Arizona: 55-letnia babcia zastrzeliła dwóch ośmioletnich wnuków

Policja w Arizonie aresztowała 55-letnią Dorothy Flood, która będąc pod wpływem narkotyków, zastrzeliła swoich dwóch ośmioletnich wnuków bliźniaków, którymi miała się opiekować.

Przedstawiciele Pima County Sheriff’s Office w Arizonie poinformowali, że kobieta została aresztowana dzień po tym, jak w jej domu w Tucson znaleziono ciała dwóch chłopczyków: Jordana i Jadena Webbów. Odkrycia dokonano po tym, jak zjawili się tam ratownicy, wezwani do tego, by interweniować przy zasłabnięciu. Po przybyciu na miejsce znaleźli w domu nieprzytomną kobietę. Podczas gdy kilku medyków rozpoczęło reanimację, inni postanowili przejrzeć pozostałe pomieszczenia. W dwóch osobnych sypialniach znaleźli ciała chłopców. Byli martwi. Przyczyną zgonu były rany postrzałowe.

Według śledczych i ratowników kobieta straciła przytomność z powodu przedawkowania narkotyków i będąc w narkotycznym amoku, zabiła wnuczków. Kobieta została najpierw przewieziona na odtrucie do szpitala, a następnie została aresztowana. Śledztwo w sprawie ciągle trwa.
Źródło info i foto: se.pl

Jest śledztwo prokuratury w sprawie śmierci prezenterki TVP Agnieszki Dymeckiej

Agnieszka Dymecka, była prezenterka pogody w TVP, została znaleziona martwa w swoim domu 27 grudnia. Jak dowiedział się portal Onet.pl, Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie wszczęła śledztwo w tej sprawie w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci. Pierwsze informacje o śmierci Agnieszki Dymeckiej pojawiły się 28 grudnia ub. roku. Była prezenterka została znaleziona w swoim domu dzień wcześniej przez osobę mieszkającą w sąsiedztwie. Po znalezieniu ciała, lekarz stwierdził zgon, a śledczy zlecili wykonanie sekcji zwłok. Jej wyników jeszcze nie znamy.

Wiadomo jednak, że Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie wszczęła śledztwo w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci. Jak jednak przekonuje rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, nie oznacza to, że śledczy podejrzewają udział osób trzecich.

– To jest robocza kwalifikacja, którą zawsze przyjmujemy w przypadku odnalezienia ciała osoby, która mieszkała sama. Musimy dokładnie ustalić okoliczności śmierci. To nie jest tak, że kogoś podejrzewamy – powiedział prokurator Łukasz Łapczyński dla Onet.pl.

Według informacji portalu przesłuchany ma być brat zmarłej, który poprosił osobę z sąsiedztwa o sprawdzenie, czy u Agnieszki Dymeckiej wszystko jest w porządku. Niepokoił go brak kontaktu z siostrą.

Agnieszka Dymecka w latach 1991-2006 prezentowała pogodę w TVP2. Następnie objęła funkcję kierownika redakcji pogody TVP. Przez lata zmagała się z chorobą.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Tomasz J. odpowie przed sądem za śmierć Roberta Brylewskiego

Tomasz J. odurzył się, miał luki w pamięci, ale odpowie przed sądem za pobicie muzyka.

Postawienie przed sądem mimo znacznie ograniczonej poczytalności w chwili napaści i ustalenie, że zgon był skutkiem pobicia – to najmocniejsze punkty aktu oskarżenia przeciwko Tomaszowi J., który odpowie za śmierć legendarnego muzyka.

Robert Brylewski – gitarzysta, kompozytor i współzałożyciel kilku zespołów, został brutalnie pobity w styczniu 2018 r. – cztery miesiące później zmarł. Warszawska prokuratura kilka dni temu skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Tomaszowi J., zarzucając mu „spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu” poprzez zadanie licznych ciosów rękoma i nogami, co doprowadziło do zgonu muzyka.

Dramat rozegrał się na warszawskiej Pradze. Tomasz J. dobijał się do mieszkania, które kiedyś należało do jego matki, a gdy drzwi otworzył mieszkający tu muzyk, brutalnie go zaatakował. Napaść trwała kilka minut, a sprawca – według śledczych – nie wiedział, kim jest mężczyzna, którego katuje.

– Robert Brylewski doznał bardzo poważnych obrażeń głowy, przebywał w kilku szpitalach, początkowo w stanie śpiączki farmakologicznej. Przez kilka tygodni leczenie odbywało się także w domu. W maju muzyk ponownie trafił do szpitala, gdzie na początku czerwca zmarł – mówi prok. Marcin Saduś, rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

Chociaż powiązanie zachowania domniemanego sprawcy z tragicznym finałem w postaci śmierci muzyka wydaje się oczywiste, to od strony dowodowej nie było to łatwe – przyznają śledczy.

Żeby oskarżyć J., trzeba było wykazać bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy. Tymczasem atak nastąpił 28 stycznia, śmierć 3 czerwca. – Od pobicia do zgonu upłynęły cztery miesiące. Biegli sporządzający kluczową w tej sprawie opinię mieli tym trudniejsze zadanie, że pokrzywdzony po początkowej hospitalizacji leczył się także w warunkach domowych – zaznacza prok. Saduś.

Jednak opinia biegłego z zakresu medycyny sądowej była jednoznaczna. – Orzekł, że zgon nastąpił z powodu niewydolności krążeniowo-oddechowej, która była następstwem obrażeń głowy spowodowanych pobiciem – mówi prok. Saduś.

Druga ważna kwestia: w chwili ataku J. miał we krwi ponad 1,3 promila alkoholu i „znacznie ograniczoną” poczytalność. Śledczy jednak sięgnęli po przepis, który pozwala go postawić przed sądem za śmiertelne pobicie.

– Biegli psychiatrzy rzeczywiście uznali, że oskarżony miał zniesioną poczytalność w stopniu znacznym w chwili dokonania czynu, co nastąpiło wskutek odurzenia się alkoholem. Jednak zgodnie z art. 31 § 3 kodeksu karnego, jeśli sprawca z własnej woli wprowadzi się w stan odurzenia skutkującego niepoczytalnością, to nie stosuje się wobec niego przepisów dotyczących wyłączenia jego winy – tłumaczy prok. Saduś.

Prokuratorzy nieczęsto sięgają po taką konstrukcję prawną. Tu z niej skorzystali, dlatego J. będzie odpowiadał za swój czyn tak, jak osoba poczytalna. – Jednak kwestie związane z poczytalnością na pewno podniesie obrona – ocenia jeden ze śledczych.

Dowody obciążające J. to oprócz opinii biegłych ślady krwi ofiary na jego obuwiu i odzieży oraz zapis z kamery monitoringu zdarzenia już na zewnątrz budynku. Widać na nim, jak J. kopie i zadaje ciosy muzykowi. W budynku kamery nie było. Tomasz J. nie przyznaje się do zarzutu. Grozi mu nawet dożywocie.
Źródło info i foto: rp.pl

Rybnik: Tajemnicze zgony w szpitalu psychiatrycznym

– W rybnickim psychiatryku uśmiercili mi ojca. Faszerowali go psychotropami i przywiązywali do łóżka. To było całe ich leczenie! Po 12 dniach w stanie agonalnym przewieźli go do innego szpitala, ale było już za późno – płacze Dorota Stępień (33 l.) z Radlina (Śląskie). – Zawiadomiłam prokuraturę, bo uważam, że szpital zamiast leczyć, przyczynił się do śmierci mojego taty – dodaje

To nie jedyny dziwny przypadek w rybnickim psychiatryku. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach nadzoruje sprawę czterech tajemniczych zgonów pacjentów rybnickiego psychiatryka. Wyjaśnia, dlaczego chorzy, którzy na ogół trafiali do szpitala w dobrym stanie, po krótkiej hospitalizacji nagle umierali.

Tak właśnie było z Bogdanem Stępniem (†54 l.), ojcem pani Doroty. W maju ub. roku mężczyzna spadł ze schodów na głowę. Miał halucynacje, więc 6 maja karetka przewiozła go do Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Rybniku.

– Oprócz tych omamów mój tata miał połamane żebra i wstrząśnienie mózgu. W kilka dni jego stan znacznie się pogorszył. Dostał zapalenia płuc, okazało się, że zarazili go w szpitalu bakterią, która spowodowała biegunkę i odwodnienie całego organizmu – dodaje pani Dorota.

– W psychiatryku zamiast go leczyć przez 12 dni podawali mu tylko psychotropy, wiązali pasami, a gdy już było z nim źle wsadzili do izolatki. To była umieralnia! On bełkotał, pamiętam jak go pocieszałam „będzie dobrze”, a tata mi powiedział: „nie będzie…” – wspomina ze łzami pani Dorota.

Gdy 18 maja w końcu przewieziono pana Bogdana do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nie było z nim już żadnego kontaktu. Zmarł 23 maja z powodu zapalenia płuc, zatrzymania krążenia, posocznicy, odwodnienia i zakażenia układu moczowego. Córka zmarłego zawiadomiła prokuraturę w Rybniku. Prokurator sprawdza czy szpital nie popełnił błędu medycznego. Sprawy pozostałych zgonów prowadzą prokuratury w Częstochowie i Gliwicach.

Szpital nie ma sobie nic do zarzucenia. – Poczekajmy do zakończenia postępowań w prokuraturach, na razie nie wykazano nam żadnych nieprawidłowości – powiedział nam Marek Ksol, dyrektor ds. lecznictwa rybnickiego „psychiatryka”.

Po skardze na szpital, mój ojciec zapadł w śpiączkę

Kolejny niewyjaśniony zgon pacjenta rybnickiego psychiatryka dotyczy taksówkarza Andrzeja Durmowicza (†55 l.) z Wodzisławia Śląskiego. Mężczyzna po udarze poruszał się na wózku. W rybnickim psychiatryku był od 2010 r.

Mężczyzna popadł w konflikt z personelem, bo przez błąd pracownika szpitala stracił zasiłek i przez trzy miesiące był bez pieniędzy. Napisał w tej sprawie skargę.

– Dziwne jest to, że po tej skardze od razu dostał nowe, silne leki, po których zapadł w śpiączkę i już się nie obudził. Zmarł 28 listopada 2015 r. – mówi mec. Piotr Wojtaszak, reprezentujący rodzinę zmarłego.

– Mam ogromny żal do personelu. Uważam, że przyczynili się do śmierci mojego taty. Sama widziałam też, jak pielęgniarka znęcała się nad innym, niepełnosprawnym pacjentem, obrażając go. Tata na to zareagował i następnego dnia był już przywiązany pasami – mówi córka pana Andrzeja, Karina Durmowicz (22 l.).

Po śmierci ojca pani Kariny zajęła się tą sprawą Prokuratura Okręgowa w Częstochowie. Przeprowadzono ekshumację ciała pana Andrzeja. Śledztwo prowadzone jest również pod katem błędu medycznego.

Byłam więźniem psychiatryka

– W 2013 r. zawalił mi się świat, gdy dowiedziałam się o zdradzie męża. Lekarz zaproponował mi pięciodniowy pobyt w rybnickim szpitalu. Myślałam, że tam stanę na nogi. Miałam dostawać tylko lek uspokajający! Ale pani doktor po rozmowie z moim mężem zmieniła mi lek na psychotrop. Podsłuch, który założyłam w domu miał świadczyć o mojej chorobie psychicznej! – opowiada Regina Kowalska (60 l.), z małej wioski pod Rybnikiem.

Po tej diagnozie kobieta nie mogła już wyjść z tego szpitala.

– Jak się przekracza mury psychiatryka nie ma się żadnych praw, zostaje się więźniem – mówi rozgoryczona kobieta. – Im człowiek więcej chce dochodzić swoich praw tym gorzej jest traktowany. Tam tylko dają tabletki, nie ma żadnej psychoterapii. Gdy nie chciałam zażyć leku lekarz stwierdził, że mam zaburzenia prześladowczo-urojeniowe. Byłam tam 19 dni, wyszłam, bo na szczęście któryś z lekarzy zauważył, że nie powinnam tam być.

Kowalska wniosła sprawę do prokuratury w Rybniku o bezprawne przetrzymywanie w szpitalu, błąd diagnostyczny i terapeutyczny, leczenie poza wskazaniami i przerobienie dokumentacji medycznej. Sprawa była umarzana. Kobieta złożyła do sądu zażalenie i czeka na decyzję.

P. S. Personalia pani Reginy zostały zmienione, na jej prośbę.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Martwy noworodek znaleziony w mieszkaniu w Warszawie. Rodzice byli pijani

Martwego noworodka znaleźli stołeczni policjanci w jednym z mieszkań na warszawskich Włochach. Jak podaje Komenda Stołeczna Policji, rodzice dziecka byli pod wpływem alkoholu. O sprawie poinformował TVN Warszawa. Policja otrzymała zgłoszenie w nocy z soboty na niedzielę.

– Potwierdzam, że w dzielnicy Włochy doszło do zgonu noworodka. Na miejscu były dwie osoby, mężczyzna i kobieta. To rodzice dziecka, oboje byli pod wpływem alkoholu – przekazała w rozmowie z portalem Małgorzata Wersocka ze stołecznej policji.

Matka i ojciec dziecka zostali już zatrzymani. Policja nie zdradza na razie okoliczności tragedii. Nie wiadomo więc, jakie były przyczyny śmierci niemowlęcia.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Jest opinia biegłych o śmierci Igora Stachowiaka. „To mogło być uduszenie”

Mimo dwukrotnego zbadania zwłok 24-latka wciąż nie ustalono przyczyny jego zgonu. Do hipotez o wpływie narkotyków oraz śmiertelnego porażenia paralizatorem dochodzi teraz kolejna, zakładająca, że podczas szamotaniny funkcjonariusze policji udusili mężczyznę.

Ciało Igora Stachowiaka zostało zbadane przez biegłych Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu oraz ZMS w Poznaniu. Już w pierwszej ekspertyzie napisano, że „do śmierci mogło przyczynić się wywieranie – prawdopodobnie wielokrotne – silnego ucisku na szyję przez osobę lub osoby drugie podczas obezwładniania denata”.

Poznańscy biegli, czyli dr Janusz Kołowski i Karolina Pawlak, potwierdzili, że to właśnie uduszenie mogło być przyczyną śmierci Stachowiaka. Wskazują na to obrażenia, które odkryto na jego ciele.

„Stwierdzono przełamaną chrząstkę tarczowatą, podbiegnięcia krwawe w tchawicy. (…) Obecnie można określić, iż największe nasilenie obrażeń skupia się w okolicy twarzy, szyi, klatki piersiowej i barków” – czytamy w ekspertyzie.
Źródło info i foto: wp.pl

Sprawa śmierci Igora Stachowiaka. Policjanci nie będą oskarżeni o nieumyślne spowodowanie jego śmierci

Wyczerpująco zebrany w toku śledztwa materiał dowodowy, nie daje podstaw do skierowania aktu oskarżenia w zakresie nieumyślnego spowodowania śmierci Igora S. – poinformował w środowym komunikacie rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Prokuratura Okręgowa w Poznaniu zakończyła postępowanie dotyczące zachowania funkcjonariuszy policji podczas interwencji przeprowadzanej w maju 2016r. we Wrocławiu, w trakcie której stosowano środki bezpośredniego przymusu wobec Igora S.

„Wyczerpująco zebrany w toku śledztwa materiał dowodowy, nie daje podstaw do skierowania aktu oskarżenia w zakresie nieumyślnego spowodowania śmierci Igora S.” – czytamy w komunikacie.

Igor Stachowiak zmarł w maju 2016 r., po zatrzymaniu na wrocławskim rynku i przewiezieniu na komisariat. Według funkcjonariuszy, był agresywny i dlatego musieli użyć paralizatora. Na komisariacie stracił przytomność i pomimo reanimacji zmarł. Według pierwszej opinii lekarza, przyczyną śmierci była ostra niewydolność krążeniowo-oddechowa.

Przeciwko policjantowi używającemu paralizatora komendant miejski policji we Wrocławiu wszczął postępowanie dyscyplinarne, a następnie zawiesił go w czynnościach służbowych na okres trzech miesięcy; prokuratura wszczęła śledztwo.

Sprawa wróciła po wyemitowaniu w maju br. reportażu w TVN24, gdzie m.in. pokazano zapis z kamery paralizatora. Później „Fakty” TVN podały, że policja miała dostęp do nagrań ws. śmierci Stachowiaka, choć deklarowała coś innego.

W związku z tymi wydarzeniami ówczesny szef MSWiA odwołał komendanta dolnośląskiej policji, jego zastępcę ds. prewencji oraz komendanta miejskiego we Wrocławiu. Wszyscy funkcjonariusze: zatrzymujący Stachowiaka i używający wobec niego tasera, są już poza policją.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nie żyje haker Adrian Lamo, który wydał amerykańskim władzom Chelsea Manning

Haker Adrian Lamo, znany z przekazania wojsku informacji, które doprowadziły do aresztowania Chelsea Manning, zmarł w wieku 37 lat. Przyczyna zgonu na razie nie została podana do publicznej wiadomości. W środowisku hakerskim Lamo został uznany za zdrajcę. Gdy osiem lat temu, po ujawnieniu tajnych dokumentów przez Manning wybuchł skandal, Lamo tłumaczył, że kierował się bezpieczeństwem państwa.

O śmierci Adriana Lamo poinformował na Facebooku jego ojciec, Mario.

21 maja 2010 roku amerykański żołnierz Bradley Manning i analityk wywiadu nawiązał kontakt z Adrianem Lamo przez komunikator AOL. Napisał do niego, ponieważ wiedział, że haker miał status celebryty dzięki atakowi na redakcję New York Times i spędził sześć miesięcy w areszcie domowym. Manning wyznał Lamo, że wynosił tajne informacje amerykańskiej armii na płytach podpisanych „Lady Gaga” i ujawniał je portalowi WikiLeaks.

– Gdybyś miał dostęp do sieci zaklasyfikowanych jako tajne, co byś zrobił? – zapytał hakera.

Lamo twierdził, że najpierw zasięgnął w tej sprawie rady przyjaciół, którzy współpracowali z wywiadem, a później przekazał szczegóły konwersacji wojsku. 26 maja Manning został aresztowany, w lipcu usłyszał zarzuty, m.in. szpiegostwa.

W 2013 roku został skazany na 35 lat więzienia. Po ogłoszeniu wyroku Manning oznajmił, że jest transseksualistą. W ostatnich dniach urzędowania prezydenta Obamy kara została złagodzona. Chelsea Manning wyszła z więzienia w maju 2017 roku, już po przejściu terapii hormonalnej i zgodzie sądu na używanie żeńskiego imienia.

Śmierć cywilów i dwóch dziennikarzy

Wśród 700 tys. rządowych plików przekazanych przez Manninga WikiLeaks znajdowały się zastrzeżone raporty z Afganistanu i Iraku, film z ostrzału pilotów na Bagdad w 2007 roku, w którym zginęli cywile i dwóch dziennikarzy oraz setki tysięcy depesz dyplomatycznych. Część dokumentów dotyczyła osadzonych w więzieniu Guantanamo bez procesu.

Haker: przeżywałem konflikt wewnętrzny

W 2011 roku Lamo powiedział, że jest zaskoczony negatywną reakcją na jego decyzję o wydaniu Manninga. Mówił, że przeżywał konflikt wewnętrzny w związku ze sprawą.

– Wtedy nawet nie wiedziałem, że te informacje mają jakąś wartość dla mediów, co pokazuje pewien stopień naiwności z mojej strony – mówił „Guardianowi”. Dodał, że długo zastanawiał się nad wydaniem Manninga, ale uznał, że bezpieczeństwo sił zbrojnych jest ważniejsze niż los Manninga – Nigdy nie postrzegałem siebie jako bardzo patriotycznego, ale gdy zachodziła taka konieczność, dobro narodu stanowiło najwyższą wartość – mówił.

Twierdził, że ostracyzm, z jakim spotkał się w swoim środowisku, nie robił na nim wrażenia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Włochy: Zabójstwo polskiego robotnika. Zatrzymano dwóch Polaków

Dwóch Polaków zatrzymano w Apulii na południu Włoch pod zarzutem zabójstwa 34-letniego polskiego robotnika sezonowego na terenie jednego z gospodarstw – podały w sobotę włoskie media. Do zbrodni doszło w rejonie, gdzie przed laty Polacy zmuszani byli do pracy niewolniczej.

Lokalne media z Apulii poinformowały, że zwłoki sezonowego robotnika rolnego znaleziono w środę w baraku w gospodarstwie w San Giovanni Rotondo koło Foggii, gdzie mieszkał i pracował. Mężczyzna zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Karabinierzy wszczęli śledztwo, w wyniku którego wykluczono wypadek oraz zgon z przyczyn naturalnych. Po przesłuchaniu osób pracujących w gospodarstwie i znajomych ofiary pod zarzutem zabójstwa zatrzymano dwóch Polaków – poinformowała agencja Ansa. Szczegóły sprawy nie są znane.

Sezonowi robotnicy zmuszani do niewolniczej pracy

O tym samym rejonie w Apulii stało się głośno w 2006 roku, gdy włoska policja we współpracy ze stroną polską ujawniła proceder zmuszania przybyłych z Polski sezonowych robotników rolnych do niewolniczej pracy w tamtejszych gospodarstwach rolnych. Koczowali oni w fatalnych warunkach, byli oszukiwani i maltretowani przez pośredników i nadzorców, głównie Polaków. Z obozowisk na farmach uwolniono wtedy ponad 100 wykorzystywanych obywateli polskich.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Warszawa: Kobieta znalazła ciało męża. Czy to morderstwo?

Szokujące odkrycie na warszawskim Targówku. Kobieta, która wróciła z zakupów, znalazła w domu zwłoki swojego 53-letniego męża – informuje portal Fakt24.pl. Na miejscu pracuje policja i prokuratorzy. Nieoficjalnie mówi się o morderstwie. Jak donosi Fakt24, do dramatycznego zdarzenia doszło w domku jednorodzinnym przy ulicy Starozaciszańskiej w Warszawie. Kobieta odkryła zwłoki 53-letniego męża wczesnym popołudniem. Na miejsce zostały wezwane policja i pogotowie ratunkowe. Lekarze stwierdzili zgon Dariusza G.

Z nieoficjalnych informacji dziennikarzy Fakt24 wynika, że na warszawskim Targówku doszło do zabójstwa. Sprawę wyjaśnia policjanci pod nadzorem prokuratury.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl