77-latek brutalnie gwałcił 14-latkę. Jest wyrok

77-latek z okolic Puław usłyszał wyrok ws. brutalnego gwałtu na 14-latce. Mężczyzna zmuszał dziewczynkę do obcowania płciowego, bił po twarzy, podduszał i groził śmiercią. 77-letni Stanisław P. dopuścił się serii brutalnych gwałtów na 14-latce w okresie od lipca 2015 do jesieni 2016 roku. Jak podaje portal pulawy.naszemiasto.pl, wyniki śledztwa puławskiej prokuratury są wstrząsające. Mężczyzna miał wielokrotnie zmusić pokrzywdzoną do obcowania płciowego, bić po twarzy i podduszać. 

”77-latkowi przypisuje się kierowanie wobec dziewczynki gróźb pozbawienia śmierci jej, jej bliskich i spalenia domu. Raz miał przystawić dziewczynce nóż do szyi. Domagał się zachowania tajemnicy” – czytamy. Ostatecznie sprawa trafiła do sądu pod koniec 2019 roku.

W poniedziałek 15 marca sąd Okręgowy w Lublinie skazał 77-latka na osiem lat pozbawienia wolności. Warto zaznaczyć, że nie jest to maksymalny wymiar kary. Zgodnie z przepisami Kodeksu karnego ”kto przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem doprowadza inną osobę do obcowania płciowego, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12”. Mężczyzna otrzymał również zakaz kontaktowania się z pokrzywdzoną i zbliżania do niej na mniej niż 100 metrów przez dziesięć lat.

– Osiem lat pozbawienia wolności to adekwatna kara do bardzo wysokiego stopnia szkodliwości zbrodni zgwałcenia małoletniej – powiedział uzasadniając wyrok sędzia Łukasz Obłoza.

Sąd w Lublinie uznał za okoliczność łagodzącą fakt, że mężczyzna w przeszłości nie był karany, a przestępstwa dopuścił się mając ograniczoną w znacznym stopniu zdolność rozpoznania znaczenia swoich czynów i pokierowania swoim zachowaniem. 
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

36-latek skazany za bicie i gwałcenie swojego psa

We wtorek w Opolu zapadł wyrok w bulwersującej sprawie. Sąd skazał na 5 i pół roku pozbawienia wolności mężczyznę, który bił i gwałcił swojego psa. Sąd Rejonowy w Opolu skazał 36-letniego Jarosława G. na 5 i pół roku bezwzględnego więzienia. Na mężczyznę został również nałożony 15-letni zakaz posiadania zwierząt.

Skazany przez 15-lat nie będzie mógł również zbliżać się do kobiety, która zgłosiła jego sprawę na policję. Mężczyzna groził jej śmiercią. Prokuratura postawiła oskarżonemu zarzut znęcania się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem. 36-latek miał bić swojego psa, straszyć go i obcować z nim płciowo.

– Jeden z biegłych stwierdził, że zoofilia nie jest tylko nieszkodliwą perwersją, ale zadawaniem psu niewyobrażalnego cierpienia, które może zakończyć się śmiercią zwierzęcia – mówiła sędzia Amanda Leśniewska, uzasadniając wyrok.

– Ma pan tendencję do krzywdzenia osób słabszych, czego przejawem było znęcanie nad swoją matką. To krzywdzenie jest wpisane w pana cechy charakteru – dodała.

Zachowanie mężczyzny zostało zgłoszone na policję przez 22-letnią kobietę, która zauważyła jak ten bije psa przy jednym z dyskontów spożywczych. Kobieta najprawdopodobniej uratowała amstafowi życie. Policjanci odebrali mężczyźnie psa w lipcu. Zwierzę miało wówczas wyraźne rany odbytu. Tuż po tym 22-latka otrzymała od Jarosława G. groźby.

– Oskarżony odpowiedział też za to, że mi groził. Przez 15 lat nie może się ze mną kontaktować, bo wróci za kratki. To daje mi poczucie bezpieczeństwa – powiedziała cytowana przez serwis nto.pl kobieta po ogłoszeniu wyroku.

Zadowolenia z wyroku nie krył także mecenas Paweł Mehl, reprezentujący Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Opolu. Adwokat przyznał, że nigdy nie spotkał się z podobną sprawą.

– Pani sędzia, w uzasadnieniu wyroku przyznała, że nie miała dotąd do czynienia z taką brutalnością względem zwierzęcia, a przypomnijmy, że w grę wchodził m.in. gwałt. Ja również, choć współpracuję z TOZ-em od 6 lat, o takim przypadku nie słyszałem – skomentował cytowany przez nto.pl prawnik.
Źródło info i foto: wp.pl

Ruszył proces 17 funkcjonariuszy policji oskarżonych o stosowanie tortur

W Sądzie Rejonowym w Ostródzie rozpoczął się proces siedemnastu policjantów z komendy miejskiej w Olsztynie oskarżonych m.in. o stosowanie tortur. Łącznie prokuratura postawiła im 72 zarzuty. Śledztwo w sprawie olsztyńskich policjantów prowadziła prokuratura w Ostrołęce. Trwało ono prawie dwa i pół roku. Siedemnastu policjantom z komendy miejskiej policji w Olsztynie postawiono łącznie 72 zarzuty dotyczące m.in. stosowania tortur, przekroczenia uprawnień czy niedopełnienia obowiązków.

Do wymuszania zeznań siłą miało dochodzić od marca 2014 roku do kwietnia 2015. Funkcjonariusze mieli dopuszczać się bicia zatrzymanych osób, razić ich paralizatorem, czy używać wobec nich gazu pierzowego. Akt oskarżenia w tej sprawie na początku trafił do Sądu Okręgowego w Olsztynie, jednak sędziowie zwrócili się do Sądu Najwyższego o wyłączenie ich ze sprawy. Dlatego proces został przeniesiony do Sądu Rejonowego w Ostródzie.

Ze względu jednak na dużą liczbę oskarżonych i ich pełnomocników, sprawa toczy się nie w budynku sądu, a w specjalnie przygotowanej sali w Centrum Użyteczności Publicznej w Ostródzie. Oskarżeni policjanci mieli różny staż pracy. Najmłodszy z nich pracował od trzech lat, najstarszy od dziewięciu. Po ujawnieniu tej sprawy do dymisji podali się wojewódzki i miejski komendant policji.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Polak o pobycie w białoruskim areszcie. „Każą klęczeć i biją”

Początkowo byłem przekonany, że zaraz mnie wypuszczą, bo przecież zatrzymali mnie przez pomyłkę – powiedział Patryk Jaracz, zatrzymany podczas protestów powyborczych w Mińsku polski fotograf. Spędził w areszcie 85 godzin. Był tam bity i upokarzany.

– OMON-owiec wziął mnie za fraki i pociągnął do ciężarówki. Tam tłukli nas pałami, jednych bardziej, innych mniej. Wydaje mi się, że z czasem funkcjonariusze byli coraz bardziej agresywni – opowiada 30-letni Jaracz.

Kazali rozebrać się do naga

Mężczyzna został zatrzymany 10 sierpnia w centrum miasta, przy najnowocześniejszym na Białorusi centrum handlowym Galeria Mińsk. Było po godz. 20, na ulicy jeszcze jasno. Jak mówi, nie uciekał przed funkcjonariuszami, ponieważ „jest przecież fotografem i nie spodziewał się, że będą zatrzymywani dziennikarze”.

– Ci, którzy skandowali hasła, wycofywali się, gdy zbliżał się OMON. Było tam jednak dużo przypadkowych ludzi, którzy wyszli ze sklepów, siedzieli na ławkach. Podobnie jak ja uważali chyba, że nic nie robią, więc ich nie będą zatrzymywać. Milicja zaczęła ich łapać – wspomina rozmówca.

– W więźniarce byłem z człowiekiem, który ledwo stał, z głowy leciała mu krew. Szokujący był ten moment przebywania w klatce bez powietrza, na ścianie był pot – opowiada. Jak mówi, był to pierwszy jego kontakt z jakąkolwiek policją, chociaż pracował w wielu krajach na świecie.

Potem Jaracz trafił do aresztu mińskiego na Akrescyna, który nigdy nie miał dobrej reputacji, ale w ciągu kilku dni powyborczych protestów okrył się najczarniejszą sławą. – Za każdym razem, jak wypuszczają z samochodu, tłuką i pałują. Każą ci klęczeć i biją – po plecach, nogach, po pośladkach – opowiada.

– Potem zobaczyli mój paszport i zorientowali się, że jestem Polakiem. Naprawdę cały czas myślałem, że zaraz mnie wypuszczą. Trafiłem jednak do karceru, tam spędziłem kolejne cztery godziny, klęcząc, stojąc z rękami za plecami – mówi rozmówca.

– Kazali mi się rozebrać do naga. Bili mnie w miejscu, gdzie była jeszcze krew innej osoby. Gdy się rozbierałem, dostałem kopa w genitalia, bo za długo rozwiązywałem sznurówki – wspomina. Z ubraniem w rękach Jaracz trafił do celi, w której było od 19 do 23 osób, chociaż była formalnie kilkuosobowa.

– To było, można powiedzieć międzynarodowe towarzystwo: był tam Włoch, Ukraińcy, Rosjanie, ludzie z Turkmenistanu, Kirgistanu, Turcji, Tadżykistanu, Szwajcarii, Chin – mówi Jaracz. Szwajcar został zatrzymany, gdy wracał z pracy, Turek wychodził z taksówki, ktoś inny – z baru.

„Zza ściany słychać było krzyki torturowanych ludzi”

– W celi cały czas paliło się światło, nie dało się spać. Nie było powietrza, bo było nas tak dużo. Jak o coś pytaliśmy, to zamykali taki lufcik w drzwiach – wspomina Jaracz. Dodaje, że cały czas zatrzymania otrzymał jeden posiłek. – Byliśmy w tych samych ubraniach, śmierdzący, niektórzy spędzili tam ponad 100 godzin – mówi. – Zza ściany słychać było krzyki torturowanych ludzi – dodaje.

Mimo wszystko, jak przekonuje, panowała przyjazna atmosfera, a ludzie podtrzymywali się na duchu, „żyli nadzieją, że zaraz ich wypuszczą”.

– W więźniarce byłem z człowiekiem, który ledwo stał, z głowy leciała mu krew. Szokujący był ten moment przebywania w klatce bez powietrza, na ścianie był pot – opowiada. Jak mówi, był to pierwszy jego kontakt z jakąkolwiek policją, chociaż pracował w wielu krajach na świecie.

Potem Jaracz trafił do aresztu mińskiego na Akrescyna, który nigdy nie miał dobrej reputacji, ale w ciągu kilku dni powyborczych protestów okrył się najczarniejszą sławą. – Za każdym razem, jak wypuszczają z samochodu, tłuką i pałują. Każą ci klęczeć i biją – po plecach, nogach, po pośladkach – opowiada.

– Potem zobaczyli mój paszport i zorientowali się, że jestem Polakiem. Naprawdę cały czas myślałem, że zaraz mnie wypuszczą. Trafiłem jednak do karceru, tam spędziłem kolejne cztery godziny, klęcząc, stojąc z rękami za plecami – mówi rozmówca.

– Kazali mi się rozebrać do naga. Bili mnie w miejscu, gdzie była jeszcze krew innej osoby. Gdy się rozbierałem, dostałem kopa w genitalia, bo za długo rozwiązywałem sznurówki – wspomina. Z ubraniem w rękach Jaracz trafił do celi, w której było od 19 do 23 osób, chociaż była formalnie kilkuosobowa.

– To było, można powiedzieć międzynarodowe towarzystwo: był tam Włoch, Ukraińcy, Rosjanie, ludzie z Turkmenistanu, Kirgistanu, Turcji, Tadżykistanu, Szwajcarii, Chin – mówi Jaracz. Szwajcar został zatrzymany, gdy wracał z pracy, Turek wychodził z taksówki, ktoś inny – z baru.

„Zza ściany słychać było krzyki torturowanych ludzi”

– W celi cały czas paliło się światło, nie dało się spać. Nie było powietrza, bo było nas tak dużo. Jak o coś pytaliśmy, to zamykali taki lufcik w drzwiach – wspomina Jaracz. Dodaje, że cały czas zatrzymania otrzymał jeden posiłek. – Byliśmy w tych samych ubraniach, śmierdzący, niektórzy spędzili tam ponad 100 godzin – mówi. – Zza ściany słychać było krzyki torturowanych ludzi – dodaje.

Mimo wszystko, jak przekonuje, panowała przyjazna atmosfera, a ludzie podtrzymywali się na duchu, „żyli nadzieją, że zaraz ich wypuszczą”.

– Zaprzyjaźniłem się z jednym mężczyzną, który był tam o dobę dłużej i on w pewnym momencie wrócił z procesu i zaczął wpadać w stan psychozy. Mówił, że czuje się jak w labiryncie, zaczął się zachowywać trochę jak obłąkana osoba. To było straszne zobaczyć kogoś podobnego do mnie, z kim się zaprzyjaźniłem, w takim stanie – mówi Jaracz.

Pamięta, że w oczach funkcjonariuszy w areszcie „był czysty sadyzm, żadnego człowieczeństwa w głosie, w spojrzeniu, nie zostało nic ludzkiego”.

– Na sprawie sądowej byli już inni ludzie; było widać, że nie chcą krzywdzić. Według mnie to jest znak, że w tym systemie są różni ludzie, że to się musi zmienić, rozpaść – ocenia.

Ukarany grzywną

Jaracz został ukarany grzywną za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Skazano go w czwartek, ale wypuszczono dopiero w piątek. W czwartek i przez noc na piątek pod aresztem dyżurowali dyplomaci z wydziału konsularnego RP w Mińsku. Podobnie jak w przypadku innych zatrzymanych nie było bowiem informacji, kiedy mężczyzna zostanie wypuszczony. Jaracz jest już w Polsce. Z zawodu mężczyzna jest fotografem i ilustratorem. Po wyborach zamierzał zostać na Białorusi przez miesiąc i zwiedzić cały kraj.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

24-latek aresztowany za bicie dzieci i grożenie im śmiercią

24-letni Dawid A. został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące przez sąd w Jeleniej Górze. Śledczy postawili mu zarzut psychicznego i fizycznego znęcania się nad dziećmi. Zawiadomienie w sprawie możliwego znęcania się nad rodziną przez 24-letniego mieszkańca Jeleniej Góry wpłynęło do Prokuratury Rejonowej w Jeleniej Górze pod koniec września 2019 roku.

Niezwłocznie podjęte intensywne czynności procesowe przez prokuratora prowadzącego śledztwo, w tym osobiste przesłuchanie licznych świadków, którzy mieli styczność z poszkodowanymi dziećmi, potwierdziło informacje ze zgłoszenia – mówi Tomasz Czułowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze.

Według ustaleń śledczych, Dawid A. znęcał się fizycznie i psychicznie nad dwójką dzieci w wieku 7 i 6 lat od lutego 2017 roku. Zachowanie podejrzanego miało drastyczny charakter – dodaje Czułowski.

Jak podaje prokuratura, Dawid A. bił dzieci rękoma i pasem, a także groził im śmiercią. Ponadto używał wobec nich wulgaryzmów i groził zabiciem ich psa. Stosował też kary polegające m.in. na zmuszaniu do długotrwałego przebywania w pozycji stojącej.

Mężczyźnie grozi kara od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.

Dawid A. został wcześniej skazany za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu pomimo zakazu prowadzenia pojazdów.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Kalifornia: Turpinowie przez lata torturowali dwanaścioro swoich dzieci. Para została skazana na dożywocie

Para z Kalifornii, która przyznała się do głodzenia, zaniedbywania, torturowania i maltretowania przez całe lata 12 z ich 13 dzieci, została w piątek skazana przez sąd w Riverside na karę dożywotniego więzienia, z możliwością warunkowego wyjścia na wolność po 25 latach.

Jak relacjonuje agencja Associated Press, David i Louise Turpin mieli łzy w oczach, kiedy kilkoro ich dzieci wygłaszało krótkie oświadczenia na sali sądowej. – Moi rodzice zabrali mi całe moje życie, ale teraz ja odbieram je z powrotem – mówiła szlochając jedna z córek. Ale niektóre z dzieci wyrażały przekonanie, że rodzice wciąż je kochają.

Wyrok zapadł nieco ponad rok po tym, gdy 17-letnia córka Turpinów wyskoczyła przez okno z zapuszczonego domu w Perris, ponad 100 km na wschód od Los Angeles, i zadzwoniła na numer alarmowy. Powiedziała wtedy m.in., że część jej rodzeństwa była przykuwana łańcuchami do łóżek i że ona sama nie mogła się wykąpać od miesięcy. Nie wiedziała, jaki był wtedy miesiąc, nie znała słowa „leczenie”.

Louise Turpin przepraszała w sądzie za wyrządzanie krzywdy dzieciom, a jednocześnie zapewniała, że je kocha i że chce dla nich wszystkiego, co najlepsze. Oświadczenie Davida Turpina odczytał jego obrońca. Turpin zapewniał w nim, że dyscyplinował dzieci, mając „dobre intencje”, i przepraszał, jeśli zrobił cokolwiek, co wyrządziło im krzywdę.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Sąd w Irlandii podwoił wyrok dla Polaków za znęcanie się nad swoim rodakiem. Był więziony i bity

Irlandzki sąd niemal podwoił wyrok dla 34-letniego Kamila L. i 37-letniego Krzysztofa N. za znęcanie się nad innym Polakiem, którego uwięzili w mieszkaniu, wielokrotnie bili, grozili śmiercią i próbowali podpalić w bagażniku jego samochodu.

Przypominając sprawę serwis internetowy dziennika „Irish Times” tłumaczył, że w wigilię Bożego Narodzenia w 2015 roku Polacy zaprosili poszkodowanego do mieszkania, a następnie przez trzy dni więzili go w domu i bili, m.in. za pomocą osłoniętego miecza samurajskiego i kija bejsbolowego. Później wywieźli go do lasu, gdzie związali i zakneblowanego umieścili go w bagażniku własnego samochodu, który następnie podpalili.

W trakcie ataku napastnicy na chwilę zdjęli mężczyźnie taśmę z ust, aby odpowiedział na pytania, co udało mu się wykorzystać do próby uwolnienia się i ucieczki. Oprawcom udało się go jednak ponownie obezwładnić, a po nieudanej próbie ponownego wsadzenia do bagażnika zabrali go na pobliski most, gdzie trzymając go za stopę grozili mu zrzuceniem i śmiercią.

Po powrocie do domu, w którym go przetrzymywali, napastnicy razili go prądem, co doprowadziło m.in. do śladów poparzenia na obu nogach. Po jakimś czasie ofierze udało się uciec przez okno i zaalarmować sąsiadów, którzy wezwali policję.

Skazując Polaków na karę więzienia sędzia tłumaczył, że wedle ustaleń motywem ataku było błędne podejrzewanie mężczyzny o odpowiedzialność za zaginione rośliny nielegalnie hodowanej plantacji konopi.

„Irish Times” wyjaśnił, że w grudniu ub.r. obaj mężczyźni zostali skazani na sześć lat więzienia. Prokuratura odwołała się jednak od wyroku, uznając, że jest zbyt niski w obliczu popełnionych przestępstw. Po poniedziałkowej apelacji ich kara została podwyższona do odpowiednio dziewięciu i dziesięciu lat pozbawienia wolności.

37-letni N. otrzymał wyższy wyrok, bo po wstępnym aresztowaniu przez policję i warunkowym zwolnieniu pojechał do domu ofiary i wielokrotnie go uderzył, m.in. za pomocą hantli.

Rozpatrujący sprawę przed sądem apelacyjnym sędzia John Edward ocenił, że atak był „zbliżony do usiłowania morderstwa”, a drugi z sędziów John Hedigan powiedział, że nigdy nie słyszał o „tak straszliwej rzeczy”, porównując ją do działań popełnianych przez terrorystów z „ISIS (tzw. Państwa Islamskiego – PAP) lub innych wariatów”.

Obaj mężczyźni przyznali się do stawianych im zarzutów.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Częstochowa: 16-latek sprawcą brutalnego napadu i podpalenia w domu 75-latki

Sprawca wszedł do domu 75-latki, skrępował jej nogi i ręce, uderzył w głowę, na koniec oblał benzyną i podpalił. Zabrał kosztowności i pieniądze. Podejrzany: 16-letni sąsiad. W piątek rano służby ratownicze dostały wezwanie do pożaru domu w częstochowskiej dzielnicy Kiedrzyn. Gdy strażacy weszli do środka, w zadymionym pomieszczeniu znaleźli nadpalone ciało kobiety. Miała związane ręce i nogi i obrażenia głowy. To była 75-letnia właścicielka domu.

– Sprawca wszedł do środka, uderzył kobietę w głowę, skrępował jej ciało, a na koniec oblał benzynę i podpalił – mówi Marta Ladowska, rzeczniczka policji w Częstochowie. Zginęły pieniądze, dokumenty i kosztowności. Śledczy szybko dotarli do podejrzanego. To 16-latek, mieszkający w domu obok ofiary. Znaleziono u niego rzeczy, skradzione 75-latce. Został zatrzymany, w niedzielę doprowadzony do sądu, który podjął decyzję o areszcie na trzy miesiące. 16-latek nie przyznał się do winy, ale, jak powiedział prokurator, z jego wyjaśnień wynika, że dopuścił się tej zbrodni.

– Powiedział, że chciał jedynie okraść sąsiadkę, a nie pozbawiać jej życia – mówi Tomasz Ozimek, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Częstochowie.

Sąd przychylił się do wniosku prokuratury i – ze względu na wyjątkowe okoliczności sprawy i stopień rozwoju podejrzanego – zgodził się, by nieletni odpowiadał jako dorosły. Ladowska: nastolatek usłyszał zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, rozboju i kradzieży, za co grozi do 25 lat więzienia.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Olsztyn: 48-latek bił żonę w obecności dzieci. Policjantka po służbie obezwładniła oprawcę

Zapłakana dziewczynka siedziała na klatce schodowej, bo w mieszkaniu ojciec bił jej mamę. Natychmiast zareagowała policjantka, która wracała po służbie do domu. Po szarpaninie obezwładniła agresywnego 48-latka. Decyzją sądu mężczyzna został tymczasowo aresztowany.

Policjantka Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie, wracając do domu po służbie, zauważyła na klatce schodowej zapłakaną dziewczynkę, która poprosiła ją o pomoc. Sytuacja miała miejsce 30 sierpnia. Jak relacjonowała sierżant sztabowa Katarzyna Folgiert, dziecko powiedziało, że ojciec będący pod wpływem alkoholu bije jej mamę, a dwóch braci dziewczynki wybiegło z mieszkania, czekając na przyjazd policji. Policjantka natychmiast powiadomiła oficera dyżurnego policji i ruszyła kobiecie na pomoc.

Uderzał w twarz i głowę

– Przedstawiłam się, powiedziałam, kim jestem. Poprosiłam mężczyznę, żeby się uspokoił, żeby usiadł i razem poczekamy na patrol policji – opowiadała w TVN24 Folgiert.

48-letni mężczyzna uspokoił się, ale tylko na chwilę. „W obecności policjantki zaczął ponownie szarpać i uderzać w głowę swoją małżonkę. W tej sytuacji nie pomogły już prośby słowne, policjantka musiała użyć siły fizycznej” – przekazała olsztyńska policja. „Doszło do poważnej szarpaniny, w której obie kobiety zostały ranne. Agresor uderzał obie w twarz i w głowę powodując chwilową utratę świadomości” – czytamy w komunikacie.

Jak dodano, po ataku agresji mężczyzna uciekł z mieszkania, ale policjantka nie dała za wygraną. Wstała z podłogi i ruszyła za agresywnym mężczyzną. Była tak zdeterminowana, że obezwładniła mężczyznę, używając siły fizycznej w postaci chwytów obezwładniających, a także duszenia – przekazała policja.

– Byłam po służbie, więc do dyspozycji miałam tylko i wyłącznie siłę fizyczną. Można powiedzieć: gołe ręce. Ale ponieważ na co dzień spotykam się z takimi interwencjami, już kilka lat pracuję w wydziale interwencyjnym, więc obezwładniłam go za pomocą chwytów i duszenia – wyjaśniła sierżant sztabowa. Okazało się, że podczas awantury domowej w mieszkaniu znajdowało się troje dzieci w wieku od około 8 do 12 lat. Czwarte, najmłodsze dziecko, przebywało w przedszkolu.

Trafił do aresztu

48-letni mężczyzna został zatrzymany i osadzony w policyjnym areszcie. Według ustaleń policji do podobnych sytuacji z jego udziałem dochodziło już wcześniej. Poszkodowana żona złożyła zawiadomienie.

Mężczyzna usłyszał trzy zarzuty: znęcania się nad rodziną, stosowania gróźb karalnych oraz naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza publicznego. 
Na wniosek policji sąd wobec 48-latka zastosował środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztu. Jak przekazał reporter TVN24, policjantka została nagrodzona przez swoich przełożonych za skuteczną interwencję.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Zarzuty dla wiceszefa kancelarii Macrona. Przebrał się za policjanta i bił protestujących

We Francji wybuchł skandal. Alexandre Benalla (były już) wiceszef kancelarii prezydenta Macrona ma postawione zarzuty. Benalla miał przebrać się za policjanta i bić uczestników protestów. Sprawa dotyczy manifestacji pierwszomajowej. Benalla miał wtedy być przebrany za policjanta i pobić dwóch uczestników demonstracji. Benalla podczas całej akcji miał na głowie kask policyjny, a na ramieniu opaskę z napisem „Policja”.

Były wiceszef kancelarii był de facto odpowiedzialny za zapewnienie prezydentowi Francji bezpieczeństwa. W starciu z nim ucierpiało dwóch protestujących, którzy pochodzą z marokańskich rodzin imigrantów. Teraz 27-letni Benalla usłyszał zarzut pobicia oraz nielegalnego noszenia niektórych części policyjnego stroju.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl