Austria: Sebastian Kurz odpiera zarzuty ws. korupcji

Policja przeszukała w Wiedniu główną siedzibę Austriackiej Partii Ludowej (OVP), okoliczne mieszkania, a także Urząd Kanclerski i biura najbliższych współpracowników szefa rządu Austrii Sebastiana Kurza. Prowadzone jest dochodzenie w sprawie korupcji. Austriackie media poinformowały, że w środę rano śledczy w cywilu przybyli do siedziby OVP i Urzędu Kanclerskiego „ze 100-stronicowym nakazem rewizji”. Śledczy przeszukali między innymi miejsca pracy rzecznika prasowego Geralda Fleischmanna i doradcy politycznego Stefana Steinera, a także skonfiskowali ich telefony komórkowe.

Funkcjonariuszy interesowały dokumenty bliskich współpracowników kanclerza Kurza (OVP), przeszukano biura pracowników w Urzędzie Kanclerza oraz centralę partii OVP w Wiedniu – potwierdził rzecznik kanclerza agencji APA.

Śledczy otrzymali nakaz przeszukań od urzędu do spraw przestępczości gospodarczej i korupcji (WKStA). Według dziennika „Die Presse”, przeszukaniami pod zarzutem przekupstwa i korupcji zostali też objęci między innymi była minister rodziny Sophie Karmasin, specjalistka do spraw badań Sabine Beinschab, a także potentat medialny Wolfgang Fellner i siedziba należącej do niego grupy medialnej, co w środę potwierdziła prokuratura.

Oskarżonymi w tym „skomplikowanym, dużym kompleksie śledztw”, które dotyczą korupcji, publikacji sondaży i nieprawidłowości w rozliczeniu reklam, to były sekretarz generalny w resorcie finansów Thomas Schmid oraz Fellner. W sprawę zamieszany jest także kanclerz Kurz. „Dochodzenie toczy się w sprawie naruszenia zaufania oraz pomocnictwa i podżegania do przekupstwa. Podejrzani są badani pod zarzutami przekupstwa i oszustw” – wyjaśnia niemiecki dziennik „Sueddeutsche Zeitung”.

Według austriackich mediów, śledztwo dotyczy wielowątkowej sprawy z 2016 roku – Kurz był w tamtym czasie szefem MSZ, aspirującym do objęcia stanowiska kanclerza. Wówczas w austriackich mediach publikowane były sondaże, które „ukazywały się we wskazanych i opłaconych przez ministerstwo finansów mediach”.

Kurz odrzuca oskarżenia

Kurz i jego partia utrzymują, że dochodzenie jest motywowane politycznie. – Jestem przekonany, że te oskarżenia okażą się fałszywe – przekazał Kurz w krótkim oświadczeniu. Wiceprzewodnicząca OVP Gaby Schwarz oceniła, że przeszukania w biurze partii to „polityczna inscenizacja”, której celem było osiągniecie „efektu show”, by zaszkodzić kanclerzowi oraz jego ugrupowaniu.

Środowisko polityczne Kurza już wcześniej zarzucało prokuraturze antykorupcyjnej stronniczość w działaniach wobec kanclerza. Oskarżenia te odpierały zarówno organizacje prokuratorskie, jak i sędziowskie.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Aresztowano podejrzanego o serię wysadzeń bankomatów

W areszcie jest podejrzany o wysadzanie w powietrze bankomatów i ich okradanie. Zdaniem śledczych zrobił to już sześciokrotnie. W czasie przeszukań pomieszczeń, do których miał dostęp, znaleziono 8 butli na gaz. Były do nich podłączone specjalne przewody, które służyły do wtłaczania gazu do środka bankomatu a potem do jego detonacji.

Bankomaty były wysadzane w powietrze w Wielkopolsce, w Lubuskiem, Zachodniopomorskiem i na Opolszczyźnie. Sprawca miał brać udział w sześciu takich kradzieżach. Gdy do jego drzwi zapukali policjanci, rzucił się do ucieczki. Usłyszał zarzuty. Grozi mu do 10 lat więzienia. Decyzją Sądu Rejonowego w Poznaniu został aresztowany na trzy miesiące.

Zabezpieczono butle z gazem

W pomieszczeniach do których sprawca miał dostęp, śledczy znaleźli 8 butli na gaz, do których podłączone były specjalne przewody. Sposób połączenia butli przewodami zakończonymi metalową rurką świadczą o tym, że były one wykorzystywane do wtłaczania gazu do wnętrza bankomatu, a następnie jego detonacji.

Śledztwo trwa

Śledczy ustalają kolejnych sprawców i straty pokrzywdzonych banków. Tylko w przypadku jednej takiej próby kradzieży, w wyniku wybuchu bankomatu, spaliło się ponad 105 000 złotych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ofiara gwałciciela pozywa Ministerstwo Sprawiedliwości. Oprawca powinien był siedzieć za kratami

– Gdyby nie wypuścili go na wolność, nie byłabym dzisiaj kaleką, nie budziłabym się z krzykiem każdej nocy – Daria nie umie ukryć emocji, kiedy wraca myślami do tamtego dnia. Jedna decyzja systemu spowodowała, że jej życie zawaliło się i już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

17 stycznia 2016 roku Daria jedzie pociągiem ze Strzelec Opolskich do domu. Jest pewna, że przesiądzie się w Katowicach, ale w okienku na dworcu słyszy, że ten pociąg akurat tam nie dojeżdża. Wysiada więc w Zabrzu. Szuka autobusu, którym dotrze do domu.

Tym samym pociągiem ze Strzelec jedzie też 34-letni Robert K. Proponuje zagubionej 23-trzylatce pomoc.

– Tłumaczył mi, którędy mam pójść. W pewnym momencie powiedział, że podprowadzi mnie na właściwy przystanek – wspomina Daria.

Ale zamiast na przystanek Robert K. prowadzi dziewczynę przed mieszkanie swego brata, a potem krępuje jej ręce i wciąga do środka.

– Zamknął drzwi na klucz, szarpnął mnie i powiedział, że idziemy na układ. Albo sama się rozbieram, albo on mnie pobije i rozbierze – opowiada Daria.

Dziewczyna prosi, by ją wypuścił, chce wrócić do domu. W odpowiedzi Robert K. uderza ją w twarz. Daria nie ma żadnych szans.

– Położył się na mnie i mnie zgwałcił. Chciałam uciec, ale nie mogłam. Po wszystkim zgodził się, żebym zapaliła papierosa. A ja otworzyłam okno i wyskoczyłam. Z pierwszego piętra – opowiada kobieta. – Ratowałam się, jak mogłam.

Nagą i posiniaczoną Darię znajdują na chodniku przechodnie.

– Pamiętam, że najpierw podeszła do mnie jakaś pani, potem zatrzymał się mężczyzna z dwójką dzieci. Maluchy płakały, a on okrył mnie własną kurtką – wspomina.

To ten świadek zezna później, że kobieta wyglądała jak „żywe zombie”. Za chwilę na miejscu jest już policja i pogotowie. Daria trafia do szpitala.

„W pełni sprawna nie będę już nigdy”

Lista obrażeń 23-latki jest długa. Złamanie miednicy, kości łonowej, krzyżowej, pogruchotany kręgosłup.

– To, że nie siedzę po tym wszystkim na wózku, to cud. Ale w pełni sprawna nie będę już nigdy. Nadal mam problemy z chodzeniem, po trzech latach zdiagnozowano u mnie padaczkę na tle nerwowym. Mam dwadzieścia osiem lat i jestem wrakiem człowieka – dodaje Daria.

Policja szybko zatrzymuje Roberta K. w jednym z centrów handlowych. Od razu słyszy dwa zarzuty: zarzut zgwałcenia Darii przy użyciu przemocy i zarzut posiadania narkotyków. Potem dochodzi jeszcze trzeci – naruszenia nietykalności cielesnej policjanta. Robert K. atakuje funkcjonariusza, który doprowadza go do sali przesłuchań.

Nie powinien być na wolności

Szybko okazuje się, że Roberta K. tego dnia w ogóle nie powinno być na wolności. Od sześciu lat odsiaduje bowiem wyrok, między innymi za przestępstwo zgwałcenia. Tego dnia kiedy niszczy życie Darii nie ma go jednak w Zakładzie Karnym w Kluczborku, tylko podróżuje pociągiem ze Strzelec.

Już kilka dni po gwałcie rzecznik Sądu Okręgowego w Opolu tłumaczy mediom, że Robert K. mimo wyroku sprzed sześciu lat przebywał na wolności, bo miał… trzymiesięczną przerwę w odbywaniu kary. Z wnioskiem o jej udzielenie wystąpił naczelnik Zakładu Karnego w Kluczborku. Powód? Sytuacja zdrowotna osadzonego. Robert K. cierpi na jaskrę. Według opinii lekarskiej przebywanie osadzonego w więzieniu mogło zagrażać jego zdrowiu, a nawet życiu. Dlatego mimo negatywnej opinii psychologów 14 grudnia 2015 roku opuścił więzienne mury. Na operację jaskry nigdy jednak nie dotarł. Miesiąc po wyjściu zgwałcił za to Darię.

Linia obrony

Po zatrzymaniu przez policję Robert K. znów trafia na ławę oskarżonych. 20 lutego 2017 roku Sąd Rejonowy w Zabrzu za zgwałcenie Darii skazuje go na łączną karę osiemnastu lat pozbawienia wolności. Sędzia orzeka wobec skazanego także środek zabezpieczający polegający na poddaniu mężczyzny terapii farmakologicznej służącej obniżeniu jego popędu seksualnego.

Robert K. od wyroku się odwołuje. Domaga się uniewinnienia. Twierdzi, że do niczego poszkodowanej nie zmuszał.

– Nie rozumiem, dlaczego ta pani nago wyskoczyła z okna, chyba jej coś odbiło – tłumaczy w apelacji.

Sąd drugiej instancji określa jednak linię obrony przyjętą przez Roberta K. jako nieudolną. Jego samego opisuje w wyroku jako „sprawcę niepoprawnego, wymagającego długoterminowego oddziaływania wychowawczo-resocjalizacyjnego w warunkach izolacji penitencjarnej”.

Sędzia zmniejsza jednak wymiar kary i tym razem wyrok brzmi: trzynaście lat więzienia. Uchylony zostaje też punkt o „kastracji farmakologicznej” mężczyzny.

– To, czego dopuścił się oskarżony, nie było przestępstwem popełnionym w związku z zaburzeniami preferencji seksualnych. Skłonność do agresywnych zachowań seksualnych oskarżonego uwarunkowana jest osobowością dyssocjalną i uzależnieniem od środków psychotropowych – tłumaczy sędzia.

Dla Darii wyrok skazujący jej oprawcę to jednak żadne zwycięstwo. Od początku nie mieści jej się w głowie, co Robert K. robił w pociągu ze Strzelec Opolskich, skoro powinien wtedy siedzieć w więzieniu?

Ziobro powołuje specjalny zespół

Bulwersująca historia wypuszczonego gwałciciela recydywisty od razu trafia do Ministerstwa Sprawiedliwości. Minister Zbigniew Ziobro powołuje specjalny zespół do zbadania tej sprawy.

11 lutego 2016 roku zwołuje konferencję, na której przedstawia ustalenia zespołu.

– Doszło do poważnych zaniedbań w działaniu zarówno dyrekcji Zakładu Karnego w Kluczborku, jak i sądu penitencjarnego – obwieszcza minister Ziobro. – W związku z tym postanowiłem zwrócić się do władz nadzorujących dyrektora Zakładu Karnego w Kluczborku o wyciągnięcie konsekwencji personalnych.

Lecą głowy. Stanowiska tracą dyrektor zakładu karnego i jego zastępca.

Zbigniew Ziobro podkreśla, że jest to bardzo jednoznaczny sygnał, że aktualne kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości nie będzie tolerowało sytuacji, w której „bezrefleksyjne, rutynowe i beztroskie działania wobec groźnych kryminalistów ze strony dyrekcji zakładów karnych mogą powodować zagrożenie dla zdrowia i życia niewinnych ludzi”.

Ziobro deklaruje też zaostrzenie kar dla gwałcicieli i poprawę systemu monitoringu więźniów korzystających z przepustki lub przerwy w odbywaniu kary.

Tymczasem życie Darii już nigdy nie wraca do normy.

– Czas nie leczy ran. To cały czas jest ze mną. Boje się sama wyjść z domu. Kiedy widzę na ulicy człowieka podobnego do Roberta, zaczynam cała się trząść, nie umiem się uspokoić. Tego nie da są zapomnieć – szlocha.

Co dało jej odwołanie dyrektora Zakładu Karnego i zdyscyplinowanie sądu penitencjarnego, który wypuścił w grudniu 2015 roku na wolność Roberta K.?

– Nic. Nigdy nie poczuję ulgi, bo człowiek, który zniszczył mi życie, nigdy nie poczuje tego co ja przeżyłam. On ma ciepło, wszystko opłacone i głodny nie chodzi. A ja? Ja się o wszystko muszę martwić, żeby mieć dach nad głową, żeby mieć za co żyć.

Pięć lat po dramacie kobieta żyje na granicy wegetacji.

– Nie mogę znaleźć pracy. Z zawodu jestem handlowcem, ale nie zatrudnią mnie w żadnym sklepie, bo po złamaniach nie wystoję długo, a o dźwiganiu czegokolwiek mogę zapomnieć. Nawet prawa jazdy nie mogę zrobić, bo padaczka mnie wykluczyła. Czuję się przez to wszystko zdyskwalifikowana z normalnego życia.

List do ministerstwa

Wiosną tego roku kobieta trafia do kancelarii katowickiego prawnika Leszka Krupanka. Ten tydzień później pisze do Ministerstwa Sprawiedliwości list. Pyta wprost: „Czy istnieje możliwość zawarcia ugody ze Skarbem Państwa?”

– System zawinił, to niech system odpowie, także i finansowo. Ale nawet gdyby nie było tu winy systemu, to od czego jest Fundusz Sprawiedliwości, który ma wspomagać ofiary przestępstw? No komu jak nie pani Darii te pieniądze z funduszu się należą? – apeluje Leszek Krupanek.

W imieniu klientki prosi Ministerstwo Sprawiedliwości o 300 000 zł zadośćuczynienia i 1000 zł miesięcznej renty.

Ministerstwo Sprawiedliwości na pismo jednak nie odpowiada. W czerwcu Leszek Krupanek ponawia prośbę o zadośćuczynienie jego klientce. Jakiś czas później dzwoni telefon.

– Radca prawny z ministerstwa. Tłumaczy uprzejmie, że nasze pisma poszły gdzieś wyżej do zaopiniowania i od razu uprzedza mnie, że ministerstwo nie ma pieniędzy na tego typu pomoc. Miałem poczucie, że przekaz brzmi: po co chce pan wkładać kij w mrowisko? – opowiada Leszek Krupanek.

Poza telefonem oficjalnej odpowiedzi nadal brak. W sierpniu tego roku Daria idzie więc do Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia z zawezwaniem do próby ugodowej.

W ubiegły piątek do Darii przychodzi pismo z sądu.

– Poinformowali nas, że odpis naszego zawezwania trafił do Ministerstwa Sprawiedliwości, ale jednocześnie z uwagi na epidemię COVID-19 sąd nie wyznacza terminu posiedzenia pojednawczego w sprawie – Leszek Krupanek rozkłada ręce.

W piśmie czytamy: „termin posiedzenia pojednawczego zostanie wyznaczony tylko i wyłącznie wtedy, gdy przeciwnik wyrazi pisemną wolą zawarcia ugody w sprawie. W przeciwnym razie sprawa zostanie zakreślona w repetytorium jako zakończona bez zawarcia ugody”.
Źródło info i foto: interia.pl

Niemcy: Ruszył proces 100-letniego mężczyzny. Był strażnikiem w obozie koncentracyjnym

W czwartek w Brandenburg an der Havel rozpoczyna się proces 100-letniego Josefa S., któremu zarzuca się, że jako strażnik SS w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen świadomie i dobrowolnie pomagał w okrutnym zamordowaniu ponad 3 tys. ludzi. W 1944 roku zamordowany został tam komendant główny Armii Krajowej Stefan „Grot” Rowecki. Josef S. jest oskarżony o to, że między styczniem 1942 r. a lutym 1945 roku w 3518 przypadkach umyślnie pomagał w rozstrzeliwaniu rosyjskich jeńców wojennych i mordowaniu więźniów przy użyciu gazu trującego Cyklon B. – poinformował sąd.

Jako strażnik SS Josef S. przyczynił się także do śmierci więźniów z powodu chorób, głodu, pracy przymusowej lub systematycznej eksterminacji. W akcie oskarżenia zarzut ten brzmi: „pomocnictwo w zabijaniu więźniów poprzez tworzenie i utrzymywanie warunków nieprzyjaznych dla życia”.

„Proces ważny dla krewnych ofiar”

Przed procesem Josefa S. Międzynarodowy Komitet Oświęcimski (IAK) zwrócił uwagę na znaczenie tego postępowania sądowego dla krewnych ofiar – odnotowuje agencja dpa.

– Większość sprawców SS milczała, zawsze milczała, a to zawierało w sobie pogardę dla ofiar – powiedział w środę na konferencji prasowej wiceprezes IAK Christoph Heubner. – Tak zawsze odczuwali to krewni (ofiar).

Dziennik „Berliner Zeitung” zauważa: „To niezwykłe, że I Izba Karna Sądu Okręgowego w Neuruppin rozpatruje sprawę w Brandenburg an der Havel”, ale „wynika to z podeszłego wieku oskarżonego”. Stuletni Josef S. jest wprawdzie „zdolny do występowania przed sądem, ale zgodnie z orzeczeniem lekarskim może to robić tylko przez dwie do trzech godzin dziennie, wliczając w to czas dojazdu na miejsce rozprawy”. Dlatego przeniesienie procesu w pobliże miejsca zamieszkania oskarżonego ma sens, wyjaśnia rzeczniczka sądu Iris le Claire. Ponadto Sąd Okręgowy w Neuruppin nie dysponuje wystarczająco dużą salą dla tego budzącego ogromne zainteresowanie procesu.

Przez lata był nietykalny

Josef S. mieszka w Brandenburg an der Havel. Urodzony na Litwie w 1920 r., podobno zgłosił się na ochotnika do służby w batalionach Totenkopf jako tzw. volksdeutsch, służył jako strażnik SS w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen i wykonywał tam pełen zakres obowiązków strażnika – podaje „BZ”. Kilka tygodni przed końcem II wojny światowej, został wysłany na front i trafił do radzieckiej niewoli. Później mieszkał w NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna) i pracował w rolniczej spółdzielni produkcyjnej aż do emerytury. W przyszłym miesiącu będzie obchodzić swoje 101. urodziny.

Przez dziesiątki lat strażnik obozu koncentracyjnego pozostawał nietykalny. „Przez długi czas strażnicy SS byli stawiani przed sądem tylko wtedy, gdy można im było udowodnić, że indywidualnie przyczynili się do popełnienia zbrodni”. Zmieniło się to w 2011 roku, „kiedy były strażnik obozu koncentracyjnego Iwan Demianiuk został skazany na pięć lat więzienia za pomoc w 28 tys. morderstw.

„Współudział w morderstwie”

Demianiukowi nie można przypisać żadnej konkretnej zbrodni. Sąd Okręgowy w Monachium orzekł jednak, że służba Demianiuka w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym w Sobiborze w 1943 r. stanowiła przestępstwo współudziału w morderstwie. Oskarżony należał do machiny eksterminacyjnej. Wyrok skazujący nigdy się nie uprawomocnił, ponieważ Demianiuk zmarł wkrótce potem w wieku 91 lat” – przypomina „Berliner Zeitung”.

– Wyrok w sprawie Demianiuka był impulsem do ponownego przeszukania archiwów na całym świecie – zauważa portal rbb24. Takie zadanie mają śledczy z Głównego Urzędu Badania Zbrodni Hitlerowskich w Ludwigsburgu.

– W przypadku człowieka z Brandenburg an der Havel znaleźliśmy to, czego szukaliśmy, w Moskiewskim Państwowym Archiwum Wojskowym. Znajdują się tam akta personalne i dokumenty administracyjne z Sachsenhausen – mówi szef biura, starszy prokurator Thomas Will.

W latach 1936-1945 w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen więziono ponad 200 tys. osób. Około 100 tys. zmarło z powodu warunków panujących w obozie, eksperymentów medycznych lub zostało zamordowanych. W skład straży wchodziło ponad 3,5 tys. esesmanów i kilkaset kobiet. Do ich zadań należało również poszukiwanie zbiegłych więźniów i udział w egzekucjach.

W obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen w 1944 roku zamordowany został komendant główny Armii Krajowej Stefan „Grot” Rowecki.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Były bramkarz reprezentacji Polski zatrzymany za jazdę pod wpływem

– Nie miałem świadomości, że mogę być pod wpływem alkoholu. Gdybym wiedział, nie wsiadłbym za kierownicę – mówi WP SportoweFakty Maciej Szczęsny.

Były bramkarz reprezentacji Polski, a dziś wzięty ekspert telewizyjny, Maciej Szczęsny, został zatrzymany przez policję o godzinie 4.05 nad ranem na Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Okazało się, że prowadził samochód, będąc pod wpływem alkoholu. Sam zapewnia, że był przekonany, że jest trzeźwy.

Gdybym miał promil, to na pewno bym o tym wiedział. Teoretycznie dwie godziny po wypiciu jednego piwa mógłbym już spokojnie jechać. I tak to obliczyłem. Piłem sobie piwko późno w nocy, ale jeszcze przed północą poszedłem spać. Zostałem zatrzymany około 4 nad ranem.

Wzbudzał pan może jakieś podejrzenia?

Nie, to była rutynowa kontrola. Naprawdę normalnie jechałem i byłem pewien, że wszystko jest ok. Bez żadnych oporów dmuchnąłem w alkomat i byłem bardziej niż zdziwiony.

Ale to nie jest usprawiedliwienie.

Nie mam zamiaru się usprawiedliwiać i udawać, że wszystko jest ok. To była straszna głupota. Jestem tym załamany, zażenowany, jest mi strasznie wstyd. Byłem na komisariacie Warszawa Włochy, złożyłem obszerne wyjaśnienia, nie próbowałem i nie mam zamiaru się usprawiedliwiać. Mogę tylko raz jeszcze podkreślić, że jako zapalony motocyklista i podróżnik nigdy nie spodziewałbym się, że coś takiego zmontuję. Nie wsiadłbym do samochodu, mając podejrzenie, że mogę znajdować się pod wpływem alkoholu.
Źródło info i foto: sportowefakty.wp.pl

Strzelanina w Poznaniu

Do szpitala trafił mężczyzna z ranami postrzałowymi – podała policja. W środę 6 października przed godz. 17 w czasie próby zatrzymania złodzieja samochodów podejrzewany o kradzież potrącił jednego z policjantów. Funkcjonariusze oddali strzały w kierunku uciekającego.

Podinsp. Iwona Liszczyńska z zespołu prasowego wielkopolskiej policji przekazała PAP, że w środę przed godz. 17 w podpoznańskiej Dąbrówce funkcjonariusze kryminalni próbowali zatrzymać złodzieja samochodu, który we wtorek w nocy ukradł auto na terenie Poznania.

– Policjanci podjęli próbę zatrzymania podejrzewanego o kradzież mężczyzny. Na widok funkcjonariuszy ruszył autem w ich kierunku i w efekcie potrącił jednego z nich. Policjanci użyli broni, oddali strzały w kierunku pojazdu, mimo to auto odjechało – opisała.

Ranny funkcjonariusz został zabrany do szpitala śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratowniczego. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Liszczyńska dodała, że około 30 minut po zdarzeniu w podpoznańskim Luboniu policjanci znaleźli porzucony samochód, którym uciekający mężczyzna potrącił funkcjonariusza. – Około godz. 18 otrzymaliśmy informację z jednego z poznańskich szpitali, że do placówki trafił mężczyzna z ranami postrzałowymi – powiedziała policjantka.

Dodała, że ranny jest obecnie w trakcie operacji. Zaznaczyła, że przebieg nieudanego zatrzymania w Dąbrówce jest badany przez policyjny wydział kontroli.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nie żyje podejrzany o podłożenie bomby w Goeteborgu

55-letni Mark Lorentzon podejrzany o spowodowanie eksplozji w bloku w Goeteborgu, w wyniku której kilka osób zostało rannych, został w środę znaleziony martwy – podała prokuratura. Mężczyzna był poszukiwany międzynarodowym listem gończym. Ciało Lorentzona zostało zauważone przez przechodnia w środę rano w rzece Gota Alv w pobliżu przystani promowej w Goeteborgu. Po południu po identyfikacji i powiadomieniu rodziny prokuratura zdecydowała o umorzeniu śledztwa, w części, w której miał on status podejrzanego.

Teraz nasze wysiłki skierujemy w celu uzyskania jaśniejszego obrazu przebiegu wydarzeń i przyczyn wybuchu – oznajmił szef lokalnej policji Anders Boerjesson. Policja nie przypuszcza, aby zgon mężczyzny nastąpił w wyniku przestępstwa.

Lorentzon, który jak ustaliła PAP miał pierwotnie inne, polskie nazwisko, był od wtorku poszukiwany międzynarodowym listem gończym. Policja poszukiwała go w stolicy Norwegii Oslo, badano także jego polskie związki.

Eksplozja

Do eksplozji, a w jej następstwie pożaru, doszło w budynku wielorodzinnym w Goeteborgu 29 września wczesnym rankiem. Kilka osób zostało poważnie rannych. Straty materialne są duże, nie wiadomo, czy kilkaset osób będzie mogło ponownie zamieszkać w bloku. Według mediów mężczyzna zajmował lokal swojej matki, będąc od dłuższego czasu w sporze z zarządcą nieruchomości. W dniu wybuchu, do którego doszło we wtorek, 55-latek miał zostać eksmitowany. Sąsiedzi opisują go jako „konfliktowego”.

Ostatnio Lorentzon był oskarżony o włamanie się do domu opieki, gdzie przebywa jego matka, a także nękanie dyrektora tej placówki. Ośrodek był zamknięty w związku z pandemią koronawirusa.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Zatrzymanie byłej prezes banku oraz członków zarządu. Szkoda majątkowa o wartości blisko 112 mln złotych

Kryminalni z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu 29 września 2021 r. zatrzymali cztery osoby podejrzane o wyrządzenie wspólnie i w porozumieniu szkody majątkowej w wielkich rozmiarach działając w imieniu jednego z banków w kwocie blisko 112 milionów złotych. Wobec byłej prezes banku oraz trzech członów zarządu Prokuratura Okręgowa w Legnicy zastosowała wolnościowe środki zapobiegawcze.

W dniu 29 września 2021 r. funkcjonariusze Wydziału dw. z Przestępczością Gospodarczą Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu zatrzymali cztery osoby podejrzane o wyrządzenie szkody majątkowej w imieniu jednego z banków. Wśród zatrzymanych jest była pani prezes banku oraz trzech członków zarządu.

Podejrzani są oni o to, że do 30 czerwca 2018 r. w Przemkowie, w powiecie polkowickim, wspólnie i w porozumieniu wyrządzili szkodę majątkową w wielkich rozmiarach polegającą na tym, że będąc zobowiązanymi do zajmowania się sprawami majątkowymi i działalnością banku, poprzez m.in. nadużycie udzielonych im uprawnień, doprowadzili chociażby do zawierania umów kredytowych z trudnymi klientami bez przeprowadzenia oceny zdolności kredytowej, nieprawidłowej organizacji systemu zarządzania ryzykiem, sporządzenia nierzetelnej dokumentacji bankowej oraz nierzetelnych sprawozdań finansowych, co doprowadziło w konsekwencji do powstania szkody w wielkich rozmiarach w imieniu jednego z banków w kwocie blisko 112 milionów złotych.

Podejrzani usłyszeli już zarzuty w tej sprawie. Decyzją Prokuratury Okręgowej w Legnicy, nadzorującej śledztwo, zastosowane zostały wobec nich środki zapobiegawcze w postaci poręczenia majątkowego, zakazu opuszczania kraju, dozoru policyjnego, zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi. Grozi im w tej chwili kara pozbawienia wolności nawet do lat 10.
Źródło info i foto: Policja.pl

Kanclerz Austrii objęty dochodzeniem w sprawie łapówkarstwa

Kanclerz Austrii Sebastian Kurz został objęty dochodzeniem w sprawie łapówkarstwa, a także nadużycia zaufania – poinformowała austriacka prokuratura antykorupcyjna, na którą powołuje się agencja Reutera. Wcześniej przeszukane zostały biura Austriackiej Partii Ludowej (OVP).

W środę 6 października prokuratorzy do spraw walki z korupcją po porannych nalotach na biura konserwatywnej Austriackiej Partii Ludowej (OVP) poinformowali, że kanclerz Austrii Sebastian Kurz został objęty dochodzeniem w sprawie podejrzeń o przekupstwo oraz nadużycie zaufania. Kurz i jego partia uznali śledztwo za „motywowane politycznie” – podaje agencja Reutera.

Kanclerz Austrii Sebastian Kurz i jego partia mieli przekupić właściciela gazety

Według agencji prasowej APA, na którą powołuje się portal politico.eu, do przeszukania biur doszło w kontekście zarzutów, według których Sebastian Kurz i jego partia mieli przekupić właściciela gazety i wykupować reklamy w tabloidzie. W zamian publikowano korzystne dla partii sondaże.

Prokuratorzy podejrzewają, że sondaże mogły zostać opłacone przez austriackie Ministerstwo Finansów, którym kieruje Austriacka Partia Ludowa. „Prokuratura ds. Korupcji umieściła Sebastiana Kurza i dziewięć innych osób oraz trzy organizacje w ramach dochodzenia w związku z podejrzeniem naruszenia zaufania, korupcji i przekupstwa z różnymi poziomami zaangażowania” – przekazał urząd w oświadczeniu. Sebastian Kurz w krótkim oświadczeniu przekazał, że jest przekonany, że oskarżenia okażą się fałszywe.

W ciągu ostatnich dni austriaccy konserwatyści wielokrotnie spekulowali na temat możliwych przeszukań ich biur. Z góry potępiali je i nazywali „umyślnymi próbami wyrządzenia szkody partii i kanclerzowi”.

W środę tabloidowy dziennik „Oesterreich”, który austriackie media uznały za gazetę będącą w centrum śledztwa, wydał oświadczenie. Zaprzeczył w nim, iż miałby przyjmować państwowe pieniądze na reklamę w zamian za publikację sondaży. Trzy główne partie opozycyjne w Austrii wezwały Sebastiana Kurza do rezygnacji ze stanowiska.
Źródło info i foto: Gazeta.pl