Krwawa napaść w Kosinie na Podkarpaciu. 16-latek zaatakował nieznaną sobie rodzinę. Odpowie jak dorosły

Chwile grozy w Kozinie na Podkarpaciu. 16-letni Mateusz M. wdarł się do cudzego domu i zaatakował nieznaną sobie rodzinę. Polała się krew. Chociaż nastolatek był wtedy nieletni, za napaść odpowie jak dorosły. Krwawa napaść w Kosinie na Podkarpaciu. 16-letni wówczas Mateusz M. postanowił pod osłoną nocy włamać się do cudzego domu przez balkon, a następnie zaatakować jego gospodarzy.

Do brutalnego ataku doszło w lipcu 2019 roku. Mateusz M. wracał z ogniska, gdzie bawił się ze znajomymi. W pewnym momencie zobaczył nowo pobudowany dom bez ogrodzenia i postanowił się do niego włamać. Wchodząc do mieszkania obudził gospodarzy z Kosiny, a także dwójkę ich dzieci. W pierwszej kolejności M. zaatakował 38-letniego mężczyznę. Nożem zadał mu kilka ciosów w okolice klatki piersiowej oraz brzucha.

Na ratunek mężczyźnie miała ruszyć żona. 37-latka również została raniona nożem. Po ataku na małżeństwo Mateusz M. uciekł z budynku. Na szczęście nie zaatakował dwójki dzieci (3 i 7 lat – red.), które obudzone krzykami rodziców przybiegły do sypialni.

Gospodarze domu z Kosiny trafili do szpitala. Cudem nikt nie zginął, lecz rekonwalescencja trwała długie tygodnie. Po krwawej napaści udało się też zatrzymać Mateusza M. Śledztwo w sprawie 16-latka trwało dwa lata i zakończyło się kilka dni temu. Nastolatek – dziś już pełnoletni – był badany m.in. pod kątem psychiatrycznym. Jak się okazało, tego brutalnego czynu dopuścił się, będąc w pełni świadom tego, co robi.

Teraz Mateusz M. może ponieść bardzo surowe konsekwencje. Za napaść w Kosinie może odpowiadać jak dorosły. – Mateusza M. został oskarżony o podwójne usiłowanie zabójstwa. Grozi mu do 25 lat więzienia – przekazał w rozmowie z „Faktem” Krzysztof Ciechanowski, rzecznik prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.

Jak dodał prokurator, M. nie przyznaje się do winy. – Złożył obszerne wyjaśnienia, które korespondują ze zgromadzonym w sprawie materiałem dowodowym – przyznał Ciechanowski.
Źródło info i foto: wp.pl

Brutalne zabójstwo w Ząbkach. Jest akt oskarżenia

Prokuratura Rejonowa w Wołominie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Ryszardowi R., któremu zarzuca dokonanie brutalnego zabójstwa właściciela warzywniaka w Ząbkach. Sprawca ukradł 2 tys. zł. 57-latkowi grozi dożywocie.

Mężczyzna został oskarżony o zabójstwo w zamiarze bezpośrednim, w związku z dokonaniem rozboju – mówi prok. Katarzyna Skrzeczkowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Śledczy ustalili, że 57-latek uderzył swoją ofiarę w trzykrotnie metalową rurką w głowę, a także w tułów oraz w ręce.

Świadkowie wezwali pomoc

Do zdarzenia doszło 10 stycznia w Ząbkach. Około godz. 18 świadkowie przejeżdżający obok sklepu warzywnego u zbiegu ulic Powstańców i Generała Stanisława Maczka, powiadomili funkcjonariuszy Komendy Policji w Ząbkach o szarpaninie w lokalu. Osoby, które wezwały pomoc, widziały przez szybę, jak jedna osoba ciągnie drugą po podłodze. Następnie w lokalu zgasło światło i zasłonięto okna. Sprawca zbiegł.

Przybyła na miejsce załoga pogotowia ratunkowego zastała pokrzywdzonego właściciela sklepu spożywczo-warzywnego leżącego w kałuży krwi. Pokrzywdzonego z ciężkimi obrażeniami głowy przetransportowano do Szpitala WUM, gdzie w nocy zmarł – podała prok. Skrzeczkowska.

Podejrzany wytypowany dzięki nagraniom z monitoringu

Funkcjonariusze policji wytypowali kilka osób, które podejrzewano o dokonanie zbrodni, ale ich udział w zdarzeniu się nie potwierdził. Na nagraniu z kamer monitorujących okolice miejsca zbrodni zarejestrowano mężczyznę poruszającego się w charakterystyczny sposób. Policjanci ustalili, że wchodził on do sklepu w tym samym czasie, w którym świadkowie zaobserwowali szarpaninę. Udało się również odtworzyć, że sprawca po opuszczeniu sklepu przemieszczał się w kierunku ulicy Piłsudskiego.

21 stycznia funkcjonariusze Wydziału Terroru Kryminalnego i Zabójstw KSP zatrzymali pochodzącego z Wyszkowa Ryszarda R. Jego DNA ujawniono na materiałowej rękawiczce, którą policja zabezpieczyła na miejscu zbrodni. 57-latek został także przebadany wariografem.

Eksperyment wykazał, że podejrzany reagował na zadawane mu pytania jak osoba, która może być sprawcą, jednak podczas pierwszego przesłuchania nie przyznał się do winy. Zdanie zmienił dopiero podczas posiedzenia aresztowego i sam prosił sąd o zamknięcie go w areszcie śledczym. Mówił, że przed zdarzeniem obserwował warzywniak, a 10 stycznia zaatakował 67-letniego właściciela uderzając go metalową rurką w głowę. Podejrzany powiedział także, że w wyniku rabunku wzbogacił się o dwa tysiące złotych. Później znów zmienił wyjaśnienia.

Podejrzany kilkukrotnie zmieniał swoje stanowisko co do przyznania się do popełnienia zarzucanego mu czynu – przekazała prok. Skrzeczkowska.

Ryszard R. spędził za kratkami ponad 20 lat

Oskarżony Ryszard R. w przeszłości był karany. w 1995 roku Sąd Wojewódzki w Ostrołęce skazał go za usiłowanie zabójstwa z użyciem broni palnej, do którego również doszło w związku z rozbojem. Jak ustaliła PAP, mężczyzna w zakładach karnych spędził ponad 20 lat. Obecnie jest tymczasowo aresztowany. Za zbrodnię w Ząbkach grozi mu kara od 8 lat do dożywocia.

Śledczy ustalili, że Ryszard R. przed zatrzymaniem mieszkał za granicą. Według funkcjonariuszy po dokonaniu zbrodni planował ucieczkę do Norwegii.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Poszukiwana 37-latka urodziła dziecko w lesie. Ciało noworodka odnaleziono w zaroślach

Przez kilka godzin policjanci ze Starogardu Gdańskiego poszukiwali 37-latki w zaawansowanej ciąży. W tym czasie kobieta urodziła, a noworodek zmarł w nieznanych okolicznościach. W środowy wieczór policjanci ze Starogardu Gdańskiego zaczęli szukać 37-letniej kobiety w zaawansowanej ciąży, która zaginęła. Kiedy ją odnaleźli, okazało się, że zdążyła urodzić.

Kobieta poinformowała mundurowych, gdzie jest noworodek. Okazało się jednak, że dziecko nie żyje. Jego ciało leżało w zaroślach nieopodal ulicy Władysława Jagiełły.

Sekcja zwłok dziecka

– Matka została zatrzymana, a obecnie przebywa w policyjnym areszcie – powiedziała polsatnews.pl prok. Grażyna Wawryniuk z gdańskiej Prokuratury Okręgowej.

Jak dodała, w czwartek o godz. 10:00 rozpoczęła się sekcja zwłok noworodka. – Aby poznać przyczyny jego śmierci, musimy poczekać przynajmniej na wstępne wyniki sekcji. Jeśli będzie to możliwe, biegły po jej zakończeniu opracuje wstępne wnioski – dodała Wawryniuk.
Źródło info i foto: interia.pl

Izba Dyscyplinarna SN uchyliła immunitet sędziemu Józefowi Iwulskiemu

Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego uchyliła immunitet prezesowi Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego sędziemu Józefowi Iwulskiemu. Ma to związek ze śledztwem ws. bezprawnego pozbawienia wolności działaczy demokratycznej opozycji w PRL. Uchylenia immunitetu Iwulskiemu domagała się prokuratura IPN. Śledczy chcą postawić mu zarzut bezprawnego skazania w stanie wojennym 21-letniego robotnika za kolportowanie ulotek wymierzonych we władze PRL.

Trzyosobowy skład Izby Dyscyplinarnej pod przewodnictwem sędzi Małgorzaty Bednarek obradował w tej sprawie podczas czterech terminów posiedzenia. Sędzia Iwulski konsekwentnie nie uczestniczył w rozprawach przed tą Izbą. Reprezentowało go troje obrońców: sędzia SN Włodzimierz Wróbel, mec. Agnieszka Helsztyńska i mec. Sylwia Gregorczyk-Abram.

Ostatecznie w piątek rano Izba Dyscyplinarna, orzekając w I instancji, uchyliła immunitet sędziemu Iwulskiemu, zawiesiła go w obowiązkach orzeczniczych i obniżyła jego wynagrodzenie o 25 proc. Decyzja nie zapadła jednogłośnie. Zdanie odrębne złożył sędzia Adam Roch.

O zgodę na pociągnięcie sędziego Iwulskiego do odpowiedzialności karnej w grudniu ub.r. do SN wystąpiła Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie.

Z ustaleń śledczych IPN wynikało, że w 1982 r. Iwulski zasiadał w składzie sądu, który skazał młodego robotnika z Oświęcimia na trzy lata więzienia za roznoszenie „antypaństwowych” ulotek przedstawiających kontury Polski okolone kolczastym drutem.

Sąd uznał wówczas, że robotnik jest winny publicznego wyszydzania PRL, a kolportując ulotki nawołuje do zamieszek i strajków.

„Sąd wydał skazujący wyrok, mimo że nawet w myśl obowiązujących wówczas przepisów kodeksu karnego i dekretu o stanie wojennym działania oskarżonego nie stanowiły przestępstwa” – podkreślała Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, dodając, że tę konstatację potwierdził też Sąd Najwyższy.

W maju 1992 r. Sąd Najwyższy po rozpatrzeniu rewizji nadzwyczajnej uniewinnił opozycjonistę. Zdaniem prokuratorów IPN, zebrane dowody wskazują, że „bezprawne skazanie Leszka W. na surową karę miało wyłącznie cel odstraszający i wpisywało się w represyjną politykę władz PRL wobec działaczy demokratycznej opozycji”.

„Wyrok był zatem aktem państwowego bezprawia, a sędziowie, którzy go wydali, nie mogą korzystać z ochrony, jaką daje działanie sędziego w ramach ustawowych uprawnień i obowiązków” – argumentowała Główna Komisja.
Źródło info i foto: TVP.info

Adresy ważnych polityków zniknęły z sieci

Warszawski Sąd Okręgowy usunął informacje o miejscu zamieszkania prezesa PiS i innych polityków. Wcześniej twierdził, że to niemożliwe – podaje w piątek „Rzeczpospolita”. Gazeta wskazuje, że do niedawna każdy mógł sprawdzić, pod jakim adresem mieszkają najważniejsi politycy w Polsce – wystarczyło zajrzeć na stronę Sądu Okręgowego w Warszawie.

– Chodzi o rejestr partii politycznych, dostępny na stronie sądu – podkreśla „Rz” i wskazuje, że znajdowały się tam imiona, nazwiska i adresy osób wchodzących w skład organów uprawnionych w statutach do reprezentowania poszczególnych partii na zewnątrz oraz do zaciągania zobowiązań majątkowych.

Adresy najważniejszych osób w państwie

– Dotyczyło to wszystkich około 90 ugrupowań zarejestrowanych w Polsce. Jednak w przypadku PiS nazwisk było wyjątkowo dużo, bo aż 36 – zauważa gazeta. Jak wyliczono, oprócz danych prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego można było znaleźć tam prywatne adresy m.in. premiera Mateusza Morawieckiego, marszałek Sejmu Elżbiety Witek, szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego czy ministra obrony Mariusza Błaszczaka. W przypadku PO w rejestrze były np. adresy tylko dwóch osób, a w przypadku Nowej Lewicy (dawniej SLD) – trzech.

Dziennik przypomina, że Sąd Okręgowy uzasadniał to tym, że musi trzymać się sztywnych przepisów ustawy o partiach politycznych. Klub PiS wniósł więc nowelizację tej ustawy, która przewiduje, że ewidencja wraz z tekstami statutów partii politycznych będzie jawna z wyłączeniem informacji o adresach.

– 24 czerwca Sejm uchwalił ustawę, jednak czekają ją jeszcze prace w Senacie. Mimo to adresy zdążyły już zniknąć ze strony warszawskiego sądu. A wraz z nimi skasowano nawet nazwiska partyjnych liderów. Jak to możliwe, skoro dotąd przepisy były rzekomo sztywne? Sekcja prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie informuje, że stało się tak wskutek decyzji prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych – podaje „Rzeczpospolita”, wskazując, że od 2019 roku stanowisko to piastuje Jan Nowak, były wieloletni radny PiS.

Sąd ma wątpliwości co do działań UODO

Gazeta informuje, że decyzję wydano w konsekwencji skargi jednej z osób, których adresy umieszczono w ewidencji.

„Rz” – cytując sekcję prasową sądu – podaje, że w decyzji prezes UODO nakazał prezesowi Sądu Okręgowego w Warszawie usunąć adres zamieszkania skarżącego oraz udzielił upomnienia. Z uwagi na powyższe prezes Sądu Okręgowego w Warszawie zarządzeniem z dnia 14 czerwca zlecił anonimizację rejestru.

– Wobec technicznych uwarunkowań systemu informatycznego, z uwagi na potrzebę niezwłocznego wykonania decyzji, usunięto dane osobowe z rejestru – dodaje.

Dziennik zauważa, że sprawa może jednak mieć ciąg dalszy, bo sąd ma wątpliwości co do działań UODO.

– Sąd Okręgowy w Warszawie analizuje decyzję prezesa UODO i rozważa skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, na co ma 30 dni od doręczenia decyzji – informuje sekcja prasowa, cytowana przez „Rz”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zarzut zabójstwa za brutalne pobicie 66-letniego sąsiada

Zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem usłyszał 25-latek z Będzina (woj. śląskie), który brutalnie pobił 66-letniego sąsiada. Mężczyzna zmarł w wyniku doznanych obrażeń. Podejrzany, który po dokonaniu zbrodni prawdopodobnie próbował uciec za granicę, został aresztowany po tym, jak policję zawiadomiła jego partnerka, której powiedział, że musi wyjechać. 

Będzin. Kom. Paweł Łotocki z tamtejszej Komendy Powiatowej Policji powiedział w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że do przestępstwa doszło w ubiegłym tygodniu. O tym, co się wydarzyło w jednym z będzińskich mieszkań, poinformowała policję partnerka 25-latka.

„Z jej relacji wynikało, że w nocy ze środy na czwartek para spędzała czas wspólnie, w mieszkaniu. W pewnej chwili znajdujący się pod wpływem alkoholu i narkotyków partner poszedł do sąsiada i dotkliwie go pobił. Kiedy napastnik zorientował się, że 66-latek nie oddycha, wrócił do swojego mieszkania, by zabrać swoje rzeczy i wyszedł, informując partnerkę, że musi wyjechać” – opisują policjanci.

Kobieta zawiadomiła policję. Okazało się, że sprawca prawdopodobnie próbował uciec za granicę. Udało się ustalić, że może przebywać w Tychach, w pobliżu dworca kolejowego. Funkcjonariusze zatrzymali mężczyznę, zanim zdążył wsiąść do pociągu. Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem grozi mu nawet dożywcie. Sąd Rejonowy w Będzinie aresztował 25-latka na trzy miesiące. Nieznane są motywy tej zbrodni. 
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Ojciec Tadeusz Rydzyk przed sądem

W środę przed Sądem Rejonowym Warszawa-Wola formalnie ruszył proces, który w związku z nieujawnieniem informacji publicznej stowarzyszenie Watchdog wytoczyło zarządowi Fundacji Lux Veritas. Stowarzyszenie domaga się kary roku pozbawienia wolności m.in. dla kierującego fundacją o. Tadeusza Rydzyka.

Oprócz niego oskarżeni zostali dwaj pozostali członkowie zarządu – o. Jan Król oraz Lidia Kochanowicz-Mańk. W środę wszyscy zabrali głos przed sądem. O. Rydzyk przekonywał, że w procesie chodzi o odebranie dobrego imienia Telewizji Trwam oraz niszczenie wszystkiego, co polskie i katolickie.

Środowy termin był już trzecim w tej sprawie. Dotychczas do odczytania aktu oskarżenia nie doszło ze względu na kierowane przez prokuraturę i obronę wnioski. Kolejne, zbliżone do tych oddalonych już wcześniej, złożono również w środę. Prokuratura i obrona wnosiły o umorzenie sprawy.

Uzasadniając swój wniosek, adwokat Lidii Kochanowicz-Mańk mec. Paweł Panek podkreślał, że w przypadku dalszego procedowania aktu oskarżenia pojawią się „poważne wątpliwości dotyczące praworządności tego postępowania”. Zaznaczył, że wątpliwości w sprawie ma urząd I prezesa Sądu Najwyższego. Chodzi o wniosek dotyczący niekonstytucyjności niektórych przepisów regulujących dostęp do informacji publicznej skierowany do TK przez I prezes SN Małgorzatę Manowską.

Zdaniem adwokata akt oskarżenia nie ma „uzasadnienia merytorycznego”, a samo postawienie w stan oskarżenia jest już „stanem niemalże krytycznym”. – Ten akt oskarżenia zmierza do zdemolowania praktyki prawa karnego i podważania SN jako autorytetu – powiedział, dodając, że sam ocenia go jako „szykanę i ordynarną hucpę”.

Sędzia Katarzyna Bień podkreśliła, że wszelkie niedoskonałości aktu oskarżenia będą korygowane przez sąd i badane w trakcie postępowania dowodowego. Kolejne wnioski oceniła jako „quasi-wnioski”, w sprawie których sąd nie ma obowiązku orzekać. Wskazując, że na razie oskarżeni nie mieli nawet okazji się wypowiedzieć, sędzia postanowiła o otwarciu przewodu sądowego.

Akt oskarżenia

Akt oskarżenia został odczytany przez pełnomocnika Sieci Obywatelskiej Watchdog mec. Adama Kuczyńskiego. Mowa w nim o tym, że członkowie zarządu fundacji w okresie od 3 listopada 2016 r. do 18 czerwca 2020 r. – działając jako funkcjonariusze publiczni – w celu „osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej” nie dopełnili ciążącego na nich obowiązku udzielenia informacji publicznej.

Chodzi o nieujawnienie wydatków fundacji z publicznych pieniędzy, o co Watchdog wnioskował w czerwcu 2016 r. Jak podkreśla stowarzyszenie, odpowiedź, która do nich trafiła, była spóźniona i niepełna – fundacja udzieliła odpowiedzi w zakresie jednego z dwóch punktów. Prokuratura najpierw odmówiła wszczęcia postępowania w tej sprawie, a potem dwukrotnie je umorzyła. Stowarzyszenie złożyło więc do sądu subsydiarny akt oskarżenia.

Powołano się w nim na art. 23 Ustawy o dostępie do informacji publicznej, zgodnie z którym jeśli ktoś wbrew ciążącemu na nim obowiązkowi nie udostępnia informacji publicznej, podlega on grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. Przepis ten powiązano jednocześnie z przepisem Kodeksu karnego mówiącym o niedopełnieniu obowiązków przez funkcjonariusza publicznego, obarczonym karą do 10 lat pozbawienia wolności. Kara, jakiej domaga się stowarzyszenie, to rok pozbawienia wolności.

„Podzieliliśmy się kompetencjami”

Podczas środowej rozprawy wszyscy trzej oskarżeni odpowiadali na pytania sądu oraz swoich obrońców. W pierwszej kolejności głos zabrał o. Jan Król, który przekonywał, że Fundacja Lux Veritatis ostatecznie odpowiedziała na wszystkie zadane przez Watchdog pytania.

Dodał, że w 2016 r. on sam chorował onkologicznie, co ograniczało jego działalność w fundacji. Podkreślił też, że nigdy nie zajmował się udzielaniem informacji publicznej, bo była to odpowiedzialność Lidii Kochanowicz-Mańk. Podzieliliśmy się kompetencjami po to, żeby każdy zajmował się tym, do czego się zobowiązał – powiedział.

O. Rydzyk wielokrotnie podkreślał, że ma trudność z uznaniem informacji, o którą wnioskował Watchdog, za „informację publiczną”, jako że mowa o prywatnej fundacji. Zaznaczył, że „w żadnym razie” nie przyznaje się do stawianego mu zarzutu. Nasz podmiot udziela różnych informacji podmiotom polskim, nie finansowanym gdzieś spoza Polski – mówił. Wskazywał, że stowarzyszenie Watchdog jest finansowane właśnie przez takie podmioty, także takie, które „wprost występują przeciwko ewangelizacji”.

Cały czas służę Polsce, narodowi, a mój naród mnie tutaj oskarżył – mówił. Jego zdaniem w sprawie chodzi o uderzenie w Telewizję Trwam oraz niszczenie tego, co polskie i katolickie. Uważam, że to jest nieuczciwe, to jest działanie na szkodę, próba odebrania nam dobrego imienia – podkreślił.

Kilkukrotnie sąd prosił księdza o bardziej precyzyjne odpowiedzi – doszło do tego m.in. w momencie, gdy na pytanie o wewnętrzny regulamin fundacji, ten odparł, że „wystarczy 10 Przykazań Bożych”. Po upływie 30 minut prezes Fundacji Lux Veritatis poinformował, że jest zmęczony i odmówił dalszego odpowiadania na pytania.

„Nie mamy czego ukrywać”

Najdłużej na pytania sądu odpowiadała Lidia Kochanowicz-Mańk, która podkreślała, że wniosek Watchdoga był pierwszym wnioskiem o informację publiczną, który kiedykolwiek wpłynął do Fundacji Lux Veritatis. Jak mówiła, po zasięgnięciu porady u prawników była przekonana, że fundacja nie była zobowiązana do udzielenia takiej informacji. Mimo tego – z dobrej woli, chcąc uniknąć posądzenia o to, że pragnie coś ukryć – postanowiła jednak to zrobić.

Kochanowicz-Mańk przyznała, że odpowiedź dotyczyła jednego z dwóch punktów, o które wnioskowało stowarzyszenie, natomiast – jak tłumaczyła – powodowane było to m.in. obawą, czy odpowiedź w pełnym zakresie nie naruszyłaby czyjegoś prawa do prywatności.

Podkreślała ponadto, że gdy fundacja otrzymuje środki publiczne, występuje o nie w konkursach, a następnie składa „pełne sprawozdanie”. Nie mamy czego ukrywać, te informacje są dostępne dla wszystkich posłów, którzy pytają o to dziesiątki razy – mówiła Kochanowicz-Mańk.

Jej zdaniem celem procesu, który właśnie się rozpoczął, jest pozbawienie ludzi zaufania do fundacji. – Zastanawiam się, czy ten ktoś, kto pisał ten akt oskarżenia, ma świadomość tego, co zrobił (…) Zniszczyć człowieka i nazwisko można bardzo szybko – powiedziała, dodając, że to, co obecnie pojawia się w mediach na jej temat, będzie „bardzo ciężko wymazać”.

Rozprawa w formie wideokonferencji

Rozprawa po raz kolejny miała formę wideokonferencji. O. Tadeusz Rydzyk oraz o. Jan Król wraz ze swoimi obrońcami przebywali w Sądzie Rejonowym w Toruniu. Sędzia Katarzyna Bień oddaliła wniosek stowarzyszenia Watchdog o to, by składali oni wyjaśnienia w Warszawie. Odpowiadając na obawy dotyczące możliwości przedstawiania oskarżonym różnego rodzaju dokumentów, sędzia podkreśliła, że sąd jest technicznie przygotowany do tego, by to zrobić – bez konieczności ich osobistego stawiennictwa w Sądzie Rejonowym Warszawa-Wola.

Kolejny termin rozprawy wyznaczono na 12 sierpnia. Wówczas przesłuchanych ma być trzech świadków – dwóch pracowników Fundacji Lux Veritatis oraz prezes stowarzyszenia Watchdog Szymon Osowski. Sąd oddalił wniosek o przesłuchanie prok. Anny Dziduch, która pierwotnie odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie, a później dwukrotnie wnioskowała o umorzenie postępowania przed wolskim sądem.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Pijany 23-latek strzelał z pistoletu między blokami. Został zatrzymany

Policjanci z Bielska-Białej zatrzymali 23-latka, który po pijaku wyszedł z domu z pistoletem i strzelał z niego na oczach świadków. Mężczyzna rozbił w ten sposób szklaną ścianę wiaty przystanku, a wcześniej strzelał także na skwerku pomiędzy blokami na Osiedlu Złote Łany. Za narażenie mieszkańców i swoją nieodpowiedzialność grozi mu teraz surowa kara.

W nocy z poniedziałku na wtorek (28-29 czerwca) jeden z mieszkańców Osiedla Złote Łany w Bielsku-Białej zwrócił uwagę na hałas tłuczonego szkła. Po chwili zobaczył, że na przystanku przy ulicy Jutrzenki, obok rozbitej szklanej ściany wiaty przystanku stoi mężczyzna, który zachowuje się podejrzanie. „Świadek zawiadomił o zdarzeniu dyżurnego bielskiej komendy i podał rysopis wandala. Na miejsce natychmiast został skierowany policyjny patrol. Mundurowi wylegitymowali mężczyznę, którym okazał się 23-letni bielszczanin. Przy nim stróże prawa znaleźli pistolet pneumatyczny na metalowy śrut, którym została rozbita szklana ściana przystankowej wiaty”, relacjonują mundurowi. Badanie trzeźwości wandala dało wynik prawie 2,5 promila alkoholu w organizmie. Stróże prawa zabezpieczyli pistolet, a chuligan trafił policyjnego aresztu. Okazało się, że to nie jedyne, co miał na sumieniu.

Śledczy z Komisariatu I Policji w Bielsku-Białej ustalili, że dwa tygodnie wcześniej zatrzymany mężczyzna na skwerku pomiędzy blokami na Osiedlu Złote Łany strzelał z tego samego pistoletu w powietrze, czym mógł narazić postronne osoby na niebezpieczeństwo. Po nocy spędzonej w policyjnym areszcie usłyszał zarzuty narażenia człowieka na niebezpieczeństwo oraz uszkodzenia mienia. Grozi mu za to kara nawet 5 lat więzienia. Będzie także musiał zapłacić za spowodowane straty, które oszacowano na blisko 2 tysiące złotych. Prokurator objął podejrzanego policyjnym dozorem. „Dziękujemy świadkowi, dzięki któremu udało się zatrzymać osiedlowego chuligana”, podkreślają funkcjonariusze.
Źródło info i foto: se.pl

Z rzeki wyłowiono ciało zaginionej 36-letniej obywatelki Ukrainy

W trakcie akcji poszukiwawczej nad rzeką Rawką w Kurzeszynie w województwie łódzkim w środę 30 czerwca odnalezione zostały zwłoki 36-letniej obywatelki Ukrainy. Jej zaginięcie zostało zgłoszone we wtorek 29 czerwca przez pracodawcę kobiety. Policjanci prowadzą postępowanie w sprawie.

„Informacja od pracodawcy o zaginięciu kobiety wpłynęła do policjantów z Rawy 29 czerwca 2021 roku. Z relacji wynikało, że 36-letnia obywatelka Ukrainy w niedzielne popołudnie wyszła nad rzekę Rawka w Kurzeszynie (województwo łódzkie). Do miejsca zamieszkania nie powróciła” – czytamy w komunikacie Komendy Powiatowej Policji w Rawie Mazowieckiej.

Jak wynika z relacji funkcjonariuszy, zaniepokojony gospodarz posesji, w której mieszkała młoda kobieta, zawiadomił policję we wtorek 29 czerwca po tym, jak nie wróciła ona do domu znad rzeki. Służby rozpoczęły akcję poszukiwawczą w środę 30 czerwca.

„30 czerwca 2021 roku policjanci wraz z funkcjonariuszami Państwowej Straży Pożarnej w Rawie Mazowieckiej, Ochotniczej Straży Pożarnej w Rawie oraz OSP w Kurzeszynie pojechali w rejon rzeki celem poszukiwań. Użyto również śmigłowca policyjnego” – relacjonowała policja.

Po kilkugodzinnych poszukiwaniach służbom udało się odnaleźć zwłoki kobiety w rzece Rawce. Przetransportowano je na brzeg, po czym funkcjonariusze ustalili, że ciało należy do 36-letniej obywatelki Ukrainy, której szukali. Na miejscu zdarzenia pojawił się również prokurator z Rawy Mazowieckiej. Pod jego nadzorem śledczy zajęli się zabezpieczeniem ciała do sekcji zwłok, a także śladów, które zostały znalezione w rejonie miejsca, w którym zlokalizowano ciało.

Policja zajmie się teraz śledztwem, które ma na celu wyjaśnienie przyczyny oraz okoliczności śmierci młodej kobiety. Policja nie wykluczyła jeszcze żadnego z możliwych scenariuszy – nie wiemy, czy do zdarzenia doszło w wyniku wypadku. Nie wyklucza się również tezy dotyczącej udziału osób trzecich.
Źródło info i foto: Gazeta.pl