Zaginął 24-letni Dawid Wojda

Policja poszukuje 24-letniego Dawida Wojdy. Mężczyzna – pracujący na co dzień jako programista – wyszedł z domu 22 lipca. Od tego czasu tam nie wrócił. Nie nawiązał kontaktu z rodziną. Młodego mężczyznę ostatni raz widziano przy ul. Gersona w Krakowie. Dawid Wojda ma 180 cm wzrostu, dłuższe, ciemne włosy, szczupłą sylwetkę i brodę. Pochodzi z miejscowości Starowice Dolne w województwie opolskim. Od grudnia 2020 roku mieszka i pracuje jako programista w Krakowie.

„Ostatni kontakt telefoniczny z rodziną miał miejsce 20 lipca, ponieważ w sobotę 23 lipca mieli przyjechać do niego z wizytą rodzice, na co Dawid ochoczo przystał. Rodzice Dawida przyjechali do Krakowa, tak jak to zostało wcześniej ustalone. Nie zastali tam syna, a jego współlokator powiedział, że po raz ostatni widział go w czwartek wieczorem, ale później pisali jeszcze ze sobą na komunikatorze” – podaje Stowarzyszenie Zaginieni Cała Polska.

Mężczyzna opuścił mieszkanie w piątek, 22 lipca około godziny 8:30. Wcześniej wpisywał w wyszukiwarkę hasło „dzwon” oznaczający duży śmietnik. Informował współlokatora, że chce wyrzucić niepotrzebne rzeczy przed przyjazdem rodziców. Od tamtej pory nie nawiązał żadnego kontaktu z rodziną ani przyjaciółmi. Jego telefon pozostaje nieaktywny. To nietypowe dla Dawida zachowanie. Zaginiony był w stałym kontakcie z rodziną.

Osoby posiadające jakiekolwiek informacje o zaginionym proszone są o kontakt z Komisariatem Policji VI w Krakowie pod numerem telefonu 47-83-52-917, 47-83-58-327 lub z numerem alarmowym 112.
Źródło info i foto: interia.pl

Pojechał po spadek do Grecji. Został skatowany

Przyjechał na grecką wyspę, by pozałatwiać sprawy spadkowe po śmierci ojca. W domu, który stał się jego dziedzictwem, został zaatakowany przez dwóch napastników. Przypuszczalnie byli to włamywacze, którzy liczyli na łupy ze splądrowania opuszczonej posiadłości. Charlie Kathopoulis leży dziś w szpitalu w śpiączce, a jego rodzina szuka pomocy. Siostry Michelle i Jacqui oraz Maria, mama rodzeństwa, mieszkanki australijskiego miasta Darwin, przeżyły szok, gdy dowiedziały się, co w maju spotkało ich bliskiego. Charlie pojechał do Grecji, skąd pochodzi rodzina, by uporządkować sprawy po śmierci ojca. Miał też przy okazji pozałatwiać sprawy dotyczące jego służby wojskowej.

W nocy 30 maja dwóch intruzów włamało się do domu, w którym przebywał. Zdaniem siostry Michelle, włamywacze byli pod wpływem narkotyków. Oglądała ona nagranie z domowej kamery. Widać na nim, że Charlie wyszedł do nich. Byli to desperaci, którzy liczyli na cokolwiek – sprawiali wrażenie zbieraczy złomu, potrzebujących każdego grosza na używki.

Wtedy zaatakowali. Mężczyzna został zmasakrowany. Uderzali go w głowę stalowym prętem i dźgnęli nożem w gardło i klatkę piersiową. Charlie odniósł straszliwe obrażenia – urazy głowy, złamania czaszki, złamanie szczęki, uszkodzenie tchawicy. Ma też zdruzgotane kości obojczyka i przebite płuca. Przeżył, bo ratunek wezwał sąsiad, a lekarze dokonali cudu. Nadal jednak nie wiadomo, jaki będzie stan jego mózgu, strun głosowych i jak funkcjonować będzie tchawica.

Matka i siostry, które na wiadomość o nieszczęściu, które dotknęło ich bliskiego, natychmiast rzuciły wszystko i pojechały do Grecji, opowiedziały australijskiemu portalowi news.com.au o swoim problemie. Szpital, w którym uratowano mu życie, zwrócił się do czterech greckich placówek specjalistycznych, które mogą przeprowadzić skomplikowane procedury medyczne, konieczne do podtrzymania funkcji życiowych mężczyzny. „Z powodów, których nie rozumiemy, wszystkie szpitale odmówiły”. – relacjonują najbliżsi.

„Nie jesteśmy w stanie przeniknąć sposobów funkcjonowania greckiego systemu medycznego. Chodzi przecież o operacje ratujące życie i konieczne do rozpoczęcia powolnego procesu powrotu do zdrowia” – napisali najbliżsi Charls’a w mediach społecznościowych, podkreślając, że jego zaciekła walka o przetrwanie, wola i siła zadziwiają lekarzy. Liczne obrażenia Charliego sprawiają, że jest to wyjątkowy przypadek dla lekarzy.

Charlie oddycha już sam, ze wspomaganiem tlenowym, ale komunikować się może jedynie wzrokiem i dotykiem rąk. Szpital ogólny na Rodos nie może już dla niego nic więcej zrobić. Rodzina chce więc sprowadzić go do Australii, by tam poddano go skomplikowanym zabiegom medycznym i operacjom, niemożliwym do wykonania w Grecji.
Źródło info i foto: wp.pl

Makabryczna zbrodnia w Warszawie. W mieszkaniu na Białołęce znaleziono ciało

Makabrycznego odkrycia dokonali wczoraj policjanci na warszawskiej Białołęce. W jednym z mieszkań znaleziono ciało 75-latka. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że mężczyzna miał odcięte nogi – kończyny mundurowi mieli znaleźć w jednej z altan śmietnikowych. Do dramatycznego odkrycia doszło w czwartek na ul. Myśliborskiej w Warszawie. Około godziny 23 policjanci mieli się udać do mieszkania, w którym według posiadanych informacji, mógł znajdować się 75-letni mężczyzna. Polsat News ustalił, że mundurowi zgłoszenie otrzymali od żony mężczyzna, która nie mogła się z nim skontaktować. 

Gdy policjanci weszli do mieszkania, znaleźli w nim zwłoki poszukiwanego mężczyzny. Jak mówi z rozmowie z polsatnews.pl kom. Paulina Onyszko „niewątpliwie doszło do zabójstwa”.

– Funkcjonariusze zatrzymali właściciela mieszkania, w którym znaleziono zwłoki – dodała kom. Onyszko.

Jak podaje RMF, zwłoki miały odcięte nogi, a same kończyny policjanci znaleźli w worku na jednej z altan śmietnikowych. Portal dodaje, że gdy policjanci pojawili się przed drzwiami mieszkania, właściciela nie było w środku. Chwilę później miał on wejść na klatkę schodową w ubraniu z brunatnymi plamami, trzymając w ręku piłę tarczową. Tych informacji nie udało się jednak oficjalnie potwierdzić. – W tym momencie nie możemy mówić o szczegółach tej sprawy – dodała w rozmowie z polstanews.pl kom. Paulina Onyszko.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zaatakował kierowcę autobusu. Zatrzymali go policjanci

Jeleniogórska policjantka w czasie wolnym od służby wraz z innymi funkcjonariuszami zatrzymała mężczyznę, w związku z jego agresywnym zachowaniem w jednym z autobusów komunikacji miejskiej w Jeleniej Górze. 21-latek pobił kierowcę oraz umyślnie uszkodził kabinę pojazdu. Odpowie on również za zakłócanie spokoju. Obecnie policjanci wyjaśniają szczegółowo wszystkie okoliczności tego zdarzenia, a mężczyźnie za popełnione czyny grozić może kara nawet do 5 lat pozbawienia wolności.

Do zdarzenia doszło 10 sierpnia bieżącego roku, około godziny 19.00, w jednym z autobusów komunikacji miejskiej. Mężczyzna jechał nim wraz ze swoją partnerką i dzieckiem, które znajdowało się w wózku. Na łuku drogi wózek przemieścił się, a następnie przewrócił. Na szczęście dziecko nie odniosło obrażeń, ale ta sytuacja wywołała agresję w ojcu chłopca. Mężczyzna poszedł do kierowcy autobusu, zaczął uderzać w jego kabinę, niszcząc ją, a następnie zaatakował kierującego bijąc go i kopiąc. Po ataku wraz z partnerką oraz dzieckiem oddalił się z miejsca zdarzenia.

Powiadomieni o zdarzeniu funkcjonariusze rozpoczęli poszukiwania mężczyzny podejrzewanego o agresywne zachowanie w autobusie. 11 sierpnia, czyli w dniu przyjęcia zawiadomienia o przestępstwie, funkcjonariusze zatrzymali mężczyznę podejrzewanego o zniszczenie mienia i pobicie kierowcy.

Tego dnia, około godz. 14.00 policjantka z Komisariatu I Policji w Jeleniej Górze wracając po służbie do domu, jadąc ulicą Wojska Polskiego w Jeleniej Górze zauważyła mężczyznę zarejestrowanego przez kamery w autobusie. Mężczyzna szedł po chodniku wraz z partnerką i dzieckiem. Funkcjonariuszka o sytuacji powiadomiła swoich kolegów, którzy niezwłocznie pojawili się na miejscu i zatrzymali podejrzewanego. Okazał się nim 21-letni jeleniogórzanin.

Mężczyzna został zatrzymany w policyjnym areszcie Teraz za przestępstwa, o które jest podejrzewany, odpowie przed sądem, a grozić mu może kara nawet do 5 lat pozbawienia wolności. Dzisiaj z mężczyzną zostaną wykonane czynności procesowe. Nnastępnie zostanie on doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Jeleniej Górze.
Źródło info i foto: Policja.pl

Jaki dokumentów szukało FBI u Donalda Trumpa?

Wśród dokumentów, których szukali agenci FBI podczas rewizji w posiadłości Donalda Trumpa, były te związane z bronią jądrową – podał w czwartek „Washington Post”, powołując się na źródła wtajemniczone w śledztwo. Gazeta nie podała, czy agenci znaleźli poszukiwane dokumenty. Informatorzy gazety nie podali też, czy dokumenty dotyczyły broni posiadanej przez USA, czy inne państwa.

Szczegółów na temat śledztwa nie podał też wcześniej prokurator generalny Merrick Garland swoim pierwszym wystąpieniu na temat przeszukania, jednak oznajmił, że jego resort podjął nadzwyczajny krok i wniósł o upublicznienie nakazu rewizji wraz z listą przedmiotów zabranych podczas przeszukania. Garland motywował to interesem publicznym, m.in. w świetle wypowiedzi Trumpa oskarżających FBI i prokuraturę o nadużycia.

Wcześniej „New York Times” podał, że przyczyną przeszukania było podejrzenie – m.in. na podstawie zeznań świadka – że mimo kilku prób odzyskania niejawnych dokumentów przez Administrację Archiwów Narodowych, w Mar-a-Lago nadal znajdowały się wrażliwe dokumenty, w tym te mające znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Warszawa: Odcięte ludzkie nogi na śmietniku. Zatrzymano jedną osobę

Policja i prokuratura wyjaśniają okoliczności makabrycznego odkrycia w Warszawie. W jednej z altan śmietnikowych znaleziono odcięte ludzie kończyny zapakowane w foliowe worki. Według nieoficjalnych informacji, do Centrum Powiadamiania Ratunkowego zadzwoniła kobieta twierdząc, że nie może skontaktować się ze swoim mężem. 75-latek miał pójść do mieszkania byłego zięcia. Od 48-letniego Jarosława R. mieszkającego na warszawskiej Białołęce miał odebrać sądowe dokumenty.

Kiedy służby dotarły na miejsce, drzwi do mieszkania 48-latka były zamknięte. W pewnym momencie na klatce schodowej mężczyzna ten pojawił się z piłą tarczową. Na ubraniu miał brunatne plamy i ślady ziemi. Jarosław R. odmówił otwarcia mieszkania, ale dał policjantom klucze.

Kiedy otworzyli drzwi – w przedpokoju – funkcjonariusze zauważyli zwłoki mężczyzny z nogami odciętymi na wysokości ud. Był to 75-latek poszukiwany przez swoją żonę. Wg nieoficjalnych informacji na terenie osiedla, gdzie doszło do tragedii – w jednej z altan śmietnikowych – policjanci znaleźli odcięte kończyny. Były zapakowane w foliowe worki i wrzucone do pojemnika.

W tej sprawie zatrzymano 48-letniego Jarosława R.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Niemcy wszczynają śledztwo w sprawie zanieczyszczenia Odry

W Niemczech mnożą się zarzuty przeciwko Polsce w sprawie zatrucia Odry toksynami. Śledztwo prowadzi Krajowy Urząd Kryminalny w Brandenburgii – informują niemieckie media. O wszczęciu śledztwa w sprawie zatrucia Odry wysoko toksyczną substancją poinformował Krajowy Urząd Kryminalny (LKA) w Brandenburgii. Jak podaje na swoich stronach internetowych w piątek (12.08.2022) tygodnik „Die Zeit”, powołując się na słowa rzeczniczki LKA „jasne jest, że problem ma swój początek w Polsce”. Obecnie w laboratorium badana jest próbka wody.

Znane już są wyniki innych próbek wody, pobranych przez Urząd Krajowy Ochrony Środowiska Brandenburgii. Wykryto w niej wysokie stężenie rtęci. Publiczna stacja radiowo-telewizyjna rbb informuje, że wartości okazały się tak wysokie, że nie można było przedstawić miarodajnego wyniku badań i trzeba było je powtórzyć.

Brandenburskie Ministerstwo Środowiska poinformowało w czwartek późnym popołudniem, że przez Odrę przepływa nieznana jeszcze, silnie toksyczna substancja. „Wstępne wyniki analiz wykazały, że przed kilkoma dniami silna fala substancji organicznych przeszła przez Frankfurt nad Odrą i od tego czasu kontynuowała swój bieg w dół rzeki, obecnie w rejonie Schwedt. Wpływ na ekosystem wskazuje na syntetyczne substancje chemiczne, najprawdopodobniej również o działaniu toksycznym dla kręgowców” – czytamy na stronach rbb24.

W Niemczech mnożą się zarzuty przeciwko polskiej stronie, która – najwyraźniej wiedząc o problemie dużo wcześniej – nie poinformowała niemieckich instytucji. Brandenburski minister środowiska Axel Vogel (Zieloni) w rozmowie ze stacją rbb skrytykował odpowiedzialne za to władze w Polsce. „Jesteśmy wprawdzie w kontakcie z polską stroną, ale nie zostaliśmy oficjalnie poinformowani o wydarzeniach w Opolu, które najwyraźniej miały miejsce 27 lub 28 lipca” – powiedział Axel Vogel.

„Wiemy tylko od osób trzecich i z mediów, że zostały uwolnione rozpuszczalniki na dużą skalę, co może być częściowo odpowiedzialne za zabijanie ryb. Trzeba powiedzieć, że uzgodnione kanały przekazywania informacji nie zostały wykorzystane. Dlatego nie mamy wielu informacji, które powinniśmy mieć” – podkreślił w rbb minister środowiska Brandenburgii.

Ostre słowa krytyki pod adresem polskich władz płyną też ze strony organizacji ekologicznych. Gazeta „Maerkische Oderzeitung” cytuje m.in. szefa bałtyckiego biura organizacji WWF. „Najwyraźniej minęło dziesięć dni cennego czasu, w którym ludzie mieszkający nad Odrą mogli się do tego przygotować” – mówi Finn Viehberg.

Antje von Broock, dyrektor wykonawcza stowarzyszenia ekologicznego BUND, dodaje zaś, że „ta katastrofa ekologiczna nie miałaby takiej skali, gdyby władze niemieckie i polskie intensywniej współpracowały.”
Źródło info i foto: Gazeta.pl