Pijany woził syna po mieście. Został aresztowany

Sąd w Radomsku zastosował tymczasowy areszt wobec 32-latka, który po pijanemu zabrał 1,5-roczne dziecko z domu i woził ulicami miasta w swoim mercedesie. Podczas zatrzymania policjanci znaleźli w jego aucie narkotyki. Grozi za to kara do 5 lat pozbawienia wolności. o zdarzenia doszło w nocy z 5 na 6 września. Jak przekazała PAP oficer prasowa radomszczańskiej komendy Aneta Wlazłowska, po godz. 23 policjanci zostali poinformowani, że nietrzeźwy mężczyzna zabrał z domu swojego półtorarocznego syna i jeździ z nim autem ulicami Radomska. Matka dziecka bezskutecznie próbowała powstrzymać awanturnika. Informacja szybko została przekazana wszystkim patrolom na terenie powiatu radomszczańskiego.

Jeden z nich odnalazł wskazany pojazd przy ulicy Starowiejskiej, a w nim pijanego, nieodpowiedzialnego ojca oraz wystraszonego, płaczącego chłopca. Dziecko siedziało na fotelu pasażera, miało na sobie tylko koszulkę i pieluszkę. Natychmiast powiadomiono o tym fakcie matkę chłopca, która zaopiekowała się maluszkiem – zrelacjonowała Wlazłowska.

Pijany radomszczanin trafił do policyjnego aresztu. Badanie wykazało w jego organizmie 2 promile alkoholu. Dodatkowo podczas przeszukania mercedesa policjanci znaleźli ponad 7 gramów marihuany. Śledczy w trakcie ustalania szczegółów tego zdarzenia dowiedzieli się, że zatrzymany pod wpływem środków odurzających wszczyna awantury, ubliża domownikom, grozi im pozbawieniem życia.

Zebrany materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie 32-latkowi czterech zarzutów: kierowania pojazdem w stanie nietrzeźwości, posiadania narkotyków, znęcania się nad rodziną oraz narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Na wniosek prokuratora sąd zastosował wobec mężczyzny trzymiesięczny areszt. Grozi mu kara do 5 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Tomaszów Mazowiecki: Kompletnie pijana 38-latka wiozła dwie córki. Na pasach potrąciła nastolatkę

Dwa i pół promila alkoholu w organizmie miała 38-latka zatrzymana przez policję w Tomaszowie Mazowieckim (woj. łódzkie). Kobieta przewoziła dwie, trzyletnie córki i potrąciła – na szczęście niegroźnie – 13-latkę na przejściu dla pieszych.

We wtorek, około godziny 19, policjanci dostali zgłoszenie o potrąceniu na ulicy Piłsudskiego w Tomaszowie Mazowieckim. Na miejsce wysłano funkcjonariuszy ruchu drogowego, którzy ustalili, że w 13-latkę przechodzącą przez pasy uderzyła osobowa honda. Na szczęście, obrażenia poszkodowanej dziewczyny nie były poważne i nie wymagała ona hospitalizacji.

Sprawczynią wypadku była 38-letnia mieszkanka powiatu tomaszewskiego, która kierowała hondą. Niestety, nie tylko nie miała prawa jazdy – bo uprawnienia straciła wcześniej – ale też była kompletnie pijana.

– Badanie trzeźwości wykazało, że ma w organizmie dwa i pół promila alkoholu – przekazuje starszy aspirant Grzegorz Stasiak z tomaszowskiej komendy powiatowej.

W samochodzie pijanej kobiety były jej dwie, trzyletnie córki.

Do pięciu lat więzienia

Dzieci zostały przekazane pod opiekę ojca.

– Matka dziewczynek została zatrzymana i osadzona w policyjnym areszcie – mówi st. asp. Stasiak.

Nieodpowiedzialna 38-latka została ukarana 500-złotowym mandatem za spowodowanie zdarzenia drogowego. Po wytrzeźwieniu została doprowadzona przez policjantów do Prokuratury Rejonowej w Tomaszowie Mazowieckim.

– Usłyszała szereg zarzutów, za które grozi jej kara nawet do 5 lat pozbawienia wolności. O jej dalszym losie zadecyduje sąd – kończy policjant.
Źródło info i foto: tvn24.pl

2,5-latek utonął w Antoninie. Rodzice z zarzutami

Rodzice 2,5-letniego chłopca, który w czwartek utonął w zbiorniku wodnym na terenie ośrodka wypoczynkowego w Antoninie (woj. wielkopolskie), usłyszeli zarzuty nieumyślnego spowodowania śmierci i narażenia na utratę życia lub zdrowia – poinformowała Polska Agencja Prasowa. Podejrzanym grozi od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.

Prokurator Marcin Kubiak z Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim przekazał w rozmowie z PAP, że „podejrzani przyznali się do zarzucanego czynu, składając dość oszczędne wyjaśnienia”. Śledczy nie zdecydowali jeszcze o czy i jakie środki zapobiegawcze zostaną zastosowane wobec rodziców chłopca.

W czwartek 15 lipca strażacy otrzymali informację o tym, że na jeziorze Szperek w Antoninie w województwie wielkopolskim, unosi się ciało małego dziecka.

Zgłoszenie wpłynęło od osoby spacerującej obok akwenu, który znajduje się w okolicy jednego z ośrodków wypoczynkowych. Na miejsce wysłana została policja, straż pożarna i Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Po trwającej półtorej godziny reanimacji, lekarz stwierdził zgon 2,5-latka.

Według ustaleń prokuratury, rodzice pozostawili niezamknięte drzwi wejściowe do domku letniskowego, w którym przebywała rodzina. W efekcie, dziecko bez opieki dorosłych opuściło budynek i poszło nad pobliskie jezioro, gdzie spadło z pomostu i utonęło. Prokuratura ustaliła też, że w noc poprzedzającą tragiczne zdarzenie, rodzice chłopca spożywali alkohol. U 29-latki badanie wykazało jeden promil alkoholu w organizmie. Natomiast 32-letni ojciec miał około 0,08 promila, a więc zgodnie z przepisami kodeksu karnego w chwili badania był trzeźwy.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Podrabiali recepty i handlowali środkami psychotropowymi na terenie całego kraju

Piaseczyńska policja zatrzymała dwóch mężczyzn z woj. pomorskiego, którzy na podstawie fałszywych recept kupowali w aptekach leki psychoaktywne. Później nimi handlowali na terenie całej Polski. 22- i 26-latek zostali zatrzymani podczas zakupów w jednej z aptek w Piasecznie, gdzie planowali zrealizować podrobioną receptę. Jak poinformował nadkom. Jarosław Sawicki, mężczyźni podobnych transakcji dokonywali w całym kraju. Leki psychoaktywne były przez nich sprzedawane innym osobom, bez żadnej kontroli lekarskiej.

Obaj usłyszeli już zarzuty, grozi im do pięciu lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: TVP.info

Mariusz P. w sądzie. Grozi mu 5 lat więzienia

W krakowskim sądzie rusza sprawa Mariusza P., byłego strongmana oskarżonego o przywłaszczenie mienia. Mężczyzna miał wtargnąć do hotelu w Andrychowie i bezprawnie zająć część pokoi. Grozi za to kara do pięciu lat pozbawienia wolności. W sprawie Mariusza P. prokuratura dwukrotnie umarzała postępowanie, dlatego Andrzej Kowalczyk, właściciel hotelu w Andrychowie, skierował przeciwko byłemu strongmanowi subsydiarny akt oskarżenia. Onet, powołując się na Polską Agencję Prasową, informuje, że proces Mariusza P. rusza właśnie w Sądzie Okręgowym w Krakowie.

Sprawa Mariusza P., byłego strongmana i zawodnika MMA, sięga 2018 r. Mężczyzna miał wtargnąć do hotelu w Andrychowie, gdzie wraz ze swoimi współpracownikami zajął część pokoi, wyniósł meble, pozaklejał kamery monitoringu oraz wymienił zamki. Mariusz P. tłumaczył swoje zachowanie tym, że nabył od byłej żony właściciela placówki połowę udziałów w hotelu. Twierdził, że miał prawo do korzystania z jego części oraz wynajmowania pokoi.

„Kupiłem 50 proc. udziałów, a co za tym idzie mam prawo czerpać korzyści finansowe z tego hotelu” – powiedział Mariusz P. w nagraniu umieszczonym w mediach społecznościowych.

Andrzej Kowalczyk wskazuje jednak, że jego była żona sprzedała połowę udziałów w hotelu w momencie, w którym wciąż trwało postępowanie o podział majątku. Zdaniem właściciela hotelu oznacza to, że przejęcie udziałów przez Mariusza P. było nieważne.

Kowalczyk wskazuje również, że jeszcze przed wtargnięciem do hotelu, były strongman chciał zakupić od niego resztę udziałów. Mariusz P. miał jednak zaoferować zbyt małą kwotę. Według Kowalczyka „najazd” na hotel w Andrychowie miał być próbą wymuszenia sprzedaży pozostałych udziałów. Właściciel placówki złożył zawiadomienie do prokuratury, która jednak dwukrotnie umorzyła postępowanie. Kowalczyk złożył więc subsydiarny akt oskarżenia. Mariusz P. został oskarżony o przywłaszczenie mienia. Grozi mu do pięciu lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zatrzymano podejrzanych o czerpanie korzyści z nierządu

Policjanci z Wydziału Kryminalnego i Dochodzeniowo Śledczego KWP w Poznaniu zatrzymali mężczyznę i kobietę, którzy udostępniali 9 mieszkań prostytutkom. Zarabiali na tym duże pieniądze. Działali na terenie Poznania, Gniezna i Wrocławia. Grozi im do 5 lat więzienia.

Policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu zajmujący się sprawami dotyczącymi handlu ludźmi dowiedzieli się, że pewien mężczyzna i kobieta zarabiają spore pieniądze wynajmując mieszkania prostytutkom. Z informacji, które dość szybko zostały potwierdzone wynikało jednoznacznie, że 41-latek i jego 36-letnia znajoma doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że zarabiają na prostytucji uprawianej przez kobiety.

Dysponowali oni 9 mieszkaniami w Poznaniu, podpoznańskim Jerzykowie Gnieźnie i Wrocławiu. Mieli oni zarejestrowaną działalność gospodarczą. Były to jednak pozory, które miały na celu ukryć źródło prawdziwych dochodów. Para ta zamieszczała na jednym z największych i popularnych serwisów erotycznych ogłoszenia. Oferowali krótkoterminowy wynajem mieszkań prostytutkom zajmującym się nierządem.

Z materiałów dowodowych zgromadzonych przez policjantów wynikało, że podejrzani działali w ten sposób co najmniej 2 lata. Ustalono również, że wynajem mieszkań prostytutkom i czerpanie z tego tytułu korzyści, było ich stałym źródłem dochodu.

Policjanci przedłożyli wszystkie materiały dowodowe prokuratorom z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Uzgodniono termin realizacji sprawy i w ostatnich dniach czerwca br. zatrzymano podejrzanych. Prokurator złożył wniosek o areszt tymczasowy wobec podejrzanych. Sąd przychylił się do tego i zatrzymane osoby trafiły do aresztu. Sprawa ma charakter rozwojowy, a policjanci prowadzący śledztwo nie wykluczają dalszych zatrzymań.

Za ułatwianie uprawiania prostytucji innym osobom oraz za czerpanie korzyści z cudzego nierządu grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat więzienia.
Źródło info i foto: Policja.pl

Przejęto 17 ton nielegalnego tytoniu

Policjanci z Bielska-Białej ujawnili prawie 17 ton tytoniu bez polskich znaków akcyzy. Straty Skarbu Państwa z tytułu niezapłaconej akcyzy i VAT-u, gdyby tytoń trafił na czarny rynek, mogłyby sięgnąć kwoty ponad 9 milionów złotych. Na wniosek śledczych sąd aresztował podejrzanego o paserstwo akcyzowe 32-latka na okres 3 miesięcy. Grozi mu kara nawet 5 lat pozbawienia wolności.

4 czerwca br. około godziny 17:45 policjanci z bielskiej grupy Speed na ulicy Żywieckiej w Buczkowicach zatrzymali do kontroli drogowej TIR-a. Podczas czynności służbowych siedzący za kierownicą 32-letni mieszkaniec województwa śląskiego zachowywał się nerwowo, wyraźnie niepokojąc się policyjną kontrolą. Stróże prawa postanowili przyjrzeć się bliżej przewożonemu przez niego towarowi. Gdy skontrolowali przewożony ładunek, okazało się, że naczepa ciągnika siodłowego jest wyładowana suszem tytoniowym bez polskich znaków akcyzy.

Po odkryciu kontrabandy mundurowi powiadomili dyżurnego bielskiej komendy, a na miejsce udali się śledczy z Wydziału do walki z przestępczością gospodarczą i wydziału kryminalnego bielskiej komendy. Kierowca ciężarówki został zatrzymany, a pojazd z nielegalnym tytoniem został odholowany i zabezpieczony na policyjnym parkingu. W czynnościach uczestniczyli także funkcjonariusze Śląskiego Urzędu Celno-Skarbowego w Katowicach, którzy po zakończeniu oględzin pojazdu i nielegalnego ładunku przejęli zabezpieczony tytoń do dyspozycji swojego urzędu.

Po nocy spędzonej w policyjnym areszcie 32-latek został doprowadzony do prokuratury, gdzie usłyszał zarzut paserstwa akcyzowego, za które grozi mu kara pozbawienia wolności nawet 5 lat oraz wysoka grzywna. Na wniosek śledczych sąd zdecydował o jego tymczasowym aresztowaniu. Postępowanie w sprawie przestępstwa skarbowego pod nadzorem prokuratury prowadzą śledczy z wydziału zwalczającego przestępczość gospodarczą bielskiej komendy oraz inspektorzy Śląskiego Urzędu Celno-Skarbowego w Katowicach.
Źródło info i foto: Policja.pl

Mariusz P. oskarżony o „najazd na hotel”

Wywiercił zamki, zajął pokoje i rekwirował meble – takie zarzuty stawia znanemu zawodnikowi MMA właściciel jednego z hoteli w Andrychowie (woj. małopolskie). Prokuratura umorzyła śledztwo, ale sporządzono tzw. subsydiarny akt oskarżenia. Przestępstwo zagrożone jest karą pozbawienia wolności do pięciu lat.

Do zdarzenia, o którym informuje portal wadowice24.pl, doszło w 2018 roku. „Sportowiec ze swoją ekipą wszedł do jednego z hosteli, wywiercił zamki, zajął pokoje i rekwirował meble. Jak twierdził, część biznesu była jego własnością. Udziały do hotelu miał wykupić od byłej żony Andrzeja Kowalczyka (właściciela hotelu – red.)”.

Sportowiec publikował w tej sprawie filmy w mediach społecznościowych. Tłumaczył w nich, że nie doszło do żadnego „najazdu”, ale przyznał, że wymienił część zamków ponieważ klucze do nich miały zaginąć. 

„Klucze zaginęły, więc wymieniłem zamki”

– Jestem pełnoprawnym właścicielem i mogę czerpać korzyści finansowe. Takie jest prawo. Nikt tego nie zmyśla. Kowalczyk nie będzie interpretował prawa jak mu wygodnie. Przez jakiś czas wynajmowałem, a on moich klientów zastraszał. Mój pracownik sprzątał pokoje po gościach i w pewnym momencie mu klucze zginęły – mówił. Jak zapewniał, policja została o tym poinformowana. 

– Wziąłem ze sobą dwóch pracowników, żeby powymieniali zamki, a pan Kowalczyk wezwał policję – dodał.

Zdaniem Kowalczyka Mariusz P. nie ma prawa do zajmowania mienia ponieważ „pomiędzy nim, a byłą żoną nie doszło jeszcze do podziału majątku”, więc sporządził akt oskarżenia. Kodeks postępowania karnego pozwala pokrzywdzonemu złożyć tak zwany subsydiarny akt oskarżenia w sądzie po umorzeniu śledztwa przez prokuraturę.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Piłkarz Jagiellonii Białystok, Kamil W. z zarzutami

Piłkarz Jagiellonii Białystok, Kamil W., który w niedzielę spowodował stłuczkę samochodową uciekając przed policją, usłyszał zarzuty – poinformowała Polska Agencja Prasowa. Grozi mu nawet kilka lat więzienia.

Jako pierwszy o całej sprawie poinformował Onet. Pierwsze doniesienia mówiły o tym, że piłkarz nie zatrzymał się do kontroli drogowej i zaczął uciekać przed policjantami. Ostatecznie spowodował stłuczkę, opuścił pojazd i kontynuował ucieczkę na piechotę. W poniedziałek sam zgłosił się na komisariat policji, gdzie został przesłuchany. Został poddany tez badaniu narkotestem. Ten wykazał, że 23-latek był pod wpływem środków odurzających.

PAP poinformował, że piłkarz usłyszał już zarzuty. Dotyczą one przestępstwa przeciw bezpieczeństwu w komunikacji. Kamil W. nie zatrzymał się do kontroli mimo poleceń policji. Ta chciała zatrzymać piłkarza, bo przekroczył prędkość w terenie zabudowanym. – Kierowca mercedesa nie zareagował na sygnały policjantów do zatrzymania się, uciekł, a następnie porzucił samochód – powiedział rzecznik podlaskiej policji Tomasz Krupa. Kamilowi W. grozi od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia.

Jednak to nie jedyny kłopot piłkarza. – Kierowcy została pobrana krew do badania na zawartość środków odurzających w organizmie – powiedziała Elżbieta Zaborowska z zespołu prasowego podlaskiej policji. Jeżeli badania krwi wykażą obecność takich substancji, to Kamil W. usłyszy kolejny zarzut – prowadzenia pojazdu pod wpływem. Za to grozi grzywna, kara ograniczenia wolności lub do dwóch lat więzienia.

Kamil W. został zwolniony do domu. Kiedy stawi się w klubie, ten najprawdopodobniej zerwie z nim umowę z winy zawodnika. Jagiellonia Białystok wystosowała już oświadczenie, w którym zapowiada wyciągnięcie surowych konsekwencji wobec piłkarza.
Źródło info i foto: Sport.pl

Wczoraj ruszył proces w sprawie pomnika ks. Henryka Jankowskiego. „Był on pedofilem, konfidentem SB i antysemitą”

Przed Sądem Rejonowym w Gdańsku rozpoczął się w poniedziałek proces trzech mieszkańców Warszawy, oskarżonych o znieważenie i uszkodzenie dwa lata temu pomnika ks. prałata Henryka Jankowskiego. Sprawcom grozi do pięciu lat więzienia. Proces trzech mieszkańców Warszawy – Michała Wojcieszczuka, Rafała Suszka i Konrada Korzeniowskiego (zgodzili się na podanie danych osobowych) – rozpoczął się w poniedziałek.

Wszyscy trzej nie przyznali się do winy.

Jako pierwszy wyjaśnienia zaczął składać Wojcieszczuk.

– Kościół nie był, nie jest i nie będzie zainteresowany wyjaśnieniem postępowania księdza Jankowskiego. Nie mam żadnej wątpliwości, że gdyby nie nasze działania, to jego pomnik nadal by stał – powiedział.

Kiedy jednak oskarżony próbował dalej opowiadać o swoim czynie wskazując, że był motywowany m.in. tym, że – jego zdaniem – w sprawie przeszłości ks. Jankowskiego nie było żadnych reakcji organów państwa i władz Kościoła, sędzia Małgorzata Uszacka zwróciła mu kilkakrotnie uwagę, że ma ograniczyć komentarze nt. postawy instytucji publicznych i samego kapłana, gdyż są to „sprawy powszechnie znane”.

Podobnie sędzia przerywała Wojcieszczukowi wypowiedź, kiedy ten chciał przytaczać relacje osób, które miał wykorzystać seksualnie gdański kapłan.

Jeden z obrońców Paweł Murawski stwierdził, że swobodna wypowiedź oskarżonego stanowi jego podstawowe prawo procesowe. – To uniemożliwi sądowi poznanie punktu widzenia podsądnych – przekonywał.

W odpowiedzi na to sędzia odparła, że oskarżony skupia się w swoich wyjaśnieniach na okolicznościach pobocznych dla sprawy.

„Jego pomnik nie powinien stanąć”

– Ponieważ sąd nie pozwolił na wolność wypowiedzi mojemu przyjacielowi i współoskarżonemu rezygnuję z prawa do składania wyjaśnień. Oświadczam tylko, że ks. Jankowski był pedofilem, konfidentem SB i antysemitą, i jego pomnik nigdy nie powinien stanąć w przestrzeni publicznej. To policzek dla jego ofiar – powiedział kolejny oskarżony Konrad Korzeniowski.

Ze złożenia wyjaśnień odstąpił też Rafał Suszek, który jest doktorem fizyki matematycznej i adiunktem na Uniwersytecie Warszawskim, aktywnie uczestniczy w manifestacjach organizowanych przez Obywateli RP i Studencki Komitet Antyfaszystowski UW.

– Absolutnie nie przyznaję się do zarzutów. Do czynu z lutego 2019 roku, będącego przedmiotem osądu, stanęło z podniesioną przyłbicą trzech dorosłych mężczyzn po solidnym wykształceniu, wyposażonych w istotną dla sprawy wiedzę m.in. historyczną i socjologiczną oraz świadomość prawną. Jeżeli nie ma w tym procesie miejsca na głos ofiar, to tego procesu nie ma – podkreślił Suszek.

Postawę sądu skrytykowała obecna na sali rozpraw posłanka Lewicy Joanna Scheuring-Wielgus.

– Jestem bardzo zaskoczona takim zachowaniem sądu. Mam wrażenie, że sąd chce zrobić z tych aktywistów po prostu chuliganów, którzy przechodząc koło pomnika stwierdzili: »dobra, przewrócimy ten pomnik«. A przecież było zupełnie inaczej – powiedziała dziennikarzom parlamentarzystka.

Do przewrócenia monumentu, stojącego niedaleko kościoła św. Brygidy w Gdańsku, doszło w nocy z 20 na 21 lutego 2019 r.

Nie przyznali się do zarzutów

Michał Wojcieszczuk, Rafał Suszek i Konrad Korzeniowski (zgodzili się na podanie danych osobowych) przyczepili do pomnika linę i przewrócili go na przygotowane wcześniej opony samochodowe. Sama postać kapłana nie uległa uszkodzeniu, zniszczono jednak mocowanie postumentu. Mężczyźni ułożyli na figurze duchownego strój ministranta i dziecięcą bieliznę, jako symbole osób nieletnich, które miał molestować seksualnie zmarły w 2010 r. wieloletni proboszcz parafii św. Brygidy. Mężczyźni zadzwonili też na policję informując o dokonaniu czynu. Nagranie filmowe z tego zdarzenia udostępnił na portalu społecznościowym dziennikarz Tomasz Sekielski

Jednemu z portali internetowych sprawcy przesłali kilkustronicowy manifest, w którym oświadczyli m.in., że podjęli działanie, którego celem było „symboliczne strącenie ze wspólnotowego piedestału fałszywej pamięci i czci osoby Henryka Jankowskiego”.

W trakcie śledztwa mężczyźni nie przyznali się do zarzutów. Odmówili też złożenia wyjaśnień. Według prokuratury, szkody materialne wyrządzone przez oskarżonych wyniosły ok. 30 tys. zł.

23 lutego 2019 r. kilkudziesięciu pracowników Stoczni Gdańskiej ponownie ustawiło monument na skwerze przy ul. Stolarskiej. Jednak po dwóch tygodniach, zgodnie z uchwałą Rady Miasta Gdańska, pomnik zdemontowano i przekazano przedstawicielom komitetu m.in. z NSZZ Solidarność.

Pomnik ks. Jankowskiego

Pomnik kapelana gdańskiej „Solidarności” ks. Henryka Jankowskiego stanął w 2012 r. staraniem społecznego komitetu złożonego m.in. z działaczy Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”. Pieniądze na budowę pomnika pochodziły głównie ze zbiórki przeprowadzonej przez komitet. Za zgodą Rady Miasta Gdańska monument ustawiono na miejskim skwerze, który przy tej okazji otrzymał też imię ks. Jankowskiego. Odsłonięcia monumentu dokonał 31 sierpnia 2012 roku metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź, który objął też budowę pomnika swoim honorowym patronatem.

W grudniu 2018 r. w „Dużym Formacie”, magazynie „Gazety Wyborczej”, opublikowano reportaż „Sekret Świętej Brygidy. Dlaczego Kościół przez lata pozwalał księdzu Jankowskiemu wykorzystywać dzieci?”, w którym kapelan „Solidarności”, wieloletni proboszcz parafii św. Brygidy w Gdańsku, Henryk Jankowski został oskarżony m.in. o seksualną przemoc wobec nieletnich.

Publikacja wywołała falę protestów przeciwko bezczeszczeniu pamięci duchownego oraz sprzeciwiających się czczeniu ks. Jankowskiego w formie pomnika.
Źródło info i foto: polsatnews.pl