Zażalenie prokuratury ws. Nowaka. Sąd zdecydował

Sąd Apelacyjny w Warszawie odmówił przyjęcia zażalenia prokuratora w sprawie Sławomira Nowaka – wynika z uzyskanych w sądzie informacji. Oskarżyciel publiczny nie zgodził się z decyzją sądu o zastosowaniu wobec podejrzanego tzw. aresztu warunkowego, czyli zamiennego za kaucję w wysokości 1 mln zł.

Decyzję o odmowie przyjęcia zażalenia prokuratury w sprawie Sławomira Nowaka Sąd Apelacyjny w Warszawie podjął w piątek 18 czerwca. Z nieoficjalnych ustaleń wynika, że sąd uznał, że oskarżycielowi publicznemu nie należy się środek odwoławczy, ponieważ został zastosowany areszt, o który wnioskował.

Prokurator nie zgadza się jednak z możliwością, którą SA postanowieniem z 2 czerwca br. zostawił Nowakowi, czyli zamianą aresztu na 1 mln złotych poręczenia majątkowego. Pieniądze wpłynęły na konto Prokuratury Okręgowej w Warszawie w czwartek, wpłaciła je córka Nowaka. Prokuratura odmówiła sporządzenia protokołu przyjęcia pieniędzy z uwagi na złożone zażalenie.

Zaskarżą decyzję?

O tym, że prokuratorowi oraz podejrzanemu przysługuje zażalenie, pouczyła strony – ustnie oraz pisemne – sędzia Dorota Radlińska, która to postanowienie wydała. Innego zdania była sekcja zażaleniowo-wnioskowa SA. Zapytana o stanowisko Prokuratura Okręgowa w Warszawie zapowiedziała w sobotę, że zaskarży decyzję sądu.

– Decyzja Sądu Apelacyjnego w Warszawie jest sprzeczna z art. 426 par. 2 kodeksu postępowania karnego, który stanowi, że takie zażalenie przysługuje wszystkim stronom, a więc zarówno prokuraturze, jak i podejrzanemu – przekazała prok. Aleksandra Skrzyniarz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Sławomir Nowak wróci do aresztu? Ma problem z zebraniem środków na kaucję

Podejrzany o przestępstwa korupcyjne były minister transportu nie wpłacił do tej pory miliona złotych, które pozwoliłyby mu uniknąć powrotu za mury aresztu. – Sławomir Nowak i jego rodzina nie mają możliwości ekonomicznych, by uiścić tak ogromną kwotę poręczenia majątkowego – przekazała tvn24.pl jego adwokat Joanna Broniszewska.

Gdy 2 czerwca sędzia Dorota Radlińska decydowała o losie Sławomira Nowaka, on sam był w Warszawie, przygotowany na to, że będzie musiał wrócić za kraty. Sędzia Radlińska orzekła, że areszt w tej sprawie jest konieczny, ale jeśli podejrzany wpłaci na konto prokuratury milion złotych kaucji, będzie mógł pozostać na wolności.

– Nie wchodzi w rachubę hipoteka na nieruchomościach, żadne poręczenia innych osób, wyłącznie przelew na taką kwotę, jak zdecydował sąd – usłyszeliśmy nieoficjalnie w prokuraturze.

Powrót za mury aresztu

Na wpłatę tej kwoty Nowak dostał ponad dwa tygodnie. Od decyzji sądu minęło dziewięć dni. Pieniędzy wciąż nie wpłacił. I, jak wynika z ustaleń tvn24.pl, może mieć z tym problem.

– Przy tak niespotykanym, wieloletnim zaangażowaniu służb państwa i niespotykanym ostracyzmie wobec tej rodziny jestem sceptyczna wobec odwagi kogokolwiek, kto, kontestując skrajnie intencjonalnie działania prokuratury, wsparłby tę rodzinę, dając szansę na możliwość obrony w warunkach wolnościowych – mówi nam mec. Broniszewska.

Od samego początku, gdy podjęła się obrony byłego ministra transportu, mecenas podkreśla, że jej klient jest niewinny, a w materiałach zgromadzonych przez ukraińskich i polskich śledczych nie ma żadnych dowodów jego winy.

Nowak siedział w areszcie blisko dziewięć miesięcy, od lipca 2020 roku, kiedy zatrzymali go agenci CBA. 12 kwietnia tego roku Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował, że może wyjść na wolność. Sąd uznał m.in., że skoro przesłuchanych 33 kolejnych świadków zeznawało korzystnie dla niego, Nowak nie miałby powodu, żeby utrudniać śledztwo. Jednocześnie sędzia orzekła, że podejrzany musi oddać paszport, regularnie meldować się na komisariacie oraz wpłacić milion złotych poręczenia majątkowego.

Prokuratura zaskarżyła tę decyzję. Z kolei obrona zaskarżyła decyzję o milionowej kaucji.

„Legislacyjne grafomaństwo”

Sad Apelacyjny w Warszawie uznał argumenty prokuratury, zdecydował o powrocie Nowaka za kraty, ale zastrzegł, że warunkowo będzie on mógł wyjść, jeśli wpłaci milion złotych kaucji. Sąd ocenił, że przestępstwa, których popełnienie zarzuca Nowakowi prokuratura, są zagrożone wysokim wymiarem kary, nawet do 15 lat więzienia.

Sąd apelacyjny formalnie uchylił więc decyzję sądu niższej instancji, ale skutek pozostał podobny: jeśli Nowak chce zostać na wolności, musi wpłacić milion złotych.

Taka decyzja oznacza też, że stronom przysługuje od niej odwołanie. Zażalenie na nią złoży zarówno obrona, jak i prokuratura. Zażalenie to rozpozna trzyosobowy skład Sądu Apelacyjnego w Warszawie.

– Prokuratura cały czas stoi na stanowisku, że dla dobra śledztwa Sławomir Nowak musi pozostawać w areszcie – wyjaśniał prokurator Jan Drelewski.

Według obrony decyzja sądu apelacyjnego to „porażka całego wymiaru sprawiedliwości”. – Zażalenia prokuratora i obrońcy nie zostały rozpoznane co do istoty sprawy [przez sędzię Dorotę Radlińską -red.]. To efekt legislacyjnego grafomaństwa ostatnich lat. Sędzia zamiast rozpoznać zażalenie i wydać jednoznaczne orzeczenie wykorzystała świeżą nowelizację Kodeksu postępowania karnego i zrzuciła decyzję na innych sędziów sądu apelacyjnego – ocenia w rozmowie z nami mecenas Broniszewska.

Ukraina nie chce śledztwa

Według kilku niezależnych od siebie źródeł tvn24.pl, na biurko prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry trafił wniosek strony ukraińskiej, by to Polska przejęła w całości śledztwo dotyczące Sławomira Nowaka. Przypomnijmy, że początkowo dotyczyło ono podejrzeń, że jako szef Ukrawtodor (odpowiednik polskiej Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad) przyjmował łapówki w zamian za korzystne dla firm budowlanych decyzje. Szczegóły tych zarzutów ujawniliśmy w tvn24.pl w sierpniu ubiegłego roku.

O ukraiński wniosek zapytaliśmy oficjalnie rzecznika Prokuratury Krajowej prokuratora Łukasza Łapczyńskiego. Odpowiedzi nie otrzymaliśmy do chwili publikacji tekstu.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się w prokuraturze, że „trwają analizy tego wniosku”.

To, że taki wniosek trafił do Polski, potwierdza nam mecenas Broniszewska. – O tym, że władze ukraińskie w styczniu 2021 roku przekazały wszystkie tak zwane własne materiały ze śledztwa, z prośbą o dalsze prowadzenie sprawy przez polską prokuraturę i polski wymiar sprawiedliwości, dowiedziałam się w styczniu ze strony ukraińskiej. Mija pół roku i wciąż nie ma merytorycznej decyzji w tej kwestii – komentuje.

Mecenas Broniszewska wskazuje na komplikacje, które będą efektem ewentualnej decyzji o przejęciu śledztwa i w konsekwencji procesu.

– To szereg wyzwań intelektualnych nawet dla doświadczonych prawników, nie wspominając już o obowiązujących przepisach prawa polskiego, ukraińskiego i międzynarodowego. Jak osądzić zorganizowaną grupę przestępczą, skoro jej członkowie nie są polskimi obywatelami, nie przebywają w Polsce i najprawdopodobniej nigdy nie staną przed polskim wymiarem sprawiedliwości? – pyta mecenas Broniszewska.

„To bardzo trudne”

O to, jak będzie ewentualnie wyglądało śledztwo (a następnie proces) z tyloma świadkami, którzy mieszkają na Ukrainie, zapytaliśmy już w kwietniu tego roku Prokuraturę Krajową. Ponawialiśmy swoje pytania – jednak nie otrzymaliśmy żadnych odpowiedzi.

– Już na etapie śledztwa to jest bardzo trudne, a w momencie rozpoczęcia procesu sytuacja tylko się skomplikuje – ocenia były prokurator krajowy, a dziś mecenas Janusz Kaczmarek.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Dwaj zatrzymani skupowali nielegalne papierosy, potem je sprzedawali

Dwaj mężczyźni, mieszkańcy województw podkarpackiego i śląskiego, zostali zatrzymani przez policjantów z komendy wojewódzkiej w Rzeszowie. Są podejrzani o to, że skupowali, magazynowali i sprzedawali papierosy bez polskich znaków akcyzy. Swoim działaniem spowodowali straty Skarbu Państwa przekraczające milion złotych.

Policjanci z Wydziału do Walki z Przestępczością Gospodarczą KWP w Rzeszowie prowadzą nadzorowane przez Prokuraturę Okręgową w Przemyślu śledztwo dotyczące działalności przestępczej osób zajmujących się skupowaniem, przechowywaniem oraz dalszą dystrybucją papierosów produkowanych za granicą i nieposiadających polskich znaków skarbowych akcyzy oraz papierosów pochodzących z nielegalnie działającej fabryki.

Policjanci ustalili tożsamość osób zajmujących się tym procederem, to 41-letni mieszkaniec powiatu łańcuckiego oraz 52-latek ze Śląska. We wtorek zostali zatrzymani.

Śledczy zgromadzili dowody na to, że obaj, działając w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, skupowali, magazynowali, a następnie wprowadzali do obrotu na terenie kraju papierosy bez polskich znaków skarbowych akcyzy, co spowodowało uszczuplenie należności Skarbu Państwa z tytułu akcyzy na kwotę 1.012 tys.złotych.

Mężczyźni zostali doprowadzeni do Prokuratury Okręgowej w Przemyślu, gdzie usłyszeli zarzuty popełnienia przestępstw skarbowych. Po przesłuchaniu i złożeniu wyjaśnień podejrzani dobrowolnie poddali się zaproponowanej przez prokuratora karze.
Źródło info i foto: Policja.pl

W skrzyni ładunkowej wywrotki było 45 tys. paczek papierosów

Funkcjonariusze podlaskiej Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) z Budziska zatrzymali po pościgu 38-letniego kierowcę wywrotki, w której miał 45 tys. paczek nielegalnych papierosów. Funkcjonariusze KAS pełniący służbę na drodze krajowej nr 8 w pobliżu polsko-litewskiej granicy zatrzymali do kontroli wywrotkę na polskich numerach rejestracyjnych. Kierowca został skierowany do prześwietlenia rentgenowskiego.

38-latek zignorował jednak polecenia mundurowych, gwałtownie przyspieszył i zjechał na jedną z pobliskich, szutrowych dróg. Mundurowi ruszyli w pościg. Po kilku minutach kierowca zrezygnował z ucieczki i zatrzymał się. Podczas sprawdzania ciężarówki funkcjonariusze KAS znaleźli w skrzyni ładunkowej 45 tys. paczek białoruskich papierosów. Gdyby trafiły do nielegalnego obrotu, straty Skarbu Państwa wyniosłyby ponad 1 mln zł.

38-letni kierowca usłyszał zarzut, grozi mu wysoka grzywna, a nawet kara 5-letniego więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Toruń: Ofiara księdza pedofila domaga się od diecezji 1 mln złotych

W czwartek ruszył w Sądzie Okręgowym w Toruniu proces cywilny ws. zadośćuczynienia dla ofiary księdza pedofila. Mariusz Milewski domaga się od diecezji toruńskiej 1 mln zł, gdyż był ofiarą molestowania przez ks. Jarosława P. Duchowny został prawomocnie skazany w 2016 r.

W 2016 r. Sąd Rejonowy w Nowym Mieście Lubawskim skazał Jarosława P. za molestowanie małoletniego Milewskiego (zgadza się na podanie swojego nazwiska – red.) w latach 2000-2009 na trzy lata więzienia. Według Milewskiego, wyrok uprawomocnił się w 2107 r., a od 2018 r. ks. Jarosław P. odbywa wyrok. W zeszłym roku Sąd Najwyższy nie uwzględnił kasacji wniesionej przez skazanego.

Proces jest niejawny i toczy się za zamkniętymi drzwiami.

– Mogę potwierdzić rozpoczęcie procesu – powiedział po wyjściu z sali rozpraw pełnomocnik Milewskiego adwokat Laszlo Schlesinger.

Sam Milewski powiedział, że postępowanie zostało odroczone do 5 maja ze względów formalnych.

– Kuria umywa ręce, tak jak to było do tej pory. Jest to dla mnie bardzo stresujące. Myślałem, że Kościół, tak jak to głosi wszem i wobec, będzie kierował się miłosierdziem, ale widać, iż staje on po drugiej stronie chcąc, aby mój stan psychiczny był jeszcze gorszy – podkreślił Milewski.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Akcja Centralnego Biura Antykorupcyjnego w Lublinie. Zatrzymano 4 osoby

CBA zatrzymało czterech mieszkańców Lublina, którzy załatwili pozwolenie na budowę wieżowca przy ul. Zana w Lublinie w zamian za korzyść majątkową w wysokości 1 mln zł – poinformowało w środę Centralne Biuro Antykorupcyjne. Jak podało CBA, osoby te działały w porozumieniu i powoływały się na wpływy w instytucjach państwowych i samorządowych, m.in. w Urzędzie Miasta Lublina.

„Jak ustalili funkcjonariusze CBA, mężczyźni podjęli się załatwienia pozwolenia na budowę i wymaganych prawem zgód w związku z budową wieżowca przy ul. Zana w Lublinie w zamian za korzyść majątkową w wysokości 1 mln zł” – poinformowało CBA.

Trzech z podejrzanych mężczyzn spotkało się we wtorek po południu w celu podpisania umowy umożliwiającej przeprowadzenie inwestycji. W kosztach umowy została ujęta wcześniej uzgodniona kwota korzyści majątkowej. Agenci CBA zatrzymali ich w chwili podpisywania umowy. Czwarta osoba została zatrzymana w miejscu zamieszkania.

CBA w środę przedstawi dokumenty w sprawie Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.
Źródło info i foto: interia.pl

Milion złotych zadośćuczynienia dla ofiary księdza pedofila. Sprawa w Sądzie Najwyższym

Grupa 16 tys. osób domaga się wycofania skargi kasacyjnej, jaką do Sądu Najwyższego skierowało Towarzystwo Chrystusowe. Petycję w tej sprawie złożyły dziś cztery kobiety. Przyjął je rzecznik zakonu ks. Marek Grygiel, który stwierdził, że „sprawca działał na swoje własne konto, godząc w dobre imię naszego zgromadzenia”.

prawa miliona zł zadośćuczynienia dla ofiary byłego już księdza Romana B. jest obecnie w Sądzie Najwyższym. Skarga kasacyjna złożona przez Towarzystwo Chrystusowe, które musiało wypłacić pieniądze Katarzynie, zostanie rozpatrzona 20 grudnia. Osoby, które wspierają Katarzynę mają jednak nadzieję, że zakon skargę do tego czasu wycofa. Dzisiaj w siedzibie zakonu w Poznaniu złożyli oni dwie petycje wraz z podpisami osób je popierających.

Petycje złożyły cztery kobiety, wśród których była poznańska aktywistka Agnieszka Ziółkowska. Przyjął je rzecznik zakonu ks. Marek Grygiel.

– Zebraliśmy łącznie 16 tys. podpisów pod wnioskiem o wycofanie przez państwa skargi kasacyjnej. Jedną z petycji złożyliśmy w Sądzie Najwyższym. Oprócz wycofania skargi domagamy się również sprawiedliwego składu orzekającego dla Katarzyna – mówiła Ziółkowska.

– Jestem apostatką, ale wychowałam się w rodzinie chrześcijańskiej, w duchu zadośćuczynienia za krzywdy. Mamy nadzieję, że państwo wezmą pod uwagę głos obywateli, wśród których są również wierni – podkreślała.

Co na to rzecznik zakonu? – Jest nam niezmiernie przykro za zaistniałą sytuację. W naszym zgromadzeniu nigdy nie było i nie będzie przyzwolenia na tego typu działania. Przypomnę, że sprawca działał na swoje własne konto, godząc w dobre imię naszego zgromadzenia – mówił ks. Grygiel.

Zapowiedział, że Towarzystwo Chrystusowe „pochyli się nad petycją” i w najbliższym czasie wyda w tej sprawie oświadczenie.
Źródło info i foto: onet.pl

Fałszywi konwojenci skazani

Na kary więzienia od 3 lat i 8 miesięcy do 5 i pół roku skazał poznański sąd czterech członków „gangu konwojentów”. Mężczyźni zatrudniali się w firmach ochroniarskich, by kraść konwojowaną gotówkę. Łącznie zrabowali ponad 1 mln zł.

Do zdarzenia, które ujawniło działalność „gangu konwojentów”, doszło na początku lutego 2016 r. Na parkingu jednego z centrów handlowych w Poznaniu nieznany sprawca zaatakował Bartosza N., konwojenta Poczty Polskiej. Napastnik miał uderzyć go w głowę, zaatakować gazem pieprzowym i zabrać torbę, w której było kilkaset tys. zł – utarg z kilku placówek handlowych.

Dopiero po półtora roku od tego zdarzenia, policja poinformowała, że na podstawie zebranych materiałów dowodowych, a przede wszystkim na podstawie analizy zeznań napadniętego, udało się ustalić, że napad i rabunek zostały sfingowane, a poturbowany – rzekomo w wyniku napadu – mężczyzna współpracował z napastnikiem.

Policyjne czynności doprowadziły do ustalenia kolejnych osób, które brały udział w kradzieży. Osoby zamieszane w przestępczy proceder dopiero po kilku miesiącach zaczęły wydawać zrabowane pieniądze – na dom, samochód sprowadzony z USA, czy na mieszkanie.

Zebrany materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie Bartoszowi N., Marcinowi W., Krzysztofowi K. i Radosławowi Ł. – zarzutów kradzieży mienia znacznej wartości, za co grozi kara do 10 lat więzienia.

W toku śledztwa okazało się jednak, że fikcyjny napad na konwojenta w poznańskim centrum handlowym nie był pierwszą tego typu akcją przygotowaną przez oskarżonych; wcześniej dwukrotnie udawało im się uniknąć konsekwencji. Mężczyźni, zatrudniali się w firmach ochroniarskich, a fikcyjny napad miał być tak wyreżyserowany, by nawet wersja przedstawiana policji była jak najbardziej wiarygodna.

Do pierwszego napadu, przygotowanego przez „gang konwojentów”, doszło w 2012 roku; upozorowano wówczas kradzież ponad 120 tys. zł. Z kolei na początku 2014 roku, Marcin W., we współpracy z dwoma „konwojentami”, w środku nocy – z dorobionym kluczem i z kodem do alarmu – miał ukraść z bankomatu prawie pół miliona złotych. Łącznie, grupa ukradła ponad 1 mln zł. Skradzioną gotówkę oskarżeni mieli najpierw zakopywać na terenie starej stadniny koni; później mieli ją między sobą dzielić.

W czwartek poznański sąd okręgowy wymierzył oskarżonym mężczyznom kary: Radosławowi Ł. – 4,5 roku więzienia, Marcinowi W. – 5,5 roku więzienia, Krzysztofowi K. – 4 lata i 2 miesiące więzienia, oraz Bartoszowi N. – 3 lata i 8 miesięcy pozbawienia wolności. Mężczyźni muszą także zapłacić grzywnę i zwrócić skradzione pieniądze.

Sędzia Joanna Rucińska uzasadniając wyrok wskazała, że w przypadku kradzieży pieniędzy konwojowanych z centrum handlowego, „Radosław Ł., Marcin W. i Krzysztof K. bazując na swoich wcześniejszych doświadczeniach, szczegółowo je zaplanowali, wielokrotnie się w tej sprawie porozumiewali, w tym za pomocą specjalnie zakupionych i używanych do tego celu telefonów. Sposób organizacji tego przestępstwa, wiodąca rola oskarżonych Ł. i W., wydawanie przez nich poleceń pozostałym, świadczy o tym, że oskarżeni byli w tym czasie czymś więcej niż tylko zwykłą szajką przestępców”.

Prokurator powiedziała, że dopiero po otrzymaniu pisemnego odpisu wyroku, rozważana będzie ewentualna apelacja w tej sprawie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Udana akcja KAS na Podkarpaciu. Ciężarówka pełna nielegalnych papierosów

Funkcjonariusze Krajowej Administracji Skarbowej z Podkarpacia udaremnili przemyt 1,5 miliona sztuk papierosów w belach z papierem. Kontrabanda o wartości ponad 1 mln zł została wykryta podczas kontroli ciężarówki na polsko-ukraińskim przejściu w Korczowej. Jak poinformowała w środę rzeczniczka prasowa Izby Administracji Skarbowej w Rzeszowie st. rachm. Edyta Chabowska, wydobycie papierosów trwało ponad dobę.

Prześwietlali rentgenem

– 38-letni kierowca ukraińskiej ciężarówki przewoził osiem bel z papierem używanym w produkcji tektur. Towar został zgłoszony do procedury tranzytu i miał trafić do odbiorcy w jednym z krajów UE. Funkcjonariusze z oddziału celnego w Korczowej postanowili sprawdzić przewożony ładunek i podjęli decyzję o prześwietleniu ciężarówki urządzeniem RTG, a następnie przeprowadzili rewizję naczepy – dodała.

Podczas kontroli okazało się, że w pięciu belach z papierem znajdują się papierosy bez polskich znaków akcyzy. Jak podkreśliła Chabowska, rozładunek i dotarcie do kontrabandy okazało się bardzo pracochłonne i wymagało dużego wysiłku fizycznego.

Ponad milion złotych

– Każda z bel o wymiarach 2,5 metra na 1,5 metra ważyła 2,5 tony. Funkcjonariusze wykryli w ciężarówce łącznie ponad 1,5 mln sztuk papierosów (76 870 paczek), których rynkową wartość szacuje się na ponad 1 milion zł – powiedziała rzeczniczka.

Wszczęte zostało postępowanie karne skarbowe w sprawie przemytu, w jego ramach zarekwirowany został towar i ciężarówka. Trwa ustalenie skąd pochodziły papierosy i kto miał być ich odbiorcą. Za przemyt takiej ilości papierosów grozi nawet 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Mocne uderzenie CBŚP w narkobiznes. Narkotyki ukryte w chłodni

Narkotyki warte ponad milion zł przechwycili policjanci warszawskiego CBŚP po tym, jak na przy autostradzie A2 na Mazowszu zorganizowali zasadzkę na dwóch gangsterów. Ci umówili się właśnie na sfinalizowanie sprzedaży pół kilograma kokainy. Funkcjonariusze zlikwidowali dwa magazyny z substancjami odurzającymi. Jeden z nich urządzono w samochodzie chłodni, kupionym specjalnie do tego celu.

Do spektakularnej akcji policjantów z Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Narkotykowej CBŚP doszło przed miesiącem, jednak dopiero teraz śledczy zdecydowali się ujawnić tę informację. Z relacji funkcjonariuszy wynikało, że na jednym z parkingów przy autostradzie A2 ma dojść do sfinalizowania dużej transakcji narkotykowej.

Mundurowi od jakiegoś czasu obserwowali 37-letniego Piotra S., jednego z tzw. półhurtowników, zaopatrującego stołeczne grupy przestępcze, głownie w narkotyki syntetyczne. Dzięki inwigilacji wiedzieli, kiedy handlarz przekaże towar kupcowi.

Udana zasadzka

Do transakcji doszło 25 października. Na oczach policjantów z obserwacji do audi A7 podjechało BMW 7. Kierowcy samochodów wymienili się pakunkami. Gdy zamierzali odjechać, zostali otoczeni przez funkcjonariuszy CBŚP. Okazało się, że 37-letni Piotr S. sprzedał o dwa lata młodszemu Łukaszowi S. pół kilograma kokainy. W samochodzie handlarza znaleziono 80 tys. zł.

Kiedy handlarz i jego klient jechali do policyjnego aresztu, policjanci wkroczyli do dwóch magazynów Piotra S. W wynajętym mieszkaniu w miejscowości Granica natrafiono na ok. 2 kg kokainy, 120 g marihuany, 800 g heroiny i 200 g mefedronu oraz kilkanaście tysięcy tabletek ecstasy.

Drugi magazyn był o wiele bardziej zmyślny. Narkotyki – 10 kg amfetaminy oraz 80 litrów i 110 kg chemikaliów służących do produkcji substancji psychotropowych – ukryto w samochodzie chłodni, zaparkowanym kilkanaście kilometrów od pierwszej kryjówki. Łącznie narkotyki przejęte po transakcji i w obu magazynach warte są ponad milion zł.

W Prokuraturze Okręgowej w Warszawie Łukasz S. usłyszał zarzut nabycia pół kilograma kokainy, zaś Piotr S. – sprzedaży takiej ilości substancji oraz magazynowania innych narkotyków w celu ich sprzedaży. Drugi mężczyzna przyznał się do zarzutów i oświadczył, że narkotyki znalezione w miejscowości Granica należały do niego. Obaj trafili do aresztów.
Źródło info i foto: TVP.info