Synobójca z Jelcza-Laskowic skazany na dożywocie

Dożywocie dla Andrzeja K. za zastrzelenie syna w 2021 roku w Jelczu Laskowicach na Dolnym Śląsku. Tak wyrok zapadł dziś we wrocławskim sądzie. Do rodzinnej tragedii w Jelczu Laskowicach doszło 11 stycznia 2021 roku. Andrzej K. zastrzelił swojego syna w hurtowni, gdzie ten pracował. Oddał jeden strzał z rewolweru czarnoprochowego w tył głowy 37-latka. Po wszystkim ojciec sam się okaleczył. 68-latek usłyszał zarzut zabójstwa. Przyznał się do winy. Jako motyw działania wskazał sprawy ekonomiczne. Ustalono, że mężczyzna wcześniej przygotowywał się do zbrodni. Wrocławski sąd nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że oskarżony zabił. Skazał go na dożywocie. Zasądził też w sumie 150 tysięcy złotych zadośćuczynienia rodzinie zastrzelonego. Chodzi między innymi o partnerkę i syna ofiary.

Dzisiejszy wyrok nie jest prawomocny.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zastrzelił sąsiadkę, ranił jej 19-letniego syna. Jest wyrok

25 lat więzienia – taki wyrok wydał Sąd Okręgowy Warszawa-Praga wobec 66-letniego Andrzeja K., oskarżonego m.in. o zastrzelenie sąsiadki oraz dwukrotne dźgnięcie nożem jej syna. Do zbrodni doszło w lipcu 2019 roku podczas kontroli budowlanej przy ul. Łąkocińskiej w Warszawie. Sędzia Adam Radziszewski uznał oskarżonego o pięć czynów Andrzeja K. za winnego i wymierzył mu karę 25 lat pozbawienia wolności. Wyrok jest nieprawomocny. Obrona w przemowie kończącej proces wnosiła, by sąd wymierzył oskarżonemu najłagodniejszy możliwy wymiar kary.

Sędzia Radziszewski uznał również, że oskarżony ma obowiązek naprawienia szkody w kwocie 21 tysięcy zł. Ma też wypłacić 140 tys. zł zadośćuczynienie wobec pokrzywdzonych.

Sąsiedzki konflikt

Do zbrodni doszło 12 lipca 2019 r. przy ulicy Łąkocińskiej 3. Pod tym adresem, w piętrowym budynku, zamieszkiwali pokrzywdzeni – Agnieszka G. oraz Adrian G. – i oskarżony Andrzej K. Lokatorzy byli skonfliktowani.

W dniu tragedii na posesji pojawił się inspektor budowlany. Został wezwany przez pokrzywdzonych, którzy zgłosili, że K. zbudował na podwórku nielegalne szambo. To właśnie podczas tej kontroli Andrzej K. sięgnął, jak ustalili śledczy, po broń palną czarnoprochową i oddał pięć strzałów do Agnieszki G., raniąc ją w tułów oraz ramię.

Oskarżony próbował również – według prokuratury – zamordować syna kobiety. Z relacji świadka wynika, że Andrzej K. chciał postrzelić 19-latka, ale broń nie wypaliła. Wówczas oskarżony chwycił nóż schowany pod kurtką i ugodził chłopaka w okolice żeber i brzucha. Sąd zmienił opis oraz kwalifikację tego czynu, uznając go za próbę spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, a nie usiłowanie zabójstwa.

Przyznał, że planował zbrodnię

Później Andrzej K. udał się do znajdującej się na posesji altany, z której korzystali pokrzywdzeni i podpalił ją przy pomocy benzyny oraz improwizowanych materiałów wybuchowych. W związku z tym zdarzeniem 66-latek odpowiadał przed sądem także za zniszczenie mienia. Prokuratura oskarżyła go również o przetwarzanie materiałów wybuchowych bez wymaganego zezwolenia, bo w jego garażu ujawniono tzw. koktajle Mołotowa, a w mieszkaniu substancje chemiczne i dwa przyrządy wybuchowe.

Po zatrzymaniu powiedział śledczym, że zbrodnia była zaplanowana. Podtrzymał swoje wyjaśnienia także podczas kolejnych przesłuchań w prokuraturze oraz przed sądem. Oskarżony opisał konflikt z Agnieszką G. i jej rodziną.

Jak wyjaśnił, jego prawo do zarządzania nieruchomością było ograniczane, mimo że był współwłaścicielem budynku. Andrzej K. wyjaśniał, że przez kilka tygodni nie było go w domu, miał wrócić dzień przed zdarzeniem. Twierdził, że w czasie jego nieobecności pokrzywdzeni rozebrali należące do niego budynki gospodarcze i pozbyli się należących do niego rzeczy.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Warszawa: Andrzej K. oskarżony o zbrodnię na Bródnie. Mężczyzna zabił sąsiadkę, usiłował zabić jej syna

Sąsiedzki konflikt doprowadził do potwornej tragedii. Andrzej K. (65 l.) zaplanował zbrodnię, a potem z zimną krwią ją zrealizował. Jego ofiarą padła Agnieszka G. († 43 l.). Sprawca zastrzelił 43-latkę na oczach inspektora budowlanego, który wówczas kontrolował posesję. Napastnik próbował też zabić syna kobiety, 19-letniego Adriana. Prokuratura oskarżyła 65-latka o okrutną zbrodnię sprzed roku.

Makabryczne zdarzenia rozegrały się 12 lipca 2019 roku w piętrowym budynku przy ulicy Łąkocińskiej na warszawskim Bródnie. To tam mieszkał Andrzej K. oraz Agnieszka G. z synem Adrianem. Sąsiedzi żyli ze sobą w konflikcie, który w końcu doprowadził do tragedii. Wszystko wydarzyło się na oczach przerażonego inspektora budowlanego, który tego dnia przybył na posesję. Został on wezwany przez rodzinę G., którzy zgłosili, że ich sąsiad zbudował na podwórku nielegalne szambo. Podczas kontroli wydarzył się istny horror!

Andrzej K. oddał kilka strzałów w stronę 43-latki. Próbował także postrzelić nastolatka, lecz broń nie wypaliła. Wówczas 65-latek wyjął nóż schowany pod kurtką i rzucił się na chłopaka, raniąc go w okolice żeber. Na tym oszalały mężczyzna nie poprzestał. Andrzej K. wziął kanister z benzyną i materiały wybuchowe własnej roboty i podpalił znajdującą się na posesji altanę, w której były rzeczy rodziny G.

– Była pracowita, opiekuńcza i trzymała wszystko. Za krótko żyła – mówiła Polsat News matka zamordowanej kobiety.

Łękocińska. Sąsiedzki konflikt doprowadził do tragedii

Po zatrzymaniu 65-latek przyznał, że zbrodnia była zaplanowana… Podczas przesłuchania oskarżony opisał konflikt z lokatorką i jej rodziną. Jak wyjaśnił, jego prawo do zarządzania nieruchomością było ograniczane, mimo że był współwłaścicielem budynku. Andrzej K. tłumaczył, że przez kilka tygodni nie było go w domu i miał wrócić dzień przed zdarzeniem. 65-latek utrzymywał, że podczas jego nieobecności lokatorzy rozebrali należące do niego budynki gospodarcze i pozbyli się jego rzeczy.

Mężczyzna miał też cały arsenał na posesji. W garażu przygotowane były tzw. koktajle mołotowa, a w jego mieszkaniu znaleziono substancje chemiczne, trzy domowej roboty bomby rurowe wypełnione czarny prochem, dwa przyrządy wybuchowe. Posiadał także bez wymaganego zezwolenia amunicję. Przed posesją zabezpieczono również rewolwer kapiszonowy.

Warszawska prokuratura oskarżyła 65-latka o zbrodnię sprzed roku. – Andrzej K. został oskarżony o zabójstwo Agnieszki G. poprzez oddanie do niej strzałów z broni palnej. Mężczyzna spowodował u pokrzywdzonej pięć ran postrzałowych. Oskarżony jest także o usiłowanie pozbawienia życia Adriana G., syna pokrzywdzonej – przekazał prok. Marcin Saduś, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

Andrzej K. odpowie także za zniszczenie w wyniku pożaru mienia, a także za czyn opisany w artykule 171 p. 1 kodeksu karnego, czyli przetwarzanie materiałów wybuchowych bez wymaganego zezwolenia.

– Oskarżony w toku postępowania przygotowawczego był dwukrotnie przesłuchiwany, przyznał się do winy i złożył obszerne wyjaśnienia – wskazał rzecznik warszawskiej prokuratury.

Karta 65-latka, rozwiedzionego mechanika, była do tej pory pusta. Teraz za zabójstwo sąsiadki i usiłowanie pozbawienia życia jej syna grozi mu dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Dożywocie grozi 65-letniemu Andrzejowi K.

Dożywotnie więzienie grozi 65-letniemu Andrzejowi K., który przed rokiem, w czasie inspekcji budowlanej na warszawskim Bródnie, postrzelił sąsiadkę, a następnie próbował zabić jej syna i wysadzić budynek przy użyciu materiałów wybuchowych. Prokuratura z Warszawy Pragi przygotowała akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie. W zeznaniach przyznał, że do tragedii przyczynił się ciągnący się konflikt sąsiedzki.

Podczas kontroli Andrzej K. sięgnął po broń i oddał kilka strzałów do Agnieszki G. Rany okazały się śmiertelne. Chwilę później mężczyzna wycelował broń w kierunku jej syna, jednak nie wypaliła. Wówczas próbował ugodzić go nożem w okolice żeber.

Zabójstwo na Bródnie. Z nożem, bronią palną i koktajlami mołotowa zemścił się na sąsiadach

Nie udało mu się, więc pospieszył do pobliskiej altany, w której znajdowały się rzeczy pokrzywdzonych. Używając benzyny chciał podpalić budynek. Całość makabrycznej historii widział inspektor budowlany.

Dziś w sprawie pojawił się akt oskarżenia. Informację przekazał rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

„Andrzej K. został oskarżony o zabójstwo Agnieszki G. poprzez oddanie do niej strzałów z broni palnej. Mężczyzna spowodował u pokrzywdzonej pięć ran postrzałowych. Oskarżony jest także o usiłowanie pozbawienia życia Adriana G., syna pokrzywdzonej” – wymienił prokurator Marcin Saduś.

65-latek odpowie także za zniszczenie w wyniku pożaru mienia, a także za przetwarzanie materiałów wybuchowych bez wymaganego zezwolenia. Oskarżony przyznał się do winy, złożył w sprawie obszerne wyjaśnienia.

Tłem w tej tragicznej historii był niekończący się konflikt sąsiedzki. K. był skłócony z rodziną Agnieszki G. Oskarżony tłumaczył, że próbowano mu ograniczać prawo do zarządzania nieruchomością, mimo że był współwłaścicielem budynku. Dodał, że gdy wrócił po kilku tygodniach nieobecności, to zastał rozebrane budynki gospodarcze.

Za zabójstwo sąsiadki i usiłowanie pozbawienia życia jej syna grozi mu dożywocie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Ruszył proces ws. „gangu przebierańców”

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie rozpoczął się proces tzw. gangu przebierańców – dowiedziała się PAP. Na ławie oskarżonych zasiada 14 osób, w tym były minister sprawiedliwości Andrzej K.

Gang przebierańców – jak media określiły grupę przestępczą – działał od 2015 r. do końca 2017 r. Według ustaleń śledztwa, jej członkowie kontaktowali się z różnymi firmami z branży paliwowej i farmaceutycznej, a następnie, w zamian za korzyści majątkowe, deklarowali załatwienie różnych spraw. Mieli zapewniać, że wobec podmiotów, które nawiążą z nimi współpracę, nie zostaną wszczęte przez organy skarbowe postępowania kontrolne i karne.

Jak przekazywała Prokuratura Regionalna w Katowicach, śledztwo dotyczyło „powoływania się na wpływy, wywoływanie przekonania o istnieniu takich wpływów oraz utwierdzaniu w przekonaniu o istnieniu takich wpływów” w wielu instytucjach państwowych w zamian za korzyści majątkowe i osobiste oraz ich obietnice.

Członkowie grupy mieli podawać się m.in. za agentów służb specjalnych i wyłudzać pieniądze w zamian za obietnicę roztoczenia parasola ochronnego nad firmami.

Zdaniem prokuratury – mieli też pomagać w załatwianiu różnych spraw (np. ochronić przed działaniami kontrolnymi urzędów skarbowych i czynnościami śledczymi policji) oraz powoływać się na wpływy w różnych instytucjach – m.in. w ABW, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego i innych służbach specjalnych, instytucjach skarbowych, policji, Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym, a także w resortach: finansów, sprawiedliwości i zdrowia.

„W tym śledztwie zarzuty przedstawiono łącznie 14 osobom, przy czym dwóm z tych osób zarzucono założenie oraz kierowanie grupą” – informowała prokuratura.

Kto należał do grupy?

Według prokuratury, w grupie przestępczej uczestniczyć mieli również emerytowani funkcjonariusze służb specjalnych i prawnicy z jednej z warszawskich kancelarii.

Jedną z osób, które usłyszały w tej sprawie zarzuty jest były minister sprawiedliwości Andrzej K. Miał on powoływać się na wpływy w ABW i w Prokuraturze Krajowej i wprowadzać w błąd prezesa spółki farmaceutycznej co do możliwości stworzenia nad jego spółką parasola ochronnego służb.

Jak podawała Prokuratura Krajowa, działając w ten sposób K. wprowadził do spółki dwóch podejrzanych, a ta wypłaciła im wynagrodzenie w łącznej wysokości co najmniej 204 tys. zł. Firma traciła też dodatkowo co najmniej 140 tys. zł – pieniądze te zostały wypłacone z tytułu realizacji pozornej umowy zlecenia o świadczenie pomocy prawnej. Zdaniem śledczych, Andrzej K. wprowadził również w błąd prezesa spółki farmaceutycznej co do możliwości pozytywnego załatwienia dotyczącej jej sprawy prowadzonej przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie.

Jak dowiedziała się PAP, przed Sądem Okręgowym w Warszawie toczy się już proces w tej sprawie.
Źródło info i foto: interia.pl

Bielsko-Biała: Andrzej K. skazany na 8 lat więzienia i 600 tysięcy do zapłaty za spalenie kamienicy

Na osiem lat więzienia skazany został Andrzej K. za spowodowanie pożaru kamienicy w Bielsku-Białej. Musi też naprawić szkody, które wyceniono na ponad 600 tysięcy złotych. Budynek został rozebrany.

– Wyrok nie jest prawomocny. Zapowiedź apelacji złożył już obrońca oskarżonego, któremu doręczane jest uzasadnienie wyroku. Od daty doręczenia ma on 14 dni na złożenie apelacji – poinformował w środę rzecznik bielskiego sądu okręgowego sędzia Jarosław Sablik.

Rzecznik dodał, że skazany na osiem lat Andrzej K. musi również naprawić szkodę, którą wyrządził. Ponad 590 tys. zł jest winien komunalnemu Zakładowi Gospodarki Mieszkaniowej, a 94 tysiące pokrzywdzonym.

Groźby, wybuch i pożar

Do zniszczenia kamienicy przy ulicy Cieszyńskiej w Bielsku-Białej doszło w kwietniu 2019 roku. Zdaniem mieszkańców, ich sąsiad Andrzej K. wielokrotnie odgrażał się, że „wysadzi dom w powietrze”. Tego dnia pozostawił kanister koło piecyka z otwartym paleniskiem. Po wybuchu całą kamienicę objął ogień.

W pożarze nikt nie został poszkodowany. Bez dachu nad głową zostało jednak 15 osób, w tym rodziny z dziećmi. Stracili cały dobytek. Pierwszą noc spędzili u rodzin, a później miasto zaoferowało im inne mieszkania. Otrzymali też pomoc finansową od samorządu.

Budynek po wybuchu i pożarze nie nadawał się do użytku. Został wyburzony.

K. został zatrzymany następnego dnia po pożarze. Był pijany, miał we krwi niemal 2 promile alkoholu. Gdy wytrzeźwiał, trafił do prokuratury, gdzie usłyszał zarzut spowodowania – poprzez wywołanie eksplozji – katastrofy zagrażającej życiu wielu osób. Mówił, że niczego nie pamięta. Został aresztowany.

Chciał dla siebie cztery lata

Podczas pierwszej rozprawy w bielskim sądzie rejonowym przyznał się do winy i wyraził skruchę. Mówił, że był pijany i nie wiedział, co robi. Wystąpił z wnioskiem o dobrowolne poddanie się karze, proponując dla siebie cztery lata więzienia.

Ale sprzeciwiła się temu prokuratura i poszkodowani. Prokurator Mateusz Wolny argumentował, że K. w 2001 roku był już skazany na cztery lata za podpalenie. – Nawet jego linia obrony była wówczas identyczna. Tłumaczył się niepamięcią i byciem pod wpływem alkoholu – dodał śledczy. Sąd nie uwzględnił wniosku Andrzeja K.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Duńscy myśliwi zabili na polowaniu 47-letniego Andrzeja K.

Naganiał zwierzęta pod lufy duńskich myśliwych, a sam stał się ofiarą. Tak skończyło się polowanie dla Andrzeja K. (†47 l.). Pocisk przeszył mężczyźnie serce. Jak do tego doszło? Wyjaśnia to policja. Było niedzielne popołudnie. Pod Włościborzem (woj. zachodniopomorskie) odbywało się komercyjne polowanie, czyli takie, za udział w którym się płaci. Zorganizowało je Koło Łowieckie „Świt”. Uczestniczyło w nim 16 myśliwych z Danii.

Zasadzili się w ogrodzonym siatką, niedużym sosnowym lasku i czekali na dziki, które pod same lufy mieli im nagonić polscy myśliwi. – Duńczycy stali tuż przy siatce i mieli strzelać do dzików biegnących wzdłuż ogrodzenia – tłumaczy jedna z osób, biorących udział w polowaniu. – Mieli celować w dół, nie dalej niż na 5 metrów od siebie. Niestety jedna z kul wystrzelonych ze sztucera musiała zrykoszetować i trafiła naganiacza, który zginął na miejscu – dodaje.

Jak udało nam się dowiedzieć, ofiara to Andrzej K. (†47 l.), mieszkaniec pobliskiego Gąskowa. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że wszyscy myśliwi byli trzeźwi. Nie wiadomo, który z Duńczyków oddał śmiertelny strzał. – Za wcześnie na stawianie komukolwiek zarzutów. Mogę jedynie powiedzieć, że w trakcie polowania został postrzelony biorący udział w nagonce mężczyzna. Teraz przesłuchujemy świadków – mówi Tomasz Kwaśnik, rzecznik policji w Kołobrzegu.
Źródło info i foto: Fakt.pl

25-letni Dawid J. brutalnie zamordował kolegę. Śmiercią groził też policjantom

To spotkanie przy kieliszku zakończyło się tragicznie. W trakcie libacji Dawid J., według śledczych, zaczął bić i kopać swojego swojego kompana, a nawet skakać po jego głowie. W trakcie zatrzymania groził policjantom, że ich także zabije. W sobotę 21 września Dawid J. i Andrzej K. – mieszkańcy jednej z podwrocławskich wsi – spotkali się w opuszczonym budynku. Razem pili alkohol.

– W pewnym momencie Dawid J. zaczął bić, kopać oraz skakać po głowie pokrzywdzonego, czym spowodował u Andrzeja K. obrażenia głowy, w szczególności twarzoczaszki z masywnym krwotokiem zewnętrznym – informuje Justyna Pilarczyk, rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

25-latek po dokonaniu zbrodni poszedł do swoich krewnych i przyznał się do zabicia człowieka. To oni wezwali policję.

Groził policjantom

– Policjanci natychmiast udali się we wskazane miejsce, gdzie zastali podejrzewanego o przestępstwo. Mężczyzna miał na sobie ślady krwi. W momencie zatrzymania był nietrzeźwy. Miał blisko dwa promile alkoholu w organizmie. Podczas czynności mężczyzna był bardzo agresywny. Groził policjantom pozbawieniem życia, a także wielokrotnie ich znieważył – relacjonuje Marta Stefanowska, rzecznik policji w Środzie Śląskiej.

Zeznania świadków, przeszukania mieszkań czy oględziny miejsca zbrodni dały śledczym mocne podstawy do zatrzymania Dawida J. i przedstawienia mu zarzutu zabójstwa. Oprócz tego usłyszał także zarzut kierowania gróźb pozbawienia życia wobec policjantów. Mężczyzna przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale odmówił złożenia wyjaśnień. Sąd zastosował wobec 25-latka tymczasowy areszt na okres trzech miesięcy. Grozi mu dożywotnie więzienie.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wrocław: Są wyroki za brutalnego pobicie byłego policjanta

Od roku do pięciu lat więzienia – takie wyroki usłyszało trzech mężczyzn w związku z brutalnym pobiciem byłego policjanta w jednej z wrocławskich dyskotek. Sąd skazał także właścicieli klubu, którzy skasowali nagrania z monitoringu, by zatuszować sprawę. W październiku 2017 roku Andrzej K. – chwilę po pojawieniu się w lokalu – został zaczepiony przez znanego we wrocławskim półświatku Łukasza W. ps. Gekon, wielokrotnie karanego w przeszłości, a obecnie oskarżonego o udział w handlu dopalaczami. Według prokuratury obaj panowie mieli zatarg.

„Gekon” zaczął okładać byłego policjanta, a wkrótce do niego dołączyli Patryk P. oraz Michał W. Pierwszy z nich zamachnął się na K. pięścią uzbrojoną w kastet z ostrzem. Rozciął mu policzek. W. miał w ręku paralizator. Był w gotowości, wspierał swoich kompanów, ale nie brał czynnego udziału w pobiciu.

W pewnym momencie zdarzenie ze środka przeniosło się przed klub, gdzie Andrzej K. otrzymał jeszcze kilka kopniaków. Mocno poturbowany trafił do szpitala. Właściciele lokalu chcieli zatuszować całe zajście. Usunęli nagrania z monitoringu. Nieudolnie, bo policyjnym informatykom bez większych problemów udało się filmy odzyskać. Oprócz całej bójki, na jednym z nagrań widać nawet jak dwóch mężczyzn kasuje nagrania z newralgicznego momentu.

Wyroki

Głównie dzięki monitoringowi, ale też na podstawie zeznań świadków i samych oskarżonych Sąd Okręgowy we Wrocławiu wydał w czwartek wyroki dla sześciu mężczyzn. Sędzia Paweł Pomianowski nie miał wątpliwości co do winy i sprawstwa oskarżonych. Najsurowiej ukarany został Patryk P. Za spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przy użyciu kastetu dostał pięć lat więzienia. „Gekon” skazany został na 1,5 roku więzienia, natomiast Michał W. na rok pozbawienia wolności. Muszą zapłacić Andrzejowi K. łącznie 18 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Jego pełnomocnik przyznał, że trudno mu się ustosunkować do wyroku, bo nie powiadomił jeszcze o nim swojego klienta, ale biorąc pod uwagę, że żądał on 60 tysięcy, wyrok prawdopodobnie zostanie zaskarżony.

Takiej możliwości nie wyklucza też prokuratura, która chciał dla Łukasza W. sześciu lat więzienia. Sąd stwierdził, że jest to zbyt surowa kara, wskazując na brak dowodów świadczących o tym, że miałby on wiedzieć o kastecie, który posiadał jego kolega. Dwaj szefowie lokalu, za skasowanie nagrań z monitoringu, skazani zostali na pół roku więzienia w zawieszeniu na rok, natomiast ich pracownika ukarano grzywną.

Wyrok jest nieprawomocny.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Przełom w sprawie Amber Gold?

Nigdy nie udało się przesłuchać go prokuraturze, ABW, a nawet komisji śledczej. Adwokat Łukasz D. umiejętnie chował się za statusem obrońcy Marcina P., twórcy piramidy Amber Gold. Zarzuty wreszcie udało mu się postawić przez… samochód. Jak pisze „Rzeczpospolita”, 9 listopada postawiła zarzuty gdańskiemu adwokatowi Łukaszowi D, byłemu dyrektorowi zarządzającemu OLT Express Jarosławowi F., a także twórcy piramidy finansowej Finroyal Andrzejowi K.

Za przełomowe można uznać zarzuty dla prawnika, który jest najbliższym współpracownikiem Marcina P. od samego początku jego działalności. To on wyciągnął późniejszego twórcę Amber Gold z więzienia w 2006 r. przed końcem kary i umożliwił mu budowę przestępczego biznesu.

Łukasz D. pracował w spółkach grupy Amber Gold i był bezpośrednio zaangażowany we wszystkie nielegalne działania Marcina P. Mimo to nigdy nie został nawet przesłuchany przez ABW i prokuraturę. Nie poradziła sobie z nim nawet sejmowa komisja śledcza.

Prawnik skutecznie wykorzystał status obrońcy Marcina P., który umożliwiał mu odmawianie składania zeznań z uwagi na tajemnicę adwokacką.

Łódzka Prokuratura Regionalna, która bada, co się stało z milionami wyprowadzanymi z Amber Gold, znalazła jednak sposób na Łukasza D. Wykazała, że adwokat przejął od Amber Gold luksusowe BMW X5 na podstawie fikcyjnej umowy.

Auto miało być zapłatą za szkolenie zarządu Amber Gold, którego prawnik jednak w rzeczywistości nie przeprowadził. Obrończyni Łukasza D. zapewnia, że zarzuty prokuratury są absurdalne i jej klient nie przyznaje się do winy.
Źródło info i foto: Money.pl