Psycholog o zachowaniu matki 5-letniego Dawida

5-letni Dawid Żukowski najprawdopodobniej nie żyje. Śledczy twierdzą, że padł ofiarą swojego ojca. Założycielka Warszawskiej Grupy Psychologicznej Monika Dreger przypuszcza, że matkę dziecka czeka bardzo długa droga do powrotu do normalnego życia.

– Powrót do normalnego funkcjonowania nie będzie szybki i łatwy. Zdecydowanie trudniejszą kwestią w tym przypadku będzie strata dziecka, niż strata męża. Na pewno potrzebne będą działania terapeutyczne, być może również wsparcie farmakologiczne. Ważne jest też wsparcie rodziny i bliskich. To będzie bardzo długi proces – twierdzi psycholog w rozmowie z Wirtualną Polską.

Monika Dreger zaznacza również, że kobiecie będzie potrzebny spokój. Zwraca także uwagę na zachowanie matki Dawida podczas poszukiwań chłopca. – Rzuciło mi się w oczy, że ta pani nie uczestniczyła w jakichkolwiek doniesieniach medialnych i bardzo chroniła swoją prywatność – podkreśla.

Według medialnych spekulacji, przyczyną tragedii mogła być chęć zemsty Pawła Ż. na żonie, która zgłosiła na policji, że mężczyzna stosował wobec niej przemoc i chciała rozwodu. Niedługo przed samobójstwem ojca Dawida, para miała przeprowadzić burzliwą rozmowę telefoniczną. Monika Dreger twierdzi, że niełatwo jest ustalić prawdziwe motywy zbrodni.

– Trudno spekulować na temat stanu psychicznego sprawcy. Nie wiadomo również, jaki wpływ mogła mieć na niego ostatnia rozmowa z żoną. Jeśli zabójstwo było wcześniej zaplanowane, prawdopodobnie nie wpłynęła ona na decyzję mężczyzny. Nie wiemy, czy żona mogła w jakikolwiek sposób odwieść go od tego kroku – mówi założycielka Warszawskiej Grupy Psychologicznej.

Przypomnijmy, 20 lipca po godz. 16 Komenda Główna Policji ogłosiła, że odnaleziono zwłoki dziecka. Funkcjonariusze mają „przekonanie graniczące z pewnością”, że to ciało 5-letniego Dawda.
Źródło info i foto: wp.pl

Nowe informacje o ojcu zaginionego Dawida. Ma jeszcze córkę

Dawid Żukowski jest poszukiwany już siódmą dobę. Na światło dzienne wychodzą nowe fakty o Pawle Ż. Jego pierwsza żona miała uciec od niego z córką na Ukrainę. On sam miał ponoć 200 tys. długu. Pojawiają się także szczegóły postoju na węźle Konotopa.

Dawid Żukowski zaginął w środę, dokładnie tydzień temu. Tego dnia ojciec zabrał syna z domu w Grodzisku Mazowieckim ok. godz. 17. Paweł Ż. miał go zawieźć do Warszawy do matki. Podróżował z chłopcem szarą skodą fabią o nr. rejestracyjnym WGM 01K9. Przed godz. 21 policjanci dostali zgłoszenie, że ojciec Dawida został śmiertelnie potrącony przez pociąg relacji Skierniewice-Warszawa. Miał popełnić samobójstwo. Maszynista pojazdu powiedział, że mężczyzna oczekiwał na przejazd pociągu i rzucił się pod niego. O północy matka Dawida zgłosiła zaginięcie syna.

Dawid Żukowski poszukiwany. Jego ojciec ma jeszcze córkę

Do nowych informacji dotarli dziennikarze programu „Uwaga” TVN. Paweł Ż. miał mieć 200 tysięcy złotych długu przez gry hazardowe. Poza tym miał jeszcze jedno dziecko – córkę – z pierwszego małżeństwa. Jego poprzednia żona miała od niego uciec na Ukrainę.

Policja ma także coraz więcej informacji o ostatniej drodze ojca z dzieckiem. Według śledczych Paweł Ż. wyjechał z Grodziska Mazowieckiego w stronę Warszawy o godzinie 17.28. Przyjechał w okolice lotniska Okęcie.

Jeszcze tuż przed godziną 18 Dawidowi nic się nie stało. Jak informuje TVN24, wtedy prawdopodobnie wjeżdżając do Warszawy, ojciec pozwolił synowi przez kilka minut porozmawiać z matką.

Wracał do Grodziska dwie godziny później. Najprawdopodobniej w samochodzie nie było już Dawidka.

Dawid Żukowski żyje? Dwa postoje na węźle Konotopa

Okazuje się, że tego dnia samochód Pawła Ż. zatrzymywał się dwa razy przy wyjściu ewakuacyjnym wzdłuż trasy A2 w okolicach węzła Konotopa. Po raz pierwszy aż na 40 minut, gdy jechał do Warszawy. Jak ustaliła „Uwaga” TVN, wówczas mężczyzna rozmawiał z matką Dawida. Miała mu powiedzieć, że chce rozwodu.

Drugi raz w tym miejscu (po przeciwnej stronie) samochód stanął na 15 minut, gdy wracał do Grodziska Mazowieckiego.

To tutaj śledczy skupiają swoją uwagę w trakcie poszukiwań Dawida. Sprawdzane są wszystkie studzienki, zbiorniki wodne i włazy w tej okolicy. Policja przeszukuje nawet okoliczne cmentarze, ponieważ pojawiają się hipotezy, że mężczyzna mógł chcieć pochować swoje dziecko.

Jak powiedział Łukasz Łapczyński z Prokuratury Okręgowej w Warszawie okoliczności wskazują na to, że mężczyzna działał w sposób zaplanowany. Udało się ustalić, że tuż przed samobójstwem, Paweł Ż. modlił się w kościele, pod którym policja znalazła jego samochód.

Dawid Żukowski poszukiwany. Nowe nagranie

Jak nieoficjalnie ustalił „Super Express”, służby mają nowe nagranie z monitoringu na którym widać 32-letniego Pawła Ż. Z informacji gazety wynika, że widać na nim jak mężczyzna idzie chodnikiem – sam – bez Dawidka.

Wcześniej w sieci pojawiło się inne nagranie, na którym widać samochód ojca Dawidka Pawła Ż. Wirtualnej Polsce udostępniła je miejscowa firma Lajk Taxi. Na filmie widać auto dwukrotnie: gdy jechało w stronę Grodziska Mazowieckiego oraz gdy wracało z tego kierunku. Pojazd został uchwycony o 16:28 oraz 18:34.

Dawid Żukowski poszukiwany. Policja prosi o pomoc

Policja prosi o pomoc w tej sprawie. Wszelkie zgłoszenia, także anonimowe, są przyjmowane w Komendzie Powiatowej Policji w Grodzisku Mazowieckim tel. (22) 755 60 10 (-11,-12,-13). Można również telefonować do najbliższej jednostki Policji lub pod numer alarmowy 112.

Policjanci apelują także do wszystkich, którzy posiadają kamery monitoringu na trasie Grodzisk – Warszawa Włochy (Okęcie), aby przejrzały zapis ze środowego popołudnia. Być może na filmie została uchwycona wspomniana szara skoda.
Źródło info i foto: wp.pl

Niemcy: Berliński sąd nakazał rządowi repatriację żony islamisty i ich dzieci

Sąd w Berlinie zdecydował, że rząd Niemiec musi sprowadzić do kraju niemiecką obywatelkę, która wyszła za domniemanego bojownika tzw. Państwa Islamskiego (IS), a wraz z nią ich troje dzieci – poinformowała w piątek BBC. To pierwszy tego rodzaju wyrok w RFN. Sąd uznał, że dzieci kobiety ucierpiałyby, gdyby musiały dalej pozostawać w obozie dla uchodźców Al-Hol w Syrii.

Do tej pory władze niemieckie deklarowały gotowość do przyjęcia części dzieci islamistów, ale bez towarzyszących im matek, których możliwa radykalizacja budziła obawy ze względów bezpieczeństwa. W tym konkretnym przypadku sąd doszedł do wniosku, że brak działania sprawiłby, że dzieci byłyby narażone na „poważny, nieuzasadniony i nieuchronny uszczerbek”.

Według dziennika „Sueddeutsche Zeitung”, troje dzieci ze związku Niemki z domniemanym bojownikiem IS jest w wieku dwóch, siedmiu i ośmiu lat, a ich matka pochodzi z Dolnej Saksonii na północy kraju.

Decyzja berlińskiego sądu zapadła na skutek pozwu, jaki władzom RFN wytoczyła rodzina kobiety.

To tylko jeden z procesów wytoczonych rządowi w Berlinie przez rodziny podejrzanych bojowników IS. Na repatriację do kraju w syryjskich obozach dla uchodźców, gdzie panują bardzo złe warunki, oczekuje kilkadziesiąt Niemek, które wyszły za domniemanych islamistów oraz co najmniej 100 dzieci – podkreśla korespondent BBC.

Mężczyźni, którzy wcześniej przyłączyli się do IS, obecnie niemal w każdym przypadku po powrocie do Niemiec poddawani są śledztwu. W przypadku powracających kobiet dochodzenie karne wszczynano dopiero po znalezieniu większej ilości dowodów. To podejście zmieniło się jednak w grudniu 2017 r., kiedy ogłoszono, że kobiety i mężczyźni podejrzani o przyłączenie się do IS będą traktowani jednakowo.
Źródło info i foto: interia.pl

Poseł PiS Przemysław Czarnecki ranił nożem mężczyznę. Nowe doniesienia z prokuratury

Dochodzenie w sprawie domowej awantury z udziałem posła PiS Przemysława Czarneckiego, syna europosła Ryszarda Czarneckiego trwa już ponad pięć miesięcy. Śledczy powołali nawet biegłego, by sprawdził „zakres obrażeń” poszkodowanego. Końca sprawy jak na razie nie widać.

Chodzi o głośną sprawę z początku tego roku. Przemysław Czarnecki, jego żona i ich znajomy spędzali wspólnie Sylwestra w domu polityka. Po imprezie cała trójka poszła spać. Kiedy poseł nad ranem zszedł na dół, miał zastać swoją żonę i Krzysztofa K. w dwuznacznej sytuacji. Między mężczyznami doszło do szarpaniny, którą zakończyć chciała żona polityka, dzwoniąc po policję. Kobieta miała powiedzieć funkcjonariuszom, że „mąż grozi pozbawieniem życia”.

Po przyjeździe policji, okazało się, że mężczyzna został przez posła dźgnięty nożem w lewą dłoń. Później twierdził, że było to przypadkowe skaleczenie, ale sprawa trafiła do mediów i zajęła się nią prokuratura okręgowa w Warszawie. – Wszczęte na początku stycznia dochodzenie w sprawie spowodowania naruszenia czynności narządu ciała lub rozstroju zdrowia pokrzywdzonego pozostaje w toku. Postępowanie jest na etapie gromadzenia materiału dowodowego – informuje WP rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej Łukasz Łapczyński.

Sprawa wydawałaby się prosta – jest sprawca, pokrzywdzony oraz świadek – ale toczy się już ponad pięć miesięcy. Śledczy nadal gromadzą materiał dowodowy. Powołali nawet biegłego do oceny obrażeń. – Do tej pory w toku postępowania uzyskano opinię biegłego medycyny sądowej w zakresie obrażeń odniesionych przez pokrzywdzonego i mechanizmu ich powstania; uzyskano ekspertyzę porównawczą z zakresu badań DNA; przesłuchano w charakterze świadków uczestników spotkania; policjantów, którzy podjęli interwencję oraz pracowników pogotowia ratunkowego udzielających pomocy medycznej – mówi nam rzecznik prokuratury okręgowej.

Poseł przedstawił inną wersję

Polityk od początku przedstawiał inną wersję zdarzeń. – Potwierdzam, że w moim domu interweniowała policja, którą sam wezwałem. W sylwestrowy wieczór byliśmy we trójkę. Ja, moja żona i nasz znajomy, chrzestny córki. Mężczyzna według mojej wiedzy rozciął sobie dłoń. Podobno mnie za to obwinia, ale to nieprawda, gdyż nawet nie byłem bezpośrednim świadkiem zdarzenia. Był pijany, gdy przyjechała policja, miał bodajże 2,3 promila. A ja byłem całkowicie trzeźwy. Nie chcę opowiadać, jak wyglądała ta sytuacja, gdyż jestem świadkiem w tej sprawie. Zresztą to dotyczy moich osobistych rodzinnych spraw, więc nie chcę się na ten temat wypowiadać publicznie – mówił w rozmowie z Onetem Czarnecki.

Dlaczego prokuratura tak długo proceduje jego sprawę? Według naszych źródeł, sprawy mogłoby w ogóle nie być, bowiem Krzysztof K. po awanturze twierdził, że sam się skaleczył. Ale sprawą zainteresował się osobiście prezes Jarosław Kaczyński. Zażądał od młodego Czarneckiego wyjaśnień na piśmie. I je dostał. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki w TVN 24 mówił wtedy, że „były to wyjaśnienia jednej strony”. W takiej sytuacji, prokuratura nie miała więc wyjścia i musiała wszcząć dochodzenie.

Zdaniem naszych informatorów, jest jeszcze drugi powód. – Wyciąganie spraw rodzinnych na światło dzienne mogłoby zaszkodzić Czarneckiemu seniorowi w kampanii wyborczej do europarlamentu. Co prawda polityk od razu stanął w obronie swojego syna, ale informacje na temat konfliktu w rodzinie mogłyby być źle odebrane przez wyborców. O sprawie było cicho, a Ryszard Czarnecki znów objął europoselski mandat – mówi nam nasz informator.

Dochodzenie trwa więc nadal. Jak długo jeszcze – nie wiadomo.
Źródło info i foto: wp.pl

Były działacz PiS Dariusz S. z zarzutem zabójstwa żony. Grozi mu dożywocie

Dariusz S., były działacz PiS w Trójmieście i pracownik państwowej spółki, który miał śmiertelnie ugodzić nożem swoją żonę, usłyszał prokuratorskie zarzuty. Grozi mu dożywocie. Decyzją sądu został aresztowany na trzy miesiące.

Do tragicznego zdarzenia doszło 22 lutego w Gdyni. Według prokuratury, Dariusz S. zadał swojej żonie Marzenie S. dwa ciosy nożem. Jeden z nich okazał się śmiertelny. Jak wykazała sekcja zwłok, przyczyną śmierci było przecięcie tętnicy płucnej i wykrwawienie się kobiety. Po zdarzeniu mężczyzna wszedł na dach i spadł z niego. Z licznymi obrażeniami trafił do szpitala. Przez długi czas nie było z nim można przeprowadzić żadnych czynności. Do teraz.

– Dariuszowi S. zostały przedstawione zarzuty: zabójstwa i usiłowania zabójstwa. Są one objęte karą od 8 lat pozbawienia wolności do kary dożywocia. Sąd na wniosek prokuratora zastosował 3-miesięczny tymczasowy areszt. Obecnie Dariusz S. przebywa w Areszcie Śledczym w Gdańsku na oddziale szpitalnym – informuje Wirtualną Polskę Mariusz Duszyński z prokuratury okręgowej w Gdańsku.

Jak ustaliła WP, Dariusz S. próbował również ugodzić nożem 13-letniego syna. Chłopcu udało się obronić.

Dariusz S. w chwili zatrzymania miał mieć 0,17 promila alkoholu we krwi. W trakcie zdarzenia w mieszkaniu znajdowali się synowie w wieku 9 i 13 lat. Obaj zostali wówczas objęci opieką psychologiczną, umieszczeni w placówce opiekuńczej, następnie przekazani rodzinie. Policjantów najprawdopodobniej zaalarmowali sąsiedzi, którzy usłyszeli awanturę w mieszkaniu Dariusza S.
Źródło info i foto: wp.pl

Arnoldo Jimenez – nowy poszukiwany na liście FBI Most Wanted

Arnoldo Jimenez, poszukiwany za rzekome zamordowanie swojej żony niespełna 24 godziny po ślubie, został umieszczony na liście dziesięciu najbardziej poszukiwanych przestępców przez FBI. Jego żona, 26-letnia Estrella Carrera, została znaleziona martwa w wannie swojego domu w Burbank, Illinois, USA, wciąż miała na sobie suknię ślubną.

Nagroda w wysokości100 000 $ jest oferowana za informacje prowadzące do schwytania Jimeneza. Jimenez i Carrera wzięli ślub w ratuszu w piątek 11 maja 2012 r., A następnie wzięli udział w uroczystości z rodziną i przyjaciółmi. Policja Burbank i FBI wierzą, że Jimenez i jego narzeczona wdali się w kłótnię w czarnym Maserati Jimeneza, kiedy wracali z wesela we wczesnych godzinach porannych 12 maja 2012 roku.

„Uważamy, że została pchnięta nożem w aucie, a następnie wciągnięta z powrotem do pokoju, zakrwawioną ofiarę poszukiwany pozostawił w wannie” – powiedział agent specjalny Steve Barnard, który pracuje w biurze terenowym FBI w Chicago.

Jeśli posiadasz jakiekolwiek informacje dotyczące Arnoldo Jimeneza, zadzwoń + 1-800-CALL-FBI lub skontaktuj się z najbliższą ambasadą lub konsulatem amerykańskim.
Źródło info i foto: PoszukiwaniMagazyn.pl

Zabójstwo na Teneryfie. Podejrzany o zabójstwo żony i dziecka zwabił ich do jaskini prezentami

Hiszpańscy śledczy podejrzewają, że Niemiec, który brutalnie zamordował swoją żonę i syna na Teneryfie, swoją zbrodnię zaplanował. Ciała kobiety i 10-letniego chłopca znaleziono w jaskini w górach. Służby doprowadziły na miejsce zeznania 5-latka, który zdołał umknąć ojcu.

Policja podejrzewa, że 43-letni Thomas H. zaplanował zamordowanie swojej rodziny. W poniedziałek do mieszkającego i pracującego na Teneryfie jako kucharz mężczyzny przyleciała 39-letnia żona z dwoma synami. Para była w separacji. Kobieta chciała, by chłopcy spotkali się z ojcem.

5-latek, który zdołał uciec ojcu-oprawcy, wciąż nie wie, że jego mama i brat nie żyją.

Chłopiec ma na imię Jonas. Powiedział, że tata wynajął samochód, żeby zabrać rodzinę na wycieczkę w góry. Mieli urządzić piknik. Zaparkowali w pobliżu jaskini. Ojciec kazał im wejść do środka i poszukać, schowanych rzekomo przez niego wcześniej, prezentów wielkanocnych.

W środku ich zaatakował. Malec, widząc matkę i starszego brata leżących we krwi na ziemi, uciekł. Musiał przez kilka godzin błąkać się po górach, gdy go znaleziono był zapłakany, roztrzęsiony, brudny i bardzo zmęczony.

Napotkała go mieszkająca w pobliżu Adeje kobieta. Opowiadała później, że chłopiec chwycił ją za rękę i nie chciał puścić. Mówił po niemiecku, a ona nie rozumiała ani słowa. Zaprowadziła więc go do znajomego, który przetłumaczył to, co mówiło dziecko. Potem poszli z dzieckiem na policję.

Setka funkcjonariuszy policji, gwardii cywilnej i straży pożarnej ruszyła na poszukiwanie jaskini, których w okolicznych górach jest wiele. Ściągnięto śmigłowce oraz psy tropiące. Dotarcie do pieczary zajęło im kilka godzin.

W środku znaleziono ciała kobiety i jej 10-letniego syna. Prawdopodobnie zostali uduszeni, inna wersja mówi, że zostali śmiertelnie pobici kamieniem.

Aresztowano 43-letniego Niemca – ojca rodziny. Podczas zatrzymania w apartamencie w Adeje był bardzo agresywny. Kiedy śledczy przyszli po niego, spał. Twierdził, że nie wie, gdzie są jego żona i dzieci. Mężczyzna miał zadrapania na twarzy, które sugerują, że ofiary broniły się.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Wkrótce wyrok ws. Hansa G., który otwarcie mówił o swojej nienawiści do Polaków i chęci zabijania

Spytałam kilku koleżanek, czy im nie przeszkadza, gdy Hans G. określa Polaków m.in. mianem „shit” (z ang. g*wno), przecież one też są Polkami. Spotykałam się z odpowiedzią, że przesadzam, że one czują się Europejkami – tak Natalia Nitek-Płażyńska wspomina w rozmowie z portalem tvp.info wymianę zdań z innymi pracownicami na temat zachowania niemieckiego biznesmena Hansa G., prowadzącego firmę na Pomorzu. Już we wtorek Sąd Okręgowy w Gdańsku może wydać wyrok w sprawie wytoczonej mu przez żonę Kacpra Płażyńskiego, kandydata Zjednoczonej Prawicy w minionych wyborach samorządowych.

Od chwili gdy upubliczniła pani nagrania z wypowiedziami Hansa G., minęły już blisko trzy lata. Z jakimi reakcjami spotkała się pani w związku z tą sprawą?

Generalnie spotykałam się z przychylnym przyjęciem. Zdecydowana większość była oburzona działaniem niemieckiego pracodawcy, który zachowywał się w Polsce w sposób kolonialny. W mediach społecznościowych czy w bezpośrednich kontaktach gratulowano mi odwagi, dostrzegano konieczność walki z antypolonizmem.

Czy przypomina sobie pani rozmowę, po której powiedziała: dość, dłużej tego nie zniosę, trzeba coś z tym zrobić?

Przełamywałam się stopniowo. Nigdy nikogo wcześniej nie nagrywałam z ukrycia i teraz przychodziło mi to z trudem. Miałam też wątpliwości ze względu na moje własne bezpieczeństwo. Mój szef był człowiekiem porywczym i agresywnym. Jednak takim punktem granicznym był moment, w którym powiedział, że jego najszczęśliwszym dniem w życiu był ten, kiedy wydarzyła się tragedia smoleńska. Cieszył się, że zginęli prezydent Lech Kaczyński i tylu ważnych dla Polski ludzi. To był również moment, kiedy chciałam go uderzyć w twarz. Zawsze rozmawiałam, polemizowałam nawet z najbardziej prymitywnymi argumentami. Jednak tym razem uznałam, że miarka się przebrała i trzeba coś z tym wreszcie zrobić.

Czy czuła pani fizyczne zagrożenie z jego strony?

Opinia o agresywnym zachowaniu pana Hansa G. była powszechnie znana. Podczas przewodu sądowego sam przyznał, że jest osobą porywczą. Potrafił rzucać różnymi przedmiotami w pobliżu pracowników, wymachiwać rękami w bardzo bliskiej od nich odległości. Musiałam często kryć swoje emocje, swój lęk, ponieważ wykazywał wręcz satysfakcję, jeśli widział czyjś strach czy smutek. Czasami pracownice płakały lub uciekały z miejsca, w którym zachowywał się skandalicznie. Gdyby więc zauważył, że go nagrywam, można byłoby spodziewać się różnych reakcji.

Gdy zdecydowała się pani działać, czy próbowała pani jednocześnie znaleźć sojuszników, rozmawiała pani z innymi pracownikami na ten temat? Jakie były nastroje w firmie?

Gdy przyszłam do tej firmy, trafiłam do środowiska, które akceptowało skandaliczne zachowanie Hansa G. Mam na myśli zarówno obrzydliwe wypowiedzi na temat Polaków, jak i zdecydowanie nie do przyjęcia rzucanie przedmiotami czy wyzywanie od najgorszych. Ci ludzie w takich sytuacjach po prostu spuszczali wzrok, udawali, że nic nie widzą, nic nie słyszą. A ja mam inny charakter i reagowałam. Byłam wtedy ostrzegana przez innych pracowników, że to nic nie da, że trzeba się przyzwyczaić, bo w razie reakcji może być tylko gorzej.

Wybory w 2015 r. raczej nie polepszyły sytuacji.

Na pewno ją jeszcze pogorszyły. Należę do Prawa i Sprawiedliwości i brałam udział w kampanii wyborczej. Wtedy mój szef zaczął mnie wręcz traktować jak szpiega w firmie, jako człowieka, który jest przeciwny Niemcom, który chce, jak mówił, zniszczyć Polskę, gdzie Niemcy tyle zainwestowali. W tym czasie tym bardziej nie znalazłam wsparcia u innych pracowników, odsuwających się w imię świętego spokoju. Spytałam kilku koleżanek, czy im to nie przeszkadza, gdy Hans G. nadzwyczaj często określa Polaków m.in. mianem „shit” (z ang. g*wno), przecież one też są Polkami. Spotykałam się wówczas z odpowiedzią, że przesadzam, że one czują się Europejkami. Nie było więc możliwości porozumienia. Kilka osób zgadzało się ze mną, ale w obawie przed utratą pracy bało się zareagować.

Czy wasz pracodawca stosował również groźby karalne? Pamięta pani podobne zajścia, gdzie osobiście komuś groził?

P. Hans G. potrafił dojść do pracownika z dłonią ułożoną na kształt pistoletu i udawał, że do niego strzela. Sama tego doświadczyłam. Pracownica z innej firmy zeznała w sądzie, że podszedł do niej i powiedział: – Możesz sobie wybrać drewno na trumnę, Polko. Zaakcentował przy tym „Polko”. Ta kobieta zwolniła się z pracy tego samego dnia. Zresztą jeśli w mojej obecności Niemiec mówi, że nienawidzi Polaków i chce ich wszystkich pozabijać, to znaczy, że mówi on to również do mnie. Przy czym dochodził do tego kontekst historyczny. Hans G. powtarzał, że ceni Hitlera, mówił, jak to żałuje, że jego dzieło nie zostało skończone, a obozy koncentracyjne to była według niego najlepsza rzecz, którą można było zrobić z Polakami. Znam historię i odbierałam to za każdym razem osobiście.

Mówiła pani, że w chwilach dobrego nastroju pani były szef swoje wywody wygłaszał w formie swego rodzaju wykładu. Czy instruował wtedy, co oglądać? Co czytać?

Gdy wybory prezydenckie wygrał Andrzej Duda, Hans G. często włączał Onet.pl i gdy tylko portal napisał jakiś paszkwil o prezydencie, kazał mi się z tego tłumaczyć, ponieważ byłam, jak to on mówił, „fucking pisior”. Mówił, że PiS jest antyniemiecki i ja też jestem antyniemieckim agentem w jego firmie. Przechwalał się też, że zna się ze światkiem polityków Platformy Obywatelskiej, chwalił się, że spotykał się z Janem Kulczykiem na bankietach.

Po ostatniej rozprawie kontaktowałem się Amnesty International, Helsińską Fundacją Praw Człowieka i Stowarzyszeniem Nigdy Więcej. Wszystkie zajmują się tropieniem ksenofobii i mowy nienawiści.

Ale nie wobec Polaków.

Żadna nie podjęła jakichkolwiek działań w tej sprawie, czy próbowała pani zainteresować nią którąś z podobnych instytucji, np. Rzecznikiem Praw Obywatelskich?

Wiem, że internauci zgłaszali tę sprawę do Rzecznika Praw Obywatelskich. Od żadnej z tych instytucji nie dostałam jakiegokolwiek wsparcia, nie było nawet jakiegokolwiek zainteresowania. Zgłosiła się do mnie tylko Reduta Dobrego Imienia, na którą mogłam liczyć od początku. Naprawdę w Polsce dużo się mówi o nierówności, o mowie nienawiści, ale nie chce się zauważyć, gdy rasizm i ksenofobia jest skierowana przeciwko zwykłym Polakom. Zbyt mało jest w Polsce organizacji, które chciałyby się temu przeciwstawić.

Zaraz po ukazaniu się pani nagrań w internecie Hans G. robił z siebie ofiarę prześladowań w Polsce. Sam siebie określał jako najbardziej znienawidzonego Niemca w Polsce obok Eriki Steinbach. A pani dostawała maile z pogróżkami?

Hans G. rzeczywiście starał się postawić siebie w roli ofiary. Mówił, że dostawał jakieś pogróżki. Nie jestem w stanie tego zweryfikować, wiem, że zajmowała się tym prokuratura. Jeśli chodzi o mnie, zdarzały się obraźliwe wiadomości, w zdecydowanej większości w języku niemieckim, ale to był niewielki margines. W toku samego postępowania zaskoczyło mnie, jak pracownicy z mojej byłej firmy niewiele pamiętają. Niektórzy przyznawali, że Hans G. istotnie wyzywał Polaków, ale nie czuli się oni tym dotknięci osobiście. Uraziło ich natomiast, jak w jednym z programów powiedziałam, że podczas wojny w ten sposób zachowywali się volksdeutsche. To ich dopiero ubodło, ale na pytanie sędziego, co oznacza ich zdaniem słowo volksdeutsch, część z nich nie potrafiła odpowiedzieć. Nie potrafili też zresztą do końca powiedzieć, co zrobił Hitler, co to jest nazizm. Dlatego byli tak podatni na zmanipulowaną wersję historii, jaką przedstawiał im Hans G.

Czy gdy Hans G. dowiedział się, że złożyła pani pozew przeciwko niemu, próbował jakoś znaleźć z panią kontakt?

Nie, na samym początku jego adwokat próbował doprowadzić do ugody, zresztą też na skandalicznych warunkach, na co się nie zgodziłam.
Źródło info i foto: TVP.info

Po 28 latach żona i kochanek odpowiedzą za zabójstwo?

Po 28 latach Ewa F. i Waldemar B. zostali oskarżeni o zabójstwo Stanisława F. Zdaniem śledczych żona mężczyzny i jej kochanek mieli zamordować Stanisława F. we śnie, a następnie usiłować kierować podejrzenia na sprawców pochodzących z Niemiec.

Śledztwo w tej sprawie było pierwotnie prowadzone przez ówczesną Prokuraturę Wojewódzką w Jeleniej Górze i 30 czerwca 1992 roku zostało umorzone wobec niewykrycia sprawców tej zbrodni. Prokuratorzy Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu po blisko 26 latach od tej zbrodni, w lipcu 2017 roku wrócili do tej sprawy. Prokuratorzy przeprowadzili w sprawie czynności, które doprowadziły do uzyskania nowych dowodów w tym m.in. opinie biegłych wielu specjalności, w tym z zakresu biologii (DNA), badania pisma ręcznego, daktyloskopii, serologii, medycyny sądowej, psychologii śledczej i wariografii kryminalistycznej. Czynności te doprowadziły do podjęcia umorzonego śledztwa. Szczególnie istotne znaczenie dowodowe, w ocenie oskarżenia, mają listy, które w tamtym czasie były tworzone. Jeden z listów zdołano zabezpieczyć i uznać jako szczególnie istotny materiał dowodowy w tej sprawie.

Oskarżeni zaplanowali swoje działania

Na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego prokuratorzy odtworzyli przebieg zdarzeń, które miały miejsce w latach 1989-1994, czyli w czasie przed zabójstwem i po zabójstwie Stanisława F. Prokuratorzy ustalili, że Ewa F. i Waldemar B. zaplanowali i przygotowali swoje działania. Ponadto dokonywali czynności, które miały na celu skierować podejrzenie popełnienia zabójstwa na sprawców pochodzących z Niemiec. Było to związane z wyjazdami pokrzywdzonego do RFN w celach zarobkowych, co oskarżeni postanowili wykorzystać. Starali się wykazać, że grożą mu nieustalone osoby za coś czego miał dopuścić się w RFN. Wysyłali do niego listy i wykonywali telefony z groźbami.

Zarzut zabójstwa

Prokurator Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu oskarżył Ewę F. oraz Waldemara B. o zabójstwo Stanisława F. do którego doszło w nocy z 17 na 18 października 1991 roku w miejscowości Sobota w gminie Lwówek Śląski. Jak ustalili prokuratorzy pokrzywdzony został zaatakowany podczas snu. Stanisławowi F. zadano z dużą siłą kilka ciosów w głowę, tułów powodując liczne obrażenia ciała, które doprowadziły do krwotoku wewnętrznego i zgonu pokrzywdzonego.

Zarzut usiłowania zabójstwa

Ponadto prokurator oskarżył Ewę F. i Waldemara B. o dwukrotne usiłowanie zabójstwa Stanisława F. Jak ustalili prokuratorzy pierwsze usiłowanie miało miejsce w nocy 6 grudnia 1990 roku, kiedy Waldemar B. z bronią palną przyszedł pod dom Stanisława F. Zgodnie z uzgodnionym wcześniej podziałem ról Ewa F. wyjrzała przez okno, a następnie zawołała męża, mówiąc mu, że ktoś do niego przyszedł. Waldemar B. w tym czasie znajdował się pod domem pokrzywdzonego w miejscu, z którego był niewidoczny dla mieszkańców budynku. Gdy Stanisław F. wyjrzał przez okno Waldemar B. strzelił do niego z broni palnej, ale nie trafił pokrzywdzonego. Pocisk odbił się od ściany budynku blisko Stanisława F. Plan oskarżonych wynikał z wiedzy jaką posiadała Ewa F. o zwyczajach mieszkańców tego budynku, a w konsekwencji przekonania, że pokrzywdzony będzie wyglądał przez okno.

Drugi zarzut usiłowania zabójstwa

Kolejny zarzut usiłowania zabójstwa, o jaki prokurator oskarżył Ewę F. oraz Waldemar B., dotyczy zdarzenia jakie miało miejsce w nocy z 9 na 10 października 1991 roku. Wówczas Stanisław F. miał udać się w wyjazd służbowy. Ewa F. poinformowała Waldemara B., o której godzinie pokrzywdzony będzie jechał drogą do oddalonego o około 7 kilometrów Lwówka Śląskiego. Waldemar B. położył w poprzek drogi ścięte drzewo, w taki sposób, że Stanisław F. nie mógł tej przeszkody ominąć, ani przez nią przejechać. Oskarżeni chcieli w ten sposób upozorować wypadek komunikacyjny w wyniku którego pokrzywdzony poniósłby śmierć. Ponadto oskarżeni zaplanowali, że gdyby nie udało się zrealizować tego planu, a pokrzywdzony wyszedłby z samochodu wówczas Waldemar B. miał go zaatakować i zabić. Oskarżeni nie zrealizowali swojego planu, ponieważ pokrzywdzony nie wysiadł z samochodu, zawrócił i pojechał inną drogą.

Pozostałe zarzuty

Prokurator oskarżył również Waldemara B. o cztery inne czyny w tym groźby karalne kierowane wobec Marcina P. naruszenie czynności narządu ciała Marcina W. zniszczenie mienia na szkodę Marcina W. oraz groźby karalne kierowane wobec Marcina W. i jego żony.

Oskarżeni są tymczasowo aresztowani

Z uwagi na konieczność zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania na wniosek prokuratora w toku śledztwa Sąd zastosował wobec oskarżonych środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania. Środek ten był kilkukrotnie przedłużany przez Sądy i jest nadal stosowany. Ewa F. i Waldemar B. nie przyznali się do zarzucanych im czynów. Oskarżonym grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Ostateczna jest kara dożywocia dla Dariusza P., który podpalił dom i zabił rodzinę

Ostateczna jest już kara dożywocia dla Dariusza P. skazanego za podpalenie domu w Jastrzębiu-Zdroju i zabicie w ten sposób żony i czworga dzieci. W środę Sąd Najwyższy oddalił kasację wniesioną w tej sprawie przez obrońcę skazanego. Sprawa nie należała do typowych, łatwych i oczywistych, była sprawą o charakterze poszlakowym. Niemniej jednak należy podzielić stanowiska sądów obu instancji, że te poszlaki ustalone w sposób respektujący przepisy, w pełni uprawniały do stwierdzenia, że skazany rzeczywiście dopuścił się sprawstwa tej zbrodni – mówiła w uzasadnieniu oddalenia kasacji sędzia SN Małgorzata Gierszon.

Na mocy prawomocnego wyroku Sądu Apelacyjnego w Katowicach sprzed roku o warunkowe zwolnienie skazany będzie mógł ubiegać się najwcześniej po 35 latach, czyli wyjdzie na wolność najwcześniej w marcu 2049 r. Będzie miał wtedy 77 lat.

Obrona w kasacji wskazywała m.in. na konieczność przeprowadzenia w sprawie dodatkowej opinii biegłych z zakresu pożarnictwa i zbadanie – należycie nie rozważanej dotychczas zdaniem obrony – hipotezy pożaru w wyniku zwarcia instalacji elektrycznej. Nie można podzielić poglądu, że sąd apelacyjny ocenił zarzuty w sprawie w sposób dowolny i pobieżny” – zaznaczyła jednak sędzia Gierszon.

Dodała, że już przy pierwszych oględzinach miejsca tragedii dokonanych jeszcze w dniu pożaru, przeprowadzający te oględziny specjaliści nie mieli wątpliwości, że pożar spowodowało podpalenie – z ich zeznań wynika bowiem, że „było dla nich oczywiste, że doszło do podpalenia”. Jak dodała sędzia, nie było np. śladów przejścia ognia z miejsc w salonie do szafy stojącej na pierwszym piętrze, gdzie było największe źródło ognia. Zastając taki, a nie inny, stan faktyczny i czyniąc takie, a nie inne spostrzeżenia, trudno jest racjonalnie przypisywać biegłemu to, że nie zajął się hipotetyczną kwestią powstania pożaru od instalacji elektrycznej – wskazała sędzia Gierszon.

Do pożaru doszło w nocy 10 maja 2013 r. Zginęła w nim żona i czworo dzieci P., ocalał jedynie najstarszy syn. Według sądu, P. zabił, bo chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczenia i uwolnić się od rodziny. Został zatrzymany i aresztowany w marcu 2014 r. Gliwicka prokuratura zarzuciła mu zabójstwo pięciu osób oraz usiłowanie zabójstwa szóstej.

Powierzchnia pożaru była niewielka – ok. 15 m kw. Jego ognisko znajdowało się na piętrze domu jednorodzinnego, paliły się część schodów i szafa. Na miejscu zginęła 18-letnia najstarsza córka P., a czterolatka – w trakcie udzielania pomocy. Potem w szpitalach w Jastrzębiu Zdroju i Cieszynie zmarli kolejno: 10-letni chłopiec i 40-letnia matka dzieci oraz 13-letnia dziewczynka. Cała piątka spoczęła w jednym grobie na cmentarzu w Jastrzębiu Zdroju.

Wyrok I instancji zapadł w grudniu 2016 r. przed rybnickim wydziałem Sądu Okręgowego w Gliwicach. Sąd nie miał wątpliwości, że P. podłożył nocą ogień w kilku miejscach. Aby ogień mógł się łatwo rozprzestrzeniać, ułożył rząd poduszek z mebli ogrodowych. Aby zasugerować przypadkowy pożar, przeciął kabel zasilający, obok przewodu ułożył truchło myszy. Tuż przed ceremonią pogrzebową najbliższych wysyłał do siebie sms-y, sugerując, że pochodzą od rzekomego podpalacza. Biegli rozpoznali u P. osobowość psychopatyczną, wskazali m.in. na płytkość uczuć i wymuszony płacz, łatwość wysławiania się, powierzchowny urok, egocentryzm i brak wyrzutów sumienia.

Ustalenia sądu I instancji zasadniczo podtrzymał katowicki sąd apelacyjny.

Rodzina P. była stawiana za wzór, była bardzo wierząca i blisko związana z Kościołem; P. przez wiele lat był szafarzem w miejscowej parafii. Według oskarżenia, P. zabił, bo chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczenia. Oskarżony, który miał poważne długi, zawarł liczne umowy ubezpieczeń majątkowych i osobistych. Sąd wskazał także na inny motyw – P. chciał się też uwolnić od rodziny, a pieniądze, które uzyskałby z odszkodowań, byłyby jedynie środkiem do realizacji i korzystania z tej wolności.

W trakcie śledztwa u P. znaleziono książkę pt. „Psychiatria kliniczna i pielęgniarstwo psychiatryczne”, która prawdopodobnie pomagała mu symulować chorobę i uniknąć kary w dwóch wcześniejszych gospodarczych sprawach karnych – biegli uznali go wtedy za niepoczytalnego.

Oskarżony konsekwentnie nie przyznawał się do zabójstwa, choć przyznał, że próbował skierować śledztwo na fałszywe tory. Wskazywał, że ewentualne odszkodowanie tylko w niewielkiej części pokryłoby jego długi. Twierdził, że w jego domu doszło do przypadkowego pożaru, a on sam w tym czasie był w innym miejscu, w oddalonym o ok. 10 km zakładzie w Pawłowicach, w którym montował meble. Dla większości świadków znających skazanego, nawet dla jego rodziny, to że skazany w nocy pracował, było wielkim zaskoczeniem – odniosła się do tych wyjaśnień sędzia Gierszon.

Obrońca P. mec. Eugeniusz Krajcer powiedział dziennikarzom po orzeczeniu SN, że nie udało się przekonać sądu, iż w sprawie trzeba przeprowadzić wszystkie dowody, aby mieć pewność, co było przyczyną pożaru. Być może przez jakąś opinię prywatną będzie można zasugerować, aby mogła być ona podstawą wznowienia postępowania. Będzie rozważana też skarga nadzwyczajna” – dodał.

Prokuratura wnosiła przed SN o uznanie kasacji za „oczywiście bezzasadną” i jej oddalenie, tego samego chciał pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych – i to ich zdanie podzielił SN.
Źródło info i foto: Dziennik.pl