piotrowi prosto w serce. Na miejsce przyjechała policja. Funkcjonariusze zatrzymali 24-letnią Karolinę Dz. Kobieta usłyszała zarzut zabójstwa i została aresztowana na trzy miesiące – poinformował Marcin Saduś z praskiej prokuratury.
Źródło info i foto: o2.pl