Zabójstwo w Nowym Dworze Gdańskim. Oprawca interesował się okultyzmem, kanibalizmem

23-letnia Paulina zginęła z rąk swojego byłego chłopaka. Patryk D. ściągnął ją do Nowego Dworu Gdańskiego i udusił, a następnie poćwiartował jej ciało i zakopał w różnych miejscach. Prawdę ukrywał przez dwa miesiące. – Ktoś mówił, że częściowo ściągnął z niej skórę, że pocięta była, że włożył w worki, gdzieś pozakopywał. Głowy nie mogli znaleźć – rozpacza matka Pauliny. Reportaż „Interwencji”.

Paulina Pianka miała 23 lata. Pochodziła z Balik – niewielkiej wsi koło Łomży w Podlaskiem. Wychowała się w rolniczej rodzinie, ale zawsze marzyła o tym, aby zamieszkać w mieście. Kilka lat temu przez internet poznała chłopaka z Pomorza, mieszkańca Nowego Dworu Gdańskiego – Patryka D.

– My już mieliśmy tyle tych telewizji, tyle wszystkiego, ja naprawdę nie mam ochoty rozmawiać. Proszę mnie nie kamerować – mówi ojciec Patryka D. reporterom „Interwencji”.

„Chciał do jakiegoś bractwa rycerskiego należeć”

– Przyjeżdżając tutaj był normalnym chłopakiem. Widać było, że byli zadowoleni, szczęśliwi, razem chodzili nad rzekę, na spacery… Zbierał jakieś takie te bronie, miecze, siekiery. Chciał do jakiegoś bractwa rycerskiego należeć. Jedną rzeczą, co powiedzmy tak odpychało Paulę od niego, to było, że chodząc na te spacery rozcinał żaby. Po prostu chlast i ta żaba się rozcinała. Nie robiło to na nim żadnego wrażenia – opowiada Ewa Pianka, matka zamordowanej Pauliny.

– To był chłopak taki, który stronił gdzieś tam od znajomości, który nie miał jakichś tam szczególnych kontaktów ze swoimi rówieśnikami. Jest jeszcze profil na Pintereście. Mamy tu takie „ciekawe” obrazki: wojowników, miecze, kryształy… Rzeczy związane z okultyzmem, kanibalizmem – mówi Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Świadkowie twierdzą, że Patryk starał się kontrolować Paulinę, nawet na odległość, ale ona zdawała sobie z tego sprawę.

– Bez przerwy było pisane, on wiedział wszystko. A czy najadłaś się, a czy się ubrałaś – wiedział wszystko. Wiedział dokładnie, gdzie jest i co robi – opowiada Ewa Pianka, matka Pauliny w rozmowie z „Interwencją”.

Nie pogodził się z odejściem Pauliny

Wiosną zeszłego roku Paulina zerwała z Patrykiem. Kilka miesięcy później wyprowadziła się też z rodzinnego domu. Wyjechała do Warszawy. Razem z koleżanką wynajęła mieszkanie na Białołęce. Patryk nigdy nie pogodził się jednak z tym, że dziewczyna postanowiła od niego odejść.

– Od czerwca radykalnie zmienił swoje zachowanie w stosunku do niej, chciał żeby ona mu znowu zaufała, żeby do niego wróciła – twierdzi Anita Suchińska Miszczuk, administratorka strony „Gdziekolwiek jesteś” na Facebooku.

– Ona próbowała sobie ułożyć życie w tej Warszawie, spotkała jakiegoś chłopaka, który ją zawiódł… i to było chyba na chwilę przed tym, jak ona tutaj przyjechała – relacjonuje Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

– Uważam, że przyjechał po nią z Gdańska, zawiózł na wieś i zamordował tam. Tej samej nocy – dodaje Krzysztof Pianka, ojciec Pauliny.

Zniknęła po sprzeczce ze współlokatorką

Jest 7 marca tego roku. Wieczorem pomiędzy Pauliną a jej współlokatorką dochodzi do sprzeczki. Paulina pakuje kilka ubrań i w pośpiechu wychodzi z domu. Chwilę później… po prostu znika.

– Była widziana w Nowym Dworze Gdańskim, służby też ustaliły, że ona tutaj była… Szła z walizką w towarzystwie Patryka – mówi Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Ewa Pianka cytuje ostatniego SMS-a, którego otrzymała 8 marca tuż przed godziną 18.

„Mieszkanie mamy na teraz, chcę trochę czasu dla siebie. Byłabym wdzięczna za jakieś dwa miesiące bez kontaktu”.

Rodzice Pauliny uważają, że to nie ich córka wysłała tę wiadomość, a Patryk. Ten relacjonuje policji, że spotkał się z dziewczyną, ale rozstali się w lesie.

Morderca „pękł” po dwóch miesiącach

– Nie ma ciała, sprawca się nie przyznaje, więc podejrzewam, że policjanci nie mogą zrobić nic więcej. Mogą tylko czekać, mogą wyjaśniać jakieś tam okoliczności, czekać, aż popełni błąd albo ewentualnie coś gdzieś wypłynie – komentuje Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Poszukiwania Pauliny trwały dwa miesiące. 30 kwietnia w sprawie nastąpił nieoczekiwany przełom. W rozmowie z policjantami Patryk pękł. Przyznał się do zamordowania Pauliny. Pokazał też miejsce, w którym ukrył jej szczątki.

– Powiedzieli, że znaleźli zwłoki, prawdopodobnie naszej córki i nie będziemy mogli tego zobaczyć osobiście, za bardzo zmasakrowane. Były ukryte w promieniu jednego kilometra. Po prostu szedł, co jakiś czas wykopał dół i wkładał następną część. To miało być zabójstwo doskonałe. Tak powiedział policji – mówi Krzysztof Pianka, tata Pauliny.

– Udusił ją, ktoś mówił, że częściowo skórę z niej ściągnął, że pocięta była, że włożył w worki, gdzieś pozakopywał. Głowy nie mogli znaleźć – rozpacza mama Pauliny.

– Nie mogę tego w tej chwili potwierdzić ani zaprzeczyć temu, natomiast… Nie dementuję, ale… nie chcę powodować, że po mojej wypowiedzi pojawią się jakieś kolejne informacje – odpowiada Mariusz Duszyński z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

„Mógłby chcieć spróbować jeszcze raz”

– Być może nagrywał, bo chciał mieć z tego zabójstwa pamiątkę, która będzie mu potem służyła do przeżywania na nowo aktu morderstwa. Uważam, że gdyby pozostał na wolności, mógłby chcieć je powtórzyć za jakiś czas – komentuje Łukasz Wroński z Centrum Psychologii Kryminalnej.

Patryk D. został aresztowany na trzy miesiące. Za zamordowanie Pauliny grozi mu dożywocie. Wcześniej najprawdopodobniej trafi jednak na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Tam biegli zadecydują, czy dwudziestolatek kiedykolwiek odpowie za swoją zbrodnię.

– Sprawca, który popełnił tego typu zbrodnię i miało to związek z jego fantazjami, po wyjściu, nawet po 25 latach, może dalej popełniać tego typu zbrodnie – uważa Łukasz Wroński z Centrum Psychologii Kryminalnej.

– Jeżeli wyjdziesz stamtąd… pod jakimkolwiek pozorem… zrobię to samo, co ty z moją córką. Pamiętaj o tym – dodaje Krzysztof Pianka, ojciec zamordowanej Pauliny.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Czteroosobowa rodzina zginęła w pożarze. Po 12 latach zatrzymano dwóch mężczyzn podejrzanych o zabójstwo

Dwóch mężczyzn usłyszało zarzuty zabójstwa po pożarze, do którego doszło we Wrocławiu w 2007 roku. W płomieniach zginęła czteroosobowa rodzina.

W nocy z 23 na 24 lutego 2007 roku w czteropiętrowej kamienicy przy ulicy Świętego Wincentego we Wrocławiu doszło do pożaru. W płomieniach zginęły cztery osoby: małżeństwo i ich dwóch synów. Jak podkreślały służby, życie i zdrowie pozostałych mieszkańców budynku także było zagrożone.

– Po przyjeździe na miejsce zdarzenia mieszkanie i klatka schodowa były w płomieniach. Tych czterech osób nie dało się już uratować – relacjonował wtedy Ryszard Wierzbowski, ówczesny rzecznik wrocławskiej straży pożarnej.

– Z zebranych wówczas materiałów wynikało, że do tragedii mogło dojść poprzez nieumyślne spowodowanie pożaru. Sprawa została umorzona – przekazuje Iwona Jurkiewicz, rzecznik Centralnego Biura Śledczego Policji. Akta sprawy zostały zniszczone w kwietniu 2014 roku.

Jednak w trakcie rozpracowywania działalności jednego z dolnośląskich gangów śledczy trafili na nowe wątki, które pomogły rozwiązać tajemnicę tragicznego pożaru.

„W toku postępowania prokurator (….) ustalił, że sprawca pod osłoną nocy oblał benzyną drzwi wejściowe do jednego z mieszkań, w którym znajdowali się pokrzywdzeni. Wlał przy tym benzynę przez szparę w drzwiach do wnętrza lokalu, a następnie podpalił drzwi wejściowe odcinając drogę ucieczki śpiącym mieszkańcom” – czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej.

Prokuratura: działali jak włoska mafia

Na podstawie zgromadzonych dowodów – między innymi zeznań nowych świadków – jeszcze pod koniec listopada 2019 roku policjanci zatrzymali 33-latka. W grudniu z jednego z zakładów karnych do prokuratury doprowadzono drugiego, 37-letniego, mężczyznę, który zdaniem śledczych był zleceniodawcą. Przyczyną dramatu – jak ustalono – mogły być porachunki.

Podejrzanym przedstawiono zarzuty zabójstwa czterech osób w wyniku umyślnego podpalenia mieszkania, a także spowodowania zagrożenia dla życia i zdrowia pozostałych mieszkańców kamienicy. Mężczyznom zarzucono również udział w obrocie „znacznymi ilościami heroiny”. Decyzją sądu zostali tymczasowo aresztowani. Grozi im dożywocie.

Prokuratura Krajowa w swoim komunikacie podkreśla, że sposób działania sprawców był zbliżony do działania członków neapolitańskiej mafii „opisanej w książce Roberto Saviano pod tytułem „Gomorra” „.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Strzelanina w Ottawie. Nie żyje jedna osoba

Jedna osoba zginęła, a trzy zostały ranne w strzelaninie w Ottawie, kilometr od budynku kanadyjskiego parlamentu. Sprawca jest poszukiwany – poinformowała policja.

„Sprawca nie został dotychczas zatrzymany, jednak śledczy uważają, że był to atak wycelowany w konkretną osobę” – zakomunikowała policja w Ottawie na swoim koncie na Twitterze. „Śledczy potwierdzili, że incydent nie ma wpływu na bezpieczeństwo narodowe” – zaznaczono.

Nie uważa się również, aby napastnik poszukiwał kolejnych ofiar, mimo początkowego ostrzeżenia ze strony służb ochrony parlamentu.

Policja nie ma na razie rysopisu sprawcy, wciąż zbiera informacje od świadków z okolicznych domów – powiedział inspektor Francois D’Aoust. Zgłoszenie o strzelaninie policja dostała ok. godz. 7.30 (13.30 czasu polskiego). Trzy poważnie ranne osoby, w tym 15-letni chłopiec, zostały przewiezione do szpitala.

W 2014 roku uzbrojony mężczyzna zastrzelił żołnierza w pobliżu parlamentu w Ottawie. Napastnik został zabity przez ochronę budynku, a atak uznany został później za zamach terrorystyczny.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Atak w szkole w Finlandii. Sprawca zaatakował mieczem. Nie żyje jedna osoba

Jedna osoba zginęła, a dziesięć zostało rannych w wyniku ataku, którego uzbrojony w miecz mężczyzna dokonał w szkole zawodowej w Kuopio w Finlandii – poinformowała policja.

Do ataku doszło na terenie centrum handlowego Hermanni w Kuopio, gdzie szkoła zawodowa Savo wynajmuje pomieszczenia. Jak powiedział fińskim mediom świadek zdarzenia, mężczyzna (według niektórych źródeł – uczeń) uzbrojony w miecz wtargnął do szkoły i zaatakował uczniów.

Wezwani na miejsce policjanci użyli broni palnej. Napastnik został postrzelony i zatrzymany. Według funkcjonariuszy, miał przy sobie pistolet. Policja podała, że w wyniku zajścia jedna osoba zginęła, a dziesięć jest rannych. Stan dwóch ofiar jest ciężki.

Szkoła zawodowa Savo w Kuopio ma 600 uczniów i 40 pracowników. Nie wiadomo, ile osób przebywało na terenie szkoły w momencie ataku.

Premier Finlandii Antti Rinne nazwał wydarzenia w Savo Vocational College „wstrząsającymi i nie do przyjęcia”. – Rozmawiałem z komendantem głównym policji, rząd bacznie obserwuje sytuację – zapewnił.

Potępienie dla „szokujących aktów przemocy w Kuopio” wyraziła także minister sprawiedliwości Anna-Maja Henriksson.
Źródło info i foto: rp.pl

Malta. Rodzina zamordowanej dziennikarki sprzeciwia się składowi komisji badającej sprawę

Rodzina zamordowanej maltańskiej dziennikarki Daphne Caruany Galizii protestuje przeciwko składowi komisji powołanej przez premiera Josepha Muscata do przeprowadzenia niezależnego publicznego dochodzenia w sprawie tego, czy rząd mógł zapobiec zabójstwu. Caruana Galizia, która pisała o korupcji wśród maltańskich polityków, zginęła w zamachu bombowym przed swoim domem w październiku 2017 roku.

Zarzut morderstwa dziennikarki postawiono trzem mężczyznom, którzy mają stanąć przed sądem. Policja kontynuuje dochodzenie, by ustalić, kto zaplanował zabójstwo i jaki był jego motyw. Przeprowadzenie niezależnego publicznego dochodzenia zostało przewidziane w czerwcowej rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy.

W skład komisji weszli: emerytowany sędzia Michael Mallia, prawnik i ekspert ds. prawa konstytucyjnego Ian Refalo i były ekspert z zakresu medycyny sądowej Anthony Abela Medici.

Rodzina zabitej dziennikarki w wydanym oświadczeniu poprosiła o spotkanie z premierem w celu przedyskutowania wątpliwości dotyczących składu komisji. Podkreślono, że komisja nie zrealizuje swojego celu, jeśli społeczeństwo będzie miało wątpliwości co do jej niezależności i bezstronności.

Rzecznik biura premiera poinformował, że trwają w tej sprawie rozmowy z rodziną zabitej dziennikarki.
Źródło info i foto: interia.pl

Nowe informacje dotyczące śmierci Magdaleny Żuk

Pochodząca z Bogatyni Magdalena Żuk 25 kwietnia 2017 roku pojechała na wakacje do kurortu Marsa-Alam w Egipcie. Tam zginęła w tragicznych okolicznościach. Rodzina zmarłej nie wierzy w to, że Magdalena sama targnęła się na swoje życie. Bliscy pokazali dziennikarzom programu „Interwencja” Polsatu rzekome dowody na to, że 27-latka padła ofiarą przestępstwa.

Magdalena Żuk miała pojechać do Egiptu ze swoim chłopakiem. Wycieczka do Marsa Alam była niespodzianką, ale 27-latka nie wiedziała, że ukochany nie ma paszportu. W rezultacie poleciała sama. Krótko po przybyciu na miejsce jej zachowanie uległo zmianie, co zauważył nie tylko partner, do którego dzwoniła, ale także inni urlopowicze. Podczas wideorozmów Magdalena Żuk wydawała się niespokojna, przestraszona. „Oni tu mają różne sztuczki. Zabierz mnie. Nie wrócę stąd” – mówiła podczas jednego z wideoczatów. Nagranie zostało udostępnione później przez chłopaka kobiety w mediach społecznościowych.

Jak dowiedział się wtedy Fakt24, zachowanie 27-latki niepokoiło też innych podróżnych. Zeznali później zielonogórskiej prokuraturze, że Magda albo cały czas płakała lub siedziała z pustym wzrokiem, albo zachowywała się jak pod wpływem jakiś substancji. – W pewnym momencie zobaczyliśmy ją, jak schodziła do plaży, powolutku, tanecznym krokiem. Tak, jakby była gdzieś w innym świecie. Któraś z dziewczyn nawet krzyknęła: „Magda, chodź do nas, Magda…”. Nie zareagowała i poszła dalej – mówili.

Pewnego dnia weszła na dach

Rezydent, który opiekował się grupą miał wrażenie, że Polka jest niestabilna psychicznie. Inny świadek wspominał także, że pewnego dnia weszła na dach hotelu. W końcu kobieta trafiła do szpitala, gdzie lekarze stwierdzili, że przechodzi załamanie psychiczne. 27-latka nie zgodziła się jednak na hospitalizację; stwierdzono, że najlepiej będzie, jeśli wróci do kraju. Jednak z uwagi na stan, w jakim się znajdowała, nie mogła lecieć sama. Nie zgodził się na to kapitan samolotu. Postanowiono, że po Polkę przyleci przyjaciel. 28 kwietnia Magda znowu trafiła do szpitala. Była w bardzo złym stanie psychicznym.

Szarpała się z personelem, chciała uciec; przywiązano ją więc do łóżka. Żuk udało się jednak wyswobodzić i sterroryzować stojakiem pielęgniarkę, która pilnowała ją w sali. Kobieta próbowała złapać 27-latkę, ale Polka kopnęła ją tak, że ta upadła. Następnie wyskoczyła przez okno. Zmarła niedługo potem po przewiezieniu do szpitala w Hurghadzie, gdzie trafiła przytomna. Na co zresztą wskazywały nagrania, które wtedy przedostały się do mediów.

Rodzina nie wierzy w samobójstwo Magdaleny

Bliscy Magdaleny Żuk uważają jednak, że nie skoczyła sama, a została wypchnięta z okna. Skontaktowali się z „Interwencją” Polsatu, by pokazać dokumenty, które rzekomo potwierdzają ich teorię (zupełnie odmienną od uzgodnień prokuratury, dowodów, zeznań świadków i przyjaciół Magdaleny) o przestępstwie.

Detektyw Marcin Popowski twierdzi, że Magda miała obrażenia tylko po jednej stronie ciała. Co jego zdaniem jest dość dziwne, gdyż nawet samobójca może rzekomo wykazywać się „instynktem samozachowawczym” i próbować wylądować „na nogi”, by jednak przeżyć. Wtedy taka osoba miałaby m.in. obrażenia kończyn dolnych i miednicy

Ktoś wyrzucił Magdę z okna?

– W tym przypadku obrażenia wskazują, że ciało zostało wyrzucone z okna, ewentualnie było zupełnie bezwładne – dowodził prywatny detektyw Marcin Popowski. Rodzina 27-latki stwierdziła również, że Magdalena Żuk mogła być na jakieś łodzi, ponieważ jej telefon logował się 20 km od brzegu.

Problem w tym, że punkt lokalizacji nie zawsze jest dokładny. Wiele zależy od tego gdzie znajdował się nadajnik GSM, czy był akurat włączony oraz czy komórka Żuk nie uległa np. rozładowaniu. To, że telefon mógł logować się w zupełnie innym miejscu, niż to, w którym przebywał jego właściciel wie każdy użytkownik internetu. Bywa np., że serwisy społecznościowe pokazują, iż nasze urządzenia zalogowały się w oddalonym o kilkanaście kilometrów mieście. Nie jest to niczym niezwykłym.

Magdzie Żuk podano narkotyk?

Rodzina Magdaleny Żuk przekonuje również, że podano jej narkotyk. Chodzi o niejaki khat, roślinę, której spożycie wywołuje euforię i pobudzenie. Khat działa jak energetyk, a ludzie po jego spożyciu stają się bardziej towarzyscy i rozmowni. Zachowanie 27-latki było jednak zupełnie inne. Świadkowie wspominali, że stroniła od ludzi i była smutna.

Bliscy dowodzą również, że osoby, które rzekomo podały Magdzie khata (czy też zmusiły do żucia, bo tak się spożywa ten narkotyk) chciały, by straciła przytomność, ale jej organizm zareagował inaczej. Rzekomo taką substancję wykazano w raporcie toksykologicznym. Czy jednak bezwzględni handlarze ludźmi, którzy wedle rodziny zmarłej, mieli ją zaatakować, nie wiedzieli, że roślina ta pobudza, a nie usypia?

Magdalena Żuk zażywała leki i się leczyła

Już w październiku 2017 roku Fakt24 pisał, że eksperci z Wrocławia i Krakowa natrafili na ślady silnych leków przeciwpsychotycznych w organizmie Żuk, stosowanych m.in. przy leczeniu psychoz, schizofrenii, a czasami depresji. Ustaliliśmy także, że kobieta leczyła się w przeszłości psychologicznie, przeszła załamanie nerwowe oraz zażywał leki.

Ponadto prokuratura nie znalazła żadnych dowodów na to, że 27-latka padła ofiarą przestępstwa, została zgwałcona czy odbyła stosunek seksualny. Obecnie prokuratura analizuje dokumenty, które otrzymała od strony egipskiej.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zwłoki 42-letniej kobiety znalezione w polu

Dwóch mężczyzn z gminy Świedziebna koło Brodnicy odpowie za ucieczkę z miejsca wypadku, nieudzielenie pomocy i zacieranie śladów. Zginęła 42-letnia kobieta, którą towarzysze podróży zostawili ranną w polu. Do wypadku doszło 13 sierpnia wieczorem. Powiadomieni o wypadku policjanci znaleźli rozbity o drzewo samochód na drodze lokalnej w miejscowości Księte. Ślady krwi wskazywały, że ktoś może potrzebować pomocy, nikogo jednak na miejscu nie było.

Mundurowym udało się dotrzeć do 39-latka, który prawdopodobnie kierował autem oraz jego 30-letniego pasażera. Byli pijani – kierowca miał prawie 2 promile, pasażer 1,2. Mężczyźni przyznali policji, że podróżowała z nimi również 42-latka, która została ranna w trakcie wypadku. 39 i 30-latek wynieśli kobietę z auta i zostawili w polu. Nie potrafili jednak wskazać, gdzie dokładnie.

Rozpoczęto kilkugodzinne poszukiwania 42-latki. Kiedy w końcu udało się ją odnaleźć, już nie żyła.
Źródło info i foto: interia.pl

Irlandia Północna: Zamieszki w Londonderry. Nie żyje 29-letnia kobieta

29-letnia kobieta zginęła od strzału podczas zamieszek, które wybuchły w czwartek wieczorem w mieście Londonderry w Irlandii Północnej – poinformowała lokalna policja. Jak dodano, śmierć kobiety jest traktowana jako incydent o charakterze terrorystycznym.

Gdy podczas zamieszek w zdominowanej przez irlandzkich republikanów, dążących do zjednoczenia wyspy, dzielnicy Creggan padły strzały, jeden z nich trafił 29-latkę, która następnie została przewieziona do szpitala. Krótko po północy policja potwierdziła jej zgon.

Obecna na miejscu zdarzenia miejscowa dziennikarka Leona O’Neill opublikowała wcześniej na Twitterze nagrania wideo pokazujące policyjne radiowozy obrzucane – jak powiedziała – dziesiątkami koktajli Mołotowa, cegłami, butelkami i petardami. Widać też dwa porzucone na środku ulicy, palące się samochody.

Zamieszki wybuchły, gdy w Creggan pojawiło się wielu policjantów w celu przeszukania jednego z domów – powiedziała O’Neill.

Incydent z ofiarą śmiertelną potępiły obie największe partie polityczne w Irlandii Północnej – irlandzka republikańska Sinn Fein oraz probrytyjska Demokratyczna Partia Unionistyczna (DUP).
Źródło info i foto: interia.pl

Nowe fakty ws. morderstwa Pauliny D. Zginęła w hostelu, sprawca nie próbował jej odurzyć

Łódzka prokuratura ustaliła, że zamordowana pod koniec października mieszkanka Łodzi, nie była odurzona w chwili, kiedy doszło do zbrodni. Kobieta zginęła od ciosów nożem w hostelu w centrum miasta.

Okoliczności śmierci Pauliny D. z Łodzi bada miejscowa prokuratura. Śledczy chcieli dowiedzieć się, czy to możliwe, że 28-latka została odurzona, co znacznie wpłynęłoby na jej zdolność podejmowania decyzji. Z tego powodu podczas sekcji zwłok zostały pobrane próbki, które następnie poddano analizie. Jak jednak wykazały badania toksykologiczne, kobieta nie była w chwili śmierci pod wpływem żadnych substancji psychoaktywnych. 

– Ekspertyza obejmowała szerokie spektrum środków odurzających i psychotropowych. Wyniki nie potwierdzają hipotezy, by kobiecie przed śmiercią podano tego typu substancje – powiedział dla TVN 24 Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury.

Kobieta zginęła w hostelu przy ulicy Żeromskiego, dokąd zaprowadził ją podejrzany o dokonanie zabójstwa Gruzin Mamuka K. W hostelu nie było już większości jego znajomych, którzy pracowali na pobliskiej budowie. Z ustaleń prokuratury wynika, że – działając z motywów seksualnych – sprawca pobił Paulinę D. i godził ją nożem w szyję. 
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Los Angeles: Aresztowano mężczyznę, który zabarykadował się w supermarkecie. Jedna osoba nie żyje

Amerykańska policja ujęła uzbrojonego mężczyznę, który zabarykadował się w jednym z supermarketów w Los Angeles. Jedna z zakładniczek zginęła podczas wymiany ognia pomiędzy policją a napastnikiem – poinformował burmistrz Los Angeles Eric Garcetti. Do zdarzenia doszło w sobotę po południu czasu miejscowego. Mężczyzna, który uciekał samochodem przed policją, uderzył w latarnię w dzielnicy Silver Lake. Wyskoczył z auta i przedostał się na teren pobliskiego supermarketu popularnej sieci Trader Joe’s.

Napastnik zanim wbiegł do budynku, oddał strzały w kierunku funkcjonariuszy. Następnie zabarykadował się w sklepie. Części klientów nie udało się uciec.

Jak donosił „Daily Mail” w sklepie prawdopodobnie znajdowało się ok. 30 osób. Policja ewakuowała grupę dzieci.

Okolica supermarketu została zablokowana, a na miejsce wysłano policyjnych antyterrorystów oraz negocjatorów, którzy jak informowali funkcjonariusze „starali się rozwiązać sytuację w pokojowy sposób”. Po kilku godzinach udało się ująć napastnika.

Zginęła jedna z zakładniczek

Jedna kobieta zginęła na miejscu w supermarkecie podczas wymiany ognia pomiędzy policją a napastnikiem, powiedział burmistrz Los Angeles Eric Garcetti podczas konferencji prasowej.

Dwie kobiety postrzelone

Policja w Los Angeles poinformowała, że cała sytuacja rozpoczęła się od sporu w rodzinie mieszkającej w południowym Los Angeles, gdzie podejrzany postrzelił swoją babcię i inną kobietę.

Babcia odniosła siedem ran postrzałowych i w stanie krytycznym została przewieziona do pobliskiego szpitala.

Następnie podejrzany odjechał jej samochodem zabierając ze sobą drugą ranną kobietę, którą pozostawił uciekając z auta. 24-letnia kobieta została przewieziona do szpitala. Policja poinformowała, że doznała urazu głowy, lecz życiu jej nie zagraża niebezpieczeństwo.

Prezydent „obserwuje sytuację”

O zdarzeniu został poinformowany prezydent Donald Trump. Napisał na Twitterze, że uważnie obserwuje sytuację.
Źródło info i foto: TVP.info