Odnaleziono zaginionego 7-latka

Blisko 2 godziny trwały poszukiwania 7-letniego chłopca w okolicach Jaślisk, który niezauważony przez opiekunów, oddalił się z miejsca biwakowania. Intensywne działania policjantów, ratowników oraz strażaków, z wykorzystaniem nowoczesnego sprzętu i psa tropiącego, zakończyły się szczęśliwym finałem

Wczoraj (13.07.2021) około godziny 14.00, w okolicy Góry Kamarka w Jaśliskach, 7-letni uczestnik obozu terapeutycznego oddalił się z miejsca odpoczynku w czasie górskiej wędrówki. Opiekunowie rozpoczęli poszukiwania dziecka, jednak widząc, że nie przynoszą one oczekiwanego skutku, zaalarmowali służby ratownicze.

Dowodzący akcją poszukiwawczą zdawali sobie sprawę, że kluczowym elementem w odnalezieniu chłopca jest upływający czas. Z tego powodu dyżurny krośnieńskiej komendy skierował na miejsce policjantów z komisariatów w Dukli oraz Rymanowa, które znajdują się najbliżej punktu zaginięcia. Funkcjonariusze zbierali niezbędne informacje, które przekazywane były do koordynatora działań w KMP Krosno.

W celu skierowania w rejon poszukiwań, jak największej liczby funkcjonariuszy, dla policjantów krośnieńskiej jednostki ogłoszono alarm. W działania aktywnie włączyli się strażacy oraz ratownicy GOPR wyposażeni w drona z kamerą termowizyjną oraz specjalistyczny sprzęt poszukiwawczy. Do działań zaangażowano przewodnika z psem wyszkolonym do tego typu działań. Zaalarmowano również grupę poszukiwawczą, której członkowie cechują się wysokim poziomem specjalizacji w akcjach poszukiwawczych.

Z uwagi na specyfikę uwarunkowań terenowych miejsca zaginięcia dziecka, nawiązano kontakt z pracownikiem Lasów Państwowych oraz myśliwymi miejscowych kół łowieckich, których członkowie doskonale orientują się w topografii obszaru, na którym prowadzono działania.

Ponadto, w celu zwiększenia zasięgu poszukiwań oraz poprawy ich skuteczności, do działań poderwano policyjny śmigłowiec oraz zadysponowano policjantów z Oddziałów Prewencji Komendy Wojewódzkiej Policji z Rzeszowa. W tym czasie docierające na miejsce kolejne grupy poszukiwawcze dzielone były na mniejsze zespoły, z przydziałem sprawdzenia konkretnych sektorów działania.

Przełomowym momentem akcji było wskazanie kierunku, przez wyszkolonego do działań poszukiwawczych psa, w którym chłopiec mógł się oddalić. Wytypowany rejon został objęty monitoringiem drona, a na miejsce skierowano zespół składający się z ratownika GOPR, policjanta oraz strażaka. Około godz. 16.30 ratownik GOPR-u zauważył chłopca, który po konsultacji medycznej, został oddany opiekunom. Z uwagi na szczęśliwy finał poszukiwań, policyjny śmigłowiec zawrócił do bazy.

Apelujemy do rodziców oraz organizatorów letniego wypoczynku o odpowiedzialne zachowania podczas sprawowania opieki nad dziećmi zarówno w górach, jak i nad wodą.
Źródło info i foto: Policja.pl

Pracownica banku okradała klientów. Stracili około 170 tysięcy złotych

W sumie klienci banku stracili około 170 tysięcy złotych. Okradała ich pracownica jednego z oddziałów. Na cel wybierała głównie osoby starsze i schorowane. Kobieta usłyszała 27 zarzutów. Grozi jej do 10 lat w więzieniu. 29-latka na cel wybierała zwykle osoby starsze, często schorowane, które na swoich kontach posiadały spore sumy pieniędzy. Wybierała stałych klientów, którzy przeprowadzali transakcje, a ona była ich często wieloletnim doradcą finansowym. Łatwo zdobywała ich zaufanie, była przekonująca w tym, co robi.

– Ufali jej do tego stopnia, że nie sprawdzali wysokości kwot pieniężnych na swoich rachunkach – dodaje kom. Marta Sulkowska z wolskiej komendy.

Na trop jej przestępczych poczynaniach wpadli policjanci z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą stołecznej komendy. Kobieta została zatrzymana w miejscu pracy. Dalej sprawą zajęli się policjanci z wydziału do walki z przestępczością przeciwko mieniu z Woli.

Jak działała oszustka?

Dochodzeniowcy gromadzili materiał dowodowy w tej sprawie. Z ustaleń wynika, że kobieta założyła trzy konta bankowe, na które od dłuższego czasu przelewała pieniądze z różnych rachunków bankowych.

Jak ustalili funkcjonariusze, proceder za każdym razem wyglądał tak samo. 29-latka wypłacała sobie różne kwoty z kont klientów, kiedy osoby te przychodziły do banku, były zawsze obsługiwane przez tą samą pracownicę. Śledczy ustalili, że systematycznie okradane przez pracownicę banku było kilka osób, a od ubiegłego roku kobieta wypłaciła sobie z ich kont około 170 tys. zł.

– Podejrzana usłyszała 27 zarzutów kradzieży z włamaniem. Grozi za to kara do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Sprawa jest rozwojowa – zaznaczyła kom. Sulkowska.
Źródło info i foto: interia.pl

Lubartów: Zabił byłą żonę na środku ulicy. 37-latek usłyszy zarzuty

​Dzisiaj zarzuty ma usłyszeć 37-latek podejrzewany o morderstwo byłej żony w Lubartowie w województwie lubelskim. Mężczyzna rzucił się wczoraj z nożem na kobietę i jej partnera. 38-latka zmarła w wyniku odniesionych obrażeń. Napastnik był już wcześniej karany. Był w więzieniu w 2005 i 2012 roku, m.in. za znęcanie się nad żoną. Ostatni raz za kratki trafił rok temu w sierpniu, za grożenie byłej żonie i jej partnerowi, wtedy też podpalił drzwi ich domu. Wyszedł z więzienia w kwietniu 2021 roku.

Mężczyzna miał orzeczony zakaz kontaktów z byłą żoną i zbliżania się do niej, jednak te zakazy ignorował. Odgrażał się publicznie, że ją zabije.

W poniedziałek wieczorem zaatakował kobietę i jej obecnego partnera w centrum Lubartowa. Wykrzykiwał obelżywe słowa, podbiegł do pary, wyciągnął nóż i dźgnął kobietę. Potem doszło do szarpaniny między mężczyznami. Partnerowi kobiety udało się wytrącić nóż napastnikowi, który uciekł. Został zatrzymany przez funkcjonariuszy kilka przecznic dalej.

Na razie nie wiadomo, czy śledził byłą żoną i czekał na nią, żeby ją zabić, czy też znalazł się w tym miejscu przypadkowo i widząc ją wpadł w furię i zaatakował nożem. Mężczyzna dzisiaj ma zostać przesłuchany przez prokuratury. Ma też zostać przeprowadzona sekcja zwłok kobiety.

Lublin112 podaje, że kobieta osierociła czwórkę dzieci.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Podrabiali recepty i handlowali środkami psychotropowymi na terenie całego kraju

Piaseczyńska policja zatrzymała dwóch mężczyzn z woj. pomorskiego, którzy na podstawie fałszywych recept kupowali w aptekach leki psychoaktywne. Później nimi handlowali na terenie całej Polski. 22- i 26-latek zostali zatrzymani podczas zakupów w jednej z aptek w Piasecznie, gdzie planowali zrealizować podrobioną receptę. Jak poinformował nadkom. Jarosław Sawicki, mężczyźni podobnych transakcji dokonywali w całym kraju. Leki psychoaktywne były przez nich sprzedawane innym osobom, bez żadnej kontroli lekarskiej.

Obaj usłyszeli już zarzuty, grozi im do pięciu lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

Polak zaatakowany przez nożownika w Tiblisi

Napastnik po prostu wyłonił się zza moich pleców i zaczął zadawać ciosy nożem – mówi Jacek Kolankiewicz, który 5 lipca został zaatakowany w Tbilisi. Jak wyjaśnia, dopiero w szpitalu dowiedział się o zamieszkach w Gruzji z powodu parady równości i napiętej sytuacji w kraju.

– Cztery dni temu zostałem wypisany ze szpitala, jutro znowu jadę na badania kontrolne. Władze Gruzji zaoferowały mi pobyt w hotelu, a potem jeszcze kilkudniowy wypoczynek poza Tbilisi – mówi Kolankiewicz, który jest podróżnikiem i wideoblogerem, autorem bloga „Wyprawy Kojota”.

Kolankiewicz z powodu odniesionych obrażeń ma problemy z oddychaniem, nie może podnosić ciężarów, nawet plecaka, w związku z czym musiał zmienić swoje plany i zamiast zaplanowanej kilkumiesięcznej podróży czeka go powrót do Polski i rekonwalescencja. Napastnik zadał mu kilka ciosów w klatkę piersiową i w głowę.

„Zaczął zadawać ciosy”

– W Tbilisi byłem, można powiedzieć, przejazdem. Zjadłem śniadanie i po prostu szedłem ulicą. Nagle z lewej strony pojawił się ten człowiek i zaczął zadawać mi ciosy nożem – opowiada. Jak mówi, napastnik trzymał nóż w lewej ręce, co być może uratowało mu życie.

– Dzisiaj staram się o tym luźno opowiadać, ale to było straszne. Wkładali mi jakiś dren, część manipulacji chyba była „na żywo” ze względu na pilność sytuacji – mówi. O chirurgu Szałwie Dżuaszwili, który przeprowadził operację, mówi w superlatywach.

– Po operacji codziennie przychodził i sprawdzał, czy wszystko jest w porządku. Teraz też do mnie dzwoni. Gdy już zebrałem się na tyle, żeby zacząć mu dziękować, on nagle przynosi mi wino. To jak ja mam jemu podziękować? – mówi Kolankiewicz.

Ataki na aktywistów, ranni dziennikarze

Do ataku doszło 5 lipca. Tego dnia w Gruzji doszło do ulicznych starć, które wywołali agresywnie nastawieni przeciwnicy zaplanowanej na ten dzień, ale ostatecznie odwołanej, parady równości osób LGTBQ. Atakowani byli aktywiści, raniono 53 dziennikarzy. Jeden z nich – ciężko pobity Lekso (Aleksander) Laszkarawa – kilka dni po wyjściu ze szpitala zmarł, co stało się przyczyną kolejnych, trwających do dziś protestów w Gruzji.

– Ja o tej napiętej sytuacji nic nie wiedziałem, bo właściwie to wybierałem się do Dawit Garedża, monastyrów w Kachetii, i w Tbilisi miałem po prostu wsiąść do minibusa. Gdybym wiedział, że w mieście jest zadyma, to po prostu bym tam nie pojechał – mówi.

 Atak na Polaka w mediach powiązano z zamieszkami w stolicy – tego dnia szczególnie zagrożone były osoby, które wyglądały „nietypowo”. Kolankiewicz ma długie włosy, kolczyki w uchu. Aktywiści z marszu równości podali w mediach społecznościowych, że to właśnie z tego powodu został zaatakowany. To mogła być prawda, lecz Polak znajdował się dość daleko od miejsca, w którym zebrała się demonstracja. Policja podała, że napastnik „ma problemy psychiczne”.

– To była zwykła ulica – stragany, sklep, apteka, trochę ludzi dookoła. Być może rzeczywiście skojarzyłem mu się ze „zgniłym Zachodem”, ale to mógł też być przypadek – dodaje podróżnik i zaznacza, że nie chciałby, by przylgnęła do niego „jakaś łatka”. Stał się rozpoznawalny, ale to „nie jest taka popularność, jakiej by chciał”.

„To nie jest ich wina”

– Podchodzą do mnie zwykli ludzie i przepraszają. Piszą do mnie Gruzini z Polski i też przepraszają. Za co? To nie jest ich wina. Oni mi mówią, że Gruzja nie jest taka, ale przecież ja to wiem – przekonuje. – Jeden człowiek nie może rzutować na całą rzeczywistość – mówi.

Władze Gruzji poświęciły mu sporo uwagi – do szpitala przyjeżdżali przedstawiciele rządu, zaoferowano mu wypoczynek na koszt państwa. Gruzja żyje z turystyki i ostatnia rzecz, której potrzebuje, to wieść, że turyści są tam zagrożeni.

Sam Kolankiewicz przyznaje, że „czuje się trochę niezręcznie”. -estem wdzięczny za wszelką pomoc i nie trzeba mnie przekonywać o tym, że Gruzja to wspaniały kraj. Z drugiej strony rozumiem, że oni starają się, żebym nie miał złego zdania. Jestem tu od miesiąca, przyjechałem z namiotem, ale tylko dwa razu udało mi się go rozstawić, bo napotkani ludzie oferują mi nocleg i gościnę – wyjaśnia. – Pytam się faceta, gdzie mogę rozbić namiot, a on mnie prowadzi do domu. Mówi coś do żony po gruzińsku, podają obiad, wino”. Jak mówi, ciągle szuka słów, by to wszystko opowiedzieć i podziękować, będzie to jeden z jego programów na YouTube.

Napięta sytuacja

W Tbilisi tymczasem sytuacja od tygodnia jest bardzo napięta. We wtorek odbył się pogrzeb zmarłego operatora Laszkarawy, na którym zebrały się tłumy. Telewizja Pirweli, dla której pracował, w ramach protestu przeciw śmierci swego pracownika przerwała nadawanie. Przyłączyła się do niej część regionalnych kanałów telewizyjnych.

Aktywiści, politycy i media opozycyjne zarzucają władzom, że nie stanęły na wysokości zadania i nie zagwarantowały obywatelom prawa do swobodnego wyrażenia opinii, a mediom – do pracy, a także dały ciche przyzwolenie radykalnym siłom na przemoc na ulicach 5 lipca. Na nagraniach z tego dnia widać, że policja praktycznie nie reagowała na przemoc wobec dziennikarzy, wtargnięcie agresywnych ludzi do biur organizacji pozarządowych, zastraszanie ludzi na ulicy, dwukrotne spalenie flagi Unii Europejskiej. Pomimo masowych bójek pierwszego dnia zatrzymano mniej niż 10 osób.

11 lipca po śmierci dziennikarza w Tbilisi zebrał się spontaniczny wiec z żądaniem dymisji rządu, lecz premier Irakli Garibaszwili odpowiedział, że stoją za nim siły „antypaństwowe, antykościelne” i były prezydent Micheil Saakaszwili. Opozycja domaga się powołania komisji do zbadania wydarzeń z 5 lipca.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Opole: Zaatakowali kierowcę maczetą. Grozi im do 12 lat więzienia

Do rozboju, który o mało nie zakończył się krwawą rzeźnią, doszło w zeszły piątek na jednym ze skrzyżowań w Opolu. Niepozwalający się wyprzedzić kierowca citroena został zaatakowany „na światłach” przez młodych mężczyzn z jadącej obok skody. Pobity poszkodowany zdołał uciec agresorom, którzy grozili mu maczetą. Napastnikom grozi nawet 12 lat więzienia.

„Dwaj mężczyźni podróżujący skodą mieli zawrócić swój samochód, dogonić citroena i grozić kierowcy maczetą. Na skrzyżowaniu świetlnym jeden z nich wybił szybę i pobił kierowcę. Na przystanku, gdzie schronił się pokrzywdzony, mieli zabrać mu telefon i firmowe pieniądze” – relacjonuje w komunikacie Opolska Policja.

Pokrzywdzony oddał pod przymusem agresorom 2 tysiące złotych stanowiących własność firmy oraz telefon. Obaj mężczyźni, mający po 21 lat, zostali zatrzymani niedługo po zdarzeniu przez policjantów. Uciekając porzucili maczetę i ukradziony telefon.

„Jeden z nich trafił do aresztu na trzy miesiące, wobec drugiego sąd zastosował policyjny dozór, zakaz zbliżania i kontaktowania się z pokrzywdzonym oraz zakaz opuszczania kraju” – podali mundurowi. Pochodzący Kędzierzyna – Koźla napastnicy byli trzeźwi. Wyjaśniali, że powodem agresji była brawurowa jazda kierowcy citroena. Usłyszeli zarzut rozboju z użyciem niebezpieczni narzędzi, a jeden z nich odpowie dodatkowo za uszkodzenie szyby w samochodzie. Grozi im nawet 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Wydano list gończy za Jackiem Jaworkiem

Jacek Jaworek, który od soboty poszukiwany jest przez setki policjantów, ma usłyszeć zarzut potrójnego morderstwa. Prokuratura Okręgowa w Częstochowie wydała postanowienie w tej sprawie – podaje Radio ZET. Sąd zgodził się na tymczasowy areszt dla mężczyzny, w związku z czym prokuratura mogła opublikować list gończy.

Jacek Jaworek zdaniem śledczych jest sprawcą potrójnego morderstwa. W nocy z piątku na sobotę w Borowcach k. Dąbrowy Zielonej w powiecie częstochowskim miał zabić 44-letniego brata i bratową oraz ich 17-letniego syna. Wszyscy zginęli od strzałów z broni palnej. Uratował się drugi, 13-letni syn zamordowanego małżeństwa, który schronił się u rodziny. Prokuratura Okręgowa w Częstochowie wydała postanowienie o postawieniu zarzutów związanych z potrójnym zabójstwem. Sąd przychylił się do wniosku o tymczasowy areszt, prokuratorzy wydali list gończy za mężczyzną. Śledczy zlecili sekcję zwłok ofiar i przesłuchują świadków.

Poszukiwania na 1500 hektarach lasu

Policjanci przeszukali ponad 1500 hektarów lasów i bagien w okolicy miejsca zbrodni. Korzystają z dronów i sprzętu mapującego teren. Śledczy mają jeszcze raz przeszukać trudno dostępne miejsca. Miejscowym funkcjonariuszom pomagają niemieccy policjanci, którzy przywieźli ze sobą wyspecjalizowane w poszukiwaniach psy.

Jak poinformował młodszy aspirant Kamil Sowiński z częstochowskiej policji, dotąd policja nie ma informacji, które mogłyby wskazywać, gdzie Jacek Jaworek może być. Sowiński uściślił, że policja musi w takich sytuacjach zakładać wszelkie możliwe scenariusze zachowania po tragedii osoby podejrzewanej. Jednym z nich jest możliwość ukrywania się w terenie pobliskim miejscu zdarzenia. Brane są również pod uwagę inne scenariusze – sprawca mógł uciec za granicę albo targnąć się na własne życie.

„Dziennik Zachodni” podał, że prokuratorzy badają wątek, który pojawił się w mediach społecznościowych. Osoba podająca się za rodzinę zamordowanych twierdzi, że policja wiedziała o posiadaniu przez sprawcę niebezpiecznej broni i jego groźbach śmierci, kierowanych do rodziny. Rzeczniczka Śląskiej Policji Aleksandra Nowara zapewniła w rozmowie z Radiem ZET, że nie było zgłoszenia dotyczącego nielegalnego posiadania broni. – Policja nie miała takiej wiedzy – podkreśla w rozmowie z reporterką Radia ZET.

Rysopis poszukiwanego

Poszukiwany mężczyzna jest tęgiej budowy ciała, ma wzrost około 170-180 cm, włosy krótkie jasne i owalną twarz. Ubrany był prawdopodobnie w spodnie dżinsy koloru granatowego, koszulkę z krótkim rękawem koloru granatowego, może posiadać przy sobie bluzę lub kurtkę koloru jasnego.

Wszystkie osoby, które znają aktualne miejsce pobytu poszukiwanego mężczyzny, mogące pomóc w ustaleniu jego miejsca pobytu, lub które mogą mieć istotne dla śledztwa informacje, proszone są o pilny kontakt z Komendą Miejską Policji w Częstochowie pod numerem telefonu 47 858 12 55 lub numerem alarmowym 112.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Kalifornia: Pedofil zakradł się do pokoju 5-latki

Szokujące włamanie pedofila! 39-letni mężczyzna upatrzył sobie 5-letnią dziewczynkę, dowiedział się, gdzie mieszka, a potem pod osłoną nocy zdołał wejść przez okno do jej pokoju. Krzyki 5-latki z miejscowości Grayson w stanie Kalifornia oraz światło zapalone w jej pokoju przez pedofila na szczęście obudziły innych członków rodziny. Kiedy ojciec 5-latki wszedł do pokoju i zobaczył przerażoną córkę oraz już rozbierającego się zboczeńca, zdobył się na heroiczny czyn! Bez wahania zaatakował pedofila. Co z nim zrobił?

To koszmar każdego rodzica! Zdeterminowany pedofil upatrzył sobie 5-letnią dziewczynkę, dowiedział się, gdzie mieszka, a potem pod osłoną nocy zdołał wejść przez okno do jej pokoju. Do tych szokujących zdarzeń doszło na początku lipca w miejscowości Grayson w amerykańskim stanie Kalifornia. Daniel Diaz (39 l.) od 2009 roku był zarejestrowanym przestępcą seksualnym, notowanym między innymi za podglądanie nieletnich. Miał takie poczucie bezkarności, że zanim włamał się w nocy do pokoju kilkulatki, podchodził do jej domu i obnażał się. Był przeganiany, ale niestety okazał się kimś więcej, niż ekshibicjonistą. Co zaczął robić, gdy wszedł przez okno do pokoju 5-latki?

Jak zeznali siostra i ojciec dziewczynki, Daniel Diaz zaczał od razu się rozbierać, a nawet dotykać przerażonej, krzyczącej ofiary. Powtarzał przy tym, że ją kocha. Krzyki 5-latki oraz światło zapalone w jej pokoju przez pedofila na szczęście obudziły innych członków rodziny. Kiedy ojciec 5-latki wszedł do pokoju i zobaczył przerażoną córkę oraz już rozbierającego się zboczeńca, zdobył się na heroiczny czyn. Bez wahania powalił pedofila na ziemię, wyciągając go z domu, a potem związał go taśmą i wezwał służby. Daniel Diaz został aresztowany.
Źródło info i foto: se.pl

Ważny wątek ws. Sławomira Nowaka. Dariusz Z., były szef jednostki „GROM” przyznał się do winy

Prokuratura Okręgowa w Warszawie skierowała we wtorek do sądu pierwszy akt oskarżenia w śledztwie przeciwko Sławomirowi Nowakowi. Dariusz Z., były szef jednostki „GROM” przyznał się do winy.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie oskarżyła Dariusza Z. o udział w zorganizowanej grupie przestępczej kierowanej przez Sławomira Nowaka, przyjmowanie korzyści majątkowych i pośredniczenie w ich przyjmowaniu oraz czynienie przygotowań do prania brudnych pieniędzy. Sprawę rozpoznawać będzie Sąd Okręgowy w Warszawie.

W toku śledztwa ustalono, że Dariusz Z. miał działać w grupie przestępczej byłego ministra transportu od października 2016 r. do września 2019 r. Działalność tej grupy obejmowała w Polsce obszar Warszawy i Gdańska, oraz teren Ukrainy, gdzie przestępstwa korupcyjne popełniane były w związku z pełnieniem przez Sławomira Nowaka funkcji Szefa Państwowej Służby Dróg Samochodowych na Ukrainie „Ukravtodor”.

„Oskarżony Dariusz Z. wspólnie i w porozumieniu z innymi członkami zorganizowanej grupy przestępczej zażądał korzyści majątkowej o wartości 4,6 mln zł w postaci zawarcia umowy o świadczenie fikcyjnych usług doradczych z cypryjską spółką, założoną na polecenie Sławomira N. Oskarżony żądał także korzyści majątkowej w kwocie 1,6 mln euro oraz przyjął jej obietnicę w zamian za wspieranie polskiej spółki w postępowaniach o udzielenie zamówienia publicznego prowadzonego na Ukrainie, a dotyczącego remontu dróg. Obiecana korzyść miała być przekazana w formie zapłaty za fikcyjne usługi doradcze dla wspomnianej spółki cypryjskiej” — podała prok. Skrzyniarz.

Dariusz Z. oskarżony jest również o „czynienie przygotowań do podejmowania działań mających udaremnić lub znacznie utrudnić ustalenie pochodzenia uzyskanych w wyniku przestępstw środków pieniężnych”. Z ustaleń prokuratury wynika, że to były szef „GROM” założył spółkę na Cyprze.

Przyznanie do winy

„Oskarżony przyznał się do zarzucanych mu czynów. Złożył obszerne wyjaśnienia pozwalające na ustalenie przestępczego mechanizmu działania grupy przestępczej. Zostały one pozytywnie zweryfikowane szeregiem dowodów zgromadzonych w śledztwie” — przekazała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Dariusz Z., były szef jednostki „GROM”, był jednym z pierwszych zatrzymanych w śledztwie przeciwko Sławomirowi Nowakowi – b. ministrowi w rządzie Donalda Tuska. Centralne Biuro Antykorupcyjne ujęło go 20 lipca ub.r. podczas tej samej akcji, w ramach której został zatrzymany były minister transportu oraz jego przyjaciel Jacek P.

Początkowo prokuratura informowała, że żaden z wówczas zatrzymanych podejrzanych nie przyznał się do winy, a zarówno Z., jak i P. mieli odmówić składania wyjaśnień. Jednak – jak ustaliła PAP – obaj zdecydowali się na współpracę z prokuraturą. Dariusz Z. z aresztu wyszedł niemal natychmiast, wpłacając poręczenie majątkowe w wysokości 1 mln zł. Obecnie jest on objęty dozorem policyjnym, stosowana jest wobec niego kaucja w wysokości 500 tys. zł, została mu ona obniżona w listopadzie ub.r. Dariusz Z. ma także zakaz kontaktowania się ze współpodejrzanymi.
Źródło info i foto: wpolityce.pl

Mariusz P. w sądzie. Grozi mu 5 lat więzienia

W krakowskim sądzie rusza sprawa Mariusza P., byłego strongmana oskarżonego o przywłaszczenie mienia. Mężczyzna miał wtargnąć do hotelu w Andrychowie i bezprawnie zająć część pokoi. Grozi za to kara do pięciu lat pozbawienia wolności. W sprawie Mariusza P. prokuratura dwukrotnie umarzała postępowanie, dlatego Andrzej Kowalczyk, właściciel hotelu w Andrychowie, skierował przeciwko byłemu strongmanowi subsydiarny akt oskarżenia. Onet, powołując się na Polską Agencję Prasową, informuje, że proces Mariusza P. rusza właśnie w Sądzie Okręgowym w Krakowie.

Sprawa Mariusza P., byłego strongmana i zawodnika MMA, sięga 2018 r. Mężczyzna miał wtargnąć do hotelu w Andrychowie, gdzie wraz ze swoimi współpracownikami zajął część pokoi, wyniósł meble, pozaklejał kamery monitoringu oraz wymienił zamki. Mariusz P. tłumaczył swoje zachowanie tym, że nabył od byłej żony właściciela placówki połowę udziałów w hotelu. Twierdził, że miał prawo do korzystania z jego części oraz wynajmowania pokoi.

„Kupiłem 50 proc. udziałów, a co za tym idzie mam prawo czerpać korzyści finansowe z tego hotelu” – powiedział Mariusz P. w nagraniu umieszczonym w mediach społecznościowych.

Andrzej Kowalczyk wskazuje jednak, że jego była żona sprzedała połowę udziałów w hotelu w momencie, w którym wciąż trwało postępowanie o podział majątku. Zdaniem właściciela hotelu oznacza to, że przejęcie udziałów przez Mariusza P. było nieważne.

Kowalczyk wskazuje również, że jeszcze przed wtargnięciem do hotelu, były strongman chciał zakupić od niego resztę udziałów. Mariusz P. miał jednak zaoferować zbyt małą kwotę. Według Kowalczyka „najazd” na hotel w Andrychowie miał być próbą wymuszenia sprzedaży pozostałych udziałów. Właściciel placówki złożył zawiadomienie do prokuratury, która jednak dwukrotnie umorzyła postępowanie. Kowalczyk złożył więc subsydiarny akt oskarżenia. Mariusz P. został oskarżony o przywłaszczenie mienia. Grozi mu do pięciu lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Gazeta.pl