Proces ws. zabójstwa Pawła Adamowicza. Prokurator: milczenie oskarżonego to taktyka procesowa

Milczenie to taktyka procesowa. Oskarżony realizuje swoją linię obrony tak, jak chce. Nikt nie może mu nic narzucić i nikt nie może od niego oczekiwać, że będzie się zachowywał w określony sposób – powiedziała prokurator Agnieszka Nickel-Rogowska, która oskarża Stefana W. w sprawie zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Oskarżony o zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza Stefan W. od początku procesu nie powiedział żadnego słowa. Nie odpowiada na pytania sędziów i swojego adwokata. W czwartek podczas rozprawy sąd przedstawił zaświadczenie lekarskie, z którego wynika że jest w pełnym kontakcie słownym i logicznym na terenie aresztu, że są zachowane wszystkie funkcje życiowe i oskarżony w izolacji zachowuje się normalnie. O zachowaniu podczas procesu oskarżonego o zabójstwo prezydenta Gdańska mówiła po czwartkowej rozprawie prokurator Agnieszka Nickel-Rogowska, która prowadziła śledztwo i oskarża Stefana W. przed Sądem Okręgowym w Gdańsku.

– Moim zdaniem milczenie na bieg postepowania sądowego, w żaden sposób nie wpłynie. Oskarżony ma prawo przyjąć taką postawę, jaką ma życzenie przyjąć. To jest jego prawo do obrony, które może realizować w każdy sposób. Natomiast w świetle przepisów prawa tylko i wyłącznie opinia biegłych, którzy stwierdzą, że nie może brać udziału w postępowaniu ze względu na stan zdrowia może spowodować, że sąd będzie zmuszony zawiesić postępowanie do czasu ustania tej przeszkody – mówiła prokurator. 

Na pytanie, w jaki sposób Stefan W. zachowywał się w trakcie przesłuchań w prokuraturze, odpowiedziała, że normalnie. Jak każdy podejrzany odpowiadał na pytania, składał wyjaśnienia, również spontaniczne. Był zachowany kontakt słowny i logiczny – relacjonowała Agnieszka Nickel-Rogowska.

Prokurator wyjaśniła także, że każde przesłuchanie odbywało się w obecności adwokata. – Czasami byli funkcjonariusze obsługujący kamerę – dodała. Dopytywana o poczytalność Stefana W. stwierdziła, że z opinii, które są w aktach sprawy wynika, że jego poczytalność jest ograniczona”. 

Nickel-Rogowska oświadczyła również, że jej zdaniem milczenie Stefana W. to taktyka procesowa. – Oskarżony realizuje swoją linię obrony tak jak chce. Nikt nie może mu nic narzucić i nikt nie może od niego oczekiwać, że będzie się zachowywał w określony sposób poza oczywiście naruszaniem powagi sądu i porządku na sali, bo jak wiadomo sąd może zastosować różne środki, które przewiduje kodeks. Natomiast dopóki milczy, to nic nie robi złego. To jest realizacja jego linii obrony – powiedziała. 
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nie będzie odtajnienia akt śledztwa dotyczącego szefa NIK

Nie będzie odtajnienia akt śledztwa dotyczącego majątku szefa NIK Mariana Banasia, czego on sam by chciał. Zdaniem prokuratury upublicznienie dowodów mogłoby storpedować śledztwo – podaje w „Rzeczpospolita”. „Rzeczpospolita” przypomina, że prokurator krajowy lub generalny może skorzystać z art. 12 prawa o prokuraturze i w wyjątkowych sprawach ujawnić materiały z toczącego się postępowania. Zaapelował o to prezes NIK – w Białymstoku od półtora roku jest prowadzone śledztwo w sprawie jego oświadczeń majątkowych.

Zdaniem Banasia ma to służyć wyłącznie do „szukania haków na niego i jego rodzinę”.

Gazeta twierdzi jednak, że prokurator krajowy Bogdan Święczkowski i prokuratura nie skorzysta w tym przypadku ze swojego uprawnienia i nie odtajni akt śledztwa. Śledztwo toczy się swoim trybem, ma wiele wątków i nie będziemy tylko dlatego, że Banaś tego chce, publicznie mówić o tym, co w tym śledztwie zostało zgromadzone – mówi gazecie „rozmówca z kręgów prokuratorskich”.

„Zbieranie haków na mnie i moją osobę”

Prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś składa wniosek o upublicznienie materiałów zgromadzonych przez CBA i prokuraturę w śledztwie w jego sprawie. Marian Banaś oświadczenie w tej sprawie opublikował w poniedziałek na swoim profilu na Twitterze. Sprawa ma związek ze wszczętym pod koniec 2019 roku przez Prokuraturę Regionalną w Białymstoku śledztwem dotyczącym m.in. podejrzeń nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych i deklaracjach podatkowych Mariana Banasia. Podstawą wszczęcia postępowania były trzy zawiadomienia, które wpłynęły do białostockiej prokuratury od grupy posłów opozycji, Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz z Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Banaś, jak wyjaśnił, domaga się jasnej odpowiedzi na pytanie o cel tego śledztwa. „Od niemal dwóch lat zespół funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego i prokuratury zbiera dowody na popełnienie przeze mnie rzekomych przestępstw, o których tak chętnie informuje się i szeroko komentuje w mediach. Szykanowani są moi bliscy, dzieci, żona, synowa, nawet moje wnuki były świadkami czynności operacyjnych służb w domu syna. Moi byli współpracownicy, znajomi oraz ich firmy są obiektem przeszukań przez funkcjonariuszy CBA. Ogromne siły i środki zaangażowane zostały w jednym celu: zebrania haków na mnie i moją rodzinę” – napisał.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Wspólna akcja IPN i ABW. Ważne dokumenty w domu byłego esbeka

Archiwalne dokumenty znalezione w domu kolejnego byłego esbeka przejęli na Śląsku prokuratorzy z Instytutu Pamięci Narodowej oraz funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – dowiedział się reporter RMF FM Krzysztof Zasada. To działania w śledztwie dotyczącym byłego wiceszefa delegatury Urzędu Ochrony Państwa w Katowicach, pułkownika Witolda Z, u którego natrafiono na pokaźne archiwum tajnych akt.

Odnaleziono kilkanaście dokumentów wytworzonych przez organy bezpieczeństwa z lat 1975-1990. Jak przekazał RMF FM Robert Janicki z IPN – to różnego rodzaju instrukcje czy rozkazy. Nie mają klauzuli tajności, jednak zgodnie z prawem musiały być przekazane do archiwów.

Przeszukania prowadzono w związku z informacjami uzyskanymi podczas śledztwa w sprawie „szafy pułkownika Z.”. Prokuratorzy i agenci zdecydowali się na przeszukanie w domu i na posesji byłego funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej, który w przeszłości zajmował kierownicze stanowisko służbowe w Urzędzie Spraw Wewnętrznych jednego z miast województwa katowickiego. Mężczyźnie grozi 8 lat więzienia.

We wrześniu 2020 r. u pułkownika Witolda Z. zabezpieczono ponad 100 dokumentów wytworzonych w latach 1970-1990 przez jednostki organizacyjne Służby Bezpieczeństwa. W dokumentach znaleziono m.in. nieznane szyfrogramy dotyczące pacyfikacji kopalni Wujek, ale także szczegółowe informacje dotyczące działających w służbie bezpieczeństwa specgrup do zwalczania opozycji, Kościoła i związków wyznaniowych. Dokumenty obejmują dane o składach tych grup, dowódcach, plany operacji specjalnych, taktykę i sposoby działania tajnych komórek.

Wśród dokumentów z początku lat 80. są też teczki opisujące sytuację na Śląsku po wprowadzeniu stanu wojennego. Chodzi o zakłady pracy ze szczególnym uwzględnieniem strajków. Jak się dowiedzieli reporterzy RMF FM, w materiałach są również akta powstałe na podstawie notatek informatorów. Znajdują się w nich dane o szkoleniach służb specjalnych z Czechosłowacji, które przygotowywano do tłumienia rozruchów z Polsce w 1981 roku.

Pułkownik Witold Z. w czasach PRL był funkcjonariuszem SB Departamentu I MSW. Pracował w Niemczech. Po dojściu do władzy demokratycznej opozycji, wrócił do kraju. Pozytywnie przeszedł weryfikację i trafił na eksponowane stanowisko w Urzędzie Ochrony Państwa.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ruda Śląska: Wyłudziła 2 mln złotych. Usłyszał ponad 10 tys. zarzutów

Policjanci z Rudy Śląskiej zajmujący się przestępczością gospodarczą zakończyli prowadzoną prawie 3 lata sprawę dotyczącą wyłudzenia blisko 2 milionów złotych od różnych firm z terenu całego kraju. 36-letnia katowiczanka prowadząca firmę w Rudzie Śląskiej wprowadzała w błąd przedsiębiorców, pozyskując od nich środki, które zgodnie z jej deklaracją miały pozwolić na zakup pomocy dydaktycznych dla szkół i przedszkoli. W rzeczywistości wpłaty zasilały jej prywatne konto.

Pieniądze miały być przeznaczone na zakup pomocy dydaktycznych

Działalność firmy, którą podejrzana prowadziła na terenie Rudy Śląskiej, opierała się na telemarketingu. Ona sama lub jej pracownicy w trakcie rozmowy z wybranym przedsiębiorcą starali się nakłonić go do dokonania wpłaty pieniężnej, która według zapewnień miała być przeznaczona na zakup pomocy dydaktycznych i artykułów biurowych dla placówek oświatowo-wychowawczych z ich okolicy.

– Policjanci z Rudy Śląskiej ustalili, że prowadzona przez katowiczankę działalność tylko imitowała legalnie działającą firmę, w rzeczywistości ograniczała się wyłącznie do wystawiania faktur, które w znikomym procencie odzwierciedlały rzeczywistości – czytamy na stronie KMP Ruda Śląska.

Wartość zakupionych i przeznaczonych dla ośrodków oświatowych środków rzeczowych stanowiła jedynie około 2% wysokości otrzymanych na ten cel wpłat. Tym samym realizacja deklaracji dotyczących wyposażenia placówek oświatowych w pomoce dydaktyczne ograniczała się wyłącznie do absolutnego minimum, stanowiąc swoistą zasłonę dla faktycznego celu, jakim było pozyskiwanie pieniędzy od przedsiębiorców.

W trakcie ponad 5 lat działalności sprawczyni wyłudziła blisko 2 miliony złotych

Właścicielka firmy nie miała zamiaru wywiązywania się z żadnych zobowiązań zaciąganych wobec wpłacających pieniądze przedsiębiorców. Pracownicy podejrzanej przekonywali pokrzywdzonych, że wpłacane środki przeznaczane będą na zakupy dla konkretnej, a często położonej blisko siedziby przedsiębiorcy placówki oświatowej, do której niejednokrotnie uczęszczali oni sami, lub uczęszczają ich dzieci.

– W trakcie ponad 5 lat działalności sprawczyni wyłudziła blisko 2 miliony złotych, z czego na pomoce dydaktyczne przekazane do szkół i przedszkoli wydała zaledwie 36 tysięcy zł, czyli nawet niecałe 2 procent wpłat otrzymanych od darczyńców. Policjanci z komendy w Rudzie Śląskiej przeszukali mieszkanie i biura 36-latki, zabezpieczając dokumentację finansową firmy, w skład której weszło między innymi prawie 13 tys. faktur VAT – czytamy na stronie KMP Ruda Śląska.

Materiał dowodowy zgromadzony został w 190 tomach akt

W czasie dochodzenia przesłuchano ponad 5500 osób, a całą zabezpieczoną dokumentację w tym historię kont bankowych poddano szczegółowej analizie. Materiał dowodowy w prowadzonym przez 2,5 roku dochodzeniu, zgromadzony został w 190 tomach akt, na które składały się zeznania świadków, analizy rachunku bankowego, przelewów pocztowych oraz analiza 12 930 faktur.

Zwieńczeniem tak ciężkiej i mozolnej pracy rudzkich policjantów było przedstawienie 36-letniej właścicielce firmy łącznie 10 042 zarzutów oszustwa. Sporządzony przez śledczych z Wydziału do walki z Przestępczością Gospodarczą rudzkiej komendy akt oskarżenia, został zatwierdzony i przekazany do sądu przez nadzorującego sprawę prokuratora. Nieuczciwej katowiczance grozi kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat.
Źródło info i foto: rudaslaska.com.pl

Norweska prokuratura bada sprawę strzelaniny w meczecie jako akt terroryzmu

Norweska policja poinformowała, że sobotnia strzelanina w meczecie na przedmieściach Oslo jest badana jako prawdopodobny akt terrorystyczny. – Podejrzany był ksenofobem, chciał siać terror – powiedział na konferencji prasowej zastępca szefa stołecznej policji Rune Skjold.

– Badamy ją jako próbę przeprowadzenia aktu terrorystycznego – powiedział na konferencji prasowej zastępca szefa stołecznej policji Rune Skjold.

Strzelanina w meczecie

W strzelaninie w centrum islamskim al-Nur w Baerum na przedmieściach Oslo jedna osoba została ranna, sprawca został zatrzymany. Ostrzelał on z broni palnej okna oraz drzwi muzułmańskiej świątyni, po czym wdarł się do jej środka. Został obezwładniony przez ludzi zgromadzonych w meczecie, a następnie zatrzymany przez policję. Według przedstawiciela meczetu Irfana Mushtaqa, sprawcą był „biały mężczyzna w hełmie i mundurze”. Lokalna policja twierdzi, że domniemanym sprawcą sobotniej strzelaniny w meczecie jest młody, etniczny Norweg, który mieszka w pobliżu meczetu. Jest on znany służbom ze swojej działalności na skrajnie prawicowych forach internetowych.

W mieszkaniu domniemanego sprawcy znaleziono ciało kobiety

Norweska telewizja TV2 podała, że Norweg miał tuż przed atakiem wyrazić w mediach społecznościowych uznanie dla ataków terrorystycznych na meczety w Christchurch w Nowej Zelandii, do jakich doszło w marcu tego roku. Zginęło wówczas ponad 50 osób. W sobotę wieczorem policja poinformowała, że w mieszkaniu domniemanego sprawcy znaleziono ciało kobiety powiązanej z nim rodzinnie. Jest on podejrzany o jej zabicie.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Kolejne wulgarne napisy na siedzibach PiS

Nieznani sprawcy namalowali czerwoną farbą na ścianie budynku, w którym się mieści siedziba PiS w Elblągu napis „Czas na sąd ostateczny” oraz wulgarne słowo. O akcie wandalizmu została poinformowana w poniedziałek policja, która będzie prowadzić postępowanie w tej sprawie.Podobnie zaatakowano też warszawskie biuro partii

Napis na elewacji budynku, w pobliżu wejścia do biura posłów PiS Jerzego Wilka i Adama Ołdakowskiego, według pracowników biura prawdopodobnie zrobiono w nocy z niedzieli na poniedziałek. Poseł Wilk, który powiadomił o zdarzeniu policję, powiedział PAP, że jest oburzony tą sytuacją. Zwrócił uwagę, że wulgaryzmy namalowano na ścianie zabytkowego budynku komunalnego, obok flag państwowych, które wiszą przed biurem poselskim. Jeśli tak ma wyglądać dialog polityczny, to czego można spodziewać się w przyszłości? Obawiam się, że będzie coraz gorzej – mówił.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

IPN umorzył śledztwo ws. dokumentów TW Bolek

IPN umorzył śledztwo ws. podrobienia przez funkcjonariuszy SB akt TW Bolek – poinformował Instytut w piątek w komunikacie. O konieczności kontynuacji śledztwa zdecydował na początku roku sąd w Gdańsku.

Jak poinformowano w komunikacie opublikowanym w piątek na stronie IPN, 2 lipca „prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku umorzył śledztwo w sprawie podrobienia przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa na szkodę Lecha Wałęsy, w okresie od dnia 21 grudnia 1970 roku do dnia 29 czerwca 1974 roku w Gdańsku, dokumentów umieszczonych w teczce personalnej i teczce pracy tajnego współpracownika o pseudonimie +Bolek+”.

„Przyczyną umorzenia śledztwa było stwierdzenie, że wskazanego wyżej czynu nie popełniono” – podano w komunikacie.

Decyzję o umorzeniu – jak poinformowano w komunikacie – podjęto na podstawie zgromadzonego w sprawie „obszernego materiału dowodowego”. IPN ocenił za autentyczne 53 dokumenty, w tym zobowiązanie do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, pokwitowania odbioru pieniędzy i doniesienia agenturalne, znajdujące się w teczce personalnej i teczce pracy tajnego współpracownika o pseudonimie „Bolek”.

„Po tym jak napisałem list do Micka Jaggera którego komentowano na całym świecie ,hokus -pokus i pojawia sie komunikat IPN o umorzeniu sledztwa. Przyznano mi racje ze sbecy podrabiali mój podpis i dokumenty zeby mnie zniszczyć. Bede dalej walczył o moje i mojej rodziny dobre imie” – skomentował na Twitterze umorzenie śledztwa, Lech Wałęsa.

W ramach śledztwa ustalono – jak podaje IPN w komunikacie – w sześciu innych dokumentach dołączonych do teczki funkcjonariusze SB „przerobili” je w ten sposób, że przyjmując doniesienia sporządzone własnoręcznie przez tajnego współpracownika opatrzyli je pseudonimem „Bolek”. W śledztwie ustalono też jeden dokument – doniesienie napisane przez tajnego współpracownika, którego odpis zrobił funkcjonariusz SB i podpisał go pseudonimem „Bolek”. W podobny sposób został przerobiony dokument w postaci informacji sporządzonej przez funkcjonariusza SB z rozmowy przeprowadzonej z TW, którą funkcjonariusz opatrzył pseudonimem „Bolek”.

W tym zakresie – jak informuje IPN – „śledztwo zostało umorzone wobec upływu terminu karalności tych czynów”.

W styczniu Sąd Rejonowy w Gdańsku zdecydował, że śledztwo pionu śledczego IPN w Białymstoku ma być kontynuowane. Tym samym sąd uznał zażalenie pełnomocników Lecha Wałęsy i uchylił postanowienie o umorzeniu śledztwa, w którym IPN badał, czy doszło do podrobienia przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa dokumentów z teczki TW Bolek.

Instytut taką decyzję podjął w czerwcu 2017 roku. Wtedy IPN także ocenił, że dokumentacja dotycząca Lecha Wałęsy jest autentyczna, co potwierdziła opinia Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Była to opinia z zakresu pisma porównawczego dot. dokumentów z teczek TW Bolek – personalnej i pracy – i zawartych w nich dokumentów z lat 1970-1976. Teczki te zostały odnalezione w 2016 r. w domu ministra spraw wewnętrznych PRL Czesława Kiszczaka.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Poszukiwany oszust zatrzymany przez „łowców głów”

To była jedna z najbardziej brawurowych ucieczek z więzienia w XXI wieku. Znany oszust Piotr R. przy pomocy swojej ukochanej, kompana poznanego w areszcie sądowym oraz dwóch adwokatów i taksówkarza z gangsterską przeszłością wykiwał w ciągu jednego dnia prokuraturę, policję oraz sąd i służbę więzienną. Pomogły mu m.in. telefon w zegarku, dowód wykradziony z akt i lekarstwo, które dostarczyli mu, ponoć nieświadomi wszystkiego, prawnicy.

Portal tvp.info dotarł do szczegółów aktu oskarżenia w sprawie jednej z najbardziej spektakularnych ucieczek z polskiego więzienia lub aresztu w ostatnich latach. Śledczy z Prokuratury Okręgowej w Warszawie potrzebowali niespełna roku, by oskarżyć uciekiniera – Piotra R. oraz jego konkubinę i dwóch innych mężczyzn zamieszanych w całą sprawę. O współpracę z R. byli podejrzani także dwaj jego adwokaci. Ostatecznie śledczy nie znaleźli mocnych dowodów, że prawnicy świadomie pomagali oszustowi.

Przygotowania

43-letni Piotr R. to jeden z najbardziej znanych stołecznych oszustów i przestępców gospodarczych. W 2017 roku miał do odsiadki 12 lat, a przed warszawskim sądem toczył się jego kolejny proces. W tej sprawie pozostawał formalnie aresztowany od trzech lat. W styczniu 2017 roku R. miał powiedzieć Rafałowi M., kompanowi z aresztu sądowego, że ma już dość odsiadki. Mężczyźni poznali się zaledwie rok wcześniej.

Gdy M. opuścił areszt jego łącznikiem z kompanem była Katarzyna B., partnerka oszusta. Kobieta nie miała poważniejszych problemów z dostarczaniem grypsów, ponieważ odpowiadała przed sądem w tej samej sprawie, co jej ukochany. Listy z instrukcjami były przekazywane za pośrednictwem dwóch adwokatów.

Piotr R. odpowiadał na pisma np. robiąc notatki na drugich stronach kserokopii akt. Od marca do maja przekazał w ten sposób wspólnikom szczegółowe plany ucieczki. Polecił także ukochanej kupno specjalnego leku, który powoduje rozszerzenie źrenic oraz broni palnej lub atrapy. Medykament dotarł do oszusta za pośrednictwem prawnika.

Jakby tego było mało, Katarzyna B. dostarczyła kochankowi specjalny zegarek z telefonem oraz kartę sim. Z tego aparatu Piotr R. kontaktował się z uczestnikami spisku.

Przedstawienie

15 maja ubiegłego roku Piotr R. został doprowadzony do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście-Północ, gdzie miał być przesłuchany jako świadek. Odmówił składania zeznań. Tłumaczył, że nie zrobi tego bez swojego adwokata. Jedenaście dni później został ponownie dowieziony z aresztu do prokuratury. Tym razem czekał już na niego mec. Daniel G.

W czasie przesłuchania Piotr R. poprosił o przerwę, argumentując, że chce skorzystać z toalety. Jak tylko został sam, zadzwonił z telefonu w zegarku do Rafała M. i powiedział, że ma być gotowy na akcję w szpitalu przy ul. Banacha. Mężczyzna wiedział, że w razie problemów zdrowotnych aresztanta trzeba go zawieźć do najbliższego szpitala, zaś placówka przy ul. Banacha mieści się kilkaset metrów od prokuratury. Po rozmowie R. zakroplił sobie oczy specjalnym lekiem.

W pokoju przesłuchań R. odegrał całą scenę. Przekonywał, że ma silne bóle głowy i przestaje widzieć. Prokuratorka uznała, że nie ma podstaw do wzywania karetki, ale po pogotowie zadzwonił już mec. Dawid G. Załoga kartki zabrała R. do szpitala przy ul. Banacha.
Źródło info i foto: TVP.info

Igor Stachowiak został pobity przez policję wcześniej? Nowe informacje w sprawie

Igor Stachowiak już kilka lat przed śmiercią miał zatarg z jednym z policjantów – podaje TVN24. Drastyczne szczegóły reporter stacji właśnie poznał z ujawnionych mu akt śledztwa.

– Jeden z policjantów, którzy torturowali Igora Stachowiaka w toalecie, trzy lata wcześniej uczestniczył w interwencji wobec Stachowiaka. Po tym Stachowiak złożył zawiadomienie do prokuratury o pobiciu – mówił na antenie TVN24 reporter Wojciech Bojanowski. Przypomnijmy, że to właśnie Bojanowski wcześniej ujawnił nagranie z paralizatora, którym przed śmiercią został potraktowany przez policjantów Igor Stachowiak. 

Igor Stachowiak skarży policjantów
Według nowych informacji uzyskanych teraz Bojanowskiego, wobec Igora Stachowiaka już wówczas, w 2013 roku, zastosowano paralizator. Reporter dowiedział się o wszystkim z akt sądowych, które właśnie – jak powiedział – zostały mu udostępnione.

Od czego zaczęła się interwencja policji sprzed lat? Od zawiadomienia ze stacji benzynowej o dwóch mężczyznach, którzy byli prawdopodobnie pod wpływem alkoholu. Bojanowski relacjonował zeznania Stachowiaka, który opisał, jak wywieziono go na teren ogródków działkowych i tam policjant raził go paralizatorem umieszczonym w latarce oraz miał straszyć, że porazi w krocze. Igor Stachowiak opisywał też, że na komisariat trafił skuty i tam został pobity przez funkcjonariuszy. 

Co wynikło z zawiadomienia Igora Stachowiaka? Sprawa zakończyła się umorzeniem – ustalił reporter TVN24. 

Bojanowski w programie „Fakty po faktach” mówił też, że dokumenty z obdukcji Stachowiaka, które znajdują się w aktach sprawy, są niepełne. Nie ma w nich kartki ze spisanymi obrażeniami na ciele mężczyzny.

Policjanci oskarżeni 
Igora Stachowiak 15 maja 2016 r. został zatrzymany przez policję na wrocławskim rynku. 23-latek został przewieziony na komendę. Tam był kilkakrotnie rażony paralizatorem.

Policjanci od sprawy Igora Stachowiaka nie będą oskarżeni o nieumyślne spowodowanie śmierci, tylko o znęcanie się nad zatrzymanym i przekroczenie uprawnień.

Do nagrania z kamery umieszczonej na paralizatorze dotarł reporter Wojciech Bojanowski. Zostało ujawnione w programie „Superwizer” TVN. Bojanowski otrzymał, w ramach Grand Press 2017, tytuł Dziennikarza Roku.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

W Gnieźnie ostrzelano autobus pełen ludzi

Atak miał miejsce ok. godz. 21 w centrum miasta. Na szczęście nie ucierpiał żaden z pasażerów. Po strzałach z broni, najpewniej pneumatycznej, zniszczone zostały szyby. Pojazd musiał zjechać do zajezdni.

Wczoraj wieczorem na ul. Armii Krajowej w okolicy parku jordanowskiego nasz autobus został ostrzelany najprawdopodobniej z broni pneumatycznej. W środku byli pasażerowie, od prawdziwej tragedii dzieliły jedynie centymetry. Akt skandalicznej głupoty i bezsensownego wandalizmu. Sprawą zajmuje się policja – mamy nadzieję, że sprawca zostanie szybko ujęty i wyciągnięte zostaną bardzo surowe konsekwencje – informuje przewoźnik z Gniezna na Facebooku.

Przedstawiciele MPK w Gnieźnie złożyli na komisariacie zawiadomienie. Oględziny mają potwierdzić typ użytej broni.
Źródło info i foto: o2.pl