Niemcy: 71-letni jubiler zastrzelił dwóch rabusiów

71-letni jubiler z Celle w Dolnej Saksonii, na północnym zachodzie Niemiec, który w poniedziałek oddał śmiertelne strzały do dwóch mężczyzn próbujących obrabować jego sklep, wyjaśnił, że popełnił ten czyn w obronie swej zaatakowanej żony – podał w środę dziennik „Bild”. Jak poinformował rzecznik prokuratury w Celle, mężczyzna za pośrednictwem swego adwokata, wyraził gotowość złożenia zeznań. Obecnie trwa ustalanie terminów przesłuchań. Wcześniej jubiler konsekwentnie korzystał z prawa do milczenia.

„Jest mi niezmiernie przykro”

Według „Bilda” obecnie deklaruje on, że użył pistoletu w obronie koniecznej. – Jest mi niezmiernie przykro. Musiałem jednak ratować swoją żonę – cytuje gazeta słowa mężczyzny. Powiedział on, że jeden z napastników, rzekomy inwalida, zerwał się znienacka z fotela na kółkach, przeskoczył przez ladę i rzucił się na kobietę.

Jeden z domniemanych rabusiów zmarł jeszcze w sklepie, a drugi w kilka godzin później w szpitalu. Śledczy badają, czy w sprawie tej doszło do skorzystania z obrony koniecznej. Znana jest już tożsamość przynajmniej jednego z zastrzelonych, 35-letniego Niemca.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Ruda Śląska: Wyłudziła 2 mln złotych. Usłyszał ponad 10 tys. zarzutów

Policjanci z Rudy Śląskiej zajmujący się przestępczością gospodarczą zakończyli prowadzoną prawie 3 lata sprawę dotyczącą wyłudzenia blisko 2 milionów złotych od różnych firm z terenu całego kraju. 36-letnia katowiczanka prowadząca firmę w Rudzie Śląskiej wprowadzała w błąd przedsiębiorców, pozyskując od nich środki, które zgodnie z jej deklaracją miały pozwolić na zakup pomocy dydaktycznych dla szkół i przedszkoli. W rzeczywistości wpłaty zasilały jej prywatne konto.

Pieniądze miały być przeznaczone na zakup pomocy dydaktycznych

Działalność firmy, którą podejrzana prowadziła na terenie Rudy Śląskiej, opierała się na telemarketingu. Ona sama lub jej pracownicy w trakcie rozmowy z wybranym przedsiębiorcą starali się nakłonić go do dokonania wpłaty pieniężnej, która według zapewnień miała być przeznaczona na zakup pomocy dydaktycznych i artykułów biurowych dla placówek oświatowo-wychowawczych z ich okolicy.

– Policjanci z Rudy Śląskiej ustalili, że prowadzona przez katowiczankę działalność tylko imitowała legalnie działającą firmę, w rzeczywistości ograniczała się wyłącznie do wystawiania faktur, które w znikomym procencie odzwierciedlały rzeczywistości – czytamy na stronie KMP Ruda Śląska.

Wartość zakupionych i przeznaczonych dla ośrodków oświatowych środków rzeczowych stanowiła jedynie około 2% wysokości otrzymanych na ten cel wpłat. Tym samym realizacja deklaracji dotyczących wyposażenia placówek oświatowych w pomoce dydaktyczne ograniczała się wyłącznie do absolutnego minimum, stanowiąc swoistą zasłonę dla faktycznego celu, jakim było pozyskiwanie pieniędzy od przedsiębiorców.

W trakcie ponad 5 lat działalności sprawczyni wyłudziła blisko 2 miliony złotych

Właścicielka firmy nie miała zamiaru wywiązywania się z żadnych zobowiązań zaciąganych wobec wpłacających pieniądze przedsiębiorców. Pracownicy podejrzanej przekonywali pokrzywdzonych, że wpłacane środki przeznaczane będą na zakupy dla konkretnej, a często położonej blisko siedziby przedsiębiorcy placówki oświatowej, do której niejednokrotnie uczęszczali oni sami, lub uczęszczają ich dzieci.

– W trakcie ponad 5 lat działalności sprawczyni wyłudziła blisko 2 miliony złotych, z czego na pomoce dydaktyczne przekazane do szkół i przedszkoli wydała zaledwie 36 tysięcy zł, czyli nawet niecałe 2 procent wpłat otrzymanych od darczyńców. Policjanci z komendy w Rudzie Śląskiej przeszukali mieszkanie i biura 36-latki, zabezpieczając dokumentację finansową firmy, w skład której weszło między innymi prawie 13 tys. faktur VAT – czytamy na stronie KMP Ruda Śląska.

Materiał dowodowy zgromadzony został w 190 tomach akt

W czasie dochodzenia przesłuchano ponad 5500 osób, a całą zabezpieczoną dokumentację w tym historię kont bankowych poddano szczegółowej analizie. Materiał dowodowy w prowadzonym przez 2,5 roku dochodzeniu, zgromadzony został w 190 tomach akt, na które składały się zeznania świadków, analizy rachunku bankowego, przelewów pocztowych oraz analiza 12 930 faktur.

Zwieńczeniem tak ciężkiej i mozolnej pracy rudzkich policjantów było przedstawienie 36-letniej właścicielce firmy łącznie 10 042 zarzutów oszustwa. Sporządzony przez śledczych z Wydziału do walki z Przestępczością Gospodarczą rudzkiej komendy akt oskarżenia, został zatwierdzony i przekazany do sądu przez nadzorującego sprawę prokuratora. Nieuczciwej katowiczance grozi kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat.
Źródło info i foto: rudaslaska.com.pl

Słowacja: Świadkowie zeznają na korzyść biznesmena oskarżonego o zlecenie zabójstwa dziennikarza śledczego

Przed sądem w Pezinoku koło Bratysławy zeznawali przedsiębiorcy, którzy nie potwierdzili dotychczasowych zeznań obciążających Mariana Kocznera. Biznesmen jest oskarżony o zlecenie zabójstwa dziennikarza śledczego Jana Kuciaka.

Współwłaściciel słowackiej grupy finansowej Penta Jaroslav Haszczak zaprzeczył przed sądem, że oskarżony napisał do niego SMS o przygotowaniach do likwidacji nieokreślonej osoby. Jego zdaniem w wulgarnie sformułowanej wiadomości Kocznerowi chodziło o odwołanie z funkcji szefa grupy śledczej badającej aferę korupcyjną sprzed ponad 10 lat, w którą zamieszana miała być Penta.

Według Haszczaka Koczner jest klientem jednego z banków należących do grupy i w Pentę zainwestował 10 mln euro. Świadek zeznał, że z Kocznerem rozmawiał o artykułach, które publikowały należące do grupy media (w Czechach jest to sieć regionalnych dzienników; na Słowacji m.in. tygodnik „7 dni plus”), ale nie odniósł wrażenia, że Koczner groził dziennikarzom za publikowane na jego temat materiały.

Zgodnie z aktem oskarżenia Koczner zlecił zabójstwo Kuciaka w zemście za publikacje dziennikarza o wątpliwych interesach biznesmena. Jeden z czterech oskarżonych przyznał się przed sądem do zamordowania dziennikarza i jego narzeczonej Martiny Kusznirovej w lutym 2018 r.

Przed sądem zeznawał także przedsiębiorca i daleki krewny byłego szefa słowackiej policji Norbert Boedoer; zaprzeczył, by miał współfinansować razem z Kocznerem inwigilację dziennikarzy. Zeznania w tej sprawie składał już były dziennikarz i były szef agencji wywiadowczej SIS Peter Toth, który przyznał się przed sądem do zorganizowania śledzenia reporterów.

Boedoer zaprzeczył także, by to od niego pochodziły informacje o śledztwie związanym z zabójstwem Kuciaka i Kusznirovej.

Główna rozprawa w sprawie zabójstwa rozpoczęła się 13 stycznia. Zeznawał m.in. skazany prawomocnym wyrokiem sądu pośrednik w zleceniu zabójstwa Zoltan Andrusko. O winie oskarżonego Kocznera i jego bliskiej znajomej, oskarżonej o pośrednictwo w zbrodni Aleny Zsuzsovej, mówił przed sądem występujący w charakterze świadka Toth.

W piątym dniu procesu, we wtorek zeznawać mają reporterzy portalu Aktuality.sk, dla którego pisał zamordowany reporter. Jako świadek wezwany został m.in. redaktor naczelny portalu Peter Bardy. Jan Kuciak i jego narzeczona Martina Kusznirova zginęli w lutym 2018 r. w miejscowości Velka Macza, w kraju (województwie) trnawskim na południowym zachodzie Słowacji. Zbrodnia wywołała w kraju falę demonstracji i doprowadziła do kryzysu politycznego, w wyniku którego upadł rząd premiera Roberta Fico. Na stanowisku zastąpił go należący do tego samego ugrupowania SMER-Socjaldemokracja (SMER-SD) Peter Pellegrini.
Źródło info i foto: TVP.info

Nowe info w sprawie zatrzymanego dziennikarza Kamila D. Spowodował kolizję pod wpływem alkoholu

W sobotę po południu Kamil D. miał wyjść na wolność, ale tak się nie stało. Wcześniej na posterunku pojawiła się prawniczka, która prawdopodobnie reprezentuje dziennikarza. W jej Kamil D. obecności miał złożyć zeznania w związku z piątkową kolizją. Jak ustalił nieoficjalnie portal Fakt24.pl, dziennikarz wciąż nie może tego zrobić ze względu na swój stan. By zeznawać, musi być bowiem całkowicie trzeźwy.

Portal pisze: „Na komendzie pojawiła się kobieta, prawniczka, która prawdopodobnie ma reprezentować dziennikarza. Weszła głównym wejściem. Potem jeden z policjantów przestawił jej auto na teren komendy. Kobieta wyjechał z niej tylną bramą, ale sama. Kamil D. nie wyszedł ani nie wyjechał razem z nią. To oznacza, że wciąż pozostaje do dyspozycji policjantów. Najprawdopodobniej właśnie dlatego, że wciąż nie jest w stanie złożyć zeznań”.

Do wypadku z udziałem gwiazdy dziennikarstwa doszło wczoraj wczesnym popołudniem, na trasie A1 na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego – podaje serwis piotrkowski24.pl. Samochód, którym według świadków wydarzenia poruszał się znany dziennikarz, uderzył w pachołki rozdzielające jezdnię. Jeden z pachołków uderzył w jadący z naprzeciwka samochód.

Kiedy na miejsce przyjechała policja, okazało się, że dziennikarz jest pijany. – Kierujący miał ponad 2,5 promila w wydychanym powietrzu – poinformował serwis asp. Ilona Sidorko, oficer prasowy policji w Piotrkowie Trybunalskim. Jak wynika z relacji świadków wypadku, Kamil D. wychodząc z auta, „ledwo trzymał się na nogach”.

Kamil D. jest dziennikarzem radiowym i telewizyjnym, pracował m.in. w Telewizji Polskiej (1993-2006) i TVN-nie (2006-2015). Od października 2016 roku do kwietnia br. Kamil D. prowadził serwis Silesion.pl.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl

Są szczegóły zeznań matki zaginionego Dawida Żukowskiego

Dawid Żukowski zaginął ponad tydzień temu. Pojawiają się szczegóły zeznań jego matki. Po wymianie wiadomości z mężem nie przypuszczała, że Dawidowi coś grozi. Miała sądzić, że są to kolejne złośliwości jej męża.

Dawid Żukowski zaginął w środę tydzień temu. Paweł Ż. zabrał syna z domu w Grodzisku Mazowieckim ok. godz. 17. Paweł Ż. miał go zawieźć do Warszawy do matki. Podróżował z chłopcem szarą skodą fabią o nr. rejestracyjnym WGM 01K9. Przed godz. 21 policjanci dostali zgłoszenie, że ojciec Dawida został śmiertelnie potrącony przez pociąg relacji Skierniewice-Warszawa. Miał popełnić samobójstwo. Maszynista pojazdu powiedział, że mężczyzna oczekiwał na przejazd pociągu i rzucił się pod niego. O północy matka Dawida zgłosiła zaginięcie syna.

Pojawiły się pytania, dlaczego matka tak późno powiadomiła służby.

Jak donosi TVP Info, powołując się na informacje ze śledztwa, kobieta nie przypuszczała, że chłopcu może grozić coś złego. Matka Dawida Żukowskiego po otrzymaniu wiadomości, że już więcej nie zobaczy syna, była przekonana, że może to być złośliwe działanie jej męża, a nie realne zagrożenie dla dziecka – czytamy.

Według portalu kobieta zeznała, że w ostatnim czasie ojciec Dawida kilkakrotnie miał nie odwieźć go do niej na czas. Miało się to nasilić po tym, jak wyprowadziła się z Grodziska Mazowieckiego.

Dlatego w poprzednią środę, gdy mąż napisał jej dramatyczną wiadomość, pomyślała, że sytuacja się powtarza. Pojechała zatem do jego domu do Grodziska Mazowieckiego. Zaczęła się martwić, gdy się okazało, że nikogo nie ma w domu, a mąż wyłączył telefon. Zadzwoniła na numer 112, ale dowiedziała się, że zaginięcie musi zgłosić osobiście. Na policji była o 23. 20.

Dawid Żukowski zaginął. Co wiemy o ojcu? „Chodził na terapię”

W tle przewija się cały czas konflikt rodzinny. Kobieta bowiem trzy tygodnie przed tragedią wyprowadziła się z synem z domu i zamieszkała w Warszawie. Pod koniec czerwca zgłosiła, że mąż znęca się nad nią psychicznie.

Spory między nim a żoną miały mieć związek z jego problemami z hazardem. Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, mężczyzna w związku z tym chodził na terapię. Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, i Paweł Ż. i jego żona odbierali synka z przedszkola. W ocenie placówki wyglądało na to, że opiekowali się nim zgodnie.

Dawid Żukowski. Co wiadomo o jego rodzinie?

32-letnia matka 5-letniego Dawida jest Rosjanką. Z Pawłem Ż. poznali się w 2012 roku, dwa lata później wzięli ślub. Mieszkali z synkiem w Grodzisku Mazowieckim. Ona pracuje w Rosyjskim Ośrodku Nauki i Kultury przy Ambasadzie Federacji Rosyjskiej – wynika z nieoficjalnych informacji „GW”. On pracował w dużym przedsiębiorstwie produkującym sprzęt ogrodniczy.

Paweł Ż. ma córkę z pierwszego małżeństwa. Jego poprzednia żona jest Ukrainką. Mężczyzna miał regularnie płącić alimenty.

Dawid Żukowski poszukiwany. „Najczarniejsze scenariusze”

Policja i prokuratura cały czas prowadzą czynności, które mają doprowadzić do odnalezienia chłopca i rozwiązania sprawy. Jednak już oficjalnie zaczyna się mówić o najczarniejszych scenariuszach.
Źródło info i foto: wp.pl

Gwiazda piłki nożnej Neymar oskarżony o gwałt

Brazylijski piłkarz Neymar został oskarżony o gwałt – poinformowały media, powołując się na raport sporządzony przez policję. Do zdarzenia miało dojść 15 maja w Paryżu, ale ofiara, obywatelka Brazylii, złożyła zeznania dopiero po powrocie do kraju. Na stronie internetowej gazety „O Globo” relacjonowano, że w odpowiedzi na pytania dziennikarzy o zarzuty wobec 27-letniego zawodnika Paris Saint-Germain jego przedstawiciele przekazali, iż nie znają jeszcze sprawy i nie wypowiedzą się o niej, dopóki nie zapoznają się ze szczegółami. Jednak powołując się na osobę z najbliższego otoczenia Neymara napisano, że prawnicy Brazylijczyka mają już dostęp do raportu policji w Sao Paolo i są w trakcie jego analizy. Władze Sao Paulo potwierdziły, że dokument, udostępniony publicznie, jest autentyczny.

Na antenie telewizyjnego programu „Brasil Urgente” ojciec i zarazem agent piłkarza Neymar da Silva Santos zaznaczył, że sportowiec pada ofiarą wymuszenia, a dowody zostały sfałszowane.

„Był agresywny, przemocą zmusił ją do stosunku”

Kobieta zeznała, że poznała Neymara przez media społecznościowe, gdzie oboje wymieniali wiadomości. Dodała, że przyleciała do Paryża 15 maja, a piłkarz opłacił jej bilety i zakwaterowanie. Relacjonowała, że już w dniu przyjazdu przyszedł do jej pokoju hotelowego, „prawdopodobnie pod wpływem alkoholu”. Jak napisano w raporcie, po kilku chwilach „rozmowy i wymiany czułości Neymar stał się agresywny i przemocą, wbrew woli ofiary, zmusił ją do odbycia stosunku”. Kobieta poinformowała także, że była później w złym stanie emocjonalnym i nie chciała zgłaszać tego zdarzenia w obcym kraju. Do Brazylii powróciła 17 maja.

Komentarz Neymara

Do całej sprawy bardzo szybko odniósł się sam piłkarz. Gwiazdor PSG nie przyznaje się do winy. Obiecał również, że upubliczni zapis rozmów z kobietą. – Zostałem oskarżony o gwałt, to ciężkie słowa. Byłem zaskoczony, dlatego udostępnię wszystkie rozmowy z tą kobietą. Są bardzo intymne, ale uważam, że to konieczne, by udowodnić nieprawdziwość tych oskarżeń – powiedział na filmiku udostępnionym w mediach społecznościowych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

18-letni napastnik ze szkoły w Brześciu Kujawskim trafi do aresztu

Sąd zdecydował o tymczasowym areszcie dla sprawcy ataku na szkołę w Brześciu Kujawskim. Marek N. trzy miesiące spędzi na oddziale psychiatrii sądowej w areszcie śledczym w Szczecinie. Wcześniej mężczyzna usłyszał zarzuty. Przedwczoraj 18-letni były uczeń szkoły podstawowej wtargnął do budynku z bronią. Postrzelił uczennicę oraz pracownicę szkoły. Wczoraj do późnych godzin wieczornych trwało jego przesłuchanie.

W trakcie wtorkowego, trwającego kilka godzin przesłuchania, prokuratorzy przedstawili 18-latkowi trzy zarzuty. Pierwszy dotyczy usiłowania zabójstwa wielu osób i sprowadzenie niebezpiecznego zdarzenia zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób. Chodzi o wniesienie do szkoły i odpalenie materiałów wybuchów domowej produkcji. Swoich zamiarów – jak podkreśla prokuratura – napastnik nie osiągnął, z uwagi na ucieczkę zagrożonych osób.

Dwa kolejne zarzuty dotyczą usiłowania zabójstwa 11-letniej uczennicy oraz pracownicy szkoły i spowodowania u nich obrażeń skutkujących dłuższym niż tydzień pobytem w szpitalu. Według Super Expressu u rannej 11-latki kilka lat temu zdiagnozowano raka kości. Dziewczynka cały czas jest w trakcie leczenia.

Dostała trzy kule. Jedna na szczęście ominęła obojczyk, ale dwie utkwiły w biodrze. Z miejsca trafiła na stół operacyjny. Przez dwie godziny lekarze wyciągali z niej te kule – mówi tata 11-latki rozmowie z Super Expressem. Okazało się, że jedna z kul drasnęła wątrobę a druga dosłownie o milimetry minęła rdzeń kręgowy – dodaje matka dziewczynki.

18-latek składa obszerne wyjaśnienia

Napastnik przyznał się do winy. W trakcie przesłuchania złożył też obszerne wyjaśnienia – powiedział RMF FM Wojciech Fabisiak z Prokuratury Okręgowej we Włocławku. Śledczy nie chcą jednak mówić o szczegółach. Nie odpowiadają także na pytania dotyczące motywu jakimi kierował się 18-latek. Rutynowo przejdzie on badania psychiatryczne.

Trzeba sprawdzić, czy mężczyzna, o którym wiadomo, że wcześniej leczył się psychiatrycznie – był poczytalny. Od wyników badań będzie zależeć, czy przed sądem będzie mógł odpowiadać za to co zrobił. Grozi mu dożywocie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Była analityk armii USA Chelsea Mannning znów trafiła do aresztu

Była analityk armii USA Chelsea Mannning w czwartek czasu miejscowego po raz kolejny trafiła do aresztu. Powodem jest odmowa przez nią składania zeznań przed wielką ławą przysięgłych w toczącej się przed sądem w Wirginii sprawie demaskatorskiego portalu WikiLeaks. Odmowa składania zeznań została potraktowana jako obraza sądu. Sędzia Anthony Trenga zdecydował, że Manning ma pozostać w areszcie albo do czasu, aż zgodzi się zeznawać, albo do wygaśnięcia kadencji wielkiej ławy przysięgłych (grand jury), co nastąpi za półtora roku. Ponadto nałożył na Manning grzywnę, która po upływie 30 dni będzie naliczana w wysokości 500 dolarów dziennie, a po upływie kolejnych 30 dni dwukrotnie wzrośnie.

Manning odmawia współpracy

– Wolę umrzeć z głodu, niż zdradzić swoje zasady w tej sprawie – oświadczyła Manning na sali sądowej w Alexandrii.

Była analityk wojskowa spędziła już dwa miesiące w areszcie za odmowę zeznań przed wielką ławą przysięgłych w sprawie WikiLeaks i założyciela tego portalu Juliana Assange’a. Po upływie kadencji ławników została w zeszłym tygodniu wypuszczona na wolność, jednak prokuratura wystawiła kolejne wezwanie. Prawnicy Manning argumentują, że ich klientka nie powinna była po raz kolejny trafić do aresztu, ponieważ swoim dotychczasowym postępowaniem udowodniła, że nie skłoni się jej do zeznań. To zaś sprawia, że ponowne jej aresztowanie ma charakter represyjny, a nie środka przymusu.

Taką argumentację odrzuca prokuratura, która wskazuje, że poprzedni pobyt Manning w areszcie trwał zaledwie dwa miesiące i dlatego nie może ona wiedzieć, czy znacznie dłuższy okres pozbawienia wolności nie sprawi, że będzie skłonna złożyć zeznania. Manning odmawia zeznawania w sprawie WikiLeaks i Assange’a. W 2010 roku – wówczas jeszcze przed zmianą płci jako Bradley Manning – udostępniła WikiLeaks setki tysięcy tajnych dokumentów wojskowych na temat interwencji amerykańskiego wojska w Iraku i Afganistanie. W tym samym roku trafiła do aresztu śledczego, a dwa lata później została skazana przez sąd wojskowy na 35 lat więzienia. W 2017 roku Manning wyszła na wolność po siedmiu latach, gdy ówczesny prezydent USA Barack Obama darował jej resztę kary.

Aresztowanie założyciela WikiLeaks

11 kwietnia 2019 roku Assange, który wcześniej przez siedem lat ukrywał się przed brytyjskimi i szwedzkimi organami ścigania w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, został aresztowany i obecnie odsiaduje wyrok 50 tygodni więzienia za uchylanie się od stawienia przed brytyjskim sądem. Ekstradycji Assange’a domaga się Szwecja w związku z zarzucanym Australijczykowi gwałtem, a także USA, które oskarżają go o spiskowanie w celu zdobycia dostępu do komputerów z tajnymi danymi rządowymi; jak się przypuszcza, mogą mu zostać postawione dodatkowe zarzuty.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Teneryfa: Są nowe informacje w sprawie zabójstwa w jaskini

43-letni Niemiec podstępem wywiódł swoją żonę i dwoje dzieci w góry Teneryfy, a potem ich zamordował. Mężczyzna został już aresztowany. Pomogły zeznania jego młodszego syna, któremu udało się uciec.

43-letni Thomas H. mieszkał od jakiegoś czasu na Teneryfie. Początkowo podawano, że mężczyzna pracował w rejonie Costa Adeje jako kucharz. Niemieckie media podały jednak, że najprawdopodobniej był bezrobotny i utrzymywał się głównie z najmu, ponieważ jest właścicielem kilku nieruchomości w niemieckim Halle. Sąsiedzi na Teneryfie twierdzili, że mężczyzna bardzo słabo mówił po hiszpańsku.

W ubiegły weekend do mężczyzny przyjechała jego rodzina – żona oraz dwóch synów. Chociaż para była w separacji, kobieta chciała, aby dzieci spędziły z ojcem święta wielkanocne. Według hiszpańskich śledczych 43-latek od jakiegoś czasu planował morderstwo bliskich. Mężczyzna postanowił zabrać rodzinę na wycieczkę w góry. W tym celu wynajął ciemnoniebieskiego busa volkswagena. 43-latek obiecywał specjalny świąteczny piknik w miejscu znanym jako Ifonche, które jest położone między dwoma wąwozami – El Burro (Osioł) i El Infierno (Piekło).

„Młodszemu synowi udało się uciec”

Kiedy dojechali na miejsce, zachęcił żonę Silvię i synów Jakoba i Jonasa, aby weszli do jaskini, gdzie miały się rzekomo znajdować ukryte wcześniej przez niego prezenty świąteczne.Młodszy syn zeznał, że tuż po wejściu do jaskini 43-latek uderzył swoją żonę. – Mój brat się rzucił na tatę, żeby go powstrzymać. Tata odepchnął go. Mama się podniosła, a wtedy on znowu ją uderzył – opowiadał chłopiec. Z jego relacji wynika, że wraz z bratem próbowali powstrzymać ojca i rzucali w niego kamieniami, jednak bezskutecznie. Młodszemu synowi udało się uciec. Dziecko przez kilka godzin chodziło po górach w poszukiwaniu ratunku. Brudnego i zmęczonego chłopca znalazła kobieta mieszkająca w okolicy- Rosi Perez. Ponieważ malec mówił tylko w języku niemieckim, powiadomiła o sprawie policję.

Jak podaje „El Pais”, blisko 100 funkcjonariuszy gwardii cywilnej, policji oraz straży pożarnej szukało jaskini, w której doszło do tragedii. Po dotarciu na miejsce znaleźli ciała kobiety i 10-letniego chłopca. Według mediów, Sylvia miała urazy głowy i krtani, ślady uderzenia na plecach. Dzięki zdjęciom samochodu, który wypożyczył 43-latek, śledczym udało się do niego dotrzeć. Jak się okazuje, ojciec Thomasa H. mieszkał zaledwie dziewięć kilometrów od miejsca, w którym znaleziono zagubionego Jonasa. Podczas przesłuchania stwierdził, że nie wie, gdzie są jego bliscy. „La Vanguardia” zwraca jednak uwagę na fakt, iż miał na twarzy liczne zadrapania, co może sugerować, że żona i syn próbowali się bronić przed jego agresją. Mężczyzna został oskarżony o dwa morderstwa i usiłowanie trzeciego. Odmówił składania zeznań.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Policjant z Brodnicy zgwałcił kobietę w toalecie

Nie może być żadnej taryfy ulgowej za tak ohydne czyny! Policjant z Brodnicy (woj. kujawsko-pomorskie), któremu śledczy postawili zarzut gwałtu czterech kobiet, już stracił pracę. Za to, co zrobił, może na 12 lat powędrować za kraty. Aby jednak udowodnić mu winę przed sądem, niezbędne są zeznania jego ofiar. – Pań skrzywdzonych przez Krzysztofa G. może być więcej. Apeluję do nich o zgłaszanie się do prokuratury – wzywa prokurator rejonowa Alina Szram.

O policjancie gwałcicielu zrobiło się głośno za sprawą jednej z jego ofiar, która odważyła się opowiedzieć o tym, co ją spotkało. Pani Anna (25 l.) była świadkiem w jednej ze spraw w brodnickim sądzie. Przegapiła dwa terminy i w końcu na salę miał ją doprowadzić Krzysztof G. (40 l.), policjant z 13-letnim stażem. W listopadzie 2017 r. zatrzymał kobietę i zawiózł ją na komendę. – Gdy byłam w toalecie, wszedł nagle do środka i mnie zgwałcił – wyznała pani Anna. Drobna kobieta nie miała szans się obronić. Policjant pasjonuje się sztukami walki. Ma czarny pas w karate. – Bałam się, że nie wyjdę stamtąd żywa – mówiła załamana.

Na szczęście pani Anna przełamała strach, opowiedziała o swoim dramacie mężowi, a ten zawiadomił prokuraturę. Policjant został wrzucony ze służby i szybko okazało się, że ma na sumieniu inne gwałty. – Dotąd dotarliśmy do trzech innych jego ofiar – ujawnia prokurator Alina Szram, która robiła co mogła, aby sąd zgodził się na aresztowanie policjanta. Niestety pozostaje on wciąż na wolności, choć ma zakaz opuszczania kraju.

– Ukrywanie gwałtu, duszenie w sobie cierpienia nie pozwala normalnie żyć – mówi nam dr Anita Kucharska-Dziedzic ze Stowarzyszenia BABA. – Skrzywdzona osoba, milcząc, spełnia życzenie sprawcy, który chce, by milczała, by się ciągle go bała. Dobrze mieć świadomość, że sprawcę złapano i ukarano. Odzyskuje się wtedy wiarę w sprawiedliwy świat – dodaje.
Źródło info i foto: Fakt.pl