Szef NIK skieruje zawiadomienie do prokuratury

Szef Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś oznajmił, że najważniejsze kontrole prowadzone obecnie przez instytucję dotyczą elektrowni w Ostrołęce i oczyszczalni Czajka. Banaś zapowiada, że w obu tych sprawach będą skierowane zawiadomienia do prokuratury.

Skierowanie zawiadomień do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w związku z nieprawidłowościami stwierdzonymi przez Najwyższa Izbę Kontroli w sprawie elektrowni w Ostrołęce i oczyszczalni ścieków Czajka zapowiedział w środę szef NIK Marian Banaś.

W rozmowie w TOK FM Banaś był pytany o kluczowe kontrole prowadzone przez NIK. Do najważniejszych z nich zaliczył kontrolę elektrowni w Ostrołęce. – Mamy bardzo poważne ustalenia, tj. rozliczenie inwestycji, która kosztowała olbrzymie pieniądze. 1 mld 300 mln zł zostało wydane na blok C. Tam są duże nieprawidłowości. Ja podjąłem już decyzję, że będziemy robić kontrolę specjalną, całościową, która ma na celu odpowiedź na pytanie, czy Polska rzeczywiście jest zabezpieczona pod względem bezpieczeństwa energetycznego – powiedział Banaś.

„Ktoś musi za to odpowiedzieć”

Według szefa NIK należy ustalić, kto odpowiada za te nieprawidłowości. Poinformował przy tym, że czynności kontrolne w sprawie elektrowni w Ostrołęce zostały już zakończone, a oficjalne wyniki zostaną opublikowane na początku września. Dopytywany, czy w tej sprawie do prokuratury trafią zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez osoby z rządu odpowiadające za tę inwestycję, odparł: – Tak, jesteśmy w trakcie przygotowywania takich zawiadomień, bo to podlega art 296 Kk niegospodarności. Ktoś musi za to odpowiedzieć – powiedział.

Dodał, że po kontroli elektrowni Ostrołęka podjął decyzję o przeprowadzeniu kontroli specjalnej w celu ustalenia, czy zapewnione jest bezpieczeństwo energetyczne kraju. – Bo jest kwestia bardzo poważna i jest duży znak zapytania, czy rezygnacja z zasobów węgla, który stanowi podstawowy fundament zabezpieczenia energetycznego był decyzją słuszną, czy też nie – wskazał Banaś.

Jak poinformował, druga kluczowa kontrola NIK dotyczy stołecznej oczyszczalni ścieków Czajka. – Jest ona już fazie końcowej. Jesteśmy już po rozpatrzeniu zastrzeżeń. To jest oczyszczalnia ścieków Czajka. Też mamy do czynienia z dużą niegospodarnością i też będą przygotowane zawiadomienia do prokuratury – wskazał szef NIK. Dodał, że zawiadomienia w tej sprawie zostaną przygotowane w najbliższych tygodniach i będą dotyczyły urzędników warszawskiego ratusza.
Źródło info i foto: interia.pl

ABW: Osiem osób oskarżonych o propagowanie totalitaryzmu

Ośmiu podejrzanych o propagowanie nazistowskiego ustroju państwa stanie przed sądem. Funkcjonariusze ABW zabezpieczyli w ich domach ponad 20 tys. przedmiotów, które przedstawiały symbole związane z III Rzeszą Niemiecką i gloryfikujące Adolfa Hitlera. Daniel Prokopowicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Kielcach poinformował, że akt oskarżenia w tej sprawie został skierowany do Sądu Rejonowego w Kielcach. Dochodzenie prowadzone przez ABW nadzorowała Prokuratura Rejonowa Kielce-Wschód.

Ustalono, że na początku 2020 roku jeden z podejrzanych próbował przesłać z Polski za granicę znaczną liczbę przedmiotów zawierających treści propagujące ustrój nazistowski.

Funkcjonariusze ABW, którzy wpadli na jego trop, przeszukali miejsce jego zamieszkania i zameldowania oraz magazyn. Ustalono, że jest w kontakcie z innymi osobami, które zajmują się produkcją oraz dystrybucją przedmiotów o tematyce nazistowskiej.

Funkcjonariusze ABW dokonali kolejnych przeszukań u każdej z tych osób i łącznie zabezpieczyli ponad 20 tys. przedmiotów, które przedstawiały symbole związane z III Rzeszą Niemiecką w postaci przede wszystkim emblematów, medali, tablic, naszywek, odlewów, statuetek, hełmów, flag – przekazał Prokopowicz.

Wśród przedmiotów były głównie swastyki i treści przedstawiające oraz gloryfikujące Adolfa Hitlera. Ponadto zabezpieczono urządzenia służące do wykonywania odlewów i statuetek oraz matryce przeznaczone do produkcji emblematów.

Zarzuty polegające na posiadaniu oraz produkowaniu w celu rozpowszechniania w latach 2018-2020 przedmiotów zawierających treści propagujące nazistowski ustrój państwa przedstawiono w sumie ośmiu osobom z województw łódzkiego, śląskiego, dolnośląskiego oraz lubuskiego.

Podejrzani nie przyznali się do popełnienia zarzucanych im czynów i złożyli wyjaśnienia. Grozi im do dwóch lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Hiszpania: Gwardia Cywilna odkryła pierwszą mobilną plantację marihuany

Gwardia Cywilna odkryła pierwszą w Hiszpanii mobilną plantację marihuany. Uprawy zorganizowano w dwóch naczepach-chłodniach, które przewożono do innych miejsc, gdy istniało ryzyko dekonspiracji przedsięwzięcia. Za produkcję marihuany odpowiadały klany z trójkąta: Salamanca, Zamora i Valladolid. Przestępcy kontrolowali m.in. kilka „klasycznych” plantacji zorganizowanych tak, aby charakterystyczny zapach konopi nie wzbudzał zainteresowania sąsiadów czy policji.

Funkcjonariusze Gwardii Cywilnej nie mają wątpliwości, że wojna z narcos produkującymi marihuanę w Hiszpanii to ciągły wyścig zbrojeń. Gangi osiągnęły już o wiele bardziej wydajne rośliny, dające więcej plonów niż te sprzed kilku lat. Zmieniają się także miejsca ukrycia samych plantacji.

Ogromną większość tego biznesu, kontrolują rodzinne klany hiszpańskie, ale także chińskie i wietnamskie triady czy gangi powiązane z neapolitańską camorrą. Klasyczne plantacje przynoszą tym grupom po kilka zbiorów rocznie, średnio po 20-30 kg marihuany rożnej jakości.

Właśnie od jakości zależy cena za kilogram „trawki”. Ta „najsłabsza” (częsta mieszana z różnymi odpadami „poprodukcyjnymi”) to koszt ok. tysiąca euro, cena lepszej waha się od 1,5 do 2 tys. euro, a za towar prima sort trzeba płacić ok 3-3.5 tys. euro. Zresztą do każdego rodzaju dodaje się później domieszek np. zioła dostępne w aptekach czy chemiczne dodatki. Liczy się tylko zysk. A tak z kilograma otrzymuje się nawet do ponad dwóch.

Chłodnie, w których ogrzewano „trawkę”

Gwardia Cywilna nie zdradziła, jakiej jakości towar oferowali narcos z Salamanki i okolic. Na trop plantatorów funkcjonariusze wpadli obserwując migrację części mieszkańców Salamanki, którzy kręcili się m.in. w pobliżu dwóch naczep-chłodni. Kiedy wkroczyli tam gwardziści, okazało się, że były to jedyne w swoim rodzaju mobilne plantacje marihuany. Wyposażone w odpowiedni sprzęt do naświetlania czy nawadniania, miały także pełnić rolę magazynu zaopatrującego stacjonarne uprawy.

Podczas akcji służby przejęły 781 krzaków konopi oraz znaczną ilość materiałów niezbędnych do uprawy marihuany. Niejako przy okazji, znaleziono broń skradzioną przed czterema laty.

Za kraty trafiło sześć osób. Co ciekawe narcos stworzyli system bezpieczeństwa, w skład którego wchodzili ich pracownicy odpowiedzialni za zwracanie uwagi na podejrzane pojazdy (czyt. policyjne), a inni pilnowali, aby w sąsiedztwie mobilnych upraw nie czuć było zapachu marihuany.

Dominatorzy

Z informacji Policji Krajowej i ekspertów kryminalistyki, wynika, że coraz więcej marihuany sprzedawanej nielegalnie w Europie pochodzi z Hiszpanii. Śledczy od ponad roku prowadzą specjalną operację Green wymierzoną w producentów i przemytników „trawki”. Swoją wiedzę funkcjonariusze opierają m.in. na wynikach badań ekspertów z laboratoriów kryminalistycznych z Portugalii, Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii, Serbii oraz Włoch. Tam właśnie trafia najwięcej hiszpańskiej marihuany.

Według ekspertów, profesjonalna produkcja „trawki” pozwala na zwiększenie wydajności upraw za sprawą nowoczesnych systemów nawożenia, nawadniania oraz doświetlania roślin. A zwiększenie plonów oznacza dla gangsterów zwiększenie zysków.
Źródło info i foto: TVP.info

Kolejny akt oskarżenia przeciwko Bartłomiejowi M.

Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu (Podkarpackie) przesłała do sądu akt oskarżenia przeciwko b. rzecznikowi MON Bartłomiejowi M.; wraz z pięcioma innymi osobami zarzuca mu działanie na szkodę Polskiej Grupy Zbrojeniowej SA. Akt oskarżenia trafił do Sądu Okręgowego w Warszawie.

Jak poinformował w środę rzecznik tarnobrzeskiej prokuratury Andrzej Dubiel, Bartłomiej M. przekraczając uprawnienia działał na szkodę PGZ w związku z zawieraniem umów niekorzystnych dla spółki. Dotyczyły one m.in. organizacji koncertu, fikcyjnych usług szkoleniowych.

Bartłomiej M., działając wspólnie z urzędniczką w MON Agnieszką M., naraził spółkę na szkody w wysokości około 1,2 mln zł.

Powoływał się na wpływy?

Według prokuratury, Bartłomiej M. miał się też powoływać na wpływy w MON. Za korzyści majątkowe obiecywał załatwianie różnych spraw, m.in. patronatu MON nad jedną z wystaw organizowanych w komercyjnym centrum wystawienniczym. W ten sposób uzyskał ponad 55 tys. zł, a działający z nim były poseł Mariusz Antoni K. – 35 tys. zł.

Wśród oskarżonych są też były członek zarządu PGZ Radosław O. oraz byli pracownicy spółki Robert S. i Robert K. Oskarżeni w związku z zawarciem niekorzystnych kontraktów, wyrządzili spółce szkodę majątkową w wielkich rozmiarach, w łącznej wysokości ponad 3,3 mln zł.

Bartłomiej M., Radosław O., Robert S. i Robert K. zagrożeni są karą 10 lat pozbawienia wolności. Natomiast Agnieszce M. i Mariuszowi Antoniemu K. grozi 8 lat pozbawienia wolności.

28 stycznia 2019 r. b. rzecznik MON został zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne, na polecenie tarnobrzeskiej prokuratury. Oprócz Bartłomieja M. zatrzymani zostali wtedy także b. poseł Mariusz Antoni K., b. członek zarządu PGZ Radosław O., dwaj byli dyrektorzy PGZ S.A. i b. pracownica MON.

Przebywał w areszcie

Były rzecznik resortu obrony przebywał w areszcie od 30 stycznia 2019 r. Wyszedł na wolność po pięciu miesiącach, po wpłaceniu poręczenia majątkowego w wysokości 100 tys. zł. Zamianę aresztu na poręczenie majątkowe umożliwił Bartłomiejowi M. warszawski sąd okręgowy. Prokuratura zaskarżyła tę decyzję sądu okręgowego, ale w sierpniu 2019 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił zażalenie prokuratury i M. pozostał na wolności.

Wszyscy podejrzani w tej sprawie zostali zatrzymani w związku z prowadzonym od grudnia 2017 r. przez prokuraturę w Tarnobrzegu śledztwem dotyczącym niegospodarności, powoływania się na wpływy oraz fałszowania dokumentów przy okazji zawierania umów przez spółkę PGZ SA.

Kolejny akt oskarżenia

21 czerwca do Sądu Rejonowego dla miasta stołecznego Warszawy trafił akt oskarżenia przeciwko Bartłomiejowi Misiewiczowi (w tej sprawie zgodził się na podawanie pełnych danych i wizerunku – red.).
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zakończono poszukiwania zaginionej warszawianki

TOPR–owcy odnaleźli w Tatrach elementy ubrania oraz rzeczy osobiste. Wszystko wskazuje na to, że należą one do zaginionej w ubiegłym roku turystyki z Warszawy – Joanny F. To nie wszystko! Znaleziono także jej portfel z dokumentami, telefon i, co najgorsze ludzkie szczątki. Jest bardzo prawdopodobne, że należą one do zaginionej 40-latki z Warszawy. Tym samym zakończyły się, trwające od września ubiegłego roku, poszukiwania zaginionej kobiety.

– Policja powiadomiła Centralę TOPR, że na Kozim Tarasie w płn. masywie Zadniego Granata, znaleziono rzeczy i elementy ubrania należące prawdopodobnie do zaginionej we wrześniu 2020 r. Joanny F. W tamten rejon z Murowańca udało się dwóch ratowników, którzy znaleźli jeszcze kilka elementów mogących należeć do poszukiwanej. Znalezione przedmioty przekazano Policji – informują ratownicy TOPR w swojej najnowszej kronice.

– O godz. 7.30 grupa ratowników została śmigłowcem przetransportowana w rejon Granatów, celem poszukiwania zwłok i rzeczy należących do zaginionej Joanny T. Znaleziono portfel z dokumentami, telefon należące do poszukiwanej oraz ludzkie szczątki. Powiadomiono o tym Policję – relacjonują TOPR–owcy.

Przypomnijmy, że 40–letnia Joanna F. zaginęła 20 września 2020 roku. Tego dnia, około godz. 09.00 wyszła z pensjonatu „DM Słoneczna” w Zakopanem przy ul. Karłowicza 4. Planowała wejść na szczyty Tatr Wysokich: Kasprowy Wierch, Świnica, Kościelec. Ostatni raz widziana była w godz. 10.50-11.30 w „Murowańcu” na Hali Gąsienicowej. Stamtąd wyruszyła szlakiem na Kasprowy Wierch lub Czarny Staw Gąsienicowy.
Źródło info i foto: se.pl

Zabójstwo nad jeziorem Białym w Okunince. Pokłócili się o obrączki. 29-latek ranił dziewczynę i się zabił

16.04.2021 Gdansk Wizyta premiera Mateusza Morawieckiego w GUMED Gdanskim Uniwersytecie Medycznym n/z nieprawidlowo zaparkowany radiowoz policyjny Fot. Karol Makurat/REPORTER

Młody mężczyzna najpierw zranił nożem swoją partnerkę, która własnym ciałem osłoniła dziecko, a potem odebrał sobie życie. Tragedia zdarzyła się nad jeziorem Białym w Okunince – podał portal lublin112.pl, powołując się na Policję we Włodawie. Para planowała ślub i najprawdopodobniej pokłóciła się o zgubione obrączki.

Okuninka nad jeziorem Białym to miejsce, w którym w nocy z 20 na 21 czerwca wydarzyła się tragedia. 29-latek z Chełma spędzał tam weekend w wynajętym domku ze swoją o rok młodszą dziewczyną i jej czteroletnim synem. Para planowała ślub. Z nieoficjalnych informacji wynika, że mężczyzna pokłócił się z partnerką o obrączki, które zgubił nad jeziorem.

Wieczorem kobieta położyła spać swojego 4-letniego syna i sama też szykowała się do snu. Dostrzegła jednak, że jej chłopak trzyma w ręku nóż.

– W pewnym momencie 29-latek podszedł do leżącej kobiety i ugodził ją nożem w bok – powiedziała w rozmowie z „Dziennikiem Wschodnim” Jolanta Sołoducha, szefowa Prokuratury Rejonowej we Włodawie. Natomiast z informacji portalu lublin112.pl wynika, że kobieta zasłoniła swoim ciałem dziecko. Przerażona 28-latka zaczęła krzyczeć i wzywać pomocy.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Ataki na katolickie obiekty kultu w Kanadzie

Kanadyjska policja wciąż prowadzi śledztwo w sprawie sobotniego zniszczenia pomnika papieża-Polaka w Edmonton w południowo-zachodniej Kanadzie. Nie był to w ostatnim czasie jedyny akt wandalizmu w Kanadzie wobec katolickich obiektów kultu. Wcześniej spłonęły już cztery kościoły. Pomnik Jana Pawła II został wymazany czerwoną farbą. Zamalowano też imię papieża Polaka.

Po informacjach o odnalezieniu nieoznaczonych grobów na terenach byłych przymusowych szkół dla indiańskich dzieci, kościół katolicki w całej Kanadzie spotyka się z falą nienawiści. Szkoły, działające od XIX wieku aż do lat 90. XX wieku, prowadziły na zlecenie rządu Kanady kościoły katolickie i protestanckie.

Jak poinformowała policja w minioną sobotę spłonęły dwa kościoły na terenach indiańskich rezerwatów w południowej części Kolumbii Brytyjskiej. Ogień pojawił się we wczesnych godzinach rannych najpierw w jednym z kościołów, a po godzinie – w drugim.

Z kolei w zeszłym tygodniu w rezerwatach Indian Penticton i Osoyoos w Kolumbii Brytyjskiej spłonęły dwa inne kościoły katolickie.

Zdewastowano także katedrę w Saskatoon, na której widnieją ślady odciśniętych dłoni. Również czerwoną farbą namalowano „we were children” (byliśmy dziećmi). Na innym kościele – w Mississauga – pojawiło się graffiti.

Burmistrz Mississauga Bonnie Crombie napisała na Twitterze, że „wandalizm nie jest odpowiedzią i nie będzie tolerowany”.

„Kulturowe ludobójstwo”

W Kanadzie powróciła debata o przeszłości, pierwszy raz udokumentowanej w 2015 r., gdy zakończyły się prace Komisji Prawdy i Pojednania na temat 150 lat działania 139 przymusowych szkół dla indiańskich, inuickich i metyskich dzieci. Komisja określiła w swoim raporcie działalność szkół jako „kulturowe ludobójstwo”, opisując niszczenie języka i kultury, prześladowania i przemoc.

Pierwszy premier Kanady, sir John A. Macdonald w 1883 r. mówił w parlamencie, że Indianie są dzikusami, a szkoły są potrzebne, by „indiańskie dzieci (..) nabyły obyczajów i sposobu myślenia białego człowieka”.

Organizacje rdzennych mieszkańców w Kanadzie domagają się od papieża odniesienia się do działań Kościoła katolickiego w kanadyjskich szkołach.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Szamotuły: Zatrzymano podejrzanego o przestępstwa seksualne. 44-latek trafił do aresztu

Kryminalni z Szamotuł i z Wronek ustalili i zatrzymali podejrzanego o usiłowanie zgwałcenia oraz doprowadzenie do innej czynności seksualnej. Do zdarzenia doszło na terenie Wronek. Mężczyzna usłyszał prokuratorskie zarzuty i decyzją sądu trafił do aresztu. 27 czerwca br. policjanci z Komisariatu Policji we Wronkach otrzymali zgłoszenie o napaści na tle seksualnym na młodą dziewczynę.

Na miejsce dyżurny w pierwszej kolejności wysłał wroniecką patrokówkę. Ze wstępnych ustaleń wynikało, że do zdarzenia doszło we Wronkach, w okolicy ulicy Jana Pawła II. Wiadomo było, że nieznany wówczas mężczyzna dopuścił się innej czynności seksualnej poprzez dotykanie pokrzywdzonej.

Policjanci ustalili rysopis podejrzanego i niezwłocznie opatrolowali okoliczny teren za sprawcą, który uciekł w kierunku mostu, a następnie najprawdopodobniej skręcił w ulicę Mickiewicza kierując się w stronę banku PKO.

Do pracy nad sprawą natychmiast zaangażowano nie tylko policjantów z Wronek, ale i z Szamotuł. Dzięki ustaleniom funkcjonariuszy wytypowano podejrzanego o to przestępstwo. Szamotulscy oraz wronieccy kryminalni zatrzymali go jeszcze tego samego dnia. Był to 44-letni mieszkaniec Wronek. Mężczyzna był już wcześniej karany za podobne przestępstwo.

Po zebraniu materiałów dowodowych został przesłuchany przez prokuratora, który przedstawił mu zarzut dokonania innej czynności seksualnej oraz usiłowania zgwałcenia, działając przy tym w warunkach recydywy.

44-latek został doprowadzony do Sądu Rejonowego w Szamotułach, który zadecydował o zastosowaniu wobec mężczyzny tymczasowego aresztowania.

W sprawie toczy się prokuratorskie śledztwo. Za usiłowanie zgwałcenia polskie prawo przewiduje do 12 lat więzienia, natomiast za dokonanie innej czynności seksualnej do 8 lat więzienia.
Źródło info i foto: Policja.pl

Były piłkarz reprezentacji Michał Ż. skazany

Była wina, jest i kara. Były piłkarz reprezentacji Polski i między innymi Legii Warszawa Michał Ż. został skazany przez sąd za jazdę pod wpływem alkoholu i spowodowanie kolizji w centrum Warszawy. Sąd nie miał litości dla znanego w całym kraju sportowca. BMW, które prowadził wjechało w autobus, a badanie wykazało, że miał w organizmie 1,6 promila. Teraz Ż. nie wsiądzie przez dłuższy czas za kierownicę.

Do groźnego zdarzenia z udziałem Michała Ż. doszło w grudniu ubiegłego roku. Wyrok w sprawie byłego reprezentanta Polski, który na ulicy Miodowej w Warszawie wjechał luksusowym BMW w autobus komunikacji miejskiej, zapadł 17 czerwca na posiedzeniu Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia. Orzekający nie mieli wątpliwości o winie oskarżonego za spowodowanie kolizji pod wpływem alkoholu. Wyrok 20 tysięcy złotych grzywny i zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych na okres 3 lat trzeba postrzegać jako surowy. Według PAP obrona złożyła sprzeciw. – W dniu 28 czerwca zarejestrowany został sprzeciw obrońcy oskarżonego, który został przedstawiony Zastępcy Przewodniczącego Wydziału do decyzji – przekazała w komunikacie Samodzielna Sekcja Prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie.

Jeśli sprzeciw będzie przyjęty, to sprawa zostanie skierowana do rozpatrzenia w normalnym trybie. Na rozprawie pojawi się obrona i oskarżyciel publiczny. Oprócz wspomnianych wcześniej kar Michałowi Ż. sąd nakazał mu zapłatę 5 tysięcy złotych na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Tuż po zdarzeniu z 22 grudnia ze stolicy były piłkarz przepraszał na Twitterze wszystkich oburzonych jego zachowaniem.

Do kolizji doszło 22 grudnia. Michał Ż., mający 1,6 promila w organizmie, przejechał swoim BMW na czerwonym świetle i uderzył w autobus. Zdarzenie wyglądało dość poważnie, ale na szczęście nikt nie ucierpiał. „Wczoraj w nocy wsiadłem za kierownicę samochodu po wypiciu alkoholu i spowodował kolizję, w której szczęśliwie nikt nie ucierpiał. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla mojego braku odpowiedzialności i wyobraźni. Przepraszam wszystkich za moje zachowanie, szczególnie najbliższych oraz tych, którzy poczuli się zawiedzeni i rozczarowani moją postawą” – napisał następnego dnia w mediach społecznościowych Ż.
Źródło info i foto: se.pl

Rosjanin miał być zmuszany do niewolniczej pracy na fermie drobiu. Jest akt oskarżenia

Jan i Alicja Ś. mieli przez ponad 23 lata zmuszać Rosjanina Mikołaja Jerofiejewa do niewolniczej pracy na fermie drobiu w Lisowicach (woj. dolnośląskie). Mężczyzna miał być głodzony i poniżany oraz pracować bez żadnego wynagrodzenia. Do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko małżeństwu. Śledczy zarzucają im handel ludźmi, za co może grozić kara od 3 do 15 lat więzienia.

O sprawie Mikołaja Jerofiejewa z Rosji poinformowali w ubiegłym roku dziennikarze „Interwencji” w Polsat News. Mężczyzna uciekł z fermy drobiu po 23 latach w sierpniu 2020 roku. Od tego czasu śledztwo w sprawie mężczyzny prowadziła Straż Graniczna pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Legnicy.

Legnicka prokuratura w czerwcu skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Janowi i Alicji Ś. Małżeństwu postawiono zarzuty handlu ludźmi, za co może im grozić kara od 3 do 15 lat pozbawienia wolności.

– Stosowano wobec niego (Jerofiejewa – red.) groźby bezprawne oraz wykorzystywano jego krytyczne położenie i stan bezradności, w celu świadczenia przez niego pracy o charakterze przymusowym – powiedziała Lidia Tkaczyszyn, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Legnicy, w rozmowie z TVP 3 Wrocław.

Prokuratura zabezpieczyła także nieruchomości oskarżonego Jana Ś. o wartości 200 tys. złotych na poczet przyszłych środków kompensacyjnych za doznaną krzywdę, które sąd będzie mógł orzec na rzecz Rosjanina.

Rosjaninowi zabrano dokumenty i grożono deportacją. Na fermie spędził 23 lata

Mikołaj Jerofiejew trafił do Polski w 1989 r. Jak pisaliśmy w buzz.gazeta.pl, mężczyzna miał wówczas 28 lat i pracował jako spawacz przy obsłudze żołnierzy Armii Czerwonej, stacjonujących w Bolesławcu na Dolnym Śląsku. Po tym, gdy radzieccy żołnierze opuścili Polskę, Jerofiejew pozostał w kraju. Przez kilka lat pracował w innej firmie, po czym znalazł pracę na fermie drobiu, należącej do małżeństwa Jana i Alicji Ś.

Mężczyźnie zabrano dokumenty, zakazano mu również opuszczania terenu fermy. Jerofiejew nie próbował ucieczki, ponieważ bał się deportacji – zapewniono go, że czeka ona obcokrajowców, którzy pracują na czarno. Mężczyzna pracował na fermie ponad siły bez żadnego wynagrodzenia, spał w brudnym pomieszczeniu, a do jedzenia dawano mu resztki ze stołu, często stare i zgniłe.

Rosjaninowi udało się opuścić fermę dopiero po 23 latach po tym, gdy po raz kolejny został uderzony i zwyzywany przez Jana Ś. Ucieczka okazała się możliwa dzięki pomocy jednej z pracownic fermy, która zorganizowała dla niego transport oraz pomogła w znalezieniu schronienia. Dzisiaj Mikołaj Jerofiejew ma ponad 60 lat. Przedstawiciele Rosjanina z kancelarii prawnej Lex Advena zapowiadają, że będą domagać się dla niego odszkodowania, zadośćuczynienia oraz wypłaty wynagrodzenia odpowiedniego za 23 lata pracy.
Źródło info i foto: Gazeta.pl