Wiemy, dlaczego nie wszczęto śledztwa ws. wyborów kopertowych

Jak ustaliła Wirtualna Polska, Prokuratura Okręgowa w Warszawie, odmawiając wszczęcia śledztwa ws. wyborów kopertowych, powołała się na… decyzję premiera Mateusza Morawieckiego w tej sprawie. Tym samym śledczy nie doszukali się winy w działaniach wicepremiera Jacka Sasina i szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego. Co ciekawe, postępowanie ws. odpowiedzialności szefa rządu nadal jest kontynuowane.

Chodzi o zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Pocztę Polską i PWPW złożone przez prezesa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia. Według szefa NIK nie było podstaw prawnych do tego, by szef rządu wydawał Poczcie Polskiej i PWPW jakiekolwiek polecenia związane z realizacją wyborów kopertowych w 2020 roku.

Banaś złożył zawiadomienie w tej sprawie pod koniec maja br. Od tamtej pory prokuratura prowadziła postępowanie sprawdzające. Do września.

O tym, że nie będzie śledztwa w tej sprawie, poinformował z sejmowej mównicy Marian Banaś. Zapowiedział też, że NIK złoży w tej sprawie zażalenie. Szczegółów nie ujawnił.

Wirtualna Polska zapytała Prokuraturę Okręgową w Warszawie o uzasadnienie odmownej decyzji. W odpowiedzi na nasze pytania śledczy podkreślają, że kluczowa była w tej sprawie decyzja premiera Mateusza Morawieckiego. A nie odpowiedzialność wicepremiera, ministra aktywów państwowych Jacka Sasina (nadzorującego Pocztę Polską) i ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego (nadzorującego Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych).

– Postanowieniami wydanymi w dniu 2 września 2021 r. prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w dwóch sprawach zainicjowanych zawiadomieniami Najwyższej Izby Kontroli o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na szkodę odpowiednio Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych oraz Poczty Polskiej. Decyzje te wydano wobec niestwierdzenia znamion przestępstwa w zachowaniach, o których zawiadomiła NIK – informuje WP Marek Skrzetuski, prokurator zastępujący rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

I jak dodaje, nie było podstaw do tego, by uznać, że członkowie zarządu PWPW i Poczty Polskiej działali w zamiarze wyrządzenia szkody spółkom.

– Wedle ustaleń, podejmowali oni swoje działania w oparciu o decyzję Prezesa Rady Ministrów, a następnie zainicjowali czynności mające na celu uzyskanie – zgodnie z obowiązującymi przepisami – rekompensat z Krajowego Biura Wyborczego. W wyniku podjętych czynności obie spółki je otrzymały – mówi nam prokurator Marek Skrzetuski. Decyzja prokuratury jest nieprawomocna.

Drugie zawiadomienie? Prokuratura sprawdza

A co z drugim zawiadomieniem, które również w maju składał prezes Izby, a dotyczącym również wyborów kopertowych i możliwości popełnienia przestępstwa przez premiera Mateusza Morawieckiego i szefa jego kancelarii Michała Dworczyka? Według NIK premier nie miał podstaw prawnych, by nakazać Poczcie Polskiej i PWPW organizację wyborów prezydenckich 10 maja ubiegłego roku.

– W sprawie tej w dalszym ciągu trwają czynności sprawdzające, nie wydano dotychczas decyzji odnośnie wszczęcia lub odmowy wszczęcia postępowania – informuje nas Marek Skrzetuski, prokurator zastępujący Rzecznika Prasowego Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Przypomnijmy, że zdaniem kontrolerów NIK decyzje w sprawie wyborów „były wydawane bardzo szybko, bez jakiejkolwiek analizy”. W związku z kosztami organizacji wyborów Poczta Polska i PWPW przesłały do Ministerstwa Finansów faktury na łączną kwotę 76 527 400 zł. Według stanu na 31 grudnia 2020 r., Krajowe Biuro Wyborcze wypłaciło obu spółkom łącznie 56 450 406, 16 zł.

– Od 16 kwietnia do 9 maja jedynym uprawnionym organem do organizacji wyborów była Państwowa Komisja Wyborcza. Organizowanie wyborów na podstawie decyzji administracyjnej było pozbawione podstaw prawnych. Nawet sytuacje nadzwyczajne, jak stan epidemii, nie mogą stanowić powodu do łamania konstytucyjnej zasady praworządności – informował prezes NIK Marian Banaś.

Kancelaria Premiera odpierała zarzuty i zapewniała, że działania premiera i szefa KPRM w związku z wyborami korespondencyjnymi były w pełni legalne.

„Wszystkie decyzje o rozpoczęciu technicznych przygotowań do głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich były zgodne z prawem – świadczy o tym wiele ekspertyz prawnych, którymi dysponuje KPRM. Premier i szef KPRM stali na straży Konstytucji RP. Wszelkie działania premiera i szefa jego kancelarii miały na celu przeprowadzenie wyborów w konstytucyjnym terminie – argumentowało Centrum Informacyjne Rządu.

Konstytucjonalista: ktoś powinien ponieść odpowiedzialność

Wybory prezydenckie w 2020 r. pierwotnie zaplanowano na 10 maja. Szybko stało się jasne, że nie da się ich przeprowadzić w warunkach pandemii. Zamiast po prostu je przełożyć, PiS dążył do zorganizowania głosowania korespondencyjnego. Mimo braku odpowiednich przepisów minister Sasin zlecił druk kart wyborczych państwowej firmie. Potem okazało się, że drukuje je prywatna drukarnia. Za dystrybucję kart odpowiadała Poczta Polska, na podstawie naprędce przeforsowanych przepisów. Cała operacja zakończyła się gigantycznym fiaskiem, bo wybory zostały przełożone.

– Ktoś musi za to odpowiedzieć, bo ktoś takie polecenie wydał i to będzie przestępstwo z artykułu 231 Kodeksu karnego, czyli niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień. Prokuratura musi stwierdzić najpierw, czy doszło do popełnienia przestępstwa. Zapewne doszło. Następnie powinna komuś powinna postawić zarzuty – mówił w rozmowie z money.pl prof. Marek Chmaj, prawnik i konstytucjonalista, wiceprzewodniczący Trybunału Stanu.

Komu w takim razie powinno się postawić zarzuty?

– To już zależy od prokuratury. Sprawcą jest ten, kto realnie wydaje dyspozycje, ale odpowiedzialność pomocnika jest taka sama jak sprawcy. A zatem: ktoś druk nakazał, ktoś wskazał pozabudżetowe źródło finansowania, ktoś to realizował. Budżet przecież nie przewidywał drukowania kart bez żadnej podstawy prawnej, a mówimy o bardzo dużych pieniądzach, to są środki publiczne pochodzące z naszych podatków – mówił portalowi money.pl prof. Chmaj.
Źródło info i foto: wp.pl

Pierwsze zamachy w Afganistanie po przejęciu władzy przez talibów

W sobotnich zamachach w Dżalalabadzie rannych zostało 19 osób – poinformował AFP pragnący zachować anonimowość przedstawiciel talibów. To pierwsze ataki, do których doszło w Afganistanie po przejęciu władzy przez talibów w kraju. W tym 360-tysięcznym mieście we wschodnim Afganistanie zaatakowano m.in. samochód policyjny należących do sił porządkowych talibów. Doszło też do dwóch innych wybuchów.

W ocenie służb medycznych prowincji Nangarhar, której Dżalalabad jest stolicą, liczba ofiar śmiertelnych tych trzech ataków była wyższa niż podał reprezentant talibów: zginąć miały trzy osoby.

Do godzin popołudniowych w sobotę żadna z organizacji nie przypisała sobie ataków, do jakich doszło w Dżalalabadzie. AFP przypomina w tym kontekście, że prowincja Nangarhar jest regionem, gdzie istnieją silnie rozwinięte struktury Państwa Islamskiego – Chorasanu (IS-K) rywalizującego w Afganistanie z talibami. To właśnie struktury IS-K stały za zamachem na lotnisku w Kabulu 26 sierpnia, w wyniku którego zginęło ponad 100 osób.

Poza tymi atakami na wschodzie kraju, w Afganistanie panuje raczej porządek, a życie publiczne powoli się normalizuje w ramach systemu społeczno-religijnego narzuconego przez talibów.

W sobotę ponownie zostały otwarte szkoły prywatne i mogli do nich wrócić uczniowie. Przywilej ten dotyczy jednak wyłącznie chłopców. Ani dziewczętom, ani nauczycielkom talibowie nie zezwolili na przystąpienie do zajęć w szkołach – zaznacza AFP.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zaginięcie 22-letniej Gabby Petito. Zaginął również jej narzeczony

Sprawa zaginięcia blogerki Gabby Petito zyskała rozgłos na całym świecie. Jej poszukiwania od tygodnia bezskutecznie prowadzi policja. 22-latka nie wróciła z trzymiesięcznej podróży furgonetką po Stanach Zjednoczonych, w którą udała się w towarzystwie swojego narzeczonego Briana Laundrie. 23-latek, który do tej pory odmawiał współpracy z policją, również przepadł bez wieści. 22-letnia Petito podróżowała z Laundrie po Stanach Zjednoczonych. Rodzina zgłosiła jej zaginięcie 11 września, gdy minęło kilkanaście dni od ostatniego kontaktu z dziewczyną. Policja uważa, że doszło do niego, gdy Gabby przebywała w Wyoming. Laundrie jest ostatnią znaną osobą, która widziała Petito, zanim zaginęła. Mężczyzna wrócił do domu sam około 1 września.

Policja wszczęła śledztwo w sprawie zaginięcia blogerki. Pojawiły się jednak nieoczekiwane problemy. Brian Laundrie wynajął prawnika i odmówił składania zeznań. Od kilku dni nie ma z nim żadnego kontaktu. Poszukuje go policja, która chce go przesłuchać w sprawie zaginięcia narzeczonej. Mężczyzna nie ma postawionych zarzutów i nie jest na razie podejrzany w sprawie. Nie wiadomo, gdzie obecnie przebywa.

FBI i lokalna policja przekazały w wydanym oświadczeniu, że wyrażają rozczarowanie zachowaniem rodziny mężczyzny, która nie współpracuje ze służbami i dopiero w piątek zgodziła się na szczegółową rozmowę ze śledczymi. Jak napisano w oświadczeniu służb, Departament Policji w North Port i FBI przez sześć dni zabiegali o taką rozmowę.
Źródło info i foto: Gazeta.pl