Pojawiły się nowe fakty ws. śmierci Bartosza S. Wyciekła treść policyjnej notatki

Ciąg dalszy kontrowersji w związku ze śmiercią Bartka S., do której doszło po interwencji policji na początku sierpnia w Lubinie. Policjantka biorąca udział w akcji twierdzi, że 34-latek żył, gdy trafiał do karetki pogotowia. Ujawniono notatkę służbową w tej sprawie. W poniedziałek RMF FM przedstawił treść policyjnej notatki, jaką sporządziła funkcjonariuszka lubińskiej policji, biorąca udział w feralnej interwencji na ul. Traugutta. To właśnie tam 6 sierpnia 2021 roku zmarł 34-letni Bartek S.

Serwis internetowy RMF FM przytacza treść notatki. Policjantka twierdzi, że mężczyzna żył, gdy oddawano go ratownikom medycznym. Miał oddychać, a jego klatka piersiowa „wyraźnie się unosiła, a serce biło”.

W swojej notatce policjantka z Lubina podkreśliła, że ratownicy z pogotowia ratunkowego poprosili jednego z funkcjonariuszy, by towarzyszył im w ambulansie podczas transportu do szpitala. Miało to być zabezpieczenie na wypadek, gdyby Bartek S. znów stał się agresywny. Przeczy to tezie medyków, jakoby mężczyzna już w momencie wkładania do karetki był nieżywy.

Z notatki policjantki wynika też, że ratownicy nie podłączyli Bartka S. do żadnej aparatury, ani nie monitorowali jego funkcji życiowych. Nie otrzymał on też żadnych leków.

Załoga pogotowia nie zgłosiła też szpitalowi, że wiezie pacjenta na SOR, a w samochodzie nie włączono sygnałów świetlnych i dźwiękowych. Policjantka odnotowała też, że w karetce ratowniczka przykryła twarz lubinianina dużą ilością chusteczek. „Co ty zrobiłaś, przecież on nie oddycha” – miał powiedzieć do niej kierowca karetki po tym, jak pojazd dojechał do szpitala w Lubinie i szykowano się do wyciągnięcia noszy.

Lubin. Wyciekły również nagrania ratowników

W poniedziałek do sieci wyciekły też nagrania rozmów, jakie prowadzono w karetce pogotowia po dotarciu na miejsce policyjnej interwencji. Opublikował je portal Onet. – W jakim celu wy go wzięliście do karetki, jeżeli okazało się, że pacjent nie żyje – słychać w pewnym momencie na opublikowanym materiale.

– No bo on jeszcze był w kajdankach i trzeba było go wziąć, żeby wszystkie tam parametry, bo na tym deszczu na ulicy nie mieliśmy co badać – odpowiedziała dyspozytorce ratowniczka biorąca udział w akcji.

Sprawę śmierci Bartka S. wyjaśnia Prokuratura Okręgowa w Łodzi. Policja z Lubina podjęła interwencję 6 sierpnia po tym, jak otrzymała telefon od matki mężczyzny. Kobieta podkreśliła przez telefon, że jej syn ma problemy z narkotykami i może znajdować się pod jej wpływem. Mundurowi mieli problem z okiełznaniem 34-latka i zastosowali względem niego chwyty obezwładniające. Na nagraniach opublikowanych w internecie widać m.in., jak dociskają go kolanami do ziemi.

Z ostatnich danych podanych przez śledczych wynika, że w organizmie Bartka S. znajdowało się sporo narkotyków oraz leków psychotropowych.
Źródło info i foto: wp.pl

Lubin: Śmierć 34-letniego Bartosza S. Onet ujawnia rozmowy policji i ratowników. „To ty masz te zwłoki?”

– To już trzecie zwłoki przywozicie w tym tygodniu, SOR nie jest od stwierdzenia zgonów – takie słowa skierował lekarz do ratowników, którzy przywieźli Bartosza S. na pogotowie. Z nagrań ujawnionych przez Onet wynika, że mężczyzna nie żył, gdy zabierali go ratownicy. Przeczy to wersji policji, która twierdzi, że gdy funkcjonariusze przekazywali go medykom, u Bartka był wyczuwalny oddech i tętno.

6 sierpnia 34-letni Bartek Sokołowski umiera w czasie lub tuż po interwencji policji w Lubienie. Wersja ratowników medycznych od początku rozbiega się z relacją policji. Rodzina oskarża funkcjonariuszy o złamanie krtani Sokołowskiego, co miało doprowadzić do jego śmierci.

Do sieci trafiają coraz to nowe nagrania z interwencji. Pod koniec sierpnia pełnomocnicy rodziny Bartosza S. zaprezentowali niepublikowane dotąd nagranie, na którym w dużym przybliżeniu widać interwencję lubińskich policjantów. Jedno z ujęć wygląda tak, jakby policjant przyciskał kolanem do ziemi głowę albo szyję obezwładnianego mężczyzny. Na materiale widać, jak mężczyzna przestaje się ruszać, lecz ani policja, ani ratownicy, którzy chwilę później przyjeżdżają na miejsce, nie podejmują się jego reanimacji.

W poniedziałek Onet opublikował nagrania z karetki. Z zapisu rozmów wynika, że mężczyzna nie żył, gdy zabierali go ratownicy. Przeczy to wersji policji, która twierdzi, że gdy funkcjonariusze przekazywali go medykom, u Bartka był wyczuwalny oddech i tętno.

„To ty masz te zwłoki na pokładzie?”

Pierwsze z ujawnionych nagrań przedstawia rozmowę dyżurnego policji z dyspozytorką pogotowia. Z zapisu rozmowy wynika, że policjant nie był pewien, czy Bartosz jest przytomny. – Przed chwilą mi zgłosił patrol, że odpłynął, ale słyszę, że znowu krzyczy, więc chyba oprzytomniał – powiedział funkcjonariusz.

Drugie nagranie to rozmowy między ratowniczką medyczną a dyspozytorami, jakie były prowadzone już z miejsca zdarzenia. „Wynika z nich, że ratownicy zabrali do karetki zwłoki Bartka, a później nie za bardzo wiedzieli, kto ma stwierdzić zgon i gdzie mają przewieźć ciało” – podaje Onet.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

34-letni ksiądz oskarżony o wykorzystanie seksualne 13-latki

Prokuratura oskarżyła wikariusza, który kilka lat temu na terenie parafii w Koniecpolu miał wykorzystać seksualnie 13-letnią dziewczynkę. 34-letni duchowny nie przyznał się do winy. Grozi mu kara od 2 do nawet 12 lat więzienia. O skierowaniu przez Prokuraturę Rejonową w Myszkowie aktu oskarżenia w tej sprawie poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Częstochowie Tomasz Ozimek. Sprawą zajmie się sąd w Myszkowie.

Śledztwo w tej sprawie zostało wszczęte po zawiadomieniu o przestępstwie, złożonym w czerwcu 2019 r. do prokuratury w Kielcach przez delegata tamtejszego biskupa ds. ochrony dzieci i młodzieży. Z treści pisma wynikało, że do przestępstwa doszło na terenie parafii w Koniecpolu, dlatego sprawę przekazano do prokuratury w Myszkowie.

Na wniosek prokuratora Sąd Rejonowy w Myszkowie przesłuchał małoletnią z udziałem biegłego psychologa, który w wydanej opinii zeznał, że jej zeznania są szczere i pozbawione skłonności do konfabulacji – powiedział prok. Ozimek. 34-letni duchowny usłyszał dwa zarzuty: „doprowadzenia jesienią 2013 r. trzynastoletniej wówczas dziewczynki do obcowania płciowego i poddania się tzw. innej czynności seksualnej”.

Podejrzany podczas śledztwa nie przyznał się do winy. Prokuratura z uwagi na charakter sprawy nie ujawnia treści jego wyjaśnień. Biegli psychiatrzy i seksuolog, którzy badali podejrzanego uznali, że ksiądz był poczytalny. Sąd odrzucił wniosek o aresztowanie, a podejrzany jest pod dozorem policji.

Księdzu może grozić kara od 2 do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Warszawa: Akt oskarżenia przeciwko Łukaszowi B. Twierdzi, że zamordował dziennikarza, bo usłyszał diabła

Do Sądu Okręgowego w Warszawie skierowano akt oskarżenia przeciwko 34-letniemu Łukaszowi B. Mężczyzna odpowie za zabójstwo dziennikarza Krzysztofa Leskiego. Jak twierdzi, zrobił to, bo usłyszał diabła. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Aleksandra Skrzyniarz poinformowała, że śledztwo zostało zakończone 18 września skierowaniem aktu oskarżenia do sądu. Łukasz B. oskarżony jest o dokonanie zabójstwa Krzysztofa Leskiego oraz o przywłaszczenie należących do pokrzywdzonego przedmiotów, w tym telefonu, rzeczy osobistych i pieniędzy w kwocie około tysiąca złotych – powiedziała.

34-latek sam oddał się w ręce policji

6 stycznia Łukasz B. zgłosił się do funkcjonariuszy policji patrolujących Rynek Główny w Krakowie i oświadczył, że w noc sylwestrową pozbawił życia znanego dziennikarza. Ciało Leskiego ujawniono tego samego dnia. Jak ustalono, Łukasz B. zadał Leskiemu jeden cios, najprawdopodobniej wtedy, gdy pokrzywdzony już spał. Ciało dziennikarza zostało znalezione w łóżku. Na miejscu zbrodni sprawca zostawił kuchenny nóż, na którym ujawniono jego ślady biologiczne.

Po zabójstwie Łukasz B. wyniósł z domu Leskiego kilka rzeczy, ukradł jego kartę płatniczą i – jak wyjaśniał – bez celu podróżował po kraju. Był w tym czasie w Szczecinku, Gdańsku, Częstochowie i w końcu w Krakowie, gdzie zgłosił się na policję. Mężczyzna od tamtej pory przebywa w areszcie śledczym.

W toku śledztwa sprawca był kilkukrotnie przesłuchiwany. Nie kwestionował swojej winy. Oficjalnie odmawiał składania wyjaśnień, ale w jednym z protokołów odnotowano stwierdzenie, że do podcięcia gardła Krzysztofowi Leskiemu zmusił go diabeł. Biegli psychiatrzy nie mieli jednak wątpliwości co do poczytalności Łukasza B. Za zabójstwo grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Sprawca i ofiara poznali się w szpitalu

Prokuratura ustaliła, że 34-latek i Krzysztof Leski poznali się jesienią 2019 roku w szpitalu, gdzie dziennikarz się leczył. To właśnie wtedy Leski miał zaproponować podejrzanemu możliwość zamieszkania w swoim domu. Mężczyzna, którego dziennikarz zaprosił pod swój dach, utrzymywał się z prac dorywczych. Nie miał, gdzie mieszkać. Był wielokrotnie karany za kradzieże.

Jedna z przyjaciółek ofiary powiedziała śledczym, że Krzysztof Leski „nie bał się zapraszać do siebie ludzi z ulicy”, bo był bardzo ufny. Otwartości na ludzi miały go nauczyć zagraniczne podróże, gdzie często korzystał z tzw. couchsurfingu, czyli zakwaterowania u obcych osób w ich mieszkaniu.

„Odzyskałem wiarę w sens życia”

Na kilka godzin przed śmiercią Leski napisał na swoim blogu, że „to nie był aż tak zły rok. Odzyskałem wiarę w sens życia będącego czymś więcej niż codzienna wegetacja” – można przeczytać na www.leskipedia.xyz. „Jaki był Twój 2019? Nie wiem. Życzę Tobie i sobie, by był wspaniały” – napisał dziennikarz.

Kim był Krzysztof Leski?

Krzysztof Leski karierę dziennikarską rozpoczął na początku lat 80. w prasie Niezależnego Zrzeszenia Studentów, a potem Agencji Solidarność. W stanie wojennym był internowany. Po 1989 r. publikował w „Gazecie Wyborczej”, później przez wiele lat współpracował w TVP, gdzie prowadził m.in. „Wiadomości”.

Leski był także korespondentem „The Daily Telegraph” i BBC. Publikował też m.in. we „Wprost”, „Polityce” i „Press”.

Był synem Kazimierza Leskiego, pseudonim „Bradl”, żołnierza Armii Krajowej i uczestnika Powstania Warszawskiego. Spoczął na warszawskich Powązkach.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Policjanci siłą wyciągnęli pijanego kierowcę z ciężarówki

Policjanci ze Świebodzina zatrzymali na autostradzie A2 34-letniego obywatela Ukrainy, który mając 2,7 promila alkoholu w organizmie kierował wielotonową ciężarówką, a chcąc uniknąć kontroli uszkodził inne zestawy ciężarowe. Do tego nie chciał wyjść z kabiny, z której w końcu został wyciągnięty siłą.

Jak poinformował w piątek Marcin Ruciński z Komendy Powiatowej Policji w Świebodzinie, mężczyźnie grozi kara więzienia i dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na terenie Polski.

„Przedstawiono mu zarzuty kierowania pojazdem w stanie nietrzeźwości, niezatrzymania się do kontroli drogowej, oraz kradzieży z włamaniem. Okazało się, że 34-latek w trakcie jazdy pił alkohol skradziony z naczepy ciężarówki, którą prowadził” – powiedział policjant.

Do tej niebezpiecznej sytuacji doszło we wtorek (7 lipca br.). Do świebodzińskiej komendy wpłynęło zgłoszenie o kierowcy ciężarówki, który na autostradzie A2 jedzie środkiem jezdni, zajmując oba pasy. Na miejsce skierowano patrol z sekcji zabezpieczenia autostrady i z posterunku w Zbąszynku, który ustawił się przy MOP-ie, by tam skierować do zatrzymania tira.

Musieli wybić jedną z szyb

„Kiedy funkcjonariusze z posterunku zauważyli zbliżający się pojazd dali jego kierowcy znaki do zatrzymania. Ten zaczął zjeżdżać we wskazane przez miejsce, jednak zamiast zatrzymać się, przyspieszył i próbował ukryć swój pojazd pomiędzy innymi zaparkowanymi zestawami ciężarowymi, które uszkodził” – zrelacjonował Ruciński.

Dodał, że policjanci nakazali mężczyźnie wyjść z kabiny, ale ten zamknął się i nie chciał tego zrobić. Wówczas funkcjonariusze wybili jedną z bocznych szyb, a następnie wyciągnęli i obezwładnili kierowcę.

„Na pochwałę zasługuje reakcja zgłaszającego, który nie tylko nas powiadomił, ale i jechał za wskazaną ciężarówką i na bieżąco informował służby, gdzie się znajduje” – zaznaczył Ruciński.
Źródło info i foto: interia.pl

Augustów: Zaskakująca zbrodnia. Nie żyje teściowa funkcjonariusza policji

W ostatnich dniach mieszkańcami spokojnego zazwyczaj Augustowa wstrząsnęły dwa, zupełnie nieuzasadnione, ataki nożowników. Ich ofiarami padły przypadkowe starsze osoby. Teraz oba zajścia ujawniła oficjalnie tamtejsza policja. W zeszły czwartek, w biały dzień, na augustowskim deptaku, zadźgana została 80-letnia kuracjuszka przebywająca w sanatorium „Pałac na wodzie”. Pani Irena miała spacerować po mieście, korzystając z pięknej pogody. W pewnym momencie podbiegł do niej mężczyzna, który zadał jej 6 ciosów nożem i uciec z miejsca zdarzenia.

Po kilku minutach 34-letni Artur B., który wskoczył do kanału, był już w rękach augustowskich wodniaków, którzy skorzystali z opisu podanego przez świadków ataku.

80-letniej pani Irenie zadano sześć ciosów – z czego dwa w tętnice szyjną, które okazały się śmiertelne. Artur B. już wcześniej skazany był m.in za posiadanie narkotyków oraz bójki. Jak ustalił „Fakt”, Irena Ł. była teściową policjanta, jednak prokuratura obecnie wyklucza, aby miał to być motyw zabójstwa.
Źródło info i foto: o2.pl

34-letni Wietnamczyk wyprowadził z naszego kraju 116 mln złotych

„Wielki transfer lewych zysków z Wólki Kosowskiej” – tak „Rzeczpospolita” zatytułowała artykuł o wyprowadzeniu z Polski ponad stu milionów złotych. Mieszkający w Polsce 34-letni Wietnamczyk z polskim obywatelstwem wytransferował głównie do Azji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich 116 mln zł – donosi „Rzeczpospolita”. Według informacji dziennika, były to brudne pieniądze z handlu w podwarszawskim centrum w Wólce Kosowskiej. Do wyprowadzania milionów wykorzystał założoną specjalnie w tym celu firmę.

„Rzeczpospolita” poznała kulisy procederu, który odkryła warszawska prokuratura i CBA.

34-latek odpowiadał za dystrybucję środków, jakie przekazywali mu właściciele trzech wietnamskich spółek. Gotówkę (dolary, euro) partiami transferował z Polski, wykorzystując swoje Biuro Usług Płatniczych. Robił to tak, by ukryć prawdziwego zleceniodawcę i odbiorcę środków.

Wietnamczyk transferował lewe 116 mln zł zaledwie przez kilka miesięcy – gdyby nie wpadł, zapewne robiłby to dalej. Kto za nim stał – o tym powiedzieć śledczym nie chce.
Źródło info i foto: interia.pl

Kolejny dzień poszukiwań zaginionego 3-latka. Ojciec został przesłuchany

Żołnierze, policjanci i strażacy od poniedziałku szukają małego Kacpra z Nowogrodźca na Dolnym Śląsku. 3,5-letni chłopczyk bawił się w towarzystwie ojca, gdy nagle zniknął. Mężczyzna usłyszał już zarzut za niewłaściwy nadzór nad synem. Prokuratura przypuszcza, że dziecko mogło wpaść do rzeki.

34-letni Rafał B. – ojciec Kacpra – dopiero w środę mógł zostać przesłuchany. W chwili zatrzymania był pijany. Usłyszał zarzut narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu jego małoletniego syna.

Malec oddalił się od ojca

Przedstawiona przez mężczyznę wersja zdarzeń zgadza się z ustaleniami prokuratury.

– Chłopiec był pod jego opieką na ternie ogródka działkowego, a następnie w pewnym momencie mężczyzna przestał zwracać na niego uwagę – wyjaśnia Tomasz Czułowski z Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze.

Dziecko oddaliło się w nieznanym kierunku, prawdopodobne jest, że mogło wpaść do znajdującej się w pobliżu rzeki. To hipoteza, którą policja i prokuratura stawiają na razie na pierwszym miejscu. Z relacji świadków wynika, że mężczyzna na działce był z synem od kilku dni.

– Ten chłopak jeździł rowerkiem. 100 metrów pani słyszała plumknięcie. Myślała, że to bóbr, czy coś tam – mówi Paweł, znajomy rodziny.

– Biegał sobie, ruchliwy chłopczyk, jasne włosy. Ojciec go bardzo lubił, bo najmłodszy, to był oczko – dodaje Wacław Szepielak, który pomaga szukać chłopca.

Ojciec, kiedy zorientował się, że nie ma dziecka, od razu zaczął go szukać. Pomagali mu sąsiedzi.

Poszukiwania skupiają się na rzece

Akcja służb w środę skoncentrowała się na rzece. – W dzisiejszych działaniach wezmą udział policjanci kontrterroryści, wyspecjalizowana grupa w poszukiwaniach podwodnych, najlepsi policyjni płetwonurkowie – wyjaśniała rano asp. sztab. Anna Kublik- Rościszewska z policji w Bolesławcu.

Rzekę już wcześniej kilka razy przeszukali strażacy. Jak mówią: to wyjątkowo trudna akcja. – Rzeka ma zmienny charakter. Są miejsca płytkie, gdzie łódź trzeba przepychać, a w innych miejscach rzeka ma dwa metry – mówi bryg. Andrzej Śliwowski, komendant PSP w Bolesławcu.

Nie ustają też poszukiwania w terenie. Wczoraj przeszukano ponad 700 ha.

Pod uwagę brane są wszystkie hipotezy – policjanci zabezpieczyli samochód, który znajdował się na działce. Rafałowi B. grozi 5 lat więzienia. Ale trafi tam prawdopodobnie już w środę, bo był poszukiwany, miał odbywać karę więzienia i musi odbyć zasądzoną wcześniej karę za kradzież.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Syn brutalnie pobitej wójt nie przyznaje się do winy

Podejrzany o dotkliwe pobicie matki syn wójt gminy Zgierz Barbary Kaczmarek nie przyznał się do winy – poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania. 34-latek w niedzielę usłyszał zarzuty. 58-letnia kobieta w stanie krytycznym przebywa w szpitalu.

W Prokuraturze Rejonowej w Zgierzu (woj. łódzkie) zakończyło się przesłuchanie 34-letniego mężczyzny, który został zatrzymany w związku z prawdopodobnym pobiciem swojej matki, sprawującej funkcję wójta gminy Zgierz. Prokuratura zarzuciła mężczyźnie spowodowanie u swojej matki ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci choroby realnie zagrażającej życiu. To zbrodnia zagrożona karą więzienia do 15 lat.

– W czasie przesłuchania mężczyzna nie przyznał się do winy. Złożył obszerne wyjaśnienia, których treści nie ujawniamy. Wieczorem zostanie podjęta decyzja o zastosowaniu środków zapobiegawczych i ewentualnym wniosku do sądu o tymczasowe aresztowanie podejrzanego – przekazał prok. Kopania. Kobieta trafiła do szpitala o godz. 3 w nocy z piątku na sobotę, w stanie krytycznym, z poważnymi i rozległymi obrażeniami głowy i mózgu.

„Biegły z zakresu medycyny sądowej nie pozostawił wątpliwości, że powstałe obrażania nie mogły być spowodowane przez samą pokrzywdzoną, lecz są konsekwencją pobicia. Uraz jest skutkiem przestępstwa. W związku z tą sprawą zatrzymano 34-letniego syna kobiety, który w niedzielę usłyszał zarzuty” – PROK. KRZYSZTOF KOPANIA

Pogotowie powiadomił syn, który twierdził, że znalazł matkę nieprzytomną w łóżku w domu w Dąbrówce Wielkiej i prowadzi reanimację. Jak wyjaśnił prok. Kopania, kobieta przebywała w domu jedynie w towarzystwie podejrzanego 34-latka, który w chwili zatrzymania był trzeźwy. Młodszy z synów pojawił się w domu – powiadomiony o tym, co się stało – w chwili, gdy pogotowie zabierało matkę do szpitala.

Wójt gminy Zgierz walczy o życie. Jest komentarz prokuratury

Rzecznik prokuratury dodał, że stan zdrowia poszkodowanej nie poprawia się. Obrażenia głowy kobiety są bardzo poważne, w związku z czym jej życie jest poważnie zagrożone.

„W mieszkaniu widoczne były liczne ślady krwi. Obecnie pracujemy nad odtworzeniem możliwego mechanizmu powstania urazu. Przesłuchujemy świadków, chcemy też odtworzyć wzajemne relacje, poznać motywy działania. To wymaga czasu, ale pracujemy nad tym razem z policją bardzo intensywnie” – zapewnił Kopania. Kaczmarek funkcję wójta gminy Zgierz sprawuje od 2014 roku. Jest pierwszą kobietą wybraną w tej gminie na to stanowisko. 
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Brutalne pobicie wójt gminy Zgierz. Syn kobiety z zarzutami

Prokuratura postawiła synowi wójt gminy Zgierz Barbary Kaczmarek zarzuty spowodowania u matki ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Mężczyzna w niedzielnym przesłuchaniu w prokuraturze nie przyznał się do winy. Kobieta w stanie krytycznym trafiła do szpitala. Zdaniem biegłego została dotkliwie pobita. Podejrzanemu grozi do 15 lat więzienia.

W niedzielę po południu w Prokuraturze Rejonowej w Zgierzu (woj. łódzkie) odbyło się przesłuchanie 34-letniego mężczyzny, który został zatrzymany w związku z prawdopodobnym pobiciem swojej matki, sprawującej funkcję wójta gminy Zgierz.

Barbara Kaczmarek trafiła do szpitala o godzinie 3 w nocy z piątku na sobotę. Została przewieziona przez pogotowie w stanie krytycznym, z poważnymi i rozległymi obrażeniami głowy.

Syn wójt gminy usłyszał zarzuty, nie przyznał się do winy

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania poinformował, że „biegły z zakresu medycyny sądowej nie pozostawił wątpliwości, że powstałe obrażania nie mogły być spowodowane przez samą pokrzywdzoną, lecz są konsekwencją pobicia”. – Uraz jest skutkiem przestępstwa. W związku z tą sprawą zatrzymano 34-letniego syna kobiety, który w niedzielę usłyszał zarzuty – dodał.

Prokuratura zarzuciła mężczyźnie spowodowanie u swojej matki ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci choroby realnie zagrażającej życiu. To zbrodnia zagrożona karą więzienia od 3 do 15 lat.

– W czasie przesłuchania mężczyzna nie przyznał się do winy. Złożył obszerne wyjaśnienia, których treści nie ujawniamy – przekazał Kopania.

„W mieszkaniu widoczne były liczne ślady krwi”

Pogotowie w nocy z piątku na sobotę powiadomił syn kobiety, który twierdził, że znalazł 58-letnią matkę nieprzytomną w łóżku w domu w Dąbrówce Wielkiej i prowadzi reanimację. Jak wyjaśnił prokurator Kopania, kobieta przebywała w domu jedynie w towarzystwie podejrzanego 34-latka, który w chwili zatrzymania był trzeźwy.

Młodszy z synów w momencie tragedii przebywał poza domem. Powiadomiony o tym, co się stało, pojawił się w nim w chwili, gdy pogotowie zabierało matkę do szpitala.

Rzecznik prokuratury dodał, że stan zdrowia poszkodowanej nie poprawia się. Obrażenia głowy kobiety są bardzo poważne, w związku z czym jej życie jest poważnie zagrożone.

– W mieszkaniu widoczne były liczne ślady krwi. Obecnie pracujemy nad ustaleniem możliwego mechanizmu powstania urazu. Przesłuchujemy świadków, chcemy też odtworzyć wzajemne relacje, poznać motywy działania. To wymaga czasu, ale pracujemy nad tym razem z policją bardzo intensywnie – zapewnił Kopania.

Msza święta w intencji powrotu do zdrowia Kaczmarek

W niedzielę w kościele w Dąbrówce Wielkiej, gdzie mieszka wójt, odprawiono mszę świętą w intencji powrotu do zdrowia Barbary Kaczmarek. W nabożeństwie licznie uczestniczyli mieszkańcy oraz samorządowcy i politycy z powiatu zgierskiego. Kaczmarek funkcję wójta gminy Zgierz sprawuje od 2014 roku. Jest pierwszą kobietą wybraną w tej gminie na to stanowisko.
Źródło info i foto: tvn24.pl