Ruszył proces Nicolasa Sarkozy’ego w związku z tzw. aferą Bygmaliona

W Paryżu rozpoczął się w czwartek proces byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, któremu zarzuca się nielegalne finasowanie swej kampanii prezydenckiej w 2012 roku. To część sprawy zwanej aferą Bygmaliona, która od 2014 roku przeszła już przez kilka instancji. Sarkozy był nieobecny na posiedzeniu sądu. Reprezentował go jego adwokat i przyjaciel Thierry Herzog.

Proces miał się rozpocząć w marcu, ale został przełożony z powodu hospitalizacji prawnika Jerome’a Lavrilleux, głównego bohatera sprawy, byłego zastępca dyrektora kampanii Sarkozy’ego. Lavrilleux opowiedział w 2014 roku w telewizji o systemie fałszywych faktur, który rzekomo pozwalał prawicowej partii, wówczas zwanej UMP (Unia na rzecz Ruchu Ludowego), na opłacenie wieców wyborczych, przy rzekomym współudziale firmy public relations Bygmalion.

Afera Bygmalion

Prokuratorzy twierdzą, że firma Bygmalion umożliwiła wydanie w kampanii sumy dwukrotnie wyższej niż limit 22,5 mln euro wyznaczony przez prawo wyborcze.

Wysokość budżetu na kampanię regulowana jest przepisami, aby była ona równa dla kandydatów. Wszczęte w 2014 roku śledztwo wykazało istnienie rozbudowanego systemu fałszywych faktur. Niektórzy menedżerowie Bygmaliona przyznali się do oszustw księgowych.

W przeciwieństwie do 13 innych współoskarżonych, którzy stawili się przed sądem – byłych dyrektorów i księgowych Bygmaliona i partii UMP, oskarżonych o oszustwa lub współudział – były prezydent nie ma zarzutu stworzenia systemu fałszywych faktur, mających ukrywać nadmierne wydatki na jego kampanię, który ujawniony został przez Lavrilleuxa.

Według oskarżenia Sarkozy pozwolił jedynie, by wydatki wzrastały pomimo kilku wyraźnych ostrzeżeń o ryzyku przekroczenia pułapu. Prokuratorzy uważają, że były szef państwa „niewątpliwie” skorzystał na oszustwie, które pozwoliło mu dysponować „znacznie większymi środkami” niż dozwolonymi przez prawo.

Wcześniej były prezydent zapowiadał, że nie będzie uchylał się od odpowiedzi na żadne pytania, ale stawi się jedynie na te rozprawy, które będą go dotyczyć bezpośrednio. Jego przesłuchanie zaplanowano na 14 czerwca. Grozi mu rok pozbawienia wolności i grzywna w wysokości 3750 euro.

Sarkozy do tej pory zaprzeczał, by jego kampania została sfinansowana nielegalnymi pieniędzmi. Zwracając się do sędziów śledczych za każdym razem pytał: „gdzie są pieniądze?”, sugerując, że niektórzy ludzie z jego partii mogli je niewłaściwie wykorzystać.

Jeśli Sarkozy zostanie uznany za winnego, to może być po raz drugi skazany na karę więzienia. 1 marca sąd w Paryżu, w procesie dotyczącym tzw. afery podsłuchowej, skazał go na trzy lata pozbawienia wolności, w tym na dwa lata w zawieszeniu za korupcję i handel wpływami.

Byłemu prezydentowi zarzucano, że usiłował nielegalnie uzyskać tajne informacje od byłego sędziego Sądu Kasacyjnego Gilberta Aziberta. Sarkozy komunikował się w tej sprawie w 2014 roku z Thierrym Herzogiem, swoim adwokatem i przyjacielem, za pomocą tajnego telefonu, pod fałszywą tożsamością, jako Paul Bismuth.

Herzog i Sarkozy rozmawiali o „możliwości skorzystania z faktu, że w Sądzie Kasacyjnym był sędzia, który był im przychylny”, zidentyfikowany później jako Azibert. Sędzia w zamian za swoją przychylność miał liczyć na otrzymanie stanowiska w Monako.

Informacje Aziberta miały dotyczyć wszczętego w 2013 roku śledztwa w sprawie rzekomych nielegalnych płatności, które Sarkozy miał otrzymywać od miliarderki Liliane Bettencourt, spadkobierczyni koncernu L’Oréal, na finansowanie kampanii wyborczej w 2007 roku.

Na trzy lata więzienia, w tym dwa lata w zawieszeniu skazani zostali również Herzog oraz sędzia Azibert. Nicolas Sarkozy wycofał się z życia politycznego po porażce w prawyborach partyjnych przed wyborami prezydenckimi w 2017 roku. W czasie swojego urzędowania tracił na popularności, stając się jednym z najmniej popularnych prezydentów V Republiki. Był postrzegany przez opinię publiczną jako „prezydent bogatych”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Afera w zielonogórskiej policji. Szczepienia poza kolejnością

Jak podaje RMF FM wobec komendanta miejskiego policji oraz dwóch jego zastępców wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Cała trójka może stracić stanowiska. Nieoficjalnie podano, że może chodzić o szczepienia przeciwko COVID-19. Komendant i jego zastępcy mieli otrzymać preparat poza kolejnością, korzystając z koneksji. Lubuska policja sprawy nie komentuje.

Jak podaje RMF FM lubuski komendant policji wszczął postępowanie dyscyplinarne w sprawie komendanta miejskiego z Zielonej Góry i dwóch jego zastępców. Wedle nieoficjalnych informacji mieli oni zaszczepić się poza kolejnością, wykorzystując różnego rodzaju znajomości i koneksje. Dodatkowo mieli umożliwić innym funkcjonariuszom zaszczepienie się przed terminem, kiedy to ruszyły szczepienia dla służb mundurowych. Komentarz lubuskiej policji sprawy nie wyjaśnia. – Skorzystanie z możliwości szczepienia przeciw Covid-19 jest prywatną sprawą każdego z funkcjonariuszy i pracowników Policji. Takie informacje nie są gromadzone i przetwarzane – cytuje odpowiedź policji RMF FM.
Źródło info i foto: se.pl

Youtuber Kamerzysta odpowie za znęcanie się nad niepełnosprawnym? Prokuratura prowadzi śledztwo

Jeszcze w środę był bardzo pewny siebie i twierdził, że to tylko „aferka”. Wszystko jednak wskazuje na to, że patoinfluencera ze Szczecina o pseudonimie „Kamerzysta” czekają poważne kłopoty. Wszystko z powodu bulwersującego filmu, na którym pokazano jak grupa młodych ludzi w upokarzający sposób traktuje niepełnosprawnego chłopaka, każąc mu m.in. taplać się prawie nago w błotnej kałuży, rozbijać cegły głową czy jeść kocie odchody. Nagranie wstrząsnęło całą Polską. Film zniknął już z sieci, jednak sprawą zainteresowała się policja i prokuratura.

Sprawę nagłośniła psycholożka ze Szczecina, która w poniżanym chłopaku rozpoznała swojego wychowanka, Dominika. Agnieszka Chułek opublikowała na Facebooku wpis, w którym nie szczędziła gorzkich słów pod adresem patostreamerów. Film obejrzało ponad 400 tysięcy ludzi. Pod nagraniem pojawiły się liczne komentarze, również otwarcie krytykujące znęcanie się nad niepełnosprawnym chłopakiem. Na autorze nie robiły one jednak większego wrażenia – większość komentarzy była przez niego usuwana. Ostatecznie skandaliczne nagranie zniknęło z serwisu YouTube w środę po południu. Jako przyczynę podano „naruszenie zasad dotyczących nękania i dręczenia w sieci.

Jeszcze w środę Kamerzysta opublikował na Instastories oświadczenie, w którym bagatelizował całą sprawę, nazywając ją „aferką”. Youtuber był wręcz oburzony, że z powodu „aferki” przerwano mu wakacje i musi coś nagrać, by odnieść się do wywołanego przez siebie skandalu. Nie zamierzał również nikogo przepraszać, gdyż uznał.
Źródło info i foto: se.pl

Gruba afera w warszawskim świecie mody. Stał za tym gang pruszkowski

Gang pruszkowski stał za aferą wyłudzeń w warszawskim światku modowym – dowiedzieli się reporterzy śledczy RMF FM. Z ustaleń prokuratury wynika, że jeden z członków „starego zarządu” tej grupy Krzysztof O. uczestniczył w wystawianiu lewych faktur, między innymi dla znanego projektanta mody. Adwokat Łukasza J. tłumaczy, że jego klient został w aferę wmanewrowany.

Krzysztof O. pseudonim „Kręcony” – jak wynika z materiałów śledztwa – miał nakłaniać jednego z przedsiębiorców do wystawiania fałszywych faktur dla kilku warszawskich firm, działających w branży modowej. Wśród nich była spółka znanego projektanta. W przypadku Łukasza J. mowa o 8 fakturach opiewających na blisko 350 tysięcy złotych brutto.

„Kręcony” jest od początku marca ścigany listem gończym. Poza wymuszeniami, których miał się dopuścić z innymi członkami zarządu „starego Pruszkowa”, jest też podejrzany właśnie o pomoc w wyłudzeniach podatków.

Śledztwo w sprawie projektanta mody prowadzone było odrębnie. Akt oskarżenia z początkiem roku trafił do jednego z warszawskich sądów. Łukasz J. jest oskarżony o wyłudzenia VAT oraz pomoc w takich wyłudzeniach, której miał udzielić innej firmie modowej – między innymi przez udostepnienie kontaktu do osoby, która załatwiała lewe faktury.

Adwokat projektanta: Mój klient jest ofiarą

Mój klient jest ofiarą mafii wyłudzającej VAT – mówi adwokat znanego projektanta mody Łukasza J. Jacek Ciepluch. Z jego tłumaczeń wynika, że Łukasz J. miał się dać podpuścić oszustom, został w tę aferę wmanewrowany.

Do firmy projektanta zgłosiła się spółka, która zaoferowała stworzenie nowych kanałów sprzedaży jego towarów. Pobrała za to wynagrodzenie i wystawiła faktury, jednak – jak mówił mecenas Ciepluch – nie odprowadziła podatku. „Gdyby mój klient miał świadomość tego procederu, nigdy nie podjąłby współpracy z tą firmą” – dodał. Zapewnił też, że projektant gdy dowiedział się o sprawie, skorygował swoje zeznania podatkowe i uregulował należność z odsetkami.

Mecenas Ciepluch zapewnia też, że jego klient nie zna Krzysztofa O., a jeśli nawet go widział, nie wie kim jest.

W akcie oskarżenia Łukaszowi J. postawiono zarzut, jakoby miał przekazywać swojej znajomej namiary na firmę, która załatwiała lewe faktury. Mój klient temu zaprzecza, nie zgadzamy się z tym zarzutem – odpowiedział prawnik.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Skandal w Szwecji. Firma razem z żywnością przewoziła…martwe płody

Firma transportowa Best przewoziła w Sztokholmie niezabezpieczone martwe płody, ciała noworodków, próbki krwi razem z torbami z jedzeniem oraz koszami pełnymi owoców – wynika z dziennikarskiego śledztwa dziennika „Aftonbladet”. Jak długo trwał ten proceder?

W otwartym kartonie znajdowały się niebieskie plastikowe torby, zawierające od 10 do 15 martwych płodów, obok w większym kartonie znajdowało się ciało noworodka – opisał były kierowca firmy Best, który przekazał gazecie makabryczne zdjęcie. Z jego relacji wynika, że tym samym kursem przewoził również inne towary, w tym skrzynkę z chlebem.

Podobne historie opowiedzieli gazecie również inni kierowcy. Według nich zwykłymi w furgonetkami zmuszeni byli przewozić trumny z płodami razem z torbami z jedzeniem, koszami pełnymi owoców. To były urny z prochami, kawa, wino, wszystko pomieszane. Mógł to być też materiał biologiczny z oddziału patologii – stwierdził inny pracownik. Nie miało znaczenia, że samochód nie jest do tego przeznaczony – dodał.

Według „Aftonbladet” proceder mógł trwać kilka lat, a o warunkach przewozu płodów oraz ciał nie wiedzieli zleceniodawcy usług ani rodziny zmarłych.

Gazeta skontaktowała się z firmą Medicarrier, zlecającą Best usługi transportowe ze szpitali. Według przedstawicielki Medicarrier Hanny Radoncic „poczyniono już pewne postępy”, a „trumny z płodami nie są już przewożone”.

„Aftonbladet” alarmował wcześniej o trudnych warunkach pracy kierowców i niskich pensjach w firmie Best.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nowe informacje wokół afery związanej z Jarosławem Jakimowiczem

Są nowe fakty o aferze wokół tego, co miało się wydarzyć na zgrupowaniu konkursu Miss Generation 2020. Jedna z uczestniczek anonimowo udzieliła wywiadu, w którym potwierdziła, że był tam obecny Jarosław Jakimowicz. Ujawniła też kilka innych faktów.

W poniedziałek 18 stycznia dziennikarz śledczy Piotr Krysiak opublikował na Facebooku post, w którym opisał sprawę gwałtu na uczestniczce konkursu piękności, którego miał dokonać „gwiazdor TVP”. Onet.pl ustalił, że ma chodzić o Jarosława Jakimowicza. Portal skontaktował się w tej sprawie z aktorem, a ten stanowczo zaprzeczył oskarżeniom.

Tymczasem jedna z uczestniczek konkursu Miss Generation 2020 w rozmowie z portalem WP Kobieta opowiedziała o tym, co miało wydarzyć się na zgrupowaniu w hotelu pod Łukowem.

– Była wśród nas jedna dziewczyna, która zaczęła dziwnie się zachowywać już pierwszego dnia pobytu w hotelu – powiedziała uczestniczka, która chciała zachować anonimowość.

Nawiązała też do jednej z kolacji w hotelu, na której był obecny także Jarosław Jakimowicz. – Byłyśmy zaskoczone jego obecnością. Nikt nam nie wyjaśnił, dlaczego siedzi z nami, ale wydaje mi się, że po prostu uznali, że to będzie dla nas takie wyróżnienie. Znany aktor zasiadł z nami do kolacji – opowiadała.

Rozmówczyni WP Kobieta ujawniła, jak aktor zachowywał się w obecności kobiet. – Był bardzo otwarty, wygadany i sympatyczny. Trochę flirtował z nami, jednej nawet pozwolił karmić się widelcem – wspominała.

Z relacji kobiety wynika, że Jakimowicz włączył się do załagodzenia sytuacji ze wspomnianą już uczestniczką, która miała się dziwnie zachowywać. – Gdy między nią a organizatorką wywiązała się nieprzyjemna rozmowa, to on wstał, powiedział: „Dajcie mi z nią porozmawiać. Ja do niej pójdę i z nią porozmawiam”, a następnie poszedł za nią – dodała.

– Jakimowicza widziałyśmy na śniadaniu przed wyjazdem i powiedziałyśmy mu „do widzenia”. Tamtą dziewczynę też rano widziałyśmy. Najpierw zobaczyły ją dwie inne uczestniczki. Stała przed hotelem. Była jakby w amoku. Roztrzęsiona, zapłakana – zauważyła.

Jak podkreśliła uczestniczka, nie wie, czy dziewczyna, której zachowanie opisała, to ta sama osoba, o której napisał Piotr Krysiak.
Źródło info i foto: natemat.pl

Afera na WUM. NFZ i ARM dementują słowa zwolnionej prezes CM WUM

W Centrum Medycznym WUM poza kolejnością zaszczepione zostały znane osoby i biznesmeni. Za nieprawidłowości odpowiedziała stanowiskiem prezes CM, dr n. med. Ewa Trzepla. Zwolniona dyrektor wydała oświadczenie, przedstawiając swoją wersję wydarzeń. Na jej słowa odpowiedziały Narodowy Fundusz Zdrowia i Agencja Rezerw Materiałowych.

„ARM stanowczo dementuje, jakoby istniała jakakolwiek pula dodatkowych lub nieplanowanych szczepionek przekazywanych do WUM” – czytamy w komunikacie, który w niedzielę opublikowano na Twitterze ARM. To reakcja na słowa zwolnionej dyrektor Centrum Medycznego WUM.

Ewa Trzepla w swoim oświadczeniu przekonywała, ze podległa jej jednostka w końcu grudnia otrzymała 450 dodatkowych szczepionek przeciw COVID-19. Jak tłumaczyła, NFZ chciał, aby WUM przetestował „sprawność tworzonego systemu szczepień”. Z jej oświadczenia wynika, że gdy okazało się, że szczepionkom kończy się ważność, NFZ wydał zgodę na zaszczepienie dodatkowych osób spoza grupy „0”.

„Przeraził nas brak chętnych i długie przestoje w pracy” – relacjonowała Trzepla.

NFZ odpowiada Ewie Trzepli

Do jej twierdzeń odniósł się NFZ, dementując informacje jakoby „Fundusz miał sugerować szczepienie poza kolejnością osób ze świata kultury”. Przypomniano, że w szpitalu odbyła się kontrola na polecenie ministra zdrowia, która wykazała nieprawidłowości. była prezes CM WUM w oświadczeniu twierdziła, że 29 grudnia dostała mailową zgodę NFZ na zaszczepienie osób spoza personelu medycznego. Było to spowodowane brakiem chętnych wśród medyków, urlopami na WUM i krótkim terminem przydatności szczepionki. Preparat po rozmrożeniu musi zostać wykorzystany w ciągu kilku dni.

Afera na WUM

Przypomnijmy, że pod koniec grudnia zaczęły pojawiać się nazwiska osób, które nie należą do grupy „0”, a zostały zaszczepione przeciw COVID-19 na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Początkowo chodziło o aktorów i inne znane osoby, w tym m.in. Krystynę Jandę, Radosława Pazurę, Wiktora Zborowskiego czy Mariolę Bojarską-Ferenc.

W kolejnych dniach okazało się, że na szczepienia poza kolejką mogły liczyć także osoby ze świata mediów i biznesu, m.in. Zbigniew Grycan czy Katarzyna Kieli z Discovery. W sobotę „Wprost” ujawnił, że na liście znalazł się także były kapitan SB, a później zastępca gen. Marka Papały – Roman Kurnik.

Kontrola na WUM i konsekwencje

W związku z aferą na WUM wszczęto wewnętrzne postępowanie i niezależną od niego kontrolę NFZ. Na skutek tego pierwszego posadę straciła dr n. med. Ewa Trzepla, którą odwołano ze stanowiska prezesa Centrum Medycznego WUM. O nieprawidłowościach, które wykrył NFZ, poinformował minister Adam Niedzielski. Konsekwencji jak dotąd nie poniósł rektor WUM Zbigniew Gaciong.

Oświadczenie Ewy Trzepli

W sobotę Ewa Trzepla rozesłała oświadczenie do mediów, w którym przedstawiła swoją wersję wydarzeń. Zdymisjonowana prezes Centrum Medycznego WUM przekonuje, że w całej sprawie jest „kozłem ofiarnym”. Jej stanowisko omawialiśmy szeroko we „Wprost”.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Dziś trzecia próba aresztowania Leszka Czarneckiego

W poniedziałek Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia rozpozna wniosek Prokuratury Regionalnej w Warszawie o tymczasowe aresztowanie Leszka Czarneckiego w związku z tzw. Aferą GetBack. Będzie to trzecie podejście sądu do tego wniosku.

Poniedziałkowe posiedzenie sądu, któremu przewodniczyć będzie sędzia Maria Pilśnik, zaplanowane jest na godz. 10. Sąd wniosek Prokuratury Regionalnej w Warszawie o aresztowanie biznesmena rozpoznać miał już 16 października, a później 16 listopada, ale oba te posiedzenia były odraczane na wniosek obrońcy Leszka Czarneckiego, mecenasa Jacka Dubois. Głównym argumentem przemawiającym za odroczeniem był brak możliwości pojawienia się na Sali głównego obrońcy biznesmena, czyli mec. Romana Giertycha, który miał zakaz wykonywania zawodu w związku z toczącym się przeciwko niemu śledztwie w Prokuraturze Regionalnej w Poznaniu. Ten problem stracił na aktualności, bo Giertych miesiąc temu wrócił do pracy.

„Prokuratura zawaliła”

Prokuratura wydała postanowienie o przedstawieniu Czarneckiemu zarzutów w związku z tzw. aferą GetBack, ale nie zostały mu formalnie ogłoszone, bo biznesmen przebywa za granicą i zdaniem prokuratury ukrywa się, dlatego od razu wniesiono o areszt. W listopadzie mec. Dubois mówił, że „prokuratura zawaliła” nie wzywając biznesmena na przesłuchanie, a ten „przebywa w miejscu zamieszkania, którego adres był znany prokuraturze i wszystkim organom finansowym”.

Podczas poprzedniej próby rozpoznania sprawy obrona złożyła do sądu wniosek o powołanie biegłego z zakresu okulistyki, który miałby przebadać Leszka Czarneckiego. Biznesmen cierpi na schorzenie, które ma mu uniemożliwiać przebywanie w warunkach aresztu śledczego. Prokuratura Regionalna w Warszawie powołała w tej sprawie biegłą dr Agatę Michalską z zakresu medycyny sądowej, która w oparciu o zawartą w aktach dokumentację medyczną orzekła, że nie widzi przeciwskazań do pozbawienia Czarneckiego wolności. Opinia została przekazana sądowi w październiku.

Fałszywa opinia?

W czwartek 17 grudnia w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł zatytułowany „Giertych skarży lekarkę, która wydała opinię dla prokuratury”. Z treści tego materiału wynika, że Leszek Czarnecki ma zwyrodnienie plamki żółtej, a opinia dotycząca jego stanu zdrowia podpisana przez dr Michalską to „kopia artykułów ze stron internetowych”. „GW” podała, że mec. Giertych złożył do Izby Lekarskiej w Łodzi skargę na dr Michalską, zarzucając jej sporządzenie fałszywej opinii, plagiat i sprzeniewierzenie się zasadom etyki lekarskiej.

Rzecznik Prasowy Prokuratury Regionalnej w Warszawie odniósł się do doniesień „GW” przypominając, że opinia biegłej Michalskiej znana jest stronom od października, a „kwestionowanie jej w przededniu (roboczym – red.) kolejnego terminu posiedzenia sądu w przedmiocie zastosowania tymczasowego aresztowania wobec Leszka Cz. jest próbą wywarcia presji nie tylko na biegłą, ale również na sąd. Próba ta ma służyć odroczeniu terminu posiedzenia zaplanowanego na 21 grudnia 2020 r.”

400 mln złotych

Portal rmf24.pl podał w październiku, że Prokuratura Regionalna dokonała zabezpieczeń na znaczną kwotę na mieniu Leszka Czarneckiego. „Kwota jest niebagatelna, robi wrażenie, jednak jest niższa niż suma szkody wyrządzonej klientom banku” – podał portal. Z informacji nieoficjalnych źródeł PAP wynika, że może to być równowartość kwoty rzędu kilkudziesięciu, nawet do stu milionów złotych. W sprawie tzw. afery GetBack prokuratura zabezpieczyła w sumie od wszystkich podejrzanych mienie, gotówkę, obligacje itp. o wartości 400 mln zł.

Śledztwo w sprawie tzw. afery GetBack zostało wszczęte 24 kwietnia 2018 r. po zawiadomieniach przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego. Postępowanie dotyczy wyrządzenia szkody majątkowej o wielkich rozmiarach, prowadzenia ksiąg rachunkowych wbrew przepisom i podawanie nieprawdziwych informacji. Straty szacuje się nawet na 2,6 mld zł.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Będzie apelacja ws. Amber Gold. Wylosowano sędziego

Sąd Apelacyjny w Gdańsku wylosował sędziego referenta do sprawy dotyczącej afery Amber Gold. Początek procesu odwoławczego nie jest jeszcze znany. Możliwe, że w I kwartale 2021 r. dojdzie do losowania pozostałych dwóch sędziów do pełnego składu orzekającego.

Teraz sędzia referent zapoznaje się z aktami sprawami, przede wszystkimi z trzema apelacjami od wyroku sądu pierwszej instancji, złożonymi przez obrońców dwojga oskarżonych Marcina P. i Katarzyny P. oraz prokuratora, a także treścią wyroku i jego uzasadnieniem. Aktom nadana też została sygnatura – poinformowała koordynator ds. kontaktów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z mediami Joanna Organiak.

Na początku grudnia do Sądu Apelacyjnego przywieziono ok. 1000 tomów akt głównych sprawy Amber Gold. Akta zostały zgromadzone w jednym pomieszczeniu. Aby je ułożyć sąd musiał kupić kilka szaf. Oprócz tego, w Sądzie Okręgowym w Gdańsku nadal jest przechowywanych ok. 15 tys. załączników, zawierających m.in. akta pokrzywdzonych przez spółkę osób.

Losowanie pozostałych dwóch sędziów odbędzie się prawdopodobnie w I kwartale przyszłego roku – dodała Organiak.

Podkreśliła, że z uwagi na olbrzymią liczbę zgromadzonych akt, które będą musieli poznać sędziowie, nie jest dziś możliwe określenie, nawet orientacyjnie, kiedy Sąd Apelacyjny wyznaczy pierwszy termin rozprawy odwoławczej.

15 lat więzienia dla Marcina P.

Proces twórców Amber Gold Marcina P. i Katarzyny P. przed Sądem Okręgowym w Gdańsku rozpoczął się w marcu 2016 r. i trwał trzy lata i dwa miesiące. Jego finał nastąpił w maju 2019 r., doszło wówczas do mów końcowych. Samo jednak odczytywanie wyroku zajęło sądowi kolejnych pięć miesięcy do połowy października 2019 r. Od tej daty Sąd Okręgowy zaczął sporządzać pisemne uzasadnienie wyroku. Zakończył je pod koniec lipca 2020 r. Pisemne uzasadnienie wyroku liczy ponad 9,3 tys. stron i zajmie ok. 47 tomów akt sprawy.

Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał b. szefa Amber Gold Marcina P. na 15 lat więzienia, a Katarzynę P. na 12,5 roku więzienia. Oprócz kar pozbawienia wolności sąd nałożył na twórcę Amber Gold i jego żonę zakaz prowadzenia działalności gospodarczej o charakterze finansowym na 10 lat. Wymierzył im też kary grzywny: dla Marcina P. 159 tys. zł, a dla Katarzyny P. 135 tys. zł.

Prokuratorzy w mowach końcowych procesu przed Sądem Okręgowym wnieśli o kary po 25 lat więzienia dla każdego z oskarżonych. Obrońcy Marcina P. i Katarzyny P. wnioskowali o ich uniewinnienie.

Sąd orzekł również wobec oskarżonych obowiązek naprawienia szkody wyrządzonej części pokrzywdzonym w aferze Amber Gold. Dotyczy to ponad tysiąca osób, które nie zgłosiły swoich wierzytelności u syndyka masy upadłościowej Amber Gold i nie wystąpiły z pozwami cywilnymi przeciwko władzom spółki. Odszkodowania, które mają zapłacić tym osobom oskarżeni wynoszą co najmniej 32 mln zł.

Marcin P. przebywa w areszcie od sierpnia 2012 r., a Katarzyna P. od kwietnia 2013 r. Marcinowi P. postawiono ogółem cztery, a Katarzynie P. dziesięć zarzutów.

Ponad 18 tysięcy oszukanych

Według łódzkiej prokuratury okręgowej, która prowadziła śledztwo, Marcin P. i jego żona Katarzyna P. w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej oszukali w sumie ponad 18 tys. klientów spółki, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł. Oskarżenie dotyczy także prowadzenia działalności parabankowej i prania brudnych pieniędzy. Według prokuratury, oboje działali w celu osiągnięcia korzyści majątkowej i uczynili sobie z tej działalności stałe źródło dochodu.

Amber Gold to firma, która miała inwestować w złoto i inne kruszce. Działała od 2009 r., a klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji – od 6 proc. do nawet 16,5 proc. w skali roku – które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych. 13 sierpnia 2012 r. firma ogłosiła likwidację, a tysiącom klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy ani odsetek od nich.

Oskarżeni pieniądze pozyskane z lokat wydawali na rozmaite cele m.in. na finansowanie linii lotniczych OLT Express (nieistniejący już przewoźnik, w którym głównym inwestorem była Amber Gold) przeznaczono prawie 300 mln zł. Część dochodów szła też na wynagrodzenia. Ustalono, że z tego tytułu oskarżeni wypłacili sobie 18,8 mln zł.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Bułgaria: Rosyjski dyplomata wydalony za szpiegostwo

Afera w Bułgarii. Ambasada Rosji w Sofii oznajmiła w piątek po południu, że wydalenie jej dyplomaty z Bułgarii jest bezpodstawne i że Moskwa „zachowuje prawo do podjęcia retorsji” w związku z tą decyzją bułgarskich władz. To bezpodstawne wydalenie nie przyczynia się do utrwalenia stabilizacji regionu Morza Czarnego – głosi komunikat wydany przez rosyjską ambasadę, która ujawniła też, że wydalony dyplomata to attache wojskowy.

Bułgarski resort spraw zagranicznych poinformował wcześniej w piątek, że dyplomatę wydalono z kraju za działalność szpiegowską. Pracownik rosyjskiej placówki otrzymał 72 godziny na opuszczenie kraju. Jako przyczyny wskazano „działania niezgodne ze statusem dyplomatycznym”.

Bułgarska prokuratura ustaliła we współpracy z Państwową Agencją Bezpieczeństwa Narodowego (kontrwywiadem), że dyplomata od 2017 roku zbierał dla rosyjskiego wywiadu wojskowego dane o liczebności amerykańskich wojsk, biorących udział we wspólnych ćwiczeniach na terytorium Bułgarii. Informacje te przekazywał mu obywatel bułgarski w zamian za korzyści majątkowe.

AFP podaje, że decyzja o wydaleniu attache wojskowego Rosji zapadła po trzydniowej wizycie w Bułgarii amerykańskiego generała Erica Wendta, szefa sztabu ds. operacji specjalnych NATO, który omawiał w Sofii warunki uczestnictwa bułgarskich sił specjalnych w misjach Sojuszu.

W mijającym roku to już szósty rosyjski dyplomata wydalony z Bułgarii za szpiegostwo.

Od października 2019 roku liczne afery szpiegowski znacznie ochłodziły tradycyjnie dobre relacje Sofii z Moskwą – przypomina AFP
Źródło info i foto: Dziennik.pl