Tychy: Policjanci skatowali 47-latka. Usłyszeli zarzuty

Bulwersująca sprawa w Tychach. Biuro Spraw Wewnętrznych Policji zatrzymało dwóch policjantów. Chodzi o pobicie oraz znęcanie się. Funkcjonariusze usłyszeli zarzuty.

– Dwóm podejrzanym funkcjonariuszom policji zostały przedstawione zarzuty psychicznego i fizycznego znęcania się, przekroczenia uprawnień oraz pobicia – powiedziała PAP zastępczyni prokuratora rejonowego w Tychach Joanna Gajos. Nie powiedziała, czy prokuratura będzie wnosić do sądu o aresztowanie podejrzanych.

Chodzi o wydarzenia, które miały miejsce w kwietniu. Policjanci jednak zostali zatrzymani przez Biuro Spraw Wewnętrznych dopiero teraz. Do przestępstwa doszło w Wielką Sobotę. Policjanci patrolowali jedno z osiedli. Zauważyli na ławce śpiącego 47-latka. Kazali mu wówczas iść w stronę lasu. Gdy bezdomny to zrobił, policjanci pojechali za nim. Jeden z policjantów miał skatować mężczyznę pałką. 47-latek trafił do szpitala z połamanymi palcami i żebrami. O sytuacji policjantów z Tychów poinformował w Sejmie wiceszef MSWiAMaciej Wąsik, podczas rozmowy z dziennikarzami, w której odpowiadał na pytania związane z interwencjami funkcjonariuszy podczas protestów związanych ze Strajkiem Kobiet.

Sprawa dotyczy bezdomnego, który po interwencji policjantów miał złamane palce i żebro. Do zdarzenia doszło na jednym z tyskich osiedli mieszkaniowych.
Źródło info i foto: wp.pl

Przemyśl: Przetrzymywał syna jako zakładnika. Usłyszał zarzuty

36-letni Łukasz P., który w środę zabarykadował się z 4,5-letnim synem w pokoju mieszkania w kamienicy w Przemyślu (Podkarpackie) usłyszał zarzuty wzięcia i przetrzymywania zakładnika; złamanie zakazu zbliżania się do matki dziecka i znieważenia policjantów. Dziecko po ponad sześciu godzinach uwolnili policyjni kontrterroryści.

Do zdarzenia doszło w środę po południu w jednej z kamienic przy ul. Słowackiego w Przemyślu. 36-letni mężczyzna wszczął awanturę domową, zamknął się z dzieckiem w pokoju i nie chciał wypuścić syna. Matka chłopca wezwała policję. Funkcjonariusze nie mogli jednak wejść do pokoju i przez sześć godzin pertraktowali z 36-latkiem.

„Mężczyzna nikogo do siebie nie dopuszczał i groził, że targnie się na własne życie” – relacjonowała oficer prasowy przemyskiej policji Małgorzata Czechowska. Łukasz P. nie chciał z nikim rozmawiać i stawał się coraz bardziej agresywny. Z obawy o bezpieczeństwo 4,5-latka podjęto decyzję o siłowym wejściu do pokoju. Kontrtreroryści obezwładnili agresora, a chłopca oddali pod opiekę matki.

Agresor został przewieziony do szpitala psychiatrycznego w Żurawicy, gdzie przebywa pod nadzorem policji.

Jak informuje reporter RMF FM Krzysztof Kot, mężczyzna nie przyznaje się do winy, odmówił składania wyjaśnień. Prokuratorzy z Przemyśla postawili mu zarzuty. 36-latek odpowie za wzięcie i przetrzymywanie zakładnika, załamanie zakazu sądowego zbliżania się i kontaktowania z konkubiną, groźny karalne oraz znieważenie policjantów.

W piątek przed południem sąd rozpatrzy wniosek prokuratury o tymczasowy areszt na 3 miesiące. Mężczyźnie grozi nawet 15 lat więzienia. Jak się dowiedzieliśmy, rodzina miała założoną niebieską kartę, a mężczyzna zakaz zbliżania się. Policjanci interweniowali w tej rodzinie kilkanaście razy. Mężczyzna był w przeszłości karany za kradzieże i pobicia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

CBA zatrzymało 5 osób. Chodzi o wyłudzenia VAT i dotacji unijnych

Już wcześniej w tej sprawie zarzuty usłyszało dziesięć osób – pięć z nich trafiło do aresztu. Zatrzymani przez CBA to reprezentanci firm informatycznych. Funkcjonariusze przeszukali ich mieszkania i siedziby dziewięciu firm. Zatrzymani mieli brać udział w zorganizowanej grupie przestępczej – podało CBA. Już wcześniej w tej sprawie zarzuty usłyszało dziesięć osób – pięć z nich trafiło do aresztu.

Ze śledztwa wynika, że mieli oni w latach 2014-16 wyłudzić 10 mln zł nienależnego zwrotu podatku VAT na podstawie poświadczających nieprawdę dokumentów. Według CBA, mieli też dokonywać oszustw przy zawieraniu umów leasingowych – wyłudzać od leasingodawców pieniądze na sfinansowanie zakupu drukarek 3D.
Źródło info i foto: money.pl

CBA zatrzymało osiem osób z mafii paliwowej

Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało w kilku województwach kolejne osiem osób, które w latach 2013-18 brały udział w tzw. mafii paliwowej wyłudzającej podatki na ok. 308 mln zł w ramach tzw. karuzeli podatkowej. Wydział komunikacji społecznej Biura podał, że zatrzymani przez funkcjonariuszy łódzkiej delegatury CBA kierowali kilkoma spółkami zajmującymi się fikcyjnym obrotem olejem smarowym. Oprócz Polski spółki zarejestrowane były w Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Do tej pory w śledztwie prowadzonym wspólnie przez kilka delegatur CBA oraz Prokuraturę Regionalną w Białymstoku zarzuty usłyszało 120 osób – podało CBA. Oprócz nowych zatrzymań postawiono zarzuty jednej osobie już przebywającej w więzieniu w związku z inną sprawą. Według śledczych od polskiej firmy kupowano olej smarowy i w ramach karuzeli podatkowej przepuszczano go przez zagraniczne spółki. Następnie sprowadzano go z powrotem do kraju bez regulowania zobowiązań podatkowych.

CBA ocenia, że uszczuplenia podatku VAT oraz podatku akcyzowego wyniosły około 308 mln zł.

Białostocka prokuratura regionalna postawiła zatrzymanym przez CBA zarzuty m.in. udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy oraz narażenia na uszczuplenie i uszczuplenia należności Skarbu Państwa na tę kwotę – poinformował wydział. Czterech zatrzymanych trafiło na trzy miesiące do aresztu, a pozostałym prokurator wyznaczył wolnościowe środki zapobiegawcze – podało CBA.
Źródło info i foto: TVP.info

Członek włoskiej mafii zatrzymany przez „łowców cieni”

Policjanci z tzw. grupy „łowców cieni” CBŚP zatrzymali 40-letniego Alberto C., który był poszukiwany na podstawie europejskiego nakazu aresztowania. Włoski wymiar sprawiedliwości zarzuca mu udział w grupie przestępczej o charakterze mafijnym. Członkowie tej grupy zajmowali się wymuszeniami, lichwą, fałszerstwami przetargowymi, przemoc osobistą czy nielegalnym posiadaniem broni.

Podczas działań we Włoszech zatrzymano 17 osób. Akcja realizowana przez Guardia di Finanza miała na celu rozbicie organizacji przestępczej zajmującej się dokonywaniem wymuszeń, lichwą, fałszerstwami przetargowymi, osobistą przemocą czy nielegalnym posiadaniem broni. 40-letni Alberto C. oskarżony jest o przynależność do grupy przestępczej o charakterze mafijnym, działającej w prowincji Katania (Sycylia). Z ustaleń włoskich śledczych wynika, że jest on wysoko postawionym członkiem w hierarchii grupy.

Przebywał w Polsce

Wszystko wskazywało na to, że w trakcie akcji Alberto C. przebywał na terenie Polski. W związku z tym za mężczyzną został wystawiony europejski nakaz aresztowania. Na jego podstawie i za pośrednictwem włoskiego oficera łącznikowego w Polsce, do działań włączyło się Centralne Biuro Śledcze Policji.

Policjanci z grupy tzw. „łowców cieni” CBŚP, najpierw zebrali wszelkie informacje o poszukiwanym, a następnie sprawdzili każdy możliwy trop, aby dotrzeć do ściganego. W wyniku ich zaangażowania i dzięki współpracy z włoskimi funkcjonariuszami policjanci ustalili, że poszukiwany członek włoskiej mafii przebywa w Krakowie. Wczoraj mężczyzna został zatrzymany. W najbliższym czasie zostanie rozpoczęta procedura ekstradycyjna.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nowe informacje ws. zaginięcia Kingi Kozak? Znaleziono czaszkę

Kinga Kozak zaginęła w tajemniczych okolicznościach w sierpniu 2018 roku. Teorii na temat zaginięcia kobiety jest wiele. Jedna z nich mówi, że została zamordowana przez zazdrosnego męża, który potem popełnił samobójstwo. Taką wersję przyjmuje m.in. bielska policja. Stróże prawa uznali poszukiwania za zakończone. Znaleziono nawet czaszkę, która miała należeć do kobiety. Wyniki badań DNA potwierdzały, że należała do Kingi Kozak. Ale jej rodzice nie wierzą w taką wersję wydarzeń. Sprawą zajął się reporter śledczy Janusz Szostak.

Kinga Kozak zaginęła w sierpniu 2018 roku. Kobieta miała się rozwieść ze swoim mężem Zbigniewem. Ich małżeństwo nie należało do zbyt udanych. Wszystko miało się zakończyć szybko i pomyślnie, ale sprawy przybrały nieoczekiwanego biegu. Mąż Kingi powiedział na rozprawie, że liczy na poprawę relacji z małżonką. To był zaskakujący ruch, bowiem wcześniej ustalili między sobą warunki rozwodu. Po rozprawie Kinga Kozak odwiozła ojca na dworzec PKP w Bielsku-Białej. Potem była w swoim miejscu pracy, w kancelarii adwokackiej i na zakupach w Gemini Park. To był 10 sierpnia 2018 roku. Dzień później ślad po niej zaginął.

Kinga Kozak była poszukiwana przez policję. Mundurowi pytali Zbigniewa, gdzie może się znajdować jego żona. Mężczyzna twierdził, że nie ma pojęcia. Kilka dni później sam przestał odbierać telefon. 16 sierpnia znaleziono jego ciało. Powiesił się na strychu. Jedna z hipotez, jaką przyjęto, mówiła o zamordowaniu Kingi przez męża, który był ponoć o nią chorobliwie zazdrosny. Jednak jak podaje serwis crime.com.pl nie znaleziono żadnych śladów czy dowodów potwierdzających, że doszło do zbrodni.

W poszukiwania zaangażowano nawet jasnowidza Jackowskiego i tarocistkę. To jednak nie pomogło. Przesłuchiwano świadków, gromadzono materiały. Ostatecznie policjanci umorzyli śledztwo. Uznali, że Kinga Kozak została zamordowana przez męża. Ten targnął się potem na swoje życie. W lutym 2020 roku rodzice zaginionej pojechali do prokuratury w Cieszynie. Przedstawiono im zdjęcia czaszki, która miała należeć do ich córki. Wyniki badań DNA potwierdziły tę wersję. Ale rodzina ma wątpliwości. – Na pierwszy rzut oka byłam pewna, że to nie jest czaszka, to była bardzo stara czaszka, może nawet sprzed II Wojny Światowej. Była pozbawiona jakiejkolwiek tkanki ludzkiej. Po roku zawsze coś się zachowa. Ponadto to była duża czaszka, a nasza córka miała małą głowę. Także zęby nie odpowiadały kształtowi zębów Kingi – powiedziała Ewa Jakubska, mama Kingi dla portalu crime.com.pl.

Kobieta jest przekonana, że czaszka nie należy do jej córki, a wyniki badań DNA są błędne. – Tuż przed ich wykonaniem umyliśmy zęby. A nikt nas nie poinformował, że nie można tego robić – dodaje Stanisław Jakubski, ojciec Kingi.

Rodzice Kingi wierzą, że ich córka żyje. Tym bardziej, że 17 stycznia w jednym z tramwajów w Warszawie zauważono kobietę, która wyglądem była bardzo podobna do 43-letniej zaginionej. – Wracałam tramwajem z uczelni i dostrzegłam tę kobietę. Ona zachowywała się normalnie, naturalnie, nie wyglądała na wystraszoną, chorą czy smutną. Natomiast wydała mi się znajoma, zapadła mi w pamięć i starałam się sobie przypomnieć, skąd ja ją znam. Nie myślałam wówczas, że to jest jakaś zaginiona osoba. To był przypadek, gdy wróciłam do domu, weszłam na Facebooka, to tam pokazała mi się informacja o zaginionej, była to Kinga Kozak – opisuje Aleksandra. Studentka zgłosiła sprawę na policję, ale mundurowi nie chcieli podjąć tego wątku.
Źródło info i foto: se.pl

Organizatorzy i pomocnicy zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” z wyrokami

W Paryżu sąd ogłosił werdykt w procesie dotyczącym zamachów na redakcję tygodnika „Charlie Hebdo” i żydowski supermarket. Jeden z współuczestników ataków dokonanych w 2015 roku został skazany zaocznie na dożywocie. Pozostali oskarżeni usłyszeli wyroki od 4 do 30 lat więzienia. W styczniu 2015 roku rysownicy „Charlie Hebdo” padli ofiarą ataku ze strony islamskich terrorystów. Zginęło wtedy 12 osób, a 11 zostało rannych. Proces osób współodpowiedzialnych za atak terrorystyczny rozpoczął się we wrześniu bieżącego roku.

W środę paryski sąd skazał na dożywotnie więzienie Mohameda Belhoucine’a – nadal poszukiwanego przez francuskie służby współorganizatora zamachów. Sąd uznał również, że Hayat Boumedienne – żona zamachowca Amedy Coulibaly’ego, która uciekła do Syrii jeszcze przed atakami – wspomagała terrorystów finansując zakup broni. Została ona skazana na 30 lat więzienia, przy czym nie będzie mogła wyjść na wolność przed odbyciem dwóch trzecich kary. Podobny wyrok usłyszał Ali Riza Polat – przyjaciel Coulibaly’ego, który według sądu „odegrał aktywną rolę w przygotowaniach do zamachu”. Mężczyzna zapowiedział apelację od decyzji sądu.

14 skazanych za zamach na redakcję „Charlie Hebdo”

Surowe wyroki – od 13 do 20 lat więzienia – otrzymali także trzej znajomi Amendy Coulibaly’ego, Przewodniczący składu sędziowskiego uznał, że udzielili oni wsparcia zamachowcowi i wiedzieli o planowanych atakach. W przypadku siedmiu oskarżonych sąd stwierdził, że pomimo udzielenia pomocy logistycznej dżihadystom, osoby te nie były świadome, że brały udział w przedsięwzięciu terrorystycznym. Otrzymały one kary od 4 do 10 lat więzienia za działanie w grupie przestępczej.

Sąd nie ogłosił wyroku wobec jednego z oskarżonych, ponieważ został on niedawno skazany zaocznie za udział w innym zamachu. Według francuskiego prawa, sąd nie może orzekać dwa razy w podobnej sprawie.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Holandia: Ataki na „polskie sklepy były skoordynowaną akcją”

W ostatnim tygodniu doszło do czterech wybuchów przed sklepami z polskimi produktami w Holandii. Teraz policja, jak informuje nltimes.nl, zakłada w śledztwie, że ataki były skoordynowaną akcją i apeluje do świadków o zgłaszanie się.

Wciąż jednak nie są znane motywy podkładania wybuchów przed polskimi sklepami. Właściciele polskich sklepów w Holandii zwrócili uwagę w rozmowie z NOS, że na rynku sklepów szaleje „brutalna konkurencja”. Wskazują, że nowi właściciele takich sklepów często otwierają je tuż obok podobnego już istniejącego sklepu, by wypchnąć ich następnie z rynku. Wypowiadający się dla NOS poprosili o zachowanie anonimowości.

W sobotę, 12 grudnia o 4.30 rano w polskim supermarkecie w centrum handlowym De Beverhof w Beverwijk doszło do eksplozji. Atak na ten konkretny sklep przeprowadzono już drugi raz, wcześniejszy miał miejsce 8 grudnia. Był to już czwarty atak na „polskie sklepy” w Holandii w ciągu tygodnia. O ponownym ataku na supermarket poinformowała miejscowa policja. W mediach społecznościowych pojawiły się też nagrania z miejsca zdarzenia.

Holenderska policja poinformowała o zniszczeniu fasady sklepu, na ulicy leżał gruz. – Zniknęła cała fasada, uszkodzenia są znaczne – powiedział jeden z funkcjonariuszy cytowany przez holenderskie media.

W tym samym sklepie doszło już do eksplozji w nocy z wtorku na środę. Według służb tym razem szkody są większe, bo fala powstała na skutek eksplozji uszkodziła także wnętrze centrum handlowego. Wcześniej policja otrzymała zgłoszenie, że w pobliżu miejsca wybuchu płonie samochód. Możliwe, że obie sprawy są ze sobą powiązane.

„Polskie sklepy” w Holandii. Właścicielami nie są Polacy

W Holandii jest ponad 100 sklepów handlujących polskimi towarami, większość z nich jednak należy do cudzoziemców. – To bardzo ciężka praca, mało kto chce pracować 7 dni w tygodniu – powiedział w rozmowie z „Deutsche Welle” właściciel takiego sklepu w Hillegom, także obcokrajowiec. Prosił jednak, żeby nie podawać ani nazwy marketu, ani jego danych. – Nie chcę mieć problemów – tłumaczył.

Z oferty sklepów korzysta głównie licząca ok. 195 tys. osób holenderska Polonia, a także mieszkający w Niderlandach Rosjanie, Bułgarzy i Łotysze. W mediach pojawiły się informacje, że Polacy mówią o właścicielach sklepów „Turkowie”. Są jednak nimi Kurdowie z Iraku. Holenderskie Biedronki, oprócz nazwy, nie mają nic wspólnego z należącą do portugalskiego koncernu Jeronimo Martins popularną siecią marketów w Polsce.

Kim są właściciele sklepów?

Właścicielami wszystkich sklepów są iraccy Kurdowie. Pierwszy wybuch miał miejsce w nocy 7 grudnia w miejscowości Aalsmeer, 13 km od Amsterdamu. Właściciele to 25-letni piłkarz trzecioligowego klubu Quick Boys Mohamad Mahmoed i jego brat Moshkhal. Drugi wybuch nastąpił tej samej nocy, 100 km dalej, w mieście Heeswijk-Dinther w południowej Holandii. Z ustaleń policji wynika, że materiały wybuchowe zostały przyklejone do szklanej witryny sklepu. Jego właścicielem jest Omroep Brabant Shwana Rabat, który razem z rodziną i przyjaciółmi prowadzi markety z polskimi produktami także w innych miejscowościach.
Źródło info i foto: onet.pl