Władimir Putin jest wściekły na FSB za ukrywanie danych

Rosyjski prezydent Władimir Putin jest wściekły z powodu niedokładnych danych wywiadowczych, które dostał przed inwazją na Ukrainę, ale otrzymał je, bo Federalna Służba Bezpieczeństwa obawiała się podania mu prawdziwych informacji – pisze brytyjski dziennik „The Times”. Zdaniem ekspertów do spraw bezpieczeństwa cytowanych przez gazetę inwazja na Ukrainę, która nie przebiega w zaplanowany sposób, uwidoczniła wiele słabości zarówno w samej FSB, jak i w podejmowaniu decyzji w Rosji.

„To nie jest kompetentna organizacja. Raporty końcowe, które (przedstawiciele FSB) sporządzili na temat sytuacji na miejscu w okresie poprzedzającym inwazję, po prostu nie były właściwe, co częściowo jest przyczyną, dla której sprawy (na Ukrainie) potoczyły się tak źle dla Rosji” – mówi „The Times” Andriej Sołdatow, rosyjski dziennikarz, współzałożyciel i redaktor portalu śledczego Agentura, który od ponad 20 lat monitoruje rosyjskie służby specjalne.

Podstawowe zadania FSB, której Putin był dyrektorem przez osiem miesięcy w latach 1998-99, mają charakter wewnętrzny i obejmują wszystko, od walki z terroryzmem po ochronę granic. Ale w ostatnich latach zakres jej kompetencji się rozszerzył i jest ona odpowiedzialna również za monitorowanie krajów byłego Związku Sowieckiego. Jak powiedział Sołdatow, od 2014 r. FSB poświęciła wiele czasu i środków na próby wzniecenia niepokojów na zachodniej Ukrainie wśród grup skrajnie prawicowych, ale próby te ostatecznie spełzły na niczym. Oceny FSB dotyczące poparcia Ukraińców dla rosyjskiej inwazji i stopnia, w jakim kraj stawiałby opór, również były „strasznie błędne”.

„Nie możemy wykluczyć, że dane wywiadowcze zebrane na miejscu były w rzeczywistości bardzo dobre. Problem polega na tym, że dla przełożonych zbyt ryzykowne jest mówienie Putinowi tego, czego nie chce usłyszeć, więc dostosowują swoje informacje. To dopasowywanie odbywa się prawdopodobnie gdzieś pomiędzy stopniem pułkownika a generała w FSB” – ocenia Sołdatow.

Powiedział też, że na podstawie jego własnych rozmów z agentami FSB, nie widzi, by mieli oni poczucie ważniej misji czy idei. „Są to ludzie o wąskich horyzontach myślowych. Nie są jak oficerowie MI6, którzy studiowali w Cambridge i są ponoć najlepsi z najlepszych. Oni opuścili szkołę i kształcą się w akademii FSB. Często idą do niej, ponieważ ich ojciec lub dziadek też był oficerem wywiadu, (praca) jest dobrze płatna i dają ci mieszkanie” – mówi.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wyciekły dane ze szwajcarskiego banku Credit Suisse

Ujawnione informacje wskazują, że bank otwierał konta osobom z – eufemistycznie rzecz ujmując – problematyczną przeszłością. Ogromną skarbnicę danych szwajcarskiego banku Credit Suisse (dane dotyczą ponad 18 tys. kont, których właściciele posiadali łącznie ok. 100 mld dol.) ujawnił anonimowy informator niemieckiej gazecie Süddeutsche Zeitung, tłumacząc, że chciał w ten sposób pokazać „niemoralność” szwajcarskich przepisów dotyczących tajemnicy bankowej. Ujawnione dane obejmują rachunki otwarte jeszcze w latach 40. poprzedniego wieku, aż po 2010 rok.

W gronie posiadaczy kont znalazły się osoby z – mówiąc delikatnie – dość kontrowersyjną przyszłością. To m.in. handlarz ludźmi na Filipinach, szef giełdy w Hongkongu skazany za przekupstwo, miliarder, który zlecił zamordowanie swojej dziewczyny z Libanu. Nie brakuje też znanych nazwisk, by wymienić tylko króla Jordanii Abdullaha II, czy dwóch synów obalonego przed dekadą prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka. Inni właściciele kont to synowie szefa pakistańskiego wywiadu, gen. Achtara Abdura Rahmana Chana, który w latach 80. pomógł przelać miliardy dolarów z USA i innych krajów do mudżahedinów w Afganistanie.

Inne głośne nazwisko to były premier Ukrainy Pawło Łazarenko. Przypomnijmy, że szef ukraińskiego rządu w latach 1997-1998 został w 2006 roku skazany za defraudację ogromnych sum pieniędzy. W Credit Suisse posiadał dwa konta. Jego prawnik twierdzi, że konta te nie były dostępne przez dwie dekady i zostały zamrożone w związku z postępowaniem sądowym przeciwko byłemu premierowi. Ponadto jedno konto w szwajcarskim banku należało do Watykanu, z którego środki (350 mln euro) miały zostać wykorzystane na rzekomo oszukańczą inwestycję w londyńską nieruchomość.

Komentarz Credit Suisse

Z ujawnionych informacji wynika, że szwajcarskiemu bankowi nie przeszkadzała przestępcza działalność jego klientów. Co na to Credit Suisse? Z oświadczenia, którego treść przytacza „Guardian” wynika, że „bank odrzuca zarzuty i wnioski dotyczące rzekomych praktyk biznesowych banku”, a ujawnione dane opierają się na „wybiórczych informacjach wyrwanych z kontekstu, co skutkuje tendencyjnymi interpretacjami działalności banku”.

Bank podkreśla też, że zarzuty mają w dużej mierze charakter historyczny, a w niektórych przypadkach sięgają czasów, gdy „przepisy, praktyki i oczekiwania instytucji finansowych bardzo różniły się od ich obecnego stanu”.

„Guardian” zwraca uwagę, że wyciek danych nastąpił w najgorszym możliwym momencie dla banku, gdyż za Credit Suisse ciągnie się w ostatnim czasie pasmo skandali. W poprzednim miesiącu stanowisko prezesa stracił António Horta-Osório po tym, jak dwukrotnie złamał przepisy covidowe. Ponadto bank uwikłał się w upadek firmy finansującej łańcuch dostaw Greensill Capital i amerykańskiego funduszu hedgingowego Archegos Capital.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Hakerzy zaatakowali Totolotek. Mogło dojść do wycieku danych

​Totolotek zaatakowany przez hakerów. Jak poinformowała firma zajmująca się zakładami bukmacherskimi, przestępcy mogli uzyskać dostęp do „archiwalnych danych” – chodzi o loginy, adresy mailowe, numery telefonów czy adresy zamieszkania klientów. Do ataku doszło 30 września 2021 roku. Jak podaje Totolotek, w jego wyniku „doszło do zaszyfrowania części archiwalnych danych, dotyczących okresu sprzed 22 lipca 2019 roku”. Systemy zostały odłączone od sieci.

Hakerzy mogli uzyskać dostęp „do danych osobowych części klientów” Totolotka. Firma przyznaje, że chodzi o loginy, adresy email, numery telefonów, imiona, nazwiska, numery dowodów osobistych, numery PESEL, adresy zamieszkania czy numery rachunku bankowego. Totolotek zapewnił, że poinformował o tym swoich klientów, a zdarzenie „nie ma wpływu na bieżącą działalność operacyjną”.

O sprawie poinformowano policję, Urząd Ochrony Danych Osobowych oraz CERT – zespół do reagowania na zdarzenia naruszające bezpieczeństwo w internecie. Totolotek zapewnia, że podjął „niezbędne działania”, by podobne zdarzenia nie miały miejsca w przyszłości.

Niebezpiecznik.pl podaje, że Totolotek został „trafiony ransomwarem”, czyli wirusem wymuszającym okup. Portal przekonuje, że sytuacja jest poważna, gdyż ze zdobytymi danymi łatwiej można np. wyłudzić pożyczki lub skraść tożsamość.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Wyciek danych z Facebooka

Amerykańskie media opisały w sobotę nowy zestaw wewnętrznych dokumentów Facebooka, z których wynika, że zdaniem pracowników firmy portal przyczyniał się do radykalizacji i szerzenia dezinformacji na temat wyborów prezydenckich w USA i zbyt słabo reagował na sygnały od pracowników o zauważanych nieprawidłowościach.

Publikacje m.in. agencji AP, dziennik „New York Times” i stacji Fox Business Network oparte są na dokumentach firmy uzyskanych od sygnalistów z Facebooka. Część z nich to dokumenty udostępnione już wcześniej przez inną sygnalistkę, Frances Haugen, która stała za serią artykułów w „Wall Street Journal” we wrześniu. Rzucają one dodatkowe światło na działania firmy wobec szerzącej się na portalu dezinformacji.

„New York Times” opisuje eksperyment przeprowadzony przez pracowników Facebooka, w którym stworzono fałszywe konto „Carol”, fikcyjnej 41-letniej kobiety o konserwatywnych poglądach, która „polubiła” strony prawicowej telewizji Fox News i lokalnych telewizji należących do Sinclair Group. Już po tygodniu „Carol” zaczęła otrzymywać od Facebooka rekomendacje obserwowania stron związanych ze spiskową teorią QAnon, głoszącą m.in. że ówczesny prezydent USA Donald Trump stoi na czele walki z globalnym spiskiem elit wykorzystujących dzieci.

Z dokumentów wynika, że Facebook podjął działania dopiero po około roku od przeprowadzenia tego badania, kiedy teoria zyskała znacznie większą popularność.
Źródło info i foto: TVP.info

Abp Wojciech Polak przekazał komisji statystyki ws. pedofilii w Kościele

Abp Wojciech Polak, delegat KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży, przekazał 13 sierpnia br. Państwowej Komisji ds. Pedofilii wyniki analiz danych statystycznych zebranych w ramach dwóch przeprowadzonych kwerend, a także formularze sprawozdawcze, które posłużyły do zebrania tych danych.

W komunikacie wskazano, że „przekazane raporty zostały opracowane na prośbę Konferencji Episkopatu Polski przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC im. Witolda Zdaniewicza, który od 50 lat prowadzi empiryczne badania nad katolicyzmem w Polsce”.

ISKK stworzył metodologię oraz narzędzie do kwerendy, a następnie przeprowadził badanie, opracował bazę danych oraz dokonał jej wstępnej i pogłębionej analizy. O wynikach prowadzonych przez ISKK badań opinia publiczna była informowana w marcu 2019 r. oraz w styczniu i czerwcu br. – wyjaśniono.

Delegat KEP poinformował również, że ISKK, jako parametryzowana jednostka naukowa i niezależny ośrodek badawczy jest otwarty na współpracę z Państwową Komisją ds. Pedofilii na zasadach regulujących badania naukowe, w tym z poszanowaniem prawa autorskiego.

Zapytania do Watykanu

Delegat KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży przypomniał także, że w sprawie próśb Państwowej Komisji ds. Pedofilii o przekazanie akt kościelnych postępowań sądowych i administracyjnych, w związku z wielokrotnie sygnalizowanymi wątpliwościami prawnymi Konferencja Episkopatu Polski podejmuje konsultacje z Sekretariatem Stanu Stolicy Apostolskiej, do którego zostały skierowane stosowne zapytania.

Odpowiedź Stolicy Apostolskiej wyznaczy kierunek dalszych działań biskupów polskich w tej sprawie.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Iwona Wieczorek zaginęła 11 lat temu

2990 osób jest aktualnie w Polsce – według danych przekazanych nam przez Komendę Główną Policji – uznawanych za zaginione. W tym gronie są osoby, które zaginęły niedawno, ale i takie których losu nie udało się ustalić po upływie roku od momentu ich zniknięcia. Przygniatającą większość spraw z kilkunastu tysięcy zaginięć notowanych rocznie w Polsce udaje się szybko rozwiązać. Są jednak i takie, które zagadkowe pozostają przez lata, a nawet dekady. W nocy z 16 na 17 lipca przypadała kolejna rocznica zaginięcia Iwony Wieczorek. To najgłośniejsza tego typu sprawa w Polsce. Wiele innych, niemniej dramatycznych, to niemal nieznane historie.

Wizerunek, imię i nazwisko oraz historia zaginięcia Iwony Wieczorek jest powszechnie znana. Nastolatka zaginęła 11 lat temu. W lipcu 2010 wracała nadmorskimi alejkami z imprezy w Sopocie do domu w Gdańsku.

I choć sprawa jej zaginięcia formalnie została zakończona umorzeniem w 2012 roku, to zarówno policja, jak i prokuratura regularnie do niej wracają. Prowadzone są też często ponadstandardowe działania, które nie zawsze wykonywane są w innych sprawach.

Historia Iwony Wieczorek wciąż budzi spore zainteresowanie mediów, a to często przekłada się także na zaangażowanie osób spoza służb, które dążą – w porozumieniu z rodziną lub bez – do rozwiązania zagadki najgłośniejszego, polskiego zaginięcia.

Myślę, że w nas – w ludziach – jest taka potrzeba sensacji, czy stymulacji takimi sprawami, które budzą nasz niepokój. Sprawiają, że troszkę się boimy, ale obserwując takie sytuacje, trochę ten strach sobie oswajamy – mówi w rozmowie z RMF FM Agata Nowacka, koordynatorka Zespołu Poszukiwań i Identyfikacji w Fundacji ITAKA, zajmującej się między innymi poszukiwaniami osób zaginionych.

Fundacja – jak przyznaje Agata Nowacka – chce z jednej strony, by historie zaginionych były jak najszerzej rozpropagowane, by jak najwięcej twarzy osób zaginionych było znanych. Bo to sprawia, że ludzie dzwonią, informują, fundacja otrzymuje sygnały.

Z drugiej jednak strony, jeżeli te zaginięcia, są na ustach wszystkich w całej Polsce, kiedy powstają różne teorie spiskowe dotyczące tych zaginięć, różne osoby z niekoniecznie szczerymi intencjami się próbują podpiąć pod działania i wypromować swoją osobę, to warto sobie zdać sprawę, gdzie w tym wszystkim jest rodzina tej osoby, gdzie w tym wszystkim jest osoba zaginiona – zaznacza Nowacka.

I wtedy sprawa zaginięcia staje się swego rodzaju widowiskiem. Przestajemy myśleć o tym, że to jest cierpienie rodziny i straszna trauma – podkreśla. Warto mieć z tyłu głowy i postrzegać te zaginięcia jako coś, co się stało strasznego rodzinie i osobie zaginionej.

Nieustanna sinusoida emocji

Agata Nowicka z Fundacji ITAKA wyjaśnia, że bliscy osób zaginionych – nawet takich, których los pozostaje nieznany przez kilka dekad – nie tracą nadziei na rozwiązanie sprawy. Oczywiście zdarzają się też wyjątki. Dla bliskiej rodziny osoby zaginionej niewiedza o losie ich krewnego często przekłada się na tak zwany proces niedomkniętej żałoby. Bliscy zaginionych często żyją także w warunkach huśtawki emocjonalnej.

Jednego dnia mają nadzieję, że ta osoba może gdzieś żyje, może niedługo wróci, może jest z nią wszystko dobrze, może po prostu straciła pamięć i się jeszcze spotkają. A następnego dnia zdarzają się wyobrażenia, że tej osobie się dzieje coś złego, że ona cierpi, albo że nie żyje, ale jej ciało jest porzucone i nie można jej pochować – wyjaśnia Agata Nowicka.

To taka nieustanna sinusoida emocji. Z jednej strony miłość, tęsknota, a z drugiej złość, poczucie winny. Mimo że obiektywnie, to nie jest ich winna, ale to jest naturalny odruch – mówi Nowacka.

Jak podkreśla, nie można zakładać najgorszego, że osoba długotrwale zaginiona pada ofiarą przestępstwa. Niektóre sprawy wyjaśniają się nawet po wielu latach. Niedawno mieliśmy wyjaśnienie takie przykre. Osoba nie odnalazła się żywa, ale okazało się, że została zamordowana przez bliską osobę – opowiada. Jednocześnie wspomina pozytywne sytuacje

Po 12 latach odzywa się do nas pani, która opuściła swój dom. Zdecydowała, że nie chce z różnych przyczyn dalej żyć w rodzinie, w której żyła. Czując jednak potrzebę wyjaśnienia tego, co się stało, za naszym pośrednictwem skontaktowała się z rodziną i jakoś odbudowują tę relację teraz – mówi Agata Nowicka.

Nigdy w fundacji nie zakładamy takich scenariuszy, bo nas życie zaskoczyło już wiele razy, bo życie pisze najmniej spodziewane, najlepsze scenariusze jakie możemy sobie wyobrazić – podkreśla Nowacka.

Nie ma ich od 40-50 lat…

Na stronie zaginieni.pl znajduje się baza osób zaginionych.

Najstarsze zaginięcia to są nawet lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte. Patrząc na twarze tych osób, można zobaczyć jak bardzo zróżnicowane są te sprawy. To i małe dzieci, nastolatki, osoby w średnim wieku i osoby starsze. Przekrój osób, które zaginęły bez śladu i nie ma ich od wielu lat, powyżej dziesięciu czy nawet trzydziestu, jest tak naprawdę ogromny – mówi Agata Nowacka z Fundacji ITAKA.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Dane o pedofilii w Kościele. Zmiana terminu prezentacji

Zmieniono termin prezentacji najnowszych danych dotyczących wykorzystywania seksualnego małoletnich w Kościele w Polsce. Konferencja prasowa, która pierwotnie miała odbyć się 14 czerwca, została przeniesiona na poniedziałek 28 czerwca. – Trwa jeszcze analiza zebranych danych statystycznych – poinformował ks. Piotr Studnicki z Biura Delegata KEP.

Na konferencji mają zostać przestawione dane z diecezji, dotyczące zgłoszeń przypadków wykorzystywania seksualnego małoletnich w Kościele w Polsce obejmuje okres od 1 lipca 2018 do 31 grudnia 2020 r.

W prezentacji udział wezmą: abp Wojciech Polak, Delegat KEP ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży, ks. Wojciech Sadłoń, dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego SAC, ks. Adam Żak SJ, koordynator KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży i dyrektor Centrum Ochrony Dziecka. Konferencję poprowadzi ks. Piotr Studnicki.

Poprzednia konferencja prasowa w tym temacie miała miejsce 14 marca 2019 r. Wówczas przedstawiono dane z lat 1990 – 2018 (do czerwca)

Jak poinformowano, od 1 stycznia 1990 r. do 30 czerwca 2018 r. zgłoszono 382 przypadki wykorzystywania seksualnego małoletnich, z czego 198 dotyczyło osób poniżej 15 lat, a 184 powyżej 15 lat. Dane pochodzą z diecezji. Oznacza to, że o wykorzystywanie seksualne małoletnich oskarżono 382 duchownych. 28 z nich (ok. 10 proc.) uniewinniono. Niemal 90 proc. zgłoszeń okazało się prawdą.
Źródło info i foto: interia.pl

Rozbito siatkę zajmująca się pornografią dziecięcą dzięki informacjom od Interpolu

Pakistańska Federalna Agencja Śledcza (FIA) aresztowała dwóch mężczyzn podejrzanych o powiązania z międzynarodowa siatką zajmująca się pornografią dziecięcą po otrzymaniu poufnych informacji z Włoch za pośrednictwem Interpolu – podały w sobotę pakistańskie władze. Do zatrzymań doszło w sobotę rano na obrzeżach miasta Sijalkot w prowincji Pendżab w północno-wschodnim Pakistanie – poinformował przedstawiciel FIA w tym mieście Mohammad Iqbal. Jak zaznaczył, był to pierwszy raz, kiedy Interpol przekazał Pakistanowi informacje dotyczące działań przestępczych związanych z pornografią dziecięcą w tym kraju.

Z materiału ściągniętego z komputera należącego do jednego z aresztowanych wynika, że „był on w kontakcie z międzynarodowym gangiem i umieszczał w darknecie filmy z pornografią dziecięcą” – powiedział Iqbal.

Sprecyzował, że pierwszy podejrzany został przesłuchany od razu po aresztowaniu, co doprowadziło do schwytania jego wspólnika. Ale dwóch innych podejrzanych wciąż pozostaje na wolności. Zgodnie z pakistańskim prawem obaj mężczyźni muszą zostać postawieni przed sądem w ciągu 24 godzin od aresztowania, po czym FIA prawdopodobnie zwróci się o dodatkowy czas na przeprowadzenie śledztwa, zanim wniesie przeciwko nim formalne zarzuty. Interpol to międzynarodowy organ, który skupia policje ze 194 krajów świata, a także koordynuje transgraniczne operacje policyjne. Jest finansowany przez rządy państw członkowskich. 
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Hakerzy chcą 1 mln dolarów od firmy za nieujawnienie danych klientów

Hakerzy, którzy ukradli dane osobowe klientów izraelskiej firmy ubezpieczeniowej Szirbit, żądają około 1 miliona dolarów okupu za ich nieujawnienie – informują w czwartek lokalne media. Jakie jeszcze warunki postawili cyberprzestępcy? Grupa hakerska Black Shadow zapowiedziała, że jeśli żądane 50 bitcoinów (wartości około 950 tys. dolarów) znajdzie się w ich portfelu do piątku rano, nie opublikuje ani nie sprzeda tych informacji.

W celu udowodnienia, że posiadają skradzione dane, hakerzy upublicznili m.in. szczegóły praw jazdy domniemanych klientów Szirbitu. Firma zwróciła się już do władz zajmujących się cyberbezpieczeństwem o pomoc. Osoba, której najmniej można zazdrościć, to szef Szirbitu – komentuje sytuację dziennik ekonomiczny „Globs”. Jeśli się ugnie, będzie postrzegany jako ten, który przekłada dobro klientów ponad wszystko, ale może otworzyć bramy piekła dla cyberataków na całą gospodarkę Izraela. Jeśli się nie ugnie, zostanie oskarżony o opuszczenie swoich klientów – wyjaśnia.

Dziennikarz Uri Berkowic zauważa również, że dotychczas kraj był względnie chroniony przed tego typu atakami. Izrael może mieć wspaniałe systemy obronne, ale żaden system nie jest niezawodny. Izrael jest państwem demokratycznym, a jego wirtualne granice, podobnie jak granice fizyczne, są otwarte – podkreśla.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Dziennikarze CNN dotarli do tajnych dokumentów. Wyciekły „akta Wuhan”

Dziennikarze CNN dotarli do dokumentów, z których wynika, że Chiny nie poradziły sobie z koronawirusem tak dobrze, jak wynikało to z oficjalnych komunikatów. Wewnętrzne dane pokazują m.in., że Chińczycy korzystali z wadliwych testów i nie informowali opinii publicznej o prawdziwej liczbie wykrywanych przypadków.

Amerykańska telewizja informacyjna CNN weszła w posiadanie poufnych dokumentów, które wyciekły z Prowincjonalnego Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom w Hubei – chińskiej prowincji ze stolicą w mieście Wuhan, w którym wykryto pierwszy przypadek koronawirusa. Z 117-stronicowej dokumentacji wynika, że Chińczycy zbagatelizowali pojawienie się nowego wirusa i podawali opinii publicznej nieprawdziwe dane dotyczące liczby stwierdzonych przypadków.

„Rząd chiński konsekwentnie odrzucał oskarżenia Stanów Zjednoczonych i innych zachodnich rządów, że celowo ukrywał informacje dotyczące wirusa, utrzymując, że jest transparentny od początku wybuchu epidemii. Chociaż dokumenty nie dostarczają dowodów na celową próbę zaciemnienia ustaleń, ujawniają liczne niespójności w tym, co według władz miało się wydarzyć i co zostało ujawnione opinii publicznej” – czytamy w artykule CNN.

Dokumenty przeanalizowane przez ekspertów CNN dotyczą przede wszystkim dwóch dni – 10 lutego i 7 marca 2020 roku. Z danych z 10 lutego wynika, że Chiny potwierdziły 5918 przypadków koronawirusa, ale w oficjalnym komunikacie poinformowały o 3911 z nich. 7 marca stwierdzono z kolei 115 przypadków, ale opinia publiczna dowiedziała się tylko o 83. CNN wskazuje także, że Chiny nie informowały o wszystkich przypadkach śmiertelnych związanych z chorobą COVID-19. Od początku wybuchu epidemii do 7 marca 2020 roku Chiny przekazały informacje o 86 proc. zgonów związanych z koronawirusem, które zaraportowano w wewnętrznych dokumentach.

CNN informuje również o problemach w chińskim systemie testowania. Z ustaleń dziennikarzy wynika, że zdiagnozowanie pacjenta zajmowało chińskiemu systemowi zdrowia średnio 23 dni. Co więcej, część testów była wadliwa, co przełożyło się na zawyżoną liczbę negatywnych wyników od początku epidemii do 10 stycznia 2020 roku. Z dokumentów, które wyciekły, wynika także, że na początku grudnia 2020 roku w prowincji Hubei stwierdzono wyższą niż w poprzednich latach liczbę zachorowań na grypę, czego nie ujawniono opinii publicznej.

„Chińscy urzędnicy przekazali światu więcej optymistycznych danych, niż te, do których mieli dostęp wewnętrznie. […] Niedofinansowanie, niedobór personelu, słabe morale i biurokratyczne modele zarządzania utrudniały funkcjonowanie chińskiego systemu wczesnego ostrzegania” – pisze CNN.

O koronawirusie SARS-CoV-2 usłyszeliśmy po raz pierwszy w listopadzie 2019 roku. Pierwszą osobą, u której stwierdzono zakażenie tym wirusem był 55-letni mieszkaniec miasta Wuhan w środowej części Chin. Niedługo później odnotowano grupę pacjentów cierpiących na zapalenie płuc nieznanej etiologii, a władze Chin powiązały te zachorowania z miejscowym targiem, na którym sprzedawano zwierzęta i owoce morza. 7 stycznia 2020 Chińczycy potwierdzili, że zachorowania powoduje nowy wirus z grupy koronawirusów, nazwany roboczo 2019-nCoV.
Źródło info i foto: Gazeta.pl