Oskarżony o zabójstwo prezydenta Gdańska krzyczał podczas rozprawy

Stefan W., który jest oskarżony o zabójstwo prezydenta Gdańska, na początku czwartkowej rozprawy dwukrotnie wykrzyczał „Allah Akbar”. W Sądzie Okręgowym w Gdańsku trwa siedemnasta rozprawa w sprawie zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. W czwartek w Sądzie Okręgowym w Gdańsku rozpoczęła się siedemnasta rozprawa w sprawie zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Oskarżony Stefan W. został doprowadzony z pobliskiego aresztu śledczego do największej sali sądu. Usiadł w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu za szklaną szybą. Na początku rozprawy, przed rozpoczęciem przesłuchań świadków, oskarżony dwukrotnie wykrzyczał „Allah Akbar”, co można tłumaczyć jako „Bóg jest wszechmocny”.

Sędzia Sądu Okręgowego Aleksandra Kaczmarek prosiła o wpisanie słów oskarżonego do protokołu. Poinformowała również, że oskarżony – jak przed każdą rozprawą – został przebadany przez lekarza i może uczestniczyć w rozprawie.

Na rozprawie odbyć się ma m.in. przesłuchanie lekarki, która reanimowała na scenie prezydenta Pawła Adamowicza. Stefan W. jest oskarżony o dokonanie zabójstwa w zamiarze bezpośrednim w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie, a także o popełnienie przestępstwa zmuszania innej osoby do określonego zachowania. Obu przestępstw oskarżony miał dopuścić się w warunkach powrotu do przestępstwa. Oskarżonemu grozi od 12 lat do dożywotniej kary więzienia.

W opinii biegłych, gdy 13 stycznia 2019 r. wszedł na scenę i zaatakował nożem Pawła Adamowicza, miał ograniczoną poczytalność. Może to wpłynąć na wysokość kary więzienia. Sąd może zastosować jej nadzwyczajne złagodzenie.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zaginiona dziennikarka z Krymu przebywa w areszcie. Była torturowana przez Rosjan

Krymska dziennikarka i pielęgniarka Iryna Daniłowycz, która zaginęła pod koniec kwietnia, została zatrzymana przez rosyjskie służby bezpieczeństwa i była przez nie torturowana – podała w sobotę organizacja praw człowieka KrymSOS. Według ukraińskiej rzeczniczki praw człowieka Ludmyły Denisowej kobieta przebywa obecnie w areszcie śledczym w Symferopolu na Półwyspie Krymskim.

Daniłowycz była przetrzymywana w budynku zajmowanym przez FSB przez pierwsze osiem dni od zaginięcia. Funkcjonariusze przeprowadzali na niej testy przy pomocy wykrywacza kłamstw i grozili, że „wywiozą ją do lasu”, jeśli ukryje przed nimi jakąś informację. W tym czasie dostawała żywność raz dziennie. W zamian za uwolnienie kazano jej podpisać kilka czystych kartek papieru. Gdy kobieta to zrobiła, przekazano jej, że w jej torbie rzekomo odnaleziono 200 gramów materiałów wybuchowych. Daniłowycz grozi za to od sześciu do ośmiu lat więzienia oraz grzywna w wysokości do 100 tys. rubli (blisko 6,9 tys. złotych).

Takie traktowanie można uznać za torturę – podkreśla KrymSOS. Jak wyjaśnia, tortury mogą obejmować celowe zadawanie silnego bólu, wywoływanie cierpienia fizycznego lub emocjonalnego w celu uzyskania informacji lub przyznania się do winy. Przed zaginięciem Daniłowycz rozpowszechniała na Krymie prawdziwe informacje o rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Zdaniem ukraińskiej rzeczniczki praw człowieka zaginięcia i nękanie działaczy i dziennikarzy są na półwyspie na porządku dziennym.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Polscy więźniowie pracują w centrum pomocy dla uchodźców w Ptak Warsaw Expo

Grupa osadzonych, odbywających karę w Areszcie Śledczym w Warszawie Służewcu, pod nadzorem funkcjonariuszy Służby Więziennej pracuje przy przygotowaniu i organizacji największego w Europie miejsca pomocy uchodźcom z Ukrainy, które powstaje w centrum wystawienniczym PTAK Warsaw Expo w Nadarzynie pod Warszawą – poinformowała rzeczniczka aresztu śledczego w Warszawie-Służewcu por. Agnieszka Tracz.

Rzeczniczka wskazała, że po pierwszych doniesieniach na temat tego, że wojska rosyjskie dokonały zbrojnej inwazji na Ukrainę, w areszcie rozpoczęto zbiórkę na rzecz Ukrainy. – A we wtorek podjęto decyzję o skierowaniu skazanych przebywających w Areszcie Śledczym w Warszawie Służewcu do prac na terenie centrum wystawienniczego w Nadarzynie. Osadzeni podejmują najpotrzebniejsze prace na rzecz zorganizowania miejsc noclegowych dla uchodźców – tłumaczyła por. Agnieszka Tracz.

– Udział skazanych w organizacji największego w Europie miejsca pomocy uchodźcom z Ukrainy ma także na celu uwrażliwienie na potrzeby innych. Udział skazanych to objaw empatii. Efekt wychowawczy polega też na uświadomieniu skazanym, że robiąc coś bezinteresownie w swoim wolnym czasie, mogą zrealizować wielkie przedsięwzięcia na rzecz ludzi potrzebujących wsparcia, będących w trudnej sytuacji życiowej – podkreśliła.

– Wśród osadzonych widać zapał i chęć. Podkreślają oni, że wreszcie i oni swoim działaniem mogą przyczynić się do poprawny komfortu tych, którzy muszą uciekać ze swojego kraju – dodała rzeczniczka aresztu śledczego w Warszawie-Służewcu.

20 tysięcy uchodźców w jednym miejscu

Centrum Pomocy Humanitarnej PTAK to największe w Europie miejsce pomocy uchodźcom z Ukrainy. Mieści się w Ptak Warsaw Expo w Nadarzynie. Ma powierzchnię 150 000 mkw i jednorazowo może przyjąć 20 tys. potrzebujących. Ośrodek zapewnia uchodźcom m.in. pomoc medyczną, tymczasowy nocleg, wyżywienie, podstawowe artykuły higieniczne, a także pomoc psychologiczną. Przez centrum do tej pory przewinęło się 25 tys. uchodźców z Ukrainy. W najbliższym czasie liczba ta prawdopodobnie wzrośnie – podało centrum.

Na terenie ośrodka znajduje się Dworzec Autobusowy, który umożliwia komunikację z krajami całej Europy. Dla przebywających w centrum uchodźców organizowane są wyjazdy do innych ośrodków pomocy i dalszych miejsc zakwaterowania.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zatrzymano sprawców napadu na ciężarówkę. Straty sięgają 6.5 mln złotych

Policjanci zatrzymali trzech mężczyzn podejrzanych o „napad” na tira. W zatrzymaniu brało udział kilkudziesięciu funkcjonariuszy między innymi z Łomży i Białegostoku. Do zdarzenia doszło w październiku na terenie gminy Śniadowo. Mężczyźni ukradli blisko 10 milionów sztuk papierosów o wartości ponad 6,5 miliona złotych. Okazało się, że zamieszany w sprawę był kierowca tira, który upozorował całe zdarzenie. Decyzją sądu mężczyźni najbliższe trzy miesiące spędzą w areszcie śledczym.

Pod koniec października łomżyńscy policjanci otrzymali zgłoszenie o napadzie na kierowcę tira. Zgłaszający zeznał, że podczas krótkiego postoju w okolicach Łomży podszedł do niego mężczyzna, który trzymając broń palną, groził pozbawieniem życia i kazał wykonywać wszystkie polecenia. Zgodnie z jego instrukcją kierowca zjechał na stacje paliw w gminie Śniadowo, gdzie czekało dwóch kolejnych podejrzanych i drugi tir. Następnie doszło do przeładunku towaru. Zgłaszający dodał, że napastnicy podali mu jakieś tabletki, po których zasnął. Gdy się obudził, towaru w postaci blisko 10 milionów sztuk papierosów już nie było. Pokrzywdzeni oszacowali wartość strat na ponad 6,5 miliona złotych.

Zebrany przez łomżyńskich i białostockich policjantów materiał dowodowy pozwolił na wytypowanie trzech mężczyzn zamieszanych w napad. Okazało się, że całe zdarzenie zostało wyreżyserowane przez kierowcę tira, który wraz z dwoma innymi podejrzanymi ukradł przewożony towar. Do zatrzymania wszystkich podejrzanych doszło w ubiegłą niedzielę na terenie województwa podlaskiego i mazowieckiego. W akcji brało udział łącznie kilkudziesięciu funkcjonariuszy z Komendy Miejskiej Policji w Łomży, Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku, Samodzielnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji w Białymstoku oraz z Komendy Głównej Policji. 44 i 43-letni mieszkaniec województwa podlaskiego i 41-letni województwa mazowieckiego trafili do policyjnego aresztu. W mieszkaniach 43-latka i o dwa lata młodszego kompana mundurowi dodatkowo znaleźli kokainę. Funkcjonariusze zabezpieczyli również łącznie blisko 200 tysięcy złotych, biżuterię oraz samochody o wartości około 150 tysięcy złotych.

W poniedziałek (20.12.2021) wszyscy zatrzymani usłyszeli zarzuty kradzieży z włamaniem. 41 i 43-latek dodatkowo usłyszeli zarzuty posiadania środków odurzających. Najstarszy z nich oprócz kradzieży z włamaniem usłyszał zarzut fałszywego zawiadomienia o przestępstwie i składania fałszywych zeznań. Wszyscy podejrzani usłyszeli zarzuty w warunkach recydywy.

Następnego dnia decyzją sądu mężczyźni trafili do aresztu śledczego, gdzie spędzą najbliższe trzy miesiące.

Zgodnie z kodeksem karnym za kradzież z włamaniem grozi do 10 lat pozbawienia wolności, a w warunkach recydywy kara może zostać zwiększona o połowę.
Źródło info i foto: Policja.pl

Policjanci ze Szczecina zatrzymali poszukiwanego ENA

Szczecińscy policjanci po raz kolejny udowodnili, że osoby ukrywające się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości nie mogą czuć się bezkarnie. 29-latek poszukiwany za przestępstwa przeciwko mieniu oraz jazdę w stanie nietrzeźwości został zatrzymany na terenie Niemiec. W środę, 27 października, w wyniku pracy kryminalnych z Komisariatu Szczecin Nad Odrą został przekazany polskim organom ścigania i osadzony w areszcie śledczym.

29-letni mieszkaniec Szczecina przed wymiarem sprawiedliwości ukrywał się od ponad roku. Za mężczyzną wydano dwa listy gończe oraz europejski nakaz aresztowania. Szczecinianin poszukiwany był za przestępstwo kradzieży mienia oraz prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości.

Funkcjonariusze z Zespołu Poszukiwań i Identyfikacji Osób Wydziału Kryminalnego Komisariatu Policji Szczecin Nad Odrą na bieżąco zbierali informacje i ustalali aktualne miejsce pobytu mężczyzny. Ostatecznie trop za poszukiwanym prowadził na teren Republiki Federalnej Niemiec. Po przeprowadzeniu wszystkich wymaganych prawem procedur ekstradycyjnych, mężczyzna został sprowadzony konwojem policyjnym do Polski i osadzony w areszcie śledczym

Teraz najbliższe pół roku spędzi w polskim więzieniu.
Źródło info i foto: Policja.pl

Skandal w Areszcie Śledczym. Strażnicy pomagali gangsterom

Grypsujący z Aresztu Śledczego na Białołęce mieli dostęp do narkotyków, sterydów i alkoholu – wynika z aktu oskarżenia, który trafił do sądu. Substancje dostarczały m.in. adwokatki, a także strażnicy więzienni. Wśród oskarżonych są Andrzej Z. ”Słowik”, Sebastian L. ”Lepa” i Wojciech S. Wojtas”.

Śledztwo w sprawie grupy przestępczej składającej się z więźniów, strażników i adwokatów prowadzi Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Warszawie. W sprawie podejrzanych było prawie 40 osób. Akt oskarżenia dotyczący siedmiu z nich został w połowie lipca skierowany do Sądu Okręgowego Warszawa-Praga. Wśród oskarżonych są szef mafii pruszkowskiej Andrzej Z. „Słowik”, bossowie gangu mokotowskiego Sebastian L. „Lepa”, Wojciech S. „Wojtas”, Artur N. „Arczi”, Andrzej Z. „Słowik”, Tomaszowi R. „Garbaty” oraz Adam M. „Japa” i Krzysztof P. „Mały Krzyś”.

Prokurator zarzucił oskarżonym udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która handlowała narkotykami na terenie aresztu śledczego i korumpowała funkcjonariuszy, mieli też wyłudzać poświadczenia nieprawdy w dokumentach i posługiwać się nimi, by mataczyć w toczących się przeciwko nim postepowaniach karnych. Kierowanie więziennym gangiem oskarżyciel publiczny przypisuje „Lepie”, ale ani on, ani żaden z pozostałych oskarżonych, nie przyznali się do winy, a kierowane przeciwko nim zarzuty niektórzy z nich określili jako „nagonkę”. Wyparli się również znajomości z człowiekiem, który ich obciążył.

Zawiadomienie od członka gangu

O tym, że na terenie aresztu działa grupa przestępcza złożona z najbardziej rozpoznawalnych postaci stołecznego półświatka, prokuratura dowiedziała się dzięki zawiadomieniu, które złożył jeden z członków narkotykowej bandy. Sebastian K. napisał w kwietniu 2019 r. list, w którym ujawnił śledczym strukturę grupy i zakres jej działalności. K. posiadał liczne dokumenty potwierdzające rozliczenia finansowe, wpłaty, dysponował również własnymi zapiskami i obszernym grypsem. Przemycano amfetaminę, kokainę, marihuanę, mefedron.

W jednym z jego zeszytów były notatki, z których wynikało, że w proceder przemycania narkotyków na teren aresztu mogą być zaangażowane dwie panie adwokat – Monika Ch. oraz Olga J. – które miały przywozić środki odurzające na Białołękę i przekazywać je w trakcie widzeń adwokackich z osadzonymi.

Zanim prokuratura zatrzymała i przesłuchała „Lepę” i pozostałych, szczegółowo zweryfikowano opisane przez Sebastiana K. treści. On sam usłyszał zarzuty brania udziału w tym procederze i przyznał się do winy. Prokuratorowi powiedział, że na Białołęce siedzi od 27 marca 2017 r. i od tamtej pory „nieprzerwanie trudnił się obrotem narkotykami i środkami psychotropowymi”, pomagał także w dystrybucji sterydów i telefonów komórkowych.

„Opłata za leasing”

Narkotyki zwykle odbierał od „Japy”, który z kolei miał je dostawać od swojego syna, Krystiana M., będącego w związku z adwokat Moniką Ch., która przynosiła mu używki na widzenia, ukryte w gumowych rękawicach. Rachunek bankowy pani mecenas miał być jednym ze sposobów na przekazywanie pieniędzy z rozliczeń narkotykowych. Prokuratura dotarła do przelewów, które opisywane były jako „SEBA”, albo „opłata za leasing”, a które w rzeczywistości były finalizacją nielegalnych transakcji.

„Wojtasowi” na widzenia adwokat Anna C. miała przynosić zeskanowane materiały z toczącej się przeciwko niemu sprawy, grypsy i anaboliki, zapakowane tak, by nie wyszły na prześwietleniu. Próbowała także wnieść silny lek nasenny.

Z kolei paczki żywnościowe, listy, które nie przechodziły cenzury, sterydy i strzykawki, gumy do ćwiczeń, suplementy, ubrania, telefony komórkowe, czytniki do kart mikro-SD, perfumy, alkohol (0,5 litra kosztowało od 50 do 100 zł) a nawet pas i rękawice bokserskie, wnoszono na teren aresztu dzięki „przychylności” funkcjonariuszy aresztu śledczego, którzy za konkretne usługi pobierali ustalone wcześniej wynagrodzenie.

Sebastian K. wskazał też, że „Lepa” i „Arczi” opłacili mu adwokata – Olgę J. – która reprezentowała też dwóch pozostałych, by mogli spotykać się razem podczas widzeń i tam ustalać szczegóły obrotu narkotykami oraz dokonywać rozliczeń. Ale sposobów na omawianie „interesów” mimo obowiązującej więźniów izolacji, było więcej. Bossowie „Mokotowa” umawiali się np. w jednym czasie do dentysty. Wykorzystywali też skorumpowanych funkcjonariuszy, by swobodnie przemieszczać się między oddziałami.

W grudniu 2019 roku Sebastian K. opowiedział prokuraturze o tym jak wyglądało przekupywanie funkcjonariuszy. Ustalono m.in., że na korumpowanie funkcjonariuszy Służby Więziennej przeznaczano 20 proc. od kwoty zysku z obrotu narkotykami. Każdy ze strażników miał swój pseudonim, przypisany był też do konkretnej funkcji w grupie, niektórzy mieli tylko „przymykać oko” na naruszanie regulaminu, inni ułatwiali popełnianie przestępstw np. dostarczając za 500 zł mikrotelefony komórkowe (najczęściej L8STAR, albo w zegarku) lub sami brali udział w przestępstwach np. rozprowadzając narkotyki. U skorumpowanego strażnika specjalne usługi mogli wykupić sobie tylko grypsujący, których wcześniej zaakceptowało szefostwo grupy. Część „klawiszy” brała miesięcznie pensję w wysokości 1000 zł, inni dostawali pieniądze po wykonaniu konkretnego zadania.

Nie posiadają źródła dochodu

Większość funkcjonariuszy SW nie przyznała się do winy. Jeden z podejrzanych strażników potwierdził słowa Sebastiana K. i przyznał, że wielokrotnie przekazywał paczki, które nigdy nie powinny znaleźć się na terenie aresztu śledczego. Powiedział również, że w ramach „współpracy” z osadzonymi strażnicy informowali również o planowanych przeszukaniach cel mieszkalnych, by tamci zdążyli ukryć nielegalnie posiadany towar. Funkcjonariusz wyjaśnił, że za przekazanie jednej przesyłki brało się około 500 zł, co było „normą”, a tygodniowy dostęp do telefonu bez limitów kosztował 100 zł. Kolejne 100 zł kosztowała możliwość nielimitowanego korzystania z telewizora w celi mieszkalnej przez tydzień. Za 50 zł pozwalali też osadzonym dłużej korzystać z łaźni albo spacerniaka.

Prokuratura ustaliła, że cennik usług nie był stały, strażnicy mieli inne stawki dla „Lepy”, a inne dla „Małego Krzysia”. Niektórzy za przekazanie paczki brali 200-300 złotych, ale trzeba im było „dopłacić” np. papierosami.

Na podstawie wyjaśnień skruszonego przestępcy i innych dowodów, które przez ponad rok gromadziła Prokuratura Krajowa, 24 września 2020 r. zatrzymano ponad 20 osób, w tym „Lepę”, „Słowika”, „Wojtasa”, „Arcziego” i „Garbatego”. Większość z nich była kilkukrotnie skazana za przestępstwa narkotykowe i przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, w tym porwania czy zabójstwa.

Jesienią 2020 r. zatrzymane zostały także adwokatki Olga J. i Monika Ch., ta druga została od tymczasowo aresztowana. Decyzję o aresztowaniu Olgi J. sąd podjął dopiero po rozpoznaniu zażalenia prokuratora.

Z treści aktu oskarżenia przeciwko „Lepie” i innym wynika, że większość oskarżonych nie posiada obecnie żadnego stałego źródła dochodu. Wyjątkiem jest Andrzej Z. ps. „Słowik”, który w prokuraturze oświadczył, że co miesiąc zarabia 3 tysiące złotych „z tytułu profitów pochodzących ze sprzedaży książki”.

Do narkotykowego gangu działającego w areszcie miał należeć także Zbigniew C. „Daks”, którego w tej sprawie nie oskarżono, ponieważ zmarł w 2019 r.
Źródło info i foto: interia.pl

Policja wraca na miejsce ukrycia zwłok 11-letniego Sebastiana

Śledczy sprawdzają miejsce, gdzie ukryte zostały zwłoki 11-latka z Katowic. W badaniach wykorzystują georadar. Przypomnijmy, 41-letni mężczyzna, który przyznał się do porwania i zabójstwa Sebastiana, trafił na trzy miesiące do aresztu. Ta tragiczna historia wstrząsnęła całą Polską.

Śledczy na zlecenie prokuratury sprawdzali miejsce, w którym 41-letni Tomasz M. chciał ukryć zwłoki chłopca. Wnikliwie badają teren, żeby nie przeoczyć żadnego śladu, który może dotyczyć zbrodni.

W rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim” prokurator Waldemar Łubniewski z Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu przyznał, że śledczy przeprowadzają badanie georadarem, by sprawdzić czy Tomasz M. wcześniej dopuścił się podobnej zbrodni.

Potwierdzam, że takie czynności miały miejsce, nie mogę jednak ujawnić, które dokładnie miejsca były sprawdzane. Potwierdzam także, że na Niwce znaleźliśmy kości, jednak po zbadaniu okazały się one zwierzęce – mówi prokurator Waldemar Łubniewski z Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu.

W rozmowie z naszym dziennikarzem prokurator nie wyklucza również kolejnego przesłuchania mężczyzny podejrzanego o zbrodnię. Tomasz M. przebywa w tymczasowym areszcie. Usłyszał już zarzut zabójstwa.

Z naszych informacji wynika, że prokurator przeanalizował już także akta sprawy 13-latki z Sosnowca, która jesienią ubiegłego roku, miała popełnić samobójstwo. Jak usłyszeliśmy, nie zapadła jeszcze decyzja czy ta sprawa zostanie połączona ze śledztwem dotyczącym śmierci 11- latka.

W czasie wielogodzinnego prokuratorskiego przesłuchania, mężczyzna ze szczegółami miał opowiedzieć o zbrodni. Prokuratura nie ujawnia jednak żadnych szczegółów.

Brat Tomasza M. zabiera głos

W rozmowie z „Super Expressem” ostatnie wydarzenia skomentował brat Tomasz M. Odniósł się m.in. do informacji o swojej córce: 13-letniej Dominice, która rok temu popełniła samobójstwo. Uważam, że jej śmierć nie miała żadnego związku z bratem, ona wujka na oczy nawet nie widziała, poza wczesnodziecięcym okresem – tłumaczy.

Jak dodaje, od brata odciął się lata temu, kiedy Tomasz M. porwał chłopca w 2008 roku w Siemianowicach Śląskich. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego – zaznacza. Nie mam pojęcia, skąd u niego takie skłonności. Jestem zszokowany tym wszystkim.

Pan Daniel domyśla się, co mogło doprowadzić do samobójstwa jego 13-letniej córki, ale nie chce o tym mówić.

Tragiczny finał poszukiwań chłopca

O tym, że 11-latek nie żyje policja poinformowała w niedzielę. Funkcjonariusze odnaleźli ciało zaginionego chłopca i zatrzymali 41-letniego mężczyznę, który przyznał się do uprowadzenia i zabójstwa dziecka.

11-letni Sebastian nie wrócił w sobotę do domu z placu zabaw. Miał być o 19:00, ale wysłał mamie SMS-a z prośbą o przesunięcie powrotu na godzinę 19:30. Dostał zgodę, ale w wyznaczonej porze w domu się nie pojawił. Chłopca szukali policjanci i strażackie grupy poszukiwacze z psami.

41-letni Tomasz M. został zatrzymany w niedzielę po godz. 17 w Sosnowcu. Przyznał się do uprowadzenia i zabicia 11-letniego Sebastiana. Wskazał też miejsce na terenie Sosnowca, gdzie zakopał ciało zaginionego chłopca. 41-latka udało się namierzyć dzięki zapisom z monitoringu na miejscu, gdzie po raz ostatni widziany był 11-letni Sebastian. Na nagraniach widoczne było auto mężczyzny.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Tomasz M. już w areszcie. Tak więźniowie „przywitali” zabójcę 11-latka

Tomasz M., który przyznał się do uprowadzenia i zabicia 11-letniego Sebastianka z Katowic, trafił do aresztu śledczego. W mediach społecznościowych pojawiło się nagranie z momentu przywiezienia mężczyzny do placówki w Mysłowicach. Krzyki, wulgaryzmy i nawoływanie z więziennych murów mrożą krew w żyłach! Tak współwięźniowie „przywitali” zabójcę. Dotarliśmy do wideo, obejrzycie je poniżej.

Sąd przychylił się do wniosku prokuratury i umieścił Tomasza M. w areszcie na trzy miesiące. Zabójca 11-letniego Sebastiana, który wcześniej uprowadził go z placu zabaw w Katowicach i przetrzymywał, a następnie udusił, został „przywitany” przez współwięźniów. W mediach społecznościowych pojawiło się nagranie z Aresztu Śledczego w Mysłowicach, gdzie doprowadzono mężczyznę. Krzyki, wulgaryzmy i nawoływanie z więziennych murów mrożą krew w żyłach! Mieszkańcy nie mają litości dla mordercy, większość komentarzy nie nadaje się do zacytowania.

Areszt Śledczy w Mysłowicach mieści się przy ul. Szymanowskiego 6. Jest on przeznaczony dla tymczasowo aresztowanych mężczyzn i usytuowany jest w bezpośrednim sąsiedztwie Sądu Rejonowego w Mysłowicach. W takich sprawach, jak ta dotycząca zabójstwa 11-letniego Sebastianka, osadzeni zazwyczaj umieszczani są w izolatce, mają też zapewnioną „ochronę” przed współwięźniami. Tomasz M. na to prawdopodobnie będzie mógł także liczyć. Wszystko w obawie przed linczem, jaki mógłby zostać na nim wykonany przez współwięźniów. 41-letni mężczyzna z Sosnowca w areszcie będzie czekał na rozprawę sądową, a później wyrok. Przyznał się do zarzucanego mu czynu, czyli zabójstwa dziecka. Grozi mu kara dożywotniego więzienia.
Źródło info i foto: se.pl

Nowa kwalifikacja więzienna Aleksieja Nawalnego

Aleksiej Nawalny poinformował w mediach społecznościowych o opinii, którą wydała na jego temat komisja profilaktyczna aresztu śledczego w Moskwie. Rosyjski opozycjonista został zakwalifikowany jako skłonny do ucieczki.

– Już wcześniej przewożono mnie nie po prostu z konwojem, ale też ze specnazowcami w kaskach i z automatami. Teraz pewnie będą mnie przewozić w kajdanach – napisał na Instagramie Aleksiej Nawalny.

Rosyjski opozycjonista we wpisie nawiązał do swojego materiału dotyczącego luksusowego pałacu w Gelendżyku na południu Rosji, który – według autorów materiału -należy do prezydenta Rosji Władimira Putina.

Nawalny określił rosyjskiego przywódcę „dziadkiem mieszkającym w bunkrze”. „Człowiekowi temu” – napisał – „przyśnił się koszmar, że uciekłem z bloku specjalnego (w areszcie), przedostałem się do Gelendżyka, do jego pałacu, i tam bawię się jego samochodzikami”. Nawalny dodał następnie: „Dziadek przerażony przebudził się, zadzwonił i zażądał podjęcia środków profilaktycznych w celu zapobieżenia sprofanowaniu świętości”.

Rosyjski opozycjonista od miesiąca przebywa w areszcie. 2 lutego sąd w Moskwie zdecydował o „odwieszeniu” mu wyroku pozbawienia wolności. 20 lutego zostanie rozpatrzona zostanie apelacja obrony. Jeśli wyrok się uprawomocni, Nawalny zostanie osadzony w kolonii karnej na dwa lata i osiem miesięcy.
Źródło info i foto: wp.pl

Aleksiej Nawalny z aresztu: „Nie żałuję powrotu do Rosji”

Rosyjski opozycjonista Aleksiej Nawalny oświadczył we wtorek, że nie żałuje powrotu do kraju, ponieważ nie mógł postąpić inaczej. „Pozdrawiam wszystkich ze słynnego bloku specjalnego Matrosskiej Tiszyny” – napisał Nawalny na swoim Instagramie.

„Czytałem o nim w książkach, a teraz sam się tu znalazłem – oto rosyjskie życie” – dodał. W krótkim komentarzu porównał celę aresztu śledczego do sali szpitalnej, w której znajdował się przed kilkoma miesiącami. Podobnie jak w szpitalu – napisał – jest teraz w „małej salce, z której nie można wyjść”.

Nawalny zapewnił, że jego decyzja o powrocie z Niemiec do Rosji była racjonalna. „Inaczej nie mogłem postąpić i nie ma w tym ani patosu, ani poświęcenia, ani fatalizmu. Jest to wybór całkowicie racjonalny. Nie pogodzę się z bezprawiem, który sieją władze mojego kraju. Odmawiam milczenia, gdy słyszę bezwstydne kłamstwa (prezydenta Władimira) Putina i jego przyjaciół, którzy ugrzęźli w korupcji” – oznajmił.

„Nie żałuję, że wróciłem” – zaznaczył w komentarzu, zilustrowanym jego zdjęciem po aresztowaniu, gdy mimo kajdanek na rękach pokazuje palcami znak „V”.

Nawalny oskarżył rządzących krajem, że dzielą Rosjan „na trzy słupki”: otumanionych, pogodzonych, którzy milczą i tych, którzy „odmawiają milczenia i walczą, jak mogą”. „Ja po prostu wszelkimi siłami staram się utrzymać właśnie w tym słupku, mimo gróźb, usiłowania zabójstwa i obecnego więzienia” – zadeklarował. Zaapelował do swych zwolenników, by spośród trzech słupków „wybrali słuszny”.

Jak wygląda pobyt Nawalnego za kratkami?

Rano we wtorek odwiedził Nawalnego w areszcie śledczym Matrosskaja Tiszyna działacz komisji wizytującej więzienia w Moskwie, Aleksiej Mielnikow. Według jego relacji Nawalny ze względu na konieczność 14-dniowej kwarantanny jest sam w trzyosobowej celi, która „wygląda przyzwoicie”.

Opozycjonista poprosił bliskich o przekazanie mu m.in. książek. Te jednak będą musiały „przejść procedurę tak zwanej cenzury”, czyli sprawdzenia, czy nie służą do przekazywania zakazanych informacji – wyjaśnił działacz. Mielnikow powiedział także, że w Matrosskiej Tiszynie rzadziej niż w innych aresztach dochodzi do naruszeń. – Są tam najróżniejsi więźniowie, w tym znani i wysoko postawieni – dodał.

Matrosskaja Tiszyna to bodaj najbardziej znane więzienie w Moskwie. Od końca XIX wieku działał tam zakład karny, którego nazwy i funkcje się zmieniały – było to kolejno: więzienie, zakład pracy poprawczej, kolonia karna. Więzienie nosi nazwę ulicy, przy której stoi, ta zaś związana jest z historią dzielnicy. W tym rejonie znajdował się przytułek dla marynarzy-weteranów, a dla komfortu pensjonariuszy zarządzono wokół strefę ciszy: nie mogły tędy nawet przejeżdżać karety.

We współczesnej Rosji najbardziej znanymi aresztantami Matrosskiej Tiszyny byli: zabity w tym więzieniu prawnik Siergiej Magnitski i były szef koncernu naftowego Jukos, Michaił Chodorkowski.
Źródło info i foto: Dziennik.pl