Śmiertelne potrącenie 4-latka w Gorzowie Wielkopolskim. Wzruszająca prośba rodziny

Pogrzeb 4-letniego Piotrusia odbędzie się w sobotę. Chłopiec został śmiertelnie potrącony przez pirata drogowego w Gorzowie Wielkopolskim. Rodzina skierowała wzruszającą prośbę do osób, które chcą pożegnać czterolatka. Śmierć chłopca wstrząsnęła mieszkańcami. W miejscu wypadku zapalali znicze i zostawiali maskotki, aby upamiętnić Piotrusia.

Pogrzeb 4-letniego Piotrusia odbędzie się 16 października o godz. 14 na cmentarzu przy ul. Żwirowej w Gorzowie – podał serwis gorzowianin.com. Przekazano również prośbę rodziny skierowaną do osób, które przyjdą pożegnać tragicznie zmarłego chłopca. „Rodzina chłopca prosi, aby osoby, które chcą i będą uczestniczyć w ostatniej drodze tragicznie zmarłego Piotrusia, przyniosły białe balony wypełnione helem, które zostaną następnie wypuszczone w niebo” – czytamy w poście zamieszczonym na stronie serwisu w mediach społecznościowych.

W sprawie wypadku toczy się śledztwo. Kierowca uciekł z miejsca zdarzenia, ale policja już następnego dnia aresztowała podejrzanego. To 38-letni mężczyzna. Został ujęty w jednym z gorzowskich hoteli. Mężczyzna nie stawiał oporu, został przewieziony na komisariat.

38-letni kierowca z zarzutami

We wtorek śledczy przesłuchali 38-latka w prokuraturze. Postawili mu zarzuty. Mężczyzna odpowie za spowodowanie śmiertelnego wypadku i ucieczkę z miejsca zdarzenia.

– W czasie przesłuchania mężczyzna przyznał się do tego zarzutu i złożył wyjaśnienia. Podejrzanemu grozi od dwóch do 12 lat więzienia. To jest ta zaostrzona forma, ze względu na ucieczkę z miejsca zdarzenia – przekazał w rozmowie z TVN24 Łukasz Gospodarek, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wielkopolskim. Sąd zdecydował o tymczasowym trzymiesięcznym areszcie dla podejrzanego.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Rosja: Zatrzymano „nadwołżańskiego maniaka”. Miał zabić nawet 26 kobiet

Mężczyznę podejrzanego o seryjne morderstwa starszych kobiet zatrzymano w Tatarstanie w Rosji. Media nazwały go „nadwołżańskim maniakiem”, ponieważ najprawdopodobniej zamordował co najmniej 26 kobiet. Był poszukiwany niemal 10 lat. 38-letni Radik Tagirow, ślusarz z Kazania, złożył już zeznania, w których przyznał się do winy. Poinformował o tym Komitet Śledczy.

Mężczyzna jest podejrzewany o zabójstwo co najmniej 26 osób, lecz według mediów może mieć na sumieniu nawet 32 starsze kobiety. Do przestępstw doszło w latach 2011-12 w różnych częściach kraju. Jak pisze portal Meduza.io, udało się go złapać m.in. dzięki materiałowi genetycznemu pozostawionemu na miejscach zbrodni, śladom obuwia, a także powtarzającej się metodzie zbrodni.

Modus operandi

Mężczyzna napadał na mieszkające samotnie emerytki. Podawał się za pracownika administracji, elektryka lub ślusarza. Kobiety dusił rękoma lub przedmiotami znalezionymi w ich mieszkaniach. Następnie okradał je i wychodził, zostawiając nieporządek i zamykając drzwi na klucz.
Źródło info i foto: TVP.info

Wychowawca grozy z Opatowa. Miał robić niepełnosprawnym dzieciom straszne rzeczy

Jego spojrzenie budziło grozę. Dzieci drżały na samą myśl, jaką nową karę wymyśli dziś „wujek” Marcin. Niepełnosprawne ofiary – zamknięte w internacie – nie miały nawet komu się poskarżyć. Nie sądziły, że ktokolwiek uwierzy, jak okrutny los zgotował im ten wychowawca bez serca. Piekło dzieci ze specjalnego ośrodka szkolono-wychowawczego w Opatowie w woj. świętokrzyskim trwało trzy lata. Jak twierdzi prokuratura, zgotował je Marcin B. (38 l.).
Źródło info i foto: Fakt.pl

Brutalne zabójstwo 38-latka. Nastolatkowie przed sądem

Przed Sądem Okręgowym w Przemyślu rozpoczął się proces w sprawie brutalnego zabójstwa 38-letniego Wojciecha P. Mężczyzna otrzymał nie mniej niż 36 ciosów siekierą w głowę i inne części ciała. Na ławie oskarżonych zasiedli Dżesika N. i Sebastian K. Jak przypominają „Nowiny”, obydwoje w chwili popełnienia zarzucanego im czynu mieli po 17 lat. Byli też parą, niedługo wcześniej razem uciekli z młodzieżowego ośrodka wychowawczego.

Gazeta podaje, że wysłuchali aktu oskarżenia ze spuszczonymi głowami. Chłopak był spokojny, dziewczyna – wyraźnie zdenerwowana. Prokuratura w Przemyślu oskarżyła ich o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

Przypomnijmy, doszło do niego pod koniec kwietnia ubiegłego roku w Słonnem na Podkarpaciu. Nastolatkowie przyjechali tam po ucieczce z poprawczaka i razem z Wojciechem P. brali udział w imprezie alkoholowej. 38-latek miał zaczepiać Dżesikę N. Wywiązała się sprzeczka, dziewczyna przyniosła siekierkę, a ciosy – zdaniem śledczych – miał zadawać 17-latek. Z ustaleń prokuratury wynika również, że zwłoki mężczyzny zostały załadowane na taczki i nocą wywiezione do przydrożnego rowu.

Podczas zatrzymania nastolatkowie przyznali się do zarzucanego im czynu. W sądzie odmówili składania wyjaśnień, odpowiadali tylko na pytania swoich obrońców, podtrzymując zeznania złożone w postępowaniu przygotowawczym.

Przepraszając, oboje zwrócili się o możliwość dobrowolnego poddania się karze, ale – jak podają „Nowiny” – ze względu na rodzaj zarzutów i wysokość potencjalnej kary jest to niemożliwe.

Ponieważ w chwili popełnienia zarzucanego im czynu nie byli pełnoletni, grozi im 25 lat pozbawienia wolności, a nie dożywocie.
Źródło info i foto: interia.pl

Oszukiwał duchownych na terenie całego kraju

Śledczy z wydziału kryminalnego bielskiej komendy, współpracując z prokuraturą, doprowadzili do postawienia w stan oskarżenia 38-letniego oszusta. Mężczyzna prawie 100 razy oszukał kilkanaście osób, głównie księży i zakonników. W ciągu kilku lat wyłudził od nich około 85 tys. złotych, a ze swojej przestępczej działalności uczynił sobie stałe źródło dochodu. Akt oskarżenia w trwającym od blisko roku dochodzeniu trafił do sądu na początku marca. Za popełnione przestępstwa podejrzany może spędzić w więzieniu nawet 12 lat.

Na trop oszusta kryminalni z bielskiej komendy natrafili pod koniec wakacji ubiegłego roku. Policjantów zaalarmowała pracownica oddziału jednego z banków mieszczących się w Bielsku-Białej. Jej uwagę zwrócił klient oddziału, który wypłacał ze swojego rachunku znaczne sumy gotówki. Kobieta podejrzewała, że klient może być ofiarą oszustwa, dlatego powiadomiła stróżów prawa. Policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej przyjrzeli się sprawie. Okazało się, że przypuszczenia czujnej pracownicy banku były słuszne.

Klientem był 84-letni ksiądz jednej z parafii. Wyjawił on śledczym, że wypłacał pieniądze, które następnie pożyczał swojemu staremu znajomemu. Dopiero kiedy policjanci zaczęli dopytywać o tę znajomość oraz o to, czy rzekomy dawny znajomy zwracał udzielane pożyczki, ksiądz zorientował się, że padł ofiarą perfidnego oszusta. Okazało się, że 38-latek wyszukał go na stronie internetowej parafii, a następnie zjawił się u niego, twierdząc, że poznali się przed laty i przyjechał do niego w odwiedziny. Oszust tak prowadził rozmowę i wykorzystywał informacje przekazywane przez księdza, aby ten uwierzył, że rzeczywiście są starymi znajomymi. Początkowo wizyty miały charakter typowo koleżeński, a oszust starał się nawiązać jak najbardziej przyjacielskie relacje i powoli zdobywał zaufanie księdza. Kiedy już udało mu się je zdobyć, zaczął prosić o drobne pożyczki. Początkowo były to stosunkowo niewielkie kwoty – „znajomy”prosił o kilkaset złotych. Tłumaczył to swoją bardzo trudną, wręcz krytyczną sytuacją finansową i zdrowotną. Twierdził, że nie ma do kogo zwrócić się o pomoc i duchowny jest jego jedyną deską ratunku.

Później kwoty, o które prosił mężczyzna, były coraz większe i sięgały nawet kilku tysięcy złotych. W sumie oszust wyłudził od duchownego ponad 46 tys. złotych. Śledczy na podstawie zebranych przez siebie informacji ustalili tożsamość oszusta. Z ich informacji wynikało, że prowadzi on wędrowny tryb życia i porusza się po terenie całego kraju. Rozpoczęli jego poszukiwania, powiadamiając o nich inne jednostki Policji.

Taktyka policjantów okazał się skuteczna. We wrześniu ubiegłego roku 38-latek „wpadł” podczas legitymowania przez stołecznych mundurowych na terenie Warszawy. Stamtąd trafił do policyjnego aresztu w Bielsku-Białej, gdzie usłyszał pierwsze zarzuty. Śledczy na tym etapie postępowania podejrzewali, że więcej osób mogło zostać oszukanych w podobny sposób. Policjanci ujawnili, że podejrzewany o oszustwa 38-latek na bieżąco zacierał za sobą ślady popełnianych przestępstw. Zachodziła też obawa, że chcąc uniknąć wysokiej kary, będzie chciał bezprawnie wpływać na osoby, które wcześniej oszukał. Prokurator razem z policjantami wystąpili do sądu z wnioskiem o jego tymczasowe aresztowanie. Sąd podzielił zdanie śledczych i prokuratora, a podejrzany trafił do aresztu.

Policyjne dochodzenie prowadzone pod nadzorem prokuratury nabrało impetu. Policjanci dotarli do jeszcze 10 duchownych, którzy również padli ofiarami oszustw mieszkańca województwa pomorskiego. Według ich informacji 38-latek działał od około dwóch lat. Metoda oszustwa była zawsze bardzo podobna. Swoje ofiary wyszukiwał na stronach internetowych parafii. Czasami wybierał księży o takim samym jak on nazwisku, aby podawać się za dalekiego krewnego. Do duchownego – księdza lub zakonnika – dzwonił lub przyjeżdżał osobiście 38-latek. Mówił, że jest starym znajomym, poznali się dawno temu, a on chciałby odnowić znajomość. Kiedy wybrane przez niego ofiary nabierały dostatecznie dużo zaufania, zaczynał zaciągać pożyczki. Część z duchownych została oszukana jednokrotnie, natomiast od kilku innych pokrzywdzonych wyłudził pieniądze wielokrotnie. Jego ofiarą padły także 2 osoby świeckie, które przekazały oszustowi pieniądze na prośbę księdza, który sam nie miał dosyć środków finansowych, aby „pomóc” oszustowi.

Do tej pory kryminalni ustalili 11 oszukanych duchownych w wieku od 61 do 91 lat i 2 osoby świeckie. Oszust wyłudzi w sumie blisko 85 tys. złotych. Do sądu trafił właśnie akt oskarżenia. Mężczyzna usłyszał prawie 100 zarzutów. Za wszystkie przestępstwa, których się dopuścił, może spędzić za kratami nawet 12 lat, ponieważ z przestępczego procederu uczynił sobie stałe źródło utrzymania.
Źródło info i foto: Policja.pl

Ksiądz oskarżony o gwałt na młodej kobiecie. Kuria wydała komunikat

38-letni ksiądz z Gliwic został zatrzymany i oskarżony o przestępstwa seksualne, w tym o gwałt. Duchowny miał wykorzystać kobietę po traumatycznych przejściach. Kuria zapewnia w komunikacie, że „wszczęto procedurę wyjaśniającą”. Jak informowała częstochowska „Gazeta Wyborcza”, w poniedziałek zatrzymano 38-letniego księdza Andrzeja N., oskarżonego m.in. o gwałt na młodej kobiecie.

„Według śledczych ksiądz w latach 2013-2019, wykorzystując bezradność 32-letniej dziś kobiety, doprowadzał ją do obcowania płciowego lub poddania się innym czynnościom seksualnym. W jednym przypadku takich kontaktów miało dojść do gwałtu” – podano. Z informacji dziennikarzy wynika, że duchowny wykorzystał kobietę, która po traumatycznych przeżyciach szukała oparcia w kościele.

„GW” zauważa, że N. to kolejny duchowny z diecezji gliwickiej z zarzutami dot. przestępstw seksualnych.

Kuria: Wszczęto procedurę wyjaśniającą

Kuria gliwicka wydała w tej sprawie lakoniczne oświadczenie. „Pragniemy wyrazić nasz głęboki smutek i żal w związku z wydarzeniami, które dotyczą kapłana naszej diecezji. Delegat Biskupa Gliwickiego, zgodnie z obowiązującymi w naszym kraju przepisami, zgłosił sprawę, odpowiednim organom państwowym” – czytamy na stronie kurii.

W komunikacie zapewniono, że w diecezji wszczęto procedurę wyjaśniającą oraz „udzielono niezbędnej pomocy”, nie sprecyzowano jednak komu. „Liczymy na to, że przy współpracy z organami państwowymi uda się wyjaśnić wszystkie okoliczności tej sprawy, a także deklarujemy z naszej strony całkowitą gotowość do współpracy” – podsumowano.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zamach terrorystyczny na London Bridge. Polak, który walczył z terrorystą, otrzyma „wysokie odznaczenie”

Łukasz K., 38-letni Polak mieszkający w Londynie, otrzyma jedno z najwyższych cywilnych odznaczeń w Wielkiej Brytanii – podaje „Fakt”. Mężczyzna w listopadzie był jedną z osób, które powstrzymały terrorystę przed zranieniem większej liczby osób. 38-letni Łukasz K. w przyszłym roku ma zostać odznaczony Krzyżem Jerzego lub Medalem Królowej za Odwagę – informuje „Fakt”. To jedne z najwyższych odznaczeń państwowych w Wielkiej Brytanii. Dziennik podaje, że mężczyzna, pracujący na co dzień jako kucharz, znalazł się już na wstępnej liście kandydatów.

Odznaczenie ma trafić również do innych osób, które 29 listopada próbowały obezwładnić zamachowca w Londynie.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Polak-bohater z London Bridge wydał oświadczenie

Polak, który stoczył bohaterską walkę z terrorystą na London Bridge, wydał oświadczenie ws. zajścia. Opowiedział m.in. o tym, jak znalazł się w grupie osób próbujących powstrzymać nożownika. „Kiedy zaczął się atak, działałem instyntkownie” – napisał i poprosił o to, by uszanować jego prywatność.

Londyńska policja opublikowała oświadczenie 38-letniego Łukasza, którego interwencja zapobiegła dalszemu rozlewowi krwi podczas ataku nożownika na London Bridge. W zamachu zginęła dwójka studentów Cambridge – 23-letnia Saskia Jones i 25-letni Jack Merrit. Brytyjskie media już wcześniej zaznaczały, że ofiar nożownika mogłoby być dużo więcej, gdyby nie interwencja świadków, którzy – nie zważając na własne bezpieczeństwo – rzucili się, by obezwładnić mężczyznę

Oświadczenie Polaka po ataku na London Bridge: ” Podczas ataku działałem instynktownie”

W oświadczeniu Polak zaznaczył, że nie trzymał kła narwala, a kij, który znalazł w restauracji. To w budynku, z którym znajduje się restauracja, nożownik zaczął atakować ludzi. W oświadczeniu czytamy:

W piątkowe popołudnie 29 listopada pracowałem normalnie w Fishmongers Hall, kiedy wydarzyło się coś niewyobrażalnego i doszło do tragicznego ataku terrorystycznego. Wraz z kilkoma innymi osobami próbowałem powstrzymać mężczyznę, który atakował ludzi w budynku. Użyłem drąga, który znalazłem, ktoś inny trzymał kieł narwala.

Łukasz przyznał, że już wtedy został zaatakowany, ale i tak pobiegł za terrorystą w stronę mostu:

Mężczyzna mnie zaatakował, po czym wybiegł z budynku. Byłem w grupie, która za nim podążyła i zatrzymała na moście. Zostałem pchnięty nożem, a później trafiłem do szpitala. Jestem wdzięczny, że mogłem wrócić do domu.

Jego szef, Toby Williamson, w rozmowie z mediami zdradził, że w pewnym momencie Łukasz został sam na sam z terrorystą, co dało innym ludziom czas na ucieczkę:

W pewnym momencie uderzył zamachowca w klatkę piersiową i odbił się od niej, wtedy wiedział już, że coś jest nie tak. A on miał na sobie tę kamizelkę. Później doszło do walki między nimi z użyciem noża. Łukasz został zraniony aż pięć razy. Był ciężko ranny, ale ani przez chwilę się nie zawahał. Później dołączyły do niego dwie lub trzy osoby. Napastnik uciekł po schodach, Łukasz biegł tuż za nim: był ranny, ale walczył do końca – opisywał. Łukasz podkreślił, że jego zachowanie w tej kryzysowej sytuacji było instynktowne. Poprosił też, by uszanować jego prywatność i dać czas na rekonwalescencję:

Kiedy doszło do ataku, działałem instynktownie. Próbuję teraz jakoś się uporać z traumą wywołaną przez to zajście i chciałbym, by pozwolono mi to zrobić w prywatności i ze wsparciem mojej rodziny.

Polak na końcu swojego oświadczenia przekazał wyrazy współczucia rodzinom ofiar nożownika: „Chciałbym przekazać swoje kondolencje rodzinom, które straciły ukochane osoby. Wysyłam im wyrazy wsparcia oraz wszystkim, którzy ucierpieli przez ten bezsensowny atak”.

Zamachowcem był 28-letni Usman Khan. Zabił dwie osoby, ranił trzy, w tym właśnie Łukasza. Media podkreślają, że walczący z nożownikiem mężczyźni podjęli się starcia, gdy wydawało się, że kamizelka, którą miał na sobie, zawierała ładunki wybuchowe. Jak się później okazało tzw. pas szahida Khana zawierał w sobie jedynie imitacje ładunków.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Ojciec z kolegami brutalnie gwałcił 7-letniego syna. Jest wyrok

Dziecko przez długi czas było usypiane tabletkami i brutalnie gwałcone przez swojego ojca i jego kolegów. Zwyrodnialcy stanęli przed sądem, bo były policjant, pod którego skrzydła trafił chłopiec, nagrał jego wstrząsającą relację. Sąd nie miał litości dla bezwzględnych oprawców.

Pierwsze sygnały, że w życiu chłopca ze Zborowa dzieje się coś złego, pojawiły się w 2013 roku, gdy ten miał sześć lat. Wówczas, jak podaje „Gazeta Wyborcza”, pracownicy socjalni zaniepokoili się wybuchami agresji dziecka oraz niekontrolowaniem przez niego potrzeb fizjologicznych.

Mniej więcej w tym czasie ojciec chłopca wyprowadził się z domu, jednak co jakiś czas mężczyzna zabierał syna do siebie na weekendy. Gdy chłopiec miał 8 lat, w 2015 roku, przyłapano go w szkole na alarmującym zachowaniu – dziecko symulowało akt seksualny na uczniu. Szkoła powiadomiła wówczas policję. Śledczy sprawdzali, czy dziecko nie jest wykorzystywane seksualnie, jednak nie znaleźli dowodów.

Pod koniec 2016 roku sąd rodzinny postanowił odebrać chłopca matce, która nadużywała alkoholu i nie interesowała się dzieckiem. Kilkulatek trafił do pogotowia rodzinnego w Mosinie prowadzonego przez byłego policjanta Krzysztofa Matusiaka.

– To była najbardziej dramatyczna historia, z jaką się zetknęliśmy, a trafiały już do nas i wciąż trafiają dzieci wykorzystywane seksualnie. Żadne nie miało jednak takiej traumy – powiedział Matusiak w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Gdy chłopiec trafił do pogotowia rodzinnego, rozpoznano u niego syndrom stresu pourazowego. Dziecko moczyło się, wyszukiwało w internecie treści pornograficzne, bawiło się genitaliami. Jednak dopiero po pewnym czasie Matusiak poznał dokładne przyczyny tego zachowania. Gdy chłopiec zaufał nowym opiekunom, opowiedział im o traumie, jakiej doświadczył. Były policjant wszystko nagrał, zdobywając tym samym dla sądu materiał dowodowy.

Prokuratura oskarżyła ojca chłopca, 50-letniego Krzysztofa K., o wielokrotne zgwałcenie syna ze szczególnym okrucieństwem. Zarzuty gwałtów na chłopcu postawiono także znajomym mężczyzny – 38-letniemu Marcinowi W. oraz 35-letniemu Karolowi K. Chłopcu pokazywano także treści pornograficzne.

Sąd nie miał litości

Proces mężczyzn był niejawny. Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, wszyscy oskarżeni zostali uznani winnymi. Krzysztof K. za wielokrotne zgwałcenie syna ze szczególnym okrucieństwem otrzymał maksymalny wymiar kary przewidziany za to przestępstwo w polskim prawie, czyli 15 lat więzienia. Marcin W. został skazany na 12 lat więzienia, a Karol K. na sześć lat. Oprócz tego mężczyźni zostali pozbawieni praw publicznych odpowiednio na 10, 15 oraz 10 lat. Mężczyźni mają także wypłacić poszkodowanemu chłopcu nawiązkę w łącznej kwocie 250 tys. zł. Zwyrodnialcy nie mogą się także kontaktować z pokrzywdzonym.

„Wyborcza” podaje, że gwałcony chłopiec przebywał w pogotowiu rodzinnym przez rok. Stamtąd trafił do specjalistycznego ośrodka wychowawczego, gdzie przebywa już od dwóch lat. Jego były opiekun Krzysztof Matusiak twierdzi, że trauma, jakiej doznało dziecko, jest tak ogromna, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie ono w stanie normalnie funkcjonować w społeczeństwie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Warszawa: Morderstwo na plebanii

11 kwietnia 38-letni Jan B. wtargnął na teren parafii św. Augustyna na warszawskich Nowolipkach. Tam zaatakował dwie osoby. Z zimną krwią zamordował 65-letniego mężczyznę, który był zatrudniony w parafii jako cywilny pracownik i ranił księdza spieszącego na ratunek ofierze napaści. Następnie bandyta stracił przytomność. Już wówczas śledczy spekulowali, że napastnik mógł być pod wpływem środków odurzających. Prokuratura Okręgowa w Warszawie otrzymała już wyniki badań toksykologicznych. Co z nich wynika?

– Z opinii biegłego wynika, iż we krwi podejrzanego Jana B. stwierdzono obecność tetrahydrokanabinolu, jest on głównym składnikiem psychoaktywnym produktów ziela konopi innych niż włókniste, oraz jego metabolitów – informuje w oficjalnym oświadczeniu prokurator Łukasz Łapczyński, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Oznacza to, że Jan B. mógł przed napadem palić marihuanę. Nie był jednak totalnie odurzony. Jak podaje TVN Warszawa, śledczy zastrzegają, że wysokość stężenia substancji wskazuje na to, że podejrzany był „w stanie po spożyciu” a nie „pod jej wpływem”.

Teraz prokuratura czeka na wyniki badań sądowo–psychiatrycznych. Dzięki nim będzie wiadomo, czy w chwili napaści Jan B. był poczytalny i świadomy napaści, której się dopuścił.

Plebania spłynęła krwią

W kwietniu na plebanii kościoła św. Augustyna przy ul. Nowolipie na stołecznym Muranowie doszło do tragedii. Około godziny 17 do domu parafialnego podszedł mężczyzna i zapukał. Otworzył mu cywilny pracownik. Wtedy intruz – 38-letni Jan B. – rzucił się na niego z pięściami! Hałas usłyszał ksiądz, który zadzwonił na policję, a potem ruszył z odsieczą. Został także zaatakowany.

Gdy napastnik został obezwładniony przez policjantów, stracił przytomność. Konieczna była reanimacja. Napastnik i 65-letni pokrzywdzony trafili do szpitala. Ten drugi był reanimowany już po przewiezieniu na OIOM. Niestety nie udało się go uratować.

Tuż po ataku głos zabrał rzecznik Archidiecezji Warszawskiej, ks. Przemysław Śliwiński. „Polećmy Bogu zmarłego w wyniku dzisiejszej napaści w przedsionku domu parafialnego przy kościele św. Augustyna w Warszawie. To Tato jednego z księży Archidiecezji Warszawskiej. Przybył do kościoła do spowiedzi” – napisał duchowny na Twitterze.

Zabójcy postawiono zarzuty

Jak informował w kwietniu TVN Warszawa, Jan B. usłyszał zarzut zabójstwa 65-latka. Oprócz tego usłyszał zarzut spowodowania obrażeń ciała u księdza, który ruszył na pomoc zaatakowanemu mężczyźnie. Do tej pory Jan B. nie przyznał się do winy. Nie złożył też żadnych wyjaśnień. Grozi mu dożywocie.

Jan B. nie jest postacią anonimową dla wymiaru sprawiedliwości. Kilka lat temu został skazany za kradzież rozbójniczą i naruszenie nietykalności cielesnej, znieważenie i spowodowanie obrażeń ciała. Z kolei w 2008 roku mężczyzna był notowany za jazdę pod wpływem alkoholu.

Jan B. trenował sztuki walki, ale też regularnie bywał w kościele na mszach św.
Źródło info i foto: Fakt.pl