Ofiara gwałciciela pozywa Ministerstwo Sprawiedliwości. Oprawca powinien był siedzieć za kratami

– Gdyby nie wypuścili go na wolność, nie byłabym dzisiaj kaleką, nie budziłabym się z krzykiem każdej nocy – Daria nie umie ukryć emocji, kiedy wraca myślami do tamtego dnia. Jedna decyzja systemu spowodowała, że jej życie zawaliło się i już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

17 stycznia 2016 roku Daria jedzie pociągiem ze Strzelec Opolskich do domu. Jest pewna, że przesiądzie się w Katowicach, ale w okienku na dworcu słyszy, że ten pociąg akurat tam nie dojeżdża. Wysiada więc w Zabrzu. Szuka autobusu, którym dotrze do domu.

Tym samym pociągiem ze Strzelec jedzie też 34-letni Robert K. Proponuje zagubionej 23-trzylatce pomoc.

– Tłumaczył mi, którędy mam pójść. W pewnym momencie powiedział, że podprowadzi mnie na właściwy przystanek – wspomina Daria.

Ale zamiast na przystanek Robert K. prowadzi dziewczynę przed mieszkanie swego brata, a potem krępuje jej ręce i wciąga do środka.

– Zamknął drzwi na klucz, szarpnął mnie i powiedział, że idziemy na układ. Albo sama się rozbieram, albo on mnie pobije i rozbierze – opowiada Daria.

Dziewczyna prosi, by ją wypuścił, chce wrócić do domu. W odpowiedzi Robert K. uderza ją w twarz. Daria nie ma żadnych szans.

– Położył się na mnie i mnie zgwałcił. Chciałam uciec, ale nie mogłam. Po wszystkim zgodził się, żebym zapaliła papierosa. A ja otworzyłam okno i wyskoczyłam. Z pierwszego piętra – opowiada kobieta. – Ratowałam się, jak mogłam.

Nagą i posiniaczoną Darię znajdują na chodniku przechodnie.

– Pamiętam, że najpierw podeszła do mnie jakaś pani, potem zatrzymał się mężczyzna z dwójką dzieci. Maluchy płakały, a on okrył mnie własną kurtką – wspomina.

To ten świadek zezna później, że kobieta wyglądała jak „żywe zombie”. Za chwilę na miejscu jest już policja i pogotowie. Daria trafia do szpitala.

„W pełni sprawna nie będę już nigdy”

Lista obrażeń 23-latki jest długa. Złamanie miednicy, kości łonowej, krzyżowej, pogruchotany kręgosłup.

– To, że nie siedzę po tym wszystkim na wózku, to cud. Ale w pełni sprawna nie będę już nigdy. Nadal mam problemy z chodzeniem, po trzech latach zdiagnozowano u mnie padaczkę na tle nerwowym. Mam dwadzieścia osiem lat i jestem wrakiem człowieka – dodaje Daria.

Policja szybko zatrzymuje Roberta K. w jednym z centrów handlowych. Od razu słyszy dwa zarzuty: zarzut zgwałcenia Darii przy użyciu przemocy i zarzut posiadania narkotyków. Potem dochodzi jeszcze trzeci – naruszenia nietykalności cielesnej policjanta. Robert K. atakuje funkcjonariusza, który doprowadza go do sali przesłuchań.

Nie powinien być na wolności

Szybko okazuje się, że Roberta K. tego dnia w ogóle nie powinno być na wolności. Od sześciu lat odsiaduje bowiem wyrok, między innymi za przestępstwo zgwałcenia. Tego dnia kiedy niszczy życie Darii nie ma go jednak w Zakładzie Karnym w Kluczborku, tylko podróżuje pociągiem ze Strzelec.

Już kilka dni po gwałcie rzecznik Sądu Okręgowego w Opolu tłumaczy mediom, że Robert K. mimo wyroku sprzed sześciu lat przebywał na wolności, bo miał… trzymiesięczną przerwę w odbywaniu kary. Z wnioskiem o jej udzielenie wystąpił naczelnik Zakładu Karnego w Kluczborku. Powód? Sytuacja zdrowotna osadzonego. Robert K. cierpi na jaskrę. Według opinii lekarskiej przebywanie osadzonego w więzieniu mogło zagrażać jego zdrowiu, a nawet życiu. Dlatego mimo negatywnej opinii psychologów 14 grudnia 2015 roku opuścił więzienne mury. Na operację jaskry nigdy jednak nie dotarł. Miesiąc po wyjściu zgwałcił za to Darię.

Linia obrony

Po zatrzymaniu przez policję Robert K. znów trafia na ławę oskarżonych. 20 lutego 2017 roku Sąd Rejonowy w Zabrzu za zgwałcenie Darii skazuje go na łączną karę osiemnastu lat pozbawienia wolności. Sędzia orzeka wobec skazanego także środek zabezpieczający polegający na poddaniu mężczyzny terapii farmakologicznej służącej obniżeniu jego popędu seksualnego.

Robert K. od wyroku się odwołuje. Domaga się uniewinnienia. Twierdzi, że do niczego poszkodowanej nie zmuszał.

– Nie rozumiem, dlaczego ta pani nago wyskoczyła z okna, chyba jej coś odbiło – tłumaczy w apelacji.

Sąd drugiej instancji określa jednak linię obrony przyjętą przez Roberta K. jako nieudolną. Jego samego opisuje w wyroku jako „sprawcę niepoprawnego, wymagającego długoterminowego oddziaływania wychowawczo-resocjalizacyjnego w warunkach izolacji penitencjarnej”.

Sędzia zmniejsza jednak wymiar kary i tym razem wyrok brzmi: trzynaście lat więzienia. Uchylony zostaje też punkt o „kastracji farmakologicznej” mężczyzny.

– To, czego dopuścił się oskarżony, nie było przestępstwem popełnionym w związku z zaburzeniami preferencji seksualnych. Skłonność do agresywnych zachowań seksualnych oskarżonego uwarunkowana jest osobowością dyssocjalną i uzależnieniem od środków psychotropowych – tłumaczy sędzia.

Dla Darii wyrok skazujący jej oprawcę to jednak żadne zwycięstwo. Od początku nie mieści jej się w głowie, co Robert K. robił w pociągu ze Strzelec Opolskich, skoro powinien wtedy siedzieć w więzieniu?

Ziobro powołuje specjalny zespół

Bulwersująca historia wypuszczonego gwałciciela recydywisty od razu trafia do Ministerstwa Sprawiedliwości. Minister Zbigniew Ziobro powołuje specjalny zespół do zbadania tej sprawy.

11 lutego 2016 roku zwołuje konferencję, na której przedstawia ustalenia zespołu.

– Doszło do poważnych zaniedbań w działaniu zarówno dyrekcji Zakładu Karnego w Kluczborku, jak i sądu penitencjarnego – obwieszcza minister Ziobro. – W związku z tym postanowiłem zwrócić się do władz nadzorujących dyrektora Zakładu Karnego w Kluczborku o wyciągnięcie konsekwencji personalnych.

Lecą głowy. Stanowiska tracą dyrektor zakładu karnego i jego zastępca.

Zbigniew Ziobro podkreśla, że jest to bardzo jednoznaczny sygnał, że aktualne kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości nie będzie tolerowało sytuacji, w której „bezrefleksyjne, rutynowe i beztroskie działania wobec groźnych kryminalistów ze strony dyrekcji zakładów karnych mogą powodować zagrożenie dla zdrowia i życia niewinnych ludzi”.

Ziobro deklaruje też zaostrzenie kar dla gwałcicieli i poprawę systemu monitoringu więźniów korzystających z przepustki lub przerwy w odbywaniu kary.

Tymczasem życie Darii już nigdy nie wraca do normy.

– Czas nie leczy ran. To cały czas jest ze mną. Boje się sama wyjść z domu. Kiedy widzę na ulicy człowieka podobnego do Roberta, zaczynam cała się trząść, nie umiem się uspokoić. Tego nie da są zapomnieć – szlocha.

Co dało jej odwołanie dyrektora Zakładu Karnego i zdyscyplinowanie sądu penitencjarnego, który wypuścił w grudniu 2015 roku na wolność Roberta K.?

– Nic. Nigdy nie poczuję ulgi, bo człowiek, który zniszczył mi życie, nigdy nie poczuje tego co ja przeżyłam. On ma ciepło, wszystko opłacone i głodny nie chodzi. A ja? Ja się o wszystko muszę martwić, żeby mieć dach nad głową, żeby mieć za co żyć.

Pięć lat po dramacie kobieta żyje na granicy wegetacji.

– Nie mogę znaleźć pracy. Z zawodu jestem handlowcem, ale nie zatrudnią mnie w żadnym sklepie, bo po złamaniach nie wystoję długo, a o dźwiganiu czegokolwiek mogę zapomnieć. Nawet prawa jazdy nie mogę zrobić, bo padaczka mnie wykluczyła. Czuję się przez to wszystko zdyskwalifikowana z normalnego życia.

List do ministerstwa

Wiosną tego roku kobieta trafia do kancelarii katowickiego prawnika Leszka Krupanka. Ten tydzień później pisze do Ministerstwa Sprawiedliwości list. Pyta wprost: „Czy istnieje możliwość zawarcia ugody ze Skarbem Państwa?”

– System zawinił, to niech system odpowie, także i finansowo. Ale nawet gdyby nie było tu winy systemu, to od czego jest Fundusz Sprawiedliwości, który ma wspomagać ofiary przestępstw? No komu jak nie pani Darii te pieniądze z funduszu się należą? – apeluje Leszek Krupanek.

W imieniu klientki prosi Ministerstwo Sprawiedliwości o 300 000 zł zadośćuczynienia i 1000 zł miesięcznej renty.

Ministerstwo Sprawiedliwości na pismo jednak nie odpowiada. W czerwcu Leszek Krupanek ponawia prośbę o zadośćuczynienie jego klientce. Jakiś czas później dzwoni telefon.

– Radca prawny z ministerstwa. Tłumaczy uprzejmie, że nasze pisma poszły gdzieś wyżej do zaopiniowania i od razu uprzedza mnie, że ministerstwo nie ma pieniędzy na tego typu pomoc. Miałem poczucie, że przekaz brzmi: po co chce pan wkładać kij w mrowisko? – opowiada Leszek Krupanek.

Poza telefonem oficjalnej odpowiedzi nadal brak. W sierpniu tego roku Daria idzie więc do Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia z zawezwaniem do próby ugodowej.

W ubiegły piątek do Darii przychodzi pismo z sądu.

– Poinformowali nas, że odpis naszego zawezwania trafił do Ministerstwa Sprawiedliwości, ale jednocześnie z uwagi na epidemię COVID-19 sąd nie wyznacza terminu posiedzenia pojednawczego w sprawie – Leszek Krupanek rozkłada ręce.

W piśmie czytamy: „termin posiedzenia pojednawczego zostanie wyznaczony tylko i wyłącznie wtedy, gdy przeciwnik wyrazi pisemną wolą zawarcia ugody w sprawie. W przeciwnym razie sprawa zostanie zakreślona w repetytorium jako zakończona bez zawarcia ugody”.
Źródło info i foto: interia.pl

Zaginęła 23-letnia Karolina Puławska

Policjanci z KRP Warszawa VII poszukują zaginionej 23-letniej Karoliny Puławskiej. Kobieta 19 maja wyszła z domu i do chwili obecnej nie powróciła do miejsca zamieszkania i nie nawiązała kontaktu z nikim z bliskich. Kobieta ma 164 cm wzrostu, sylwetka szczupła, oczy piwne, jasne, włosy blond, często związane w kucyk, nos normalny, uszy przylegające, uzębienie pełne.

W chwili zaginięcia ubrana była w: czarną kurtkę, niebieskie spodnie jeansowe, czarne sportowe buty z białymi paskami, na głowie miała bordową czapkę z daszkiem. Znaki szczególne: w lewej dolnej części brzucha znamię o wielkości około 4 cm.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Francja: Oburzenie po tragicznej śmierci 23-latki. Kierowca po potrąceniu ciągnął ją przez 800 metrów

Sprawa śmiertelnego potrącenia 23-letniej Axelle Dorier oburzyła francuską opinię publiczną. Po uderzeniu kobieta była wleczona przez samochód przez kolejne 800 metrów. Do tragicznego zdarzenia doszło w niedzielę w Lyonie. Axelle Dorier została potrącona przez samochód, a następnie była wleczona za samochodem przez 800 metrów. Ani 21-letni kierowca auta, ani o dwa lata młodszy pasażer nie udzielili jej pomocy.

Jak czytamy w „Le Figaro”, kierowca został aresztowany. Postawiono mu zarzut umyślnego spowodowania śmierci. 19-letni pasażer znajduje się pod nadzorem sądu, prokuratura przedstawiła mu zarzut „nieudzielenia pomocy osobie w niebezpieczeństwie”. Obaj mężczyźni przyznają, że kobieta została potrącona, ale przekonują, że nie zdawali sobie sprawy z tego, iż ciągnęli ją za sobą. Badania nie wykazały alkoholu we krwi zarówno kierowcy, jak i pasażera.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Niemcy: 23-letnia Polka upozorowała swoje porwanie

Niemiecka policja otrzymała wiadomość z Polski, że 23-letnia kobieta mogła zostać porwana. W piątek odbyło się przeszukanie domów w Nauen (Brandenburgia). Mundurowi przed jednym z budynków spotkali kobietę spacerującą z psem – jak się okazało była nią Polka, która sfingowała swoje zniknięcie – informuje serwis rbb24.

Polskie służby przekazały do Departamentu Policji Zachodniej Brandenburgii wiadomość, że 23-latka z Polski mogła paść ofiarą porwania. Poszukiwania zaczęto jeszcze w piątek.

„Porwana” spacerowała z psem

Z ustaleń wynikało, że kobieta może przebywać na terenie miasta Nauen. Zlokalizowano miejsce, gdzie rzekomo miała być przetrzymywana – poinformowała w poniedziałek niemiecka policja.

Tamtejsze służby wezwały nawet do przeszukania domów jednostkę Brandenburskiego Dowództwa Operacji Specjalnych (SEK). Funkcjonariusze nie odnaleźli jednak kobiety w budynku. Jak się okazało, 23-latka była nieopodal – na zewnątrz. Mundurowi spotkali Polkę w momencie, kiedy spacerowała z psem.

Upozorowała swoje porwanie

Niemieckie służby podejrzewały, że kobieta upozorowała swoje porwanie. 23-latka została tymczasowo aresztowana. W mieszkaniu, gdzie przebywała, odnaleziono dowody, które mają świadczyć o tym, że cały incydent był przez nią dokładnie przygotowany – jak podała rzeczniczka policji.

Co więcej, 23-latka podczas przesłuchania przyznała się do tego, że sama wymyśliła plan, związany ze swoim zniknięciem. Na polecenie prokuratora kobieta została zwolniona z aresztu. Funkcjonariusze nadal prowadzą dochodzenie ws. sfingowania przez nią porwania oraz próby wymuszenia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zabójstwo w Nowym Dworze Gdańskim. Oprawca interesował się okultyzmem, kanibalizmem

23-letnia Paulina zginęła z rąk swojego byłego chłopaka. Patryk D. ściągnął ją do Nowego Dworu Gdańskiego i udusił, a następnie poćwiartował jej ciało i zakopał w różnych miejscach. Prawdę ukrywał przez dwa miesiące. – Ktoś mówił, że częściowo ściągnął z niej skórę, że pocięta była, że włożył w worki, gdzieś pozakopywał. Głowy nie mogli znaleźć – rozpacza matka Pauliny. Reportaż „Interwencji”.

Paulina Pianka miała 23 lata. Pochodziła z Balik – niewielkiej wsi koło Łomży w Podlaskiem. Wychowała się w rolniczej rodzinie, ale zawsze marzyła o tym, aby zamieszkać w mieście. Kilka lat temu przez internet poznała chłopaka z Pomorza, mieszkańca Nowego Dworu Gdańskiego – Patryka D.

– My już mieliśmy tyle tych telewizji, tyle wszystkiego, ja naprawdę nie mam ochoty rozmawiać. Proszę mnie nie kamerować – mówi ojciec Patryka D. reporterom „Interwencji”.

„Chciał do jakiegoś bractwa rycerskiego należeć”

– Przyjeżdżając tutaj był normalnym chłopakiem. Widać było, że byli zadowoleni, szczęśliwi, razem chodzili nad rzekę, na spacery… Zbierał jakieś takie te bronie, miecze, siekiery. Chciał do jakiegoś bractwa rycerskiego należeć. Jedną rzeczą, co powiedzmy tak odpychało Paulę od niego, to było, że chodząc na te spacery rozcinał żaby. Po prostu chlast i ta żaba się rozcinała. Nie robiło to na nim żadnego wrażenia – opowiada Ewa Pianka, matka zamordowanej Pauliny.

– To był chłopak taki, który stronił gdzieś tam od znajomości, który nie miał jakichś tam szczególnych kontaktów ze swoimi rówieśnikami. Jest jeszcze profil na Pintereście. Mamy tu takie „ciekawe” obrazki: wojowników, miecze, kryształy… Rzeczy związane z okultyzmem, kanibalizmem – mówi Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Świadkowie twierdzą, że Patryk starał się kontrolować Paulinę, nawet na odległość, ale ona zdawała sobie z tego sprawę.

– Bez przerwy było pisane, on wiedział wszystko. A czy najadłaś się, a czy się ubrałaś – wiedział wszystko. Wiedział dokładnie, gdzie jest i co robi – opowiada Ewa Pianka, matka Pauliny w rozmowie z „Interwencją”.

Nie pogodził się z odejściem Pauliny

Wiosną zeszłego roku Paulina zerwała z Patrykiem. Kilka miesięcy później wyprowadziła się też z rodzinnego domu. Wyjechała do Warszawy. Razem z koleżanką wynajęła mieszkanie na Białołęce. Patryk nigdy nie pogodził się jednak z tym, że dziewczyna postanowiła od niego odejść.

– Od czerwca radykalnie zmienił swoje zachowanie w stosunku do niej, chciał żeby ona mu znowu zaufała, żeby do niego wróciła – twierdzi Anita Suchińska Miszczuk, administratorka strony „Gdziekolwiek jesteś” na Facebooku.

– Ona próbowała sobie ułożyć życie w tej Warszawie, spotkała jakiegoś chłopaka, który ją zawiódł… i to było chyba na chwilę przed tym, jak ona tutaj przyjechała – relacjonuje Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

– Uważam, że przyjechał po nią z Gdańska, zawiózł na wieś i zamordował tam. Tej samej nocy – dodaje Krzysztof Pianka, ojciec Pauliny.

Zniknęła po sprzeczce ze współlokatorką

Jest 7 marca tego roku. Wieczorem pomiędzy Pauliną a jej współlokatorką dochodzi do sprzeczki. Paulina pakuje kilka ubrań i w pośpiechu wychodzi z domu. Chwilę później… po prostu znika.

– Była widziana w Nowym Dworze Gdańskim, służby też ustaliły, że ona tutaj była… Szła z walizką w towarzystwie Patryka – mówi Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Ewa Pianka cytuje ostatniego SMS-a, którego otrzymała 8 marca tuż przed godziną 18.

„Mieszkanie mamy na teraz, chcę trochę czasu dla siebie. Byłabym wdzięczna za jakieś dwa miesiące bez kontaktu”.

Rodzice Pauliny uważają, że to nie ich córka wysłała tę wiadomość, a Patryk. Ten relacjonuje policji, że spotkał się z dziewczyną, ale rozstali się w lesie.

Morderca „pękł” po dwóch miesiącach

– Nie ma ciała, sprawca się nie przyznaje, więc podejrzewam, że policjanci nie mogą zrobić nic więcej. Mogą tylko czekać, mogą wyjaśniać jakieś tam okoliczności, czekać, aż popełni błąd albo ewentualnie coś gdzieś wypłynie – komentuje Edyta Kozakiewicz z portalu zulawytv.pl.

Poszukiwania Pauliny trwały dwa miesiące. 30 kwietnia w sprawie nastąpił nieoczekiwany przełom. W rozmowie z policjantami Patryk pękł. Przyznał się do zamordowania Pauliny. Pokazał też miejsce, w którym ukrył jej szczątki.

– Powiedzieli, że znaleźli zwłoki, prawdopodobnie naszej córki i nie będziemy mogli tego zobaczyć osobiście, za bardzo zmasakrowane. Były ukryte w promieniu jednego kilometra. Po prostu szedł, co jakiś czas wykopał dół i wkładał następną część. To miało być zabójstwo doskonałe. Tak powiedział policji – mówi Krzysztof Pianka, tata Pauliny.

– Udusił ją, ktoś mówił, że częściowo skórę z niej ściągnął, że pocięta była, że włożył w worki, gdzieś pozakopywał. Głowy nie mogli znaleźć – rozpacza mama Pauliny.

– Nie mogę tego w tej chwili potwierdzić ani zaprzeczyć temu, natomiast… Nie dementuję, ale… nie chcę powodować, że po mojej wypowiedzi pojawią się jakieś kolejne informacje – odpowiada Mariusz Duszyński z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

„Mógłby chcieć spróbować jeszcze raz”

– Być może nagrywał, bo chciał mieć z tego zabójstwa pamiątkę, która będzie mu potem służyła do przeżywania na nowo aktu morderstwa. Uważam, że gdyby pozostał na wolności, mógłby chcieć je powtórzyć za jakiś czas – komentuje Łukasz Wroński z Centrum Psychologii Kryminalnej.

Patryk D. został aresztowany na trzy miesiące. Za zamordowanie Pauliny grozi mu dożywocie. Wcześniej najprawdopodobniej trafi jednak na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Tam biegli zadecydują, czy dwudziestolatek kiedykolwiek odpowie za swoją zbrodnię.

– Sprawca, który popełnił tego typu zbrodnię i miało to związek z jego fantazjami, po wyjściu, nawet po 25 latach, może dalej popełniać tego typu zbrodnie – uważa Łukasz Wroński z Centrum Psychologii Kryminalnej.

– Jeżeli wyjdziesz stamtąd… pod jakimkolwiek pozorem… zrobię to samo, co ty z moją córką. Pamiętaj o tym – dodaje Krzysztof Pianka, ojciec zamordowanej Pauliny.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Poćwiartowana w Piotrowie kobieta to zaginiona Paulina. Są wyniki badań DNA

Ta zbrodnia wstrząsnęła całą Polską i zapisze się w historii jako jeden z najokrutniejszych mordów w historii naszego kraju. Na początku maja w Piotrowie na Pomorzu znaleziono poćwiartowane zwłoki młodej dziewczyny. Śledczy od początku podejrzewali, że to zaginiona Paulina (†23 l.). Prokuratura ma już wyniki badań DNA, które potwierdziły tożsamość ofiary.

– Potwierdzam, że badania DNA wykazały, iż ofiarą morderstwa padła 23-latka, która była wcześniej poszukiwana – mówi prok. Grażyna Wawryniuk z prokuratury okręgowej w Gdańsku.

To Paulina spod Łomży, która zaginęła 8 marca. Dziewczyna przyjechała na Pomorze, by spotkać się ze swoim byłym chłopakiem, Patrykiem D. (20 l.). W jego ramionach nie znalazła jednak ukojenia. Morderca zgotował jej straszliwy koniec…

Patryk D. z zimną krwią zabił Paulinę, potem obdarł ją ze skóry i poćwiartował, a szczątki poukrywał na przestrzeni ponad kilometra. Śledczy kompletowali je przez dwie doby. Mężczyzna został zatrzymany i przyznał się do winy. Grozi mu nawet dożywotnie więzienie.

Od dziecka fascynował się śmiercią

Fakt dotarł do znajomych okrutnego mordercy. Ci nie mają wątpliwości, że chłopak od dziecka fascynował się złem. – Był dziwny, stronił od towarzystwa, zerknijcie na jego konto w internecie, na którym gromadził zdjęcia i rysunki. Są potworne, niemal wszystkie dotyczą śmierci. Pierwsze wrzucił, mając 9 lat – opowiada znajoma Patryka, która prosi o anonimowość.

Nie tylko ona to zaobserwowała. – Chodziłem z nim do szkoły, ubierał się na czarno, nocą szlajał się po lasach. Słyszałem, że ćwiartowanie zwłok ćwiczył na zwierzętach – mówi wstrząśnięty kolega chłopaka. – Widziałem te rysunki i zdjęcia. To makabra. Jak można fascynować się obrazkiem przedstawiającym obdartą ze skóry kobietę?

Ich miłość karmiła się mrokiem

Okazuje się, że oboje – i Paulina, i jej zabójca – fascynowali się horrorami, śmiercią, okultyzmem, czarownicami. Takie zdjęcia znaleźliśmy na ich profilach w internecie. Oprócz zakrwawionych ludzkich ciał były tam też obrazy związane z kanibalizmem.

– Na jednym z kont obserwowanych przez Paulinę można znaleźć zdjęcia przedstawiające jedzenie ludzkiego mięsa – mówi jeden ze znajomych dziewczyny.

Ale to nie wszystko. Sama Paulina umieściła w internecie obrazek przedstawiający ciało człowieka podzielone na różne części, a każda z nich jest opisana pod kątem… walorów smakowych…
Źródło info i foto: Fakt.pl

W Indiach przeprowadzono egzekucję gwałcicieli i zabójców 23-letniej studentki

W więzieniu w Delhi stracono czterech mężczyzn skazanych na śmierć za zgwałcenie i zabójstwo ponad siedem lat temu 23-letniej studentki – poinformowały władze więzienne. Śmierć Jyoti Singh wywołała protesty w całych Indiach i zszokowała świat. W grudniu 2012 r. Jyoti Singh, studentka medycyny, i jej kolega po wyjściu z kina wsiedli do prywatnego autobusu, chcąc wrócić do domu.

Zostali jednak zaatakowani przez grupę pijanych mężczyzn. Podczas jazdy ulicami Delhi napastnicy brutalnie pobili swe ofiary, a dziewczynę także zgwałcili.

Zmasakrowaną Jyoti Singh i jej kolegę wyrzucono z autobusu w okolicy delhijskiego lotniska. Sprawców szybko ujęto. Studentka zmarła po niespełna dwóch tygodniach na skutek odniesionych ran.
Źródło info i foto: TVP.info

26-latek znęcał się nad 4-miesięczną dziewczynką

Zarzuty: usiłowania zabójstwa 4-miesięcznej dziewczynki, znęcanie się nad nią ze szczególnym okrucieństwem i spowodowania obrażeń – postawiła we wtorek jej ojcu łódzka prokuratura. Poinformował o tym rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania. 26-letni mężczyzna podejrzany jest również o znęcanie się nad 23-letnią matką dziewczynki. Może grozić mu kara dożywotniego więzienia.

W niedzielę późnym wieczorem do szpitala przy ul. Spornej w Łodzi zgłosiła się 23–letnia kobieta wraz z 4–miesięczną córką, na głowie której były siniaki. Wraz z nią był 26–letni ojciec dziewczynki.

Z relacji kobiety wynikało, że do powstania obrażeń doszło prawdopodobnie w czasie, gdy była w pracy, a niemowlęciem zajmował się ojciec. Ten natomiast przekazywał rozbieżne informacje, co do okoliczności, w których mogło dojść do urazu.

Szpital powiadomił policję, mężczyzna został zatrzymany. Po przeprowadzonych konsultacjach ustalono, że u dziewczynki doszło także do złamania żebra i powstania krwiaka głowy.

Okazało się, że kilka dni wcześniej dziecko także trafiło do szpitala z pękniętą kością czaszki. Opiekujący się w tym czasie dziewczynką ojciec powiedział, że dziecko w nocy spadło na podłogę. – Wobec rodzaju stwierdzonych obrażeń i braku wcześniejszych sygnałów o stosowaniu przemocy nie sposób było wówczas kwestionować, okoliczności podawanych przez mężczyznę – mówi Kopania.

O sytuacji szpital powiadomił pracownika socjalnego. Po kilku dniach niemowlę wypisane zostało do domu. W niedzielę, kiedy mężczyzna znowu opiekował się córką, pojawiły się u niej kolejne obrażenia. Dziecko ponownie trafiło do szpitala na ul. Sporną, a później zostało przewieziono do Centrum Zdrowia Matki Polki.

Według prokuratury, kobieta mogła od kilku miesięcy również być ofiarą przemocy psychicznej i fizycznej ze strony 26–latka. Od około miesiąca zamieszkiwali oddzielnie, a mężczyzna okresowo zajmował się córką.

We wtorek śledczy przedstawili 26-latkowi zarzuty: usiłowania zabójstwa 4-miesięcznej dziewczynki, znęcanie się nad nią ze szczególnym okrucieństwem i spowodowania obrażeń oraz znęcanie się nad matką dziecka. W środę prokuratura planuje skierować do sądu wniosek o jego areszt.
Źródło info i foto: Fakt.pl

USA: Udusiła 58-letnią matkę, ciało schowała w piwnicy. Systematycznie pozbywała się pociętych zwłok

23-letnia Amara J. Lundy za pomocą kabla najpierw udusiła swoją 58-letnią matkę, a następnie zaciągnęła jej ciało do piwnicy. Po tygodniu zaczęła ciąć zwłoki za pomocą noża i piły, by następnie wyrzucić fragmenty do kilkunastu koszy na śmieci – ustaliła policja z amerykańskiej Olimpii w stanie Waszyngton. Kobieta przyznała się do zarzutów i ujawniła powody popełnienia zbrodni.

58-letnia Susan Lundy mieszkała wraz córką przy Division Street w Olimpii. Koleżanki kobiety zgłosiły jej zaginięcie 6 lipca – miesiąc po tym, jak kontaktowały się z nią ostatni raz.

Podczas przeszukania mieszkania zaginionej kobiety policjanci poczuli mocny zapach wybielacza. Znaleźli również duży kontener na odpady i nowy zamek w drzwiach do piwnicy. 23-letnia Amara w rozmowie z policjantami zapewniła, że jej matka wyjechała na pole namiotowe, a następnie wyprowadziła się do domu swojego męża, mieszkającego w innym stanie.

„Matka błagała, żebym przestała”

W ostatni poniedziałek na policję zgłosił się mąż zaginionej kobiety, który przekazał, że córka chciałaby wyjawić prawdę o zaginięciu matki. Podczas przesłuchania Lundy przyznała się do zabójstwa. Jak wyjaśniła, w pewnym momencie „miała dość zachowania swojej matki” i stwierdziła, że „świat będzie lepszym miejscem bez niej”. 23-latka udusiła Susan Lundy kablem.

– Matka błagała mnie żebym przestała, ale w tamtym momencie czułam, że jedyne co mogę zrobić, to dokończyć to, co zaczęłam. W pewnym momencie przestała się wiercić – powiedziała Amara podczas przesłuchania.

Za pomocą koca kobieta zaciągnęła ciało do piwnicy. Dopiero po tygodniu przystąpiła do rozczłonkowywania zwłok za pomocą dużego kuchennego noża i piły.

Próbowała zmylić policjantów

Każdy fragment ciała swojej matki Amara wyrzucała do innego kosza na śmieci na osiedlu. W tuszowaniu zbrodni miał pomagać chłopak 23-latki. Kobieta wskazała dokładnie, w których miejscach porzucili szczątki.

„Próbowała zmylić śledczych, pokonując duże odległości z telefonem swojej matki, który następnie zniszczyła i wyrzuciła do śmieci” – poinformowano w policyjnym komunikacie.

Amara Lundy do tej pory nie miała kłopotów z prawem. Teraz zostanie oskarżona o zabójstwo pierwszego stopnia. Policja przesłuchała chłopaka 23-latki, ale mężczyzna nie został aresztowany. Trwa śledztwo.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Bestialska zbrodnia w Lubaniu. Naćpany szwagier zabił siekierą 23-latkę

Do przerażających scen doszło w piątek wieczorem w Lubaniu (woj. dolnośląskie). 22-letni Adrian Z. zaatakował swojego brata Daniela (34 l.) i jego partnerkę Annę (23 l.). Brata dźgnął nożem, a biedną dziewczynę zarąbał na śmierć siekierą. Nie baczył na to, zaledwie przed miesiącem urodziła dziecko!

Co wstąpiło w Adriana? Takie pytanie zadaje sobie cały Lubań. Wiele osób twierdzi, że zna odpowiedź: mężczyzna często brał dopalacze, a niedawno leczył się psychiatrycznie. Od środków odurzających podobno jest uzależniony. W piątek, jak twierdzą znajomi tego zwyrodnialca, poszedł do brata pożyczyć pieniądze. Daniel wraz z Anną byli w domu, zajmowali się swoim dzieckiem, które przyszło na świat 6 czerwca.

Najpewniej pomiędzy mężczyznami doszło do kłótni, bo Daniel nie chciał dać bratu pieniędzy na narkotyki. Wtedy Adrian wpadł w szał. Wyciągnął nóż i zaatakował brata. Zadał mu ciosy nożem, na szczęście ranny Daniel uciekł do sąsiada. Adrian był jednak zaślepiony żądzą krwi. Chwycił siekierę i zaczął rąbać drzwi! Chciał dopaść Daniela i skończyć to, co zaczął.

Tymczasem na klatce schodowej pojawiła się Anna. Być może chciała uspokoić szaleńca. Niestety, zwyrodnialec postanowił ją zabić. Zaczął rąbać siekierą przerażoną kobietę! Anna nie miała żadnej szansy na przeżycie. Została potwornie zmasakrowana.

Po chwili przyjechała policja i obezwładniła mężczyznę. Daniel trafił do szpitala. – Stan mężczyzny jest teraz stabilny, jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo – mówi Magdalena Juźwicka, rzeczniczka lubańskiej policji.

Miesięczny maluszek trafił na wszelki wypadek na obserwację do szpitala. Niestety, nigdy już nie zobaczy swojej mamy, zamordowanej przez wujka. A ten może do końca swoich dni nie wyjść z więzienia. Za brutalny mord i usiłowanie zabójstwa grozi mu bowiem dożywocie.
Źródło info i foto: se.pl