Przeszukanie domu syna Banasia. W decyzji prokuratury „nie ma mowy o Marianie Banasiu”

„Gazeta Wyborcza” podała w piątek, że ma dowód na to, iż przeprowadzone w środę przeszukanie w domu Jakuba Banasia, syna prezesa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia, nie dotyczyło śledztwa w sprawie oświadczeń majątkowych ojca. Taką wersję przedstawił w środę rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn. W postanowieniu prokuratury o przeszukaniu „nie ma mowy o Marianie Banasiu” – czytamy w „Wyborczej”.

W środę Centralne Biuro Antykorupcyjne przeszukało dom syna prezesa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia, Jakuba. Stało się dwa dni po tym, gdy dziennikarze Onetu opublikowali informacje dotyczące raportu NIK o wyborach kopertowych z 10 maja 2020 roku, które się nie odbyły. W tekście przedstawiono dokumenty pokontrolne, które „stały się kością niezgody w samym NIK, a których obawia się bardzo obóz rządzący”. Ma z nich wynikać, że NIK „ma dowody stawiające w trudnym położeniu prawnym między innymi premiera Mateusza Morawieckiego”.

Marian Banaś wydał w środę oświadczenie w sprawie przeszukania w domu jego syna. Porównał w nim dzisiejsze rządy do „czasów bolszewickich”, „stanu wojennego” i „państwa policyjnego”.

– Dzisiejsze przeszukania są realizowane przez CBA w związku z wnioskami Biura złożonymi 10 marca i 9 kwietnia. Decyzje o przeszukaniach podjęto 22 kwietnia bieżącego roku. W czynnościach wzięło udział ponad 50 funkcjonariuszy. CBA przeszukało kilkanaście miejsc w różnych lokalizacjach. Przeprowadzenie czynności wiąże się z szeregiem przygotowań i skomplikowaną logistyką. Takich działań nie podejmuje się ad hoc – oświadczył Żaryn.

Tymczasem w piątek „Gazeta Wyborcza” podała, że przeszukanie w domu Jakuba Banasia nie dotyczyło śledztwa w sprawie oświadczeń majątkowych jego ojca, a wydane 22 kwietnia postanowienie prokuratury „obejmuje wyłącznie sprawę rozliczeń skarbowo-podatkowych syna i synowej prezesa NIK”.

Według „GW” w dokumencie „nie ma mowy o Marianie Banasiu”. Jak donosi gazeta, kierująca śledztwem Prokuratura Regionalna w Białymstoku w postanowieniu o przeszukaniu wspomina o kwestiach „niewykazywania przychodów z tytułu wynajmu nieruchomości”, „uszczupleniu podatku w nieustalonej kwocie” i mogących „zawierać nieprawdę deklaracjach PIT-37 i PIT- 28”.

„Nie ma to nic wspólnego z badaniem oświadczeń majątkowych ‚składanych przez osobę publiczną’, o czym mówił rzecznik koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn” – zauważa dziennik.

„Gazeta Wyborcza” zwraca jednocześnie uwagę, że Jakub Banaś nigdy nie pełnił funkcji publicznej. „Za to już raz był ofiarą odwetu władzy na ojcu” – dodaje. Chodzi o sprawę z grudnia 2019 roku. Jakub Banaś wydał wówczas oświadczenie, w którym poinformował o odejściu z Banku Pekao SA. Był tam menadżerem i pełnomocnikiem zarządu od kwietnia 2019 roku. Syn prezesa Najwyższej Izby Kontroli przekonywał, że „decyzja ma charakter w pełni suwerenny”. Jednak w mediach pojawiały się informacje, że Jakub Banaś został z banku zwolniony. Miało mieć to związek z napięciem na linii rząd – Marian Banaś po zamieszaniu z oświadczeniem majątkowym prezesa NIK.

„To przypomina mi czasy bolszewickie”

– Działania operacyjne CBA wobec mojego syna nie mogą być rozpatrywane bez kontekstu, jakim jest opublikowanie wczoraj przez media fragmentów wyników kontroli dotyczącej organizacji wyborów korespondencyjnych na urząd prezydenta RP, które miały się odbyć w maju 2020 roku – mówił w środę prezes NIK Marian Banaś.

Powiedział, że przeszukanie CBA w domu jego syna wpłynęło także na jego synową oraz wnuki. – To już kolejne przeszukanie na terenie tej samej nieruchomości. Mój syn od przeszło roku, podobnie jak ja, był stale inwigilowany i represjonowany wraz z całą rodziną. Dzieje się tak dlatego, by zmusić mnie do rezygnacji z pełnienia funkcji prezesa Najwyższej Izby Kontroli i zmiany wyników zakończonych oraz prowadzonych kontroli – przekonywał Banaś.

Prezes NIK wyjaśnił, że „czynności przeszukania” dotyczyły zarówno jego syna, jak i synowej. – Funkcjonariusze CBA zabezpieczyli jej prywatne i służbowe dane znajdujące się w dokumentach, telefonach i komputerach. Czynności przeszukania były zaplanowane tak, aby podczas przeszukania obecna była także moja żona, co ma być dodatkowym elementem nacisku na moją osobę – opisał.

– To przypomina mi czasy bolszewickie, kiedy po ogłoszeniu stanu wojennego za to, ze byłem patriotą, wiernym Polsce i Solidarności, zostałem aresztowany i skazany na cztery lata więzienia. Dzisiaj, w rzekomo wolnej i niepodległej Polsce, obecna władza robi to samo. Kto się z nią nie zgadza, może na podstawie pomówień być aresztowany i skazany – powiedział.

Jak mówił, „to w czystej postaci państwo policyjne, którym rządzą służby, a nie premier, prezydent czy parlament”. – Dzisiaj NIK to jedyna niezależna instytucja, na którą nie ma wpływu władza rządząca i żadna partia polityczna – zauważył. – Tak być powinno, bo taki był powód jej powołania. Zapewniam państwa, że do końca mojej kadencji będę bronił niezależności NIK i żadne prowokacje i fałszerstwa służb temu nie przeszkodzą – zakończył.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Karolina Północna: Zastrzelono dwóch zastępców szeryfa

Dwóch zastępców szeryfa w hrabstwie Watauga w amerykańskim stanie Karolina Północna zginęło w czasie strzelaniny w domu jednego z nich. Jak poinformowały lokalne władze – poza funkcjonariuszami, zginęły także dwie osoby cywilne. Szeryf hrabstwa Watauga Len Hagaman powiedział miejscowej prasie, że poszukiwania dwóch jego zastępców – Chrisa Warda i Logana Foxa – rozpoczęły się w środę po południu, gdy obaj nie stawili się w pracy i nie odbierali telefonów.

Po przybyciu do domu jednego z nich policjanci ostrzelani zostali przez osobę, która prawdopodobnie dokonała ataku. Budynek przez całą noc był otoczony przez jednostki policyjne, a do środka udało się wejść dopiero w czwartek rano.

Wewnątrz domu policja znalazła zastrzelonego Foxa, ciężko rannego Warda oraz trzy inne martwe osoby. Dwie z nich to członkowie rodziny, natomiast trzecia to prawdopodobnie sprawca zabójstwa, który popełnił samobójstwo.

Ward zmarł krótko po przewiezieniu do szpitala.
Źródło info i foto: RMF24.pl

CBŚP rozbiło gang. Zajęty sprzęt przekazano szpitalom

CBŚP zatrzymało 12 osób należących do grupy wytwarzającej m.in. faktury „kosztowe”. Wśród zabezpieczonego mienia znalazły się m.in. nieruchomości, luksusowe samochody oraz sprzęt medyczny, który prokuratura przekazała szpitalom walczącym z epidemią koronawirusa.

Śledztwo dotyczące zorganizowanej grupy przestępczej prowadzą od miesięcy policjanci z Centralnego Biura Śledczego Policji, pod nadzorem Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Szczecinie.

CBŚP przekazało, że jej członkowie na zasadzie tzw. karuzeli podatkowej dokonywali przestępstw karnych i karnoskarbowych. Ich działalność związana była z wystawianiem nierzetelnych i poświadczających nieprawdę faktur VAT.

„Przedmiotem przestępstwa są m.in. usługi budowlane, reklamowe i transportowe. Kolejne podmioty gospodarcze pełniące rolę ‚znikających’ podatników lub ‚buforów’, tworząc poświadczającą nieprawdę dokumentację, generowały koszty” – donoszą funkcjonariusze. W sumie straty Skarbu Państwa oszacowano na ponad 160 mln zł.

Kolejne uderzenie w grupę przeprowadzono w kwietniu. Zatrzymano 12 osób i zabezpieczono wiele materiałów dowodowych oraz mienie o wartości około 4 mln zł, w postaci nieruchomości, mieszkań i samochodów.

Zatrzymani usłyszeli zarzuty m.in. prania pieniędzy, wyłudzania podatku VAT, czy wystawiania i przyjmowania nierzetelnych faktur VAT. 6 osobom przedstawiono zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, w tym jednej kierowania nią. Podejrzani mogli wyprać ponad 6 mln zł. Dodatkowo prokuratura zdecydowała o przekazaniu zabezpieczonego sprzętu szpitalom zmagającym się z pandemią COVID-19.

„Prokurator korzystając kolejny raz z możliwości, jakie daje art. 232b KPK, przekazał szczecińskim szpitalom m.in. sterylizator, łóżko pielęgnacyjne czy masażer – sprzęt zabezpieczony podczas ostatnich działań. Przepis ten daje możliwość w stanie zagrożenia epidemicznego lub w stanie epidemii nieodpłatnego przekazania zajętych przedmiotów instytucjom walczącym z epidemią” – poinformowało CBŚP w komunikacie.
Źródło info i foto: wp.pl

Agenci FBI przeszukali mieszkanie Rudy’ego Giulianiego

Agenci FBI przeszukali w środę mieszkanie Rudy’ego Giulianiego, byłego prawnika byłego prezydenta USA Donalda Trumpa, w ramach śledztwa w sprawie ingerowania przez obce państwa w amerykańską politykę – podaje „New York Times”.

Powołując się na źródła dziennik pisze, że agenci federalni przeszukali nowojorski apartament Giulianiego i skonfiskowali jego sprzęt elektroniczny. Fakt, iż FBI otrzymało nakaz rewizji oznacza, iż toczące się od dawna śledztwo weszło w poważniejszą fazę – komentuje dziennik.

Prokuratura federalna bada, czy w 2019 roku Giuliani nie prowadził nielegalnego lobbingu w USA na rzecz ukraińskich polityków i oligarchów, którzy mieli też spreparować dla niego materiały kompromitujące syna obecnego prezydenta Joe Bidena, Huntera.

Nakaz rewizji

Dodaje też, że aby sąd wydał nakaz rewizji, śledczy muszą wykazać, że mają wystarczające powody, by sądzić, iż zostało popełnione przestępstwo.

Dochodzenie w sprawie Giulianiego jest pochodną śledztwa dotyczącego jego partnerów biznesowych, Lwa Parnasa i Igora Frumana, którzy w związku z innym przestępstwem zostali aresztowani pod koniec 2019 roku – informuje „NYT”. Agencja Associated Press podaje, że nie jest znana pełna lista zarzutów wobec Giulianiego, będących przedmiotem śledztwa. Wiadomo jednak, że dotyczy ono jego działań na Ukrainie i w porozumieniu z ukraińskimi partnerami.

„Wall Street Journal” napisał po aresztowaniu Parnasa i Frumana, że prokuratura wszczęła też postępowanie, by ustalić, czy Giuliani liczył na korzyści z projektu gazowego, który forsowali oni na Ukrainie.

Parnas i Fruman byli też głównymi pośrednikami między Giulianim i członkami ukraińskiego rządu i mieli pomagać mu w szukaniu informacji na temat Huntera Bidena. Korzystanie z pomocy zagranicznej podczas kampanii wyborczej, w jakiejkolwiek postaci, jest w USA przestępstwem federalnym.

Rzecznik biura prokuratora Południowego Dystryktu Nowego Jorku odmówił komentarza. Dziennikarze próbowali dodzwonić się do Giulianiego, ale – jak wskazują – od razu włączała się automatyczna sekretarka.

77-letni Giuliani był burmistrzem Nowego Jorku w latach 1994–2001, w 2001 roku, po zamachach na World Trade Center został wybrany Człowiekiem Roku tygodnika „Time”. Jako członek Partii Republikańskiej startował bez powodzenia w wyborach prezydenckich w 2008 roku. Był osobistym prawnikiem Donalda Trumpa, reprezentował go podczas śledztwa w sprawie pierwszego impeachmentu byłego już prezydenta USA.
Źródło info i foto: TVP.info

USA: Podpalił komisariat w Minneapolis. 23-latek musi zapłacić 12 mln dolarów

Cztery lata więzienia i 12 milionów dolarów kary – tak brzmi wyrok, który usłyszał 23-latek skazany za podpalenie komisariatu w Minneapolis. Budynek stanął w ogniu w trakcie gwałtownych protestów po zabiciu w tym mieście przez policjanta Afroamerykanina George’a Floyda. Dylan Shakespeare Robinson przyznał się do winy w grudniu. Jego prawnik William Mauzy stwierdził, że „nie ma żadnych szans”, by 23-latek był w stanie zapłacić tak wysoką karę.

Do podpalenia komisariatu przyznali się także trzej inni mężczyźni. Swoje wyroki usłyszą w późniejszych terminach. W trakcie zamieszek Robinson podpalił koktajl Mołotowa, który inna osoba rzuciła następnie w komisariat.

„Dostał wyrok za tysiące osób, które brały w nich udział”

– Zdecydował się zrezygnować z pokojowego protestu, zamiast tego wybrał przemoc i zniszczenie – powiedział prokurator Anders Folk. Podpalenie – jak dodał – „przyczyniło się do powszechnego bezprawia w Minneapolis” i mogło doprowadzić do utraty przez kogoś życia.

Mauzy stoi na stanowisku, że 23-latek nie ponosi większej winny niż inni uczestnicy demonstracji. – Dostał wyrok za tysiące osób, które brały w nich udział. (…) Wielu innych, znacznie bardziej winnych niż Robinson, nie zostało zidentyfikowanych – stwierdził.

Po zabójstwie Floyda pod koniec maja ubiegłego roku w amerykańskich miastach dochodziło do gwałtownych protestów, które po zmroku przeradzały się niekiedy w grabieże i starcia z policją. Jedne z największych miały miejsce w Minneapolis.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Tadeusz Rydzyk składał zeznania w sądzie. Wyjścia pilnowało kilkunastu funkcjonariuszy policji

08.12.2020 Bydgoszcz 29. urodziny Radia Maryja Msza celebrowana przez biskupa Jana Tyrawe w kosciele sw. Jadwigi Krolowej w Bydgoszczy, N/z Tadeusz Rydzyk fot Adam Juszkiewicz/REPORTER

Po dwóch rozprawach wciąż nie ruszył proces ws. nieudostępnienia informacji publicznej przez Fundację Lux Veritatis, na której czele stoi o. Tadeusz Rydzyk. W czwartek sąd oddalił wniosek jednego z obrońców o zawieszenie sprawy w związku z postępowaniem, które toczy się przed TK. Podczas pobytu zakonnika w sądzie w Toruniu – gdzie składał zeznania w formie online – wjazdu do budynku pilnowało kilkunastu policjantów i kilka radiowozów. 

Sprawa, którą Sieć Obywatelska Watchdog wytoczyła trzyosobowemu zarządowi Fundacji Lux Veritatis – w jego skład wchodzi o. Tadeusz Rydzyk, o. Jan Król i Lidia Kochanowicz-Mańk – dotyczy nieujawnienia wydatków fundacji z publicznych pieniędzy. Jak podkreślało stowarzyszenie, odpowiedzi ostatecznie udzielono, jednak była ona spóźniona i niepełna. Prokuratura najpierw odmówiła wszczęcia postępowania w tej sprawie, a potem dwukrotnie je umorzyła. Stowarzyszenie złożyło więc do sądu subsydiarny akt oskarżenia.

Proces miał ruszyć na początku kwietnia tego roku, jednak w sądzie nie stawił się żaden z trzech oskarżonych. W czwartek w Sądzie Rejonowym Warszawa-Wola, przed którym toczy się proces, pojawiła się Lidia Kochanowicz-Mańk, natomiast o. Tadeusz Rydzyk oraz o. Jan Król obecni byli w Sądzie Rejonowym w Toruniu. Rozprawa miała formę wideokonferencji. Nie doszło jednak na niej do odczytania aktu oskarżenia, co oznacza, że proces wciąż formalnie nie ruszył. Przez trzy godziny sąd zajmował się wnioskami kierowanymi przez obronę oraz prokuraturę.

Tadeusz Rydzyk przed sądem. Wejścia do budynku pilnowała policja

Miejsce, w którym o. Rydzyk miał składać zeznania, niemal do samego końca owiane było tajemnicą. Część dziennikarzy, społeczników i feministek, wiedziało jednak, że chodzi o Sąd Rejonowy w Toruniu. Na redemptorystę czekała pod  budynkiem grupa protestujących z transparentami o treści m.in. „Nigdy nie będziesz szedł sam”.

Toruńska Brygada Feministyczna opublikowała w mediach społecznościowych nagranie spod toruńskiego sądu. Widać na nim kordon policjantów oraz radiowozów, broniący dostępu do bramy budynku. – Policjanci ustawili szpaler, jakbyśmy mieli rzucać grantami w ojca Rydzyka, a przecież nie chcieliśmy zrobić mu nic złego – relacjonowała w rozmowie z Onetem Agata Chyżewska-Pawlikowska z TBF.

Wręcz przeciwnie, ja do niego nawet krzyczałam, że życzę mu wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Jesteśmy rozczarowani postawą policji, która zachowywała się tak, jakby chroniła swojego szefa. Zostaliśmy spisani i podejrzewamy, że na tym się nie skończy. Spodziewamy się mandatów albo spraw w sądzie, choć nie zrobiliśmy nic zakazanego przepisami – AGATA CHYŻEWSKA-PAWLIKOWSKA, TORUŃSKA BRYGADA FEMINISTYCZNA

Z kolei pod Sąd Rejonowym Warszawa-Wola zebrała się grupa zwolenników o. Rydzyka. Oni również trzymali transparenty, na których napisane było m.in: „dość agresji i nękania” oraz „won z Polski” (to przesłanie skierowane wobec oskarżającej szefa Radia Maryja organizacji Watchdog Polska). Osoby zgromadzone pod warszawskim sądem odmówiły również – co widać na poniższym nagraniu reportera Radia ZET Macieja Sztykiela – modlitwę w intencji toruńskiego redemptorysty.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Wielka Brytania: Trwa śledztwo ws. remontu rezydencji Borisa Johnsona

Brytyjski premier Boris Johnson powiedział w czwartek, że zastosuje się do dochodzenia w sprawie renowacji jego rezydencji przy Downing Street, ale ocenił, że nie jest to sprawa, którą należałoby się przejmować.

W środę komisja wyborcza, organ nadzorujący finansowanie partii politycznych, rozpoczęła dochodzenie, które ma ocenić, czy w trakcie remontu mieszkalnej części rezydencji szefa rządu nie zostały złamane przepisy regulujące darowizny na cele polityczne. Komisja uważa, że jeśli koszty remontu były pokryte początkowo z darowizn, Partia Konserwatywna mogła złamać prawo.

Zastosujemy się do wszystkiego, czego będą chcieli. Nie sądzę, żeby było tu coś, czemu należałoby się przyglądać ani czym należałoby się przejmować, ale tym, co robimy jest skupianie się na rzeczach, które naprawdę mają znaczenie. Z całym szacunkiem, ale nie sądzę, by była to kwestia numer jeden… o kilka rzędów wielkości – powiedział Johnson, odnosząc się do dochodzenia komisji wyborczej.

Jednak również w czwartek oświadczył, że w równoległym dochodzeniu w sprawie tego, czy złamał zasady kodeksu ministerialnego, to on – a nie niezależny doradca – będzie decydował, które kwestie mają być badane.

„Konstytucyjna pozycja premiera jako osoby ponoszącej wyłączną odpowiedzialność za ogólną organizację władzy wykonawczej i rekomendowanie nominacji ministrów, oznacza, że nie mogę i nie chciałbym zrzekać się ostatecznej odpowiedzialności za podejmowanie decyzji w sprawie dochodzenia na temat zarzutów dotyczących uchybień ministerialnych. Ta istotna odpowiedzialność należy wyłącznie do mnie, a jako polityk wybrany w wyborach jestem ostatecznie odpowiedzialny przed wyborcami” – napisał Johnson w liście do lorda Evansa, szefa komitetu ds. standardów w życiu publicznym.

Przekroczony budżet?

Kwestia sposobu sfinansowania remontu od końca zeszłego tygodnia jest głównym tematem politycznym w Wielkiej Brytanii i staje się coraz trudniejszym tematem dla szefa rządu. Brytyjskim premierom przysługuje z budżetu państwa 30 tys. funtów rocznie na wydatki mieszkaniowe, tymczasem według doniesień mediów koszty renowacji dokonanej przez Johnsona i jego narzeczoną Carrie Symonds mogły wynieść nawet 200 tys. funtów.

Johnson powiedział, że sam pokrył te koszty, ale nie sprecyzował, czy zrobił to od razu, czy też pożyczono mu pieniądze na remont, a następnie je zwrócił. W czwartek wyjaśnień w tej sprawie ponownie zażądała od niego opozycyjna Partia Pracy.

Jej lider Keir Starmer powiedział, że sytuacja coraz bardziej staje się farsą, ale Johnson mógłby bardzo szybko to zakończyć, mówiąc, kto początkowo zapłacił rachunek. Premier mógłby właściwie zakończyć to teraz, powiedzieć nam, kto zapłacił za to w pierwszej kolejności, odpowiedzieć na pytanie, zajęłoby mu to około minuty, a potem może wrócić do codziennej pracy – mówił Starmer.

Samo otrzymywanie darowizn nie jest niezgodne z prawem, ale politycy muszą je zadeklarować, aby opinia publiczna mogła wiedzieć, kto dał im pieniądze i czy miało to jakikolwiek wpływ na ich decyzje. Zazwyczaj powinni to zrobić w ciągu 28 dni.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Izrael: W wyniku paniki zginęło 38 osób

​Izraelskie media informują o 38 ofiarach śmiertelnych paniki po zawaleniu się trybuny podczas religijnego zgromadzenia w piątek pod górą Meron. Pogotowie ratunkowe twierdzi, że pod opieką lekarzy są 103 ranne ofiary, 38 z nich w ciężkim stanie.

Ponad 100 osób zostało rannych, kilkadziesiąt krytycznie, podczas paniki wywołanej zawaleniem się trybuny w trakcie zgromadzenia ultraortodoksyjnych Żydów w północnym Izraelu, w którym uczestniczyły dziesiątki tysięcy ludzi – poinformowała w piątek izraelska służba ratownicza.

Izraelskie media podały, że zginęło 38 osób. Serwis informacyjny Ynet był jednym z tych, który przekazał tą informację, ilustrując ją zdjęciami z miejsca zdarzenia, gdzie leżało kilka owiniętych materiałem ciał. Izraelskie media donosiły o dziesiątkach zgonów.

Pogotowie ratunkowe napisało na Twitterze, że leczy 103 osoby, w tym 38, które są w stanie krytycznym. Izraelskie media donosiły wcześniej, że trybuna się zawaliła, ale służby ratownicze poinformowały, że wszystkie obrażenia miały miejsce podczas paniki.

Izraelskie wojsko poinformowało, że wysłało lekarzy, zespoły poszukiwawczo-ratownicze wraz z helikopterami do pomocy przy „incydencie masowym” w tym rejonie. Nie podało szczegółów dotyczących natury katastrofy.

Incydent wydarzył się późną nocą. Filmy krążące w mediach społecznościowych pokazywały dużą liczbę ultraortodoksyjnych Żydów stłoczonych razem w ciasnych przestrzeniach.

„Czułem się, jakbym miał umrzeć”

Nie jest jasne, co spowodowało panikę. 24-letni świadek o imieniu Dvir, powiedział stacji radiowej Army Radio, że „masy ludzi zostały wepchnięte w ten sam róg i powstał wir”. Powiedział, że pierwszy rząd ludzi spadł w dół, a potem drugi rząd, w którym on stał, również zaczął opadać pod naciskiem paniki.

– Czułem się, jakbym miał umrzeć – powiedział.

Dziesiątki tysięcy ludzi, głównie Żydów ultraortodoksyjnych, zebrało się u podnóża góry Meron, aby uczcić Lag BaOmer, żydowskie święto ku czci rabina Szymona Bar Jochai, mędrca i mistyka z II wieku, który został tam pochowany.

Było to pierwsze tak duże zgromadzenie religijne, które odbyło się legalnie, odkąd Izrael zniósł prawie wszystkie ograniczenia związane z pandemią koronawirusa, pisze Haaretz. W kraju odnotowano gwałtowny spadek zachorowań od czasu rozpoczęcia jednej z najbardziej udanych kampanii szczepień na świecie pod koniec ubiegłego roku. Niemniej jednak władze sanitarne ostrzegały przed organizowaniem tak dużego zgromadzenia. Stacja telewizyjna Chanel 12 podała informację, że zgromadzenie odbywało sie bez zgody władz sanitarnych.

Dziesiątki tysięcy ludzi, głównie Żydów ultraortodoksyjnych, zebrało się u podnóża góry Meron, aby uczcić Lag BaOmer, żydowskie święto ku czci rabina Szymona Bar Jochai, mędrca i mistyka z II wieku, który został tam pochowany.

Było to pierwsze tak duże zgromadzenie religijne, które odbyło się legalnie, odkąd Izrael zniósł prawie wszystkie ograniczenia związane z pandemią koronawirusa, pisze Haaretz. W kraju odnotowano gwałtowny spadek zachorowań od czasu rozpoczęcia jednej z najbardziej udanych kampanii szczepień na świecie pod koniec ubiegłego roku. Niemniej jednak władze sanitarne ostrzegały przed organizowaniem tak dużego zgromadzenia. Stacja telewizyjna Chanel 12 podała informację, że zgromadzenie odbywało sie bez zgody władz sanitarnych.
Źródło info i foto: interia.pl

Jest raport NIK. Wybory kopertowe były nielegalne

NIK w raporcie, którego obszerne fragmenty cytuje Onet, stwierdził, że brak było podstawy prawnej przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych w maju 2020 r. Kontrolerzy zwrócili uwagę, że Departament Prawny KPRM ostrzegł Mateusza Morawieckiego przed możliwymi konsekwencjami – m.in. odpowiedzialnością karną lub Trybunałem Stanu. Przed podjęciem decyzji o wyborach kopertowych, KPRM nie posiadała analizy dot. ich kosztów.

„NIK negatywie ocenia proces przygotowania wyborów powszechnych na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych na dzień 10 maja 2020 r. z wykorzystaniem głosowania korespondencyjnego” – napisał Najwyższa Izba Kontroli w raporcie końcowym dotyczącym wyborów, do których parli rządzący w maju ubiegłego roku. Pełną publikację Marian Banaś zapowiedział na 18 maja. Teraz Onet publikuje fragmenty.

Jak czytamy, według NIK „w okresie od 16 kwietnia do 9 maja 2020 r. brak było podstawy prawnej do wydania decyzji polecającej przeprowadzenie powszechnych wyborów w trybie korespondencyjnym. W tym stanie rzeczy wydanie decyzji z 16 kwietnia 2020 należało ocenić negatywnie”. Izba podkreśla, że premier Mateusz Morawiecki zgodził się na wybory korespondencyjne, mimo że „w świetle obowiązujących (w dniu ich wydania) przepisów Kodeksu wyborczego, czynności organizacyjne celem przeprowadzenia wyborów Prezydenta RP były zastrzeżone do kompetencji PKW, urzędników wyborczych oraz komisji wyborczych”. Ponadto „opinie Departamentu Prawnego KPRM oraz Prokuratorii Generalnej RP wyrażały istotne wątpliwości co do podstawy prawnej do wydania tych decyzji”, a w KPRM „nie posiadano analizy/oszacowania kosztów realizacji przez Pocztę Polską oraz PWPW poleceń (…), choć ich wykonanie łączyło się z poniesienie wydatków z budżetu państwa”.

Jak wskazuje portal, do kancelarii premiera trafiła analiza Departamentu Prawnego KPRM, przygotowana przez dyrektorkę Magdalenę Przybysz, w której stwierdzono, że Morawiecki musi się liczyć z odpowiedzialnością karną, Trybunałem Stanu, upadkiem rządu i osobistą odpowiedzialnością finansową. Przybysz wskazała jednocześnie alternatywę w postaci np. wprowadzenia jednego ze stanów nadzwyczajnych.

Onet podkreśla, że mimo wątpliwości w KPRM poszukiwano innych ekspertyz. Jak napisano w raporcie, 16 kwietnia zastępca dyrektora Departamentu Prawnego KPRM rozmawiał z „wybitnymi ekspertami w zakresie prawa administracyjnego, w toku których uzyskał potwierdzenie, że wydanie przedmiotowych decyzji przez Prezesa rady Ministrów jest, w świetle obowiązujących przepisów, możliwe”. 16 kwietnia Morawiecki wydał pisemne polecenie, by Poczta Polska zorganizowała wybory.

NIK wskazał też, że przed wydaniem decyzji o wyborach kopertowych, KPRM nie miała analizy dotyczącej kosztów, które poniesie Poczta Polska S.A. i Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych. Jak podaje portal, według izby „działania podjęte przez kontrolowane podmioty (organy państwa oraz Spółki), bazując na prawnie wadliwych decyzjach z 16 kwietnia 2020 r., skutkowały niegospodarnym wydatkowaniem ze Skarbu Państwa kwoty 56 mln 450 tys. 406 zł 16 gr jako rekompensaty oraz powstaniem szkody finansowej w PP S.A. i PWPW S.A. na kwotę odpowiednio 71 mln 880 tys. 600 zł i 4 mln 650 tys. zł”. Łącznie to około 133 mln zł.

Izba stwierdziła, że również Poczta Polska i PWPW złamały prawo, przystępując do realizacji zadań związanych z wyborami korespondencyjnymi.
Źródło info i foto: Gazeta.pl