Pracownicy sanepidu apelują do GIS ws. wystawianych mandatów. „Po co nakładamy mandaty, które i tak są anulowane?”

Szefowa sanepidowskiej „Solidarności” w piśmie do GIS skarży się na zniewagi i szykany, jakie spotykają pracowników sanepidu podczas kontroli otwartych mimo obostrzeń biznesów. „Żądamy podjęcia w trybie pilnym działań w celu zabezpieczenia pracowników” – wzywa Dorota Walczak.

Radio ZET dotarło do pisma, które szefową sanepidowskiej „Solidarności” napisała do Krzysztofa Saczki pełniącego w zastępstwie obowiązki Głównego Inspektora Sanitarnego. Pismo zostało wysłane 25 stycznia.

„Po co nakładamy mandaty, które i tak są anulowane?” – pyta szefowa sanepidowskiej „Solidarności” w wysłanym do GIS piśmie. „ Uważamy, że aby realizować nasze zadania polegające na zachowaniu bezpieczeństwa sanitarno-epidemiologicznego w kraju należy wreszcie uporządkować wszystkie akty prawne, by działania były skuteczne, nasza praca bezpieczna, a wydawanie poleceń pracownikom miało sens” – dodaje.

Szefowa sanepidowskiej „Solidarności”: Pracownicy są szykanowani i poniżani

Walczak zwraca też uwagę na liczne problemy i zagrożenia, które spotykają pracowników sanepidu w związku z przeprowadzanymi kontrolami. W piśmie prosi o podjęcie pilnych działań w związku z tym, że pracownicy stacji są „znieważani, wyśmiewani, szykanowani i poniżani” podczas kontroli.

„Nie wyrażamy zgody i nie pozwolimy, by przedsiębiorcy mogli tworzyć listy pracowników łamiących prawo, by każdy pracownik, który złamie prawo realizując czynności na podstawie nielegalnego rozporządzenia premiera miał zostać napiętnowany, a listy miały posłużyć przedsiębiorcom i prawnikom w przygotowaniu pozwów, które pozwolą pociągnąć te osoby do odpowiedzialności a także napiętnować w ich środowiskach” – pisze Walczak.
„ Żądamy podjęcia w trybie pilnym działań w celu zabezpieczenia pracowników” – można przeczytać w piśmie.

Jak ustalił reporter radia Maciej Bąk, związkowcy z sanepidu w zeszłym tygodniu spotkali się w tej sprawie z szefostwem GIS. Jednak na razie w sprawie miały nie paść żadne konkretne deklaracje.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Fiakrzy z Morskiego Oka z wyrokami

Zakopiańscy fiakrzy skazani za znęcanie nad zwierzętami. To pierwszy taki wyrok w sprawie koni z Morskiego Oka. Sąd Okręgowy w Nowym Sączu argumentował, że głównym celem dwóch mężczyzn był zysk, ale ich działania były nieodłącznie związane z bólem i cierpieniem u koni.

Sprawa Wojciecha Ch. i Jana W. trafiła na wokandę Sądu Rejonowego w Zakopanem niejako przez przypadek, bo Tatrzański Park Narodowy zimą 2016 roku nie powiadomił organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania nad końmi, choć przypadki te wykryła Straż Parku. – Opinia publiczna, ani organa ścigania w 2016 roku nie dowiedziały się o tych sprawach, bo Tatrzański Park Narodowy o nich nie informował – mówi mecenas Katarzyna Topczewska – Nikt też nie powiadomił organizacji ochrony zwierząt, nie było żadnych zdjęć czy filmów, wykonanych przez turystów. Ale do akt jednego z postepowań prokuratury w sprawie systemowego znęcania się nad końmi trafiły zestawienia kontroli Straży Parku na trasie do Morskiego Oka, zawierające opis zdarzeń, wykonanych czynności i fotografie, również z monitoringu wizyjnego. Biegła sądowa lekarz weterynarii, analizując akta uznała, że w przypadku koni Max, Shann i Okaz doszło do złamania przepisów ustawy o ochronie zwierząt. To właśnie w ten sposób Fundacja Viva! dowiedziała się o tych sprawach – tłumaczy.

W ten sposób niemal dwa lata od czynu Prokuratura Rejonowa w Zakopanem wszczęła odrębne śledztwo, dotyczące znęcania nad końmi. Postawione mężczyznom zarzuty dotyczyły wykorzystywania do pracy chorego konia z pękniętym kopytem oraz trzykrotnego pokonania trasy przez tę samą parę koni, Shanna i Okaza, bez zapewnienia im odpoczynku oraz kłusem na odcinku objętym zakazem kłusowania. W wyniku tego jeden z koni przewrócił się na trasie i nie był w stanie wstać i samodzielnie wrócić na dolny parking.

Sąd Rejonowy w Zakopanem uznał obu mężczyzn za winnych znęcania się nad Maxem, Shannem i Okazem, a w wyniku apelacji sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Nowym Sączu. – Sąd utrzymał wyrok w mocy w całości – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – W uzasadnieniu ustnym sąd przyznał rację oskarżycielowi posiłkowemu, którym była Viva! i argumentował, że wiodącym zamiarem skazanych mężczyzn był zarobek, a wynikające z tego zachowania były bezsprzecznie związane z bólem i cierpieniem u wykorzystywanych do pracy koni – tłumaczy.

„Ten wyrok jest przełomowy”

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu podnosił, że jeżeli zachowanie wyczerpuje opis któregoś z punktów art. 6 ust. 2 ustawy o ochronie zwierząt, to nie trzeba już udowadniać, że spowodowało ono ból lub cierpienie, gdyż to sam ustawodawca przesądził, że zachowania w tych punktach wymienione są znęcaniem się, czyli ból lub cierpienie powodują. W tym konkretnym przypadku do pracy wykorzystano chore zwierzę z pękniętym kopytem, dwa inne konie zostały zmuszone do pracy ponad siły, w dodatku bez przerw na odpoczynek i w zbyt szybkim tempie.

– Mieliśmy tu do czynienia z ewidentnym złamaniem przepisów ustawy, a wszystkie dowody zgromadzone w aktach postępowania, w tym zeznania pracowników parku narodowego, to potwierdzały – mówi mecenas Katarzyna Topczewska, reprezentująca Vivę! w tej sprawie – Ten wyrok jest przełomowy i jest swojego rodzaju wyłomem w murze obojętności, bo Tatrzański Park Narodowy nie miał w zwyczaju zawiadamiania prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad końmi w wykrytych przez siebie sprawach, a w konsekwencji zwierzęta pracujące ponad siły na trasie przez lata były pozbawione ochrony prawnej, wynikającej z ustawy o ochronie zwierząt. Liczę na to, że po tym wyroku urzędnicy parku narodowego będą informowali organa ścigania o wszystkich podobnych wykrytych przez siebie przypadkach łamania przepisów – dodaje.

Konie same biegły kłusem, by uniknąć bicia

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu nie dał wiary argumentacji obrońcy Jana W., że ten nie wiedział o pękniętym kopycie i o bólu, jakie to pęknięcie może powodować. W tym zakresie również przyznał rację oskarżycielom posiłkowym, Fundacji Viva! i Tatrzańskiemu Towarzystwu Opieki nad Zwierzętami, że osoby wykonujące transport konny do Morskiego Oka od lat kreują się na znawców koni, ich hodowli i pracy z nimi, a więc powinny posiadać podstawową wiedzę o ich chorobach i użytkowaniu. – W toku postępowania Wojciech Ch. twierdził, że konie samodzielnie zmieniły tempo pracy ze stępa na kłus na stromym odcinku trasy i że nie było w tym jego winy – mówi Beata Czerska, prezeska Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami – Tymczasem to powożący powinien zareagować i uspokoić tempo jazdy. W wyniku takiej zmiany tempa ze stępa do kłusa przeciążenia, jakim poddawane są konie, wzrastają wielokrotnie.

A ustawa o ochronie zwierząt zabrania nie tylko przeciążania koni, ale również zmuszania ich do zbyt szybkiego biegu. Trzeba tu też podkreślić, że to przyspieszenie mogło wynikać z tak zwanego warunkowania instrumentalnego, czyli takiego, w którym konie wielokrotnie na tym odcinku byłyby poddawane działaniu bodźca karzącego, na przykład popędzania batem i w wyniku świadomości nieuniknionej kary nauczyłyby się, że muszą biec kłusem, żeby jej uniknąć – tłumaczy.

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu utrzymał w mocy również wymiar kary, zasądzony w pierwszej instancji. Zgodnie z prawomocnym już wyrokiem każdy ze skazanych musi zapłacić 1600 zł grzywny oraz 1500 zł nawiązki. Viva! w swojej apelacji argumentowała, że kara ta jest zbyt niska, bo każdy z przedsiębiorców wykonujących transport konny do Morskiego Oka może karę o takiej wysokości odpracować w ciągu 1-2 dni pracy na trasie. Sąd stwierdził jednak, że kara, jaką ponieśli skazani jest adekwatna, bo wcześniej w wyniku działań administracyjnych Tatrzańskiego Parku Narodowego utracili też możliwość zarabiania na tym transporcie, a dziś żaden z nich nie świadczy już tych usług. – Choć domagaliśmy się wyższej kary i tak jesteśmy zadowoleni, że do skazania doszło – mówi Anna Plaszczyk

– To pierwszy w historii prawomocny wyrok skazujący za znęcanie się nad końmi z Morskiego Oka. Mam nadzieję, że nie ostatni, bo w toku jest śledztwo Prokuratury Okręgowej w Kielcach w sprawie systemowego znęcania się nad końmi na trasie. I to właśnie ta sprawa może doprowadzić do ostatecznej likwidacji tej anachronicznej „rozrywki” dla turystów – dodaje.

Ogromny ból i cierpienie zwierzęcia

Jan W. został skazany za znęcanie się nad koniem poprzez wykorzystywanie do pracy chorego zwierzęcia. Koń Maks pracował na trasie od 2013 roku. Zimą 2016 roku miał 7 lat. 27 stycznia jedna z turystek zgłosiła do Tatrzańskiego Parku Narodowego, że na trasie do Morskiego Oka pracuje koń z pękniętym kopytem. Furman Jan W. kazał mu pracować, choć uraz ten powodował ogromny ból i cierpienie zwierzęcia. Później tłumaczył, że nie wiedział, że taki uraz jest dla konia bolesny.

Tatrzański Park Narodowy jeszcze tego samego dnia potwierdził uraz u konia i nakazał wycofać go z pracy oraz rozpocząć leczenie. Dwa dni później w stajni pojawili się funkcjonariusze Straży Parku TPN i lekarz weterynarii. Okazało się, że koń nie był leczony. Kopyto nie było opatrzone, a zwierzę cierpiało. Tatrzański Park Narodowy jedynie zawiesił licencję Janowi W. na wykonywanie transportu na 6 miesięcy i odsunął konia od pracy na pół roku, ale nie powiadomił organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad zwierzętami. Furman sprzedał Maksa w maju lub czerwcu 2016 roku. Koń nigdy nie wrócił na trasę do Morskiego Oka. Jego dalsze losy pozostają nieznane.

Drugi ze skazanych to Wojciech Ch. 5 lutego 2016 roku zaprzągł on do sań konie Shanna i Okaza. Shann miał 9 lat i na trasie pracował od mniej więcej roku. Po południu Shann przewrócił się na trasie i nie był w stanie samodzielnie wstać. Został zabrany z trasy autem do przewozu koni, a sanie na dół zwiózł sam Okaz. Wojciech Ch. nie wymienił koni po kursie i nie zapewnił im dwóch godzin odpoczynku, powoził zaprzęgiem ciągniętym przez konie biegnące kłusem na odcinku objętym zakazem kłusowania, nie zapewnił koniom 20-minutowego odpoczynku na górnym postoju na Włosienicy. Kiedy koń się przewrócił – wjechał na teren parku autem i zabrał nim konia. Wojciech Ch. w dzienniku pracy koni w tym dniu wpisał tylko dwa kursy dół-góra-dół i dla każdego kursu wpisał inną parę koni.

Tymczasem z zapisu monitoringu wynikało, że trasę pokonał w tym dniu trzy razy – za każdym razem tą samą parą koni. Mężczyzna nie zgłosił TPN faktu upadku konia Shann na trasie, a wręcz usiłował ten fakt zataić, wjechał na teren TPN samochodem do tego nieuprawnionym i zwiózł nim konia na dolny parking. Tatrzański Park Narodowy chciał zawiesić licencję Wojciecha Ch. do czasu wyjaśnienia sytuacji. Jednak zanim do tego doszło mężczyzna zrezygnował z dalszego wykonywania przewozów turystów na trasie do Morskiego Oka. Ani Okaz ani Shann po wypadku nie wróciły na trasę do Morskiego Oka. Ich los pozostaje nieznany.
Źródło info i foto: interia.pl

Zatrzymano ściganego od 5 lat mężczyznę. Produkował fałszywe środki farmaceutyczne

Przejęcie 3 tabletkarek oraz innych urządzeń służących do produkcji fałszywych środków farmaceutycznych, a także zatrzymanie mężczyzny poszukiwanego od 5 lat listami gończymi, to efekt ostatnich działań CBŚP. Oferowane do sprzedaży środki miały działać odchudzająco, anabolicznie, a nawet leczyć ciężkie choroby np. nowotwory, schorzenia wątroby lub krążenia. „Farmaceutyki” były oklejane etykietami zawierającymi nazwę handlową, opis oraz hologram.

Policjanci z Zarządu w Bydgoszczy CBŚP zatrzymali w Warszawie 28-letniego mieszkańca województwa świętokrzyskiego. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że mężczyzna poprzez internet oferował m.in. leki, które zazwyczaj są dostępne na recepty, a także sterydy i inne środki o deklarowanym działaniu zdrowotnym. Tabletki miały działać odchudzająco, anabolicznie, a nawet leczyć ciężkie choroby np. nowotwory, schorzenia wątroby lub krążenia.

Wszystko na to wskazuje, że mężczyzna próbował ukryć swoją aktywność w internecie przy pomocy specjalistycznych aplikacji, lecz to nie przeszkodziło policjantom w ustaleniu jego tożsamości oraz miejsca pobytu. Został zatrzymany w momencie, gdy wychodził z jednej z placówek medycznych na terenie Warszawy. Był kompletnie zaskoczony działaniem funkcjonariuszy CBŚP, choć właściwie powinien tego się spodziewać, ponieważ od 5 lat był poszukiwany m.in. dwoma listami gończymi w związku z wcześniejszymi sprawami dotyczącymi oszustw internetowych. Według śledczych mężczyzna ukrywał swoją tożsamość posługując się fałszywymi dokumentami, na które założył kilka kont bankowych.

W trakcie przeszukania wynajętego przez niego domu, policjanci odkryli kompletną linię produkcyjną nielegalnych farmaceutyków wraz z urządzeniami służącymi do produkcji tabletek. Funkcjonariusze znaleźli m.in. trzy tabletkarki o wysokim stopniu wydajności produkcyjnej, automatyczne urządzenie służące do mieszania substancji chemicznych, nalewak wypełniający ampułki, a nawet elektroniczną liczarkę tabletek. Pigułki były produkowane w różnych kształtach i wielkościach, czemu służyły odpowiednio przygotowane stemple. Wytworzone w ten sposób „farmaceutyki” były oklejane etykietami zawierającymi nazwę handlową, opis, a nawet hologram.

Ponadto w zlokalizowanym na poddaszu biurze znajdowały się przygotowane do wysyłki tysiące opakowań lekarstw, anabolików i innych preparatów, a nawet kilkadziesiąt pieczątek lekarzy różnych specjalności, drukarka do recept oraz hologramy.

Zatrzymanego doprowadzono do najbliższego aresztu śledczego, a postępowanie przygotowawcze będzie nadzorowała Prokuratura Rejonowa Warszawa-Urysnów. Zabezpieczone substancje są poddawane analizie przez biegłych, którzy ustalą dokładnie m.in. ich skład chemiczny.
Źródło info i foto: Policja.pl

MSWiA o działaniach policji w trakcie protestu przedsiębiorców. „W pełni profesjonalne i podjęte w ważnym interesie publicznym”

Minister spraw wewnętrznych i administracji przekonuje, że działania Policji w trakcie strajku przedsiębiorców w Warszawie były „w pełni profesjonalne i podjęte w ważnym interesie publicznym”. Stołeczna policja zatrzymała prewencyjnie część uczestników protestu. Jak poinformowała Komenda Stołeczna Policji, demonstracja została zorganizowana nielegalnie, a jej uczestnicy złamali zakaz zgromadzeń obowiązujący z powodu epidemii.

W sobotę w Warszawie odbył się strajk przedsiębiorców. Protestujący zostali otoczeni przez kordon policji, ale części udało się wyminąć funkcjonariuszy i przejść w okolice siedziby PiS przy Nowogrodzkiej. Dochodziło do przepychanek z policjantami, funkcjonariusze użyli gazu łzawiącego. Na agresywne działanie policji uskarżał się m.in. senator Jan Bury.

Minister Mariusz Kamiński wydał oświadczenie, w którym odniósł się do działań policji podczas demonstracji. Przypomniał, że wprowadzony zakaz zgromadzeń publicznych wynika z zagrożeń epidemicznych, a nie z chęci ograniczania praw obywatelskich, a podstawowym zadaniem państwowym Policji jest egzekwowanie obowiązującego prawa. „Przypominam, że nadal obowiązują ograniczenia dotyczące gromadzenia się, a także przepisy sanitarne, takie jak obowiązek zachowania odpowiedniej odległości pomiędzy osobami oraz obowiązek noszenia maseczek. Rygory te mają chronić wszystkich obywateli przed rozwojem zagrażającej zdrowiu i życiu ludzkiemu epidemii.” – zaznaczył.

Próba złamania tych zasad w dniu wczorajszym w Warszawie spotkała się ze stanowczą reakcją Policji. Jako Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji oceniam działania Policji za w pełni profesjonalne i podjęte w ważnym interesie publicznym. Zastosowane środki porządkowe były adekwatne do zaistniałej sytuacji – ocenił Kamiński.

Dlatego, jak napisał minister, zastosowane środki porządkowe były adekwatne do zaistniałej sytuacji. „Jednocześnie wyrażam stanowczy sprzeciw wobec prób wykorzystywania nielegalnych zgromadzeń publicznych do realizacji swoich celów politycznych przez niektórych działaczy partii politycznych, w tym parlamentarzystów, oraz osób kandydujących w wyborach prezydenckich. Atakowanie funkcjonariuszy Policji rzetelnie wykonujących swoje zadania jest niedopuszczalne i nieodpowiedzialne” – napisał.

Zatrzymania na strajku

Policja podsumowała swoje działania podczas wczorajszego protestu. Część jego uczestników została – jak informują policjanci – prewencyjnie zatrzymana. – Policjanci zatrzymali wczoraj ponad 380 osób, nałożyli ponad 150 mandatów karnych. Będą przygotowane wnioski o ukaranie dla ponad 220 osób. Wśród nich jest pięć przypadków, w których mamy do czynienia z popełnionym przestępstwem – mówimy tu m.in. o znieważeniu, naruszeniu nietykalności, jak również uszkodzeniu dwóch pojazdów. W przypadku tych sytuacji mamy do czynienia z zatrzymaniem procesowym – powiedział nadkomisarz Sylwester Marczak z Komendy Stołecznej Policji.

Jak dodaje, do sanepidu trafią też notatki sporządzone w związku z naruszaniem obostrzeń wprowadzonych w związku z epidemią koronawirusa. Chodzi o zakaz gromadzenia się i brak odpowiedniego dystansu.

Czy doszło do zatrzymania senatora?
– Odseparowano posłankę Klaudię Jachirę, też ją szarpiąc, a nas doprowadzono siłą do samochodu, gdzie na schodkach tego samochodu dostałem uderzenie w nogi, z tyłu, pod kolana, co spowodowało, że upadłem na kolana, a następnie zostałem uderzony w plecy. Zostałem siłą wrzucony do „suki” policyjnej – opowiadał senator Jacek Bury.

Komenda Stołeczna Policji przekonuje, że do zatrzymania nie doszło, a senator sam wszedł do radiowozu i nie chciał z niego wyjść. Senator opublikował jednak kilkusekundowe nagranie z wczorajszej manifestacji, na którym widać, jak stoi w otwartym radiowozie i tłumaczy coś policjantom. W pewnym momencie zostaje siłą wepchnięty do samochodu.

„Można byłoby mieć pretensję do policjanta o to, że użył siły wobec senatora tylko wtedy, gdyby wiedział, że ma do czynienia z osobą z immunitetem. Policjant takiej wiedzy nie miał. Legitymację okazywano innemu policjantowi. Policjanci nie muszą znać wszystkich senatorów” – podała Komenda Stołeczna Policji na Twitterze. „Nie zapominajmy, że policjanci kierowali komunikaty do uczestników nielegalnego zgromadzenia. Również do osób posiadających immunitet. Ktoś, kto decyduje się na pozostanie w miejscu działań, robi to świadomie i bierze na siebie ryzyko” – dodano.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Prokuratura zajmie się gminami, które przekazały poczcie spisy wyborców

Śledczy zajmą się każdą gminą, która przekazała dane Poczcie Polskiej. To efekt działań organizacji pozarządowej – informuje w piątek „Rzeczpospolita”. Dziennik informuje. że Sieć Obywatelska Watchdog Polska postanowiła sprawdzić, ile gmin przekazało Poczcie Polskiej rejestry wyborców.

„Anonimowe e-maile z Poczty Polskiej z taką prośbą trafiły do samorządowców w całym kraju w nocy z 22 na 23 kwietnia. Rejestry były potrzebne do organizacji wyborów 10 maja drogą korespondencyjną. Większość samorządowców od razu zadeklarowała, że danych nie da. By ustalić, ile gmin pozytywnie odpowiedziało na e-maila, Sieć Obywatelska wystąpiła do wszystkich z nich” – pisze gazeta.

„Rzeczpospolita” przypomniała, że w Polsce jest 2477 gmin. „Sieć Obywatelska dostała odpowiedzi z niemal połowy. Wynika z nich, że gmin, które przekazały dane poczcie, jest stosunkowo niewiele – 106. Rejestrów wyborców nie podało 658 gmin, a z 342 odpowiedzi dla Watchdog Polska nie wynika jednoznaczne, jaka była decyzja” – wskazuje „Rz”.

„Sieć Obywatelska chce zawiadomić prokuraturę w sprawie wszystkich samorządów, które pozytywnie odpowiedziały na żądanie poczty. Zawiadomienia trafiły już w sprawie gmin: Boguty-Pianki, Dobra (małopolskie), Gielniów, Klonowa, Łochów, Nurzec-Stacja, Pniewy (mazowieckie), Radziłów, Siemiątkowo, Smyków, Widawa i Witonia” – informuje dziennik.

W artykule czytamy, że przyczyną zawiadomień jest to, że „w momencie, gdy Poczta Polska wysyłała żądania przekazania rejestrów, nie miała do tego podstawy prawnej”.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Marian Banaś złożył zażalenie na działania CBA

„Immunitet i tajemnica kontrolerska nie pozwalały na wejście do mieszkania Mariana Banasia w Warszawie, a zwłaszcza do jego gabinetu w siedzibie NIK” – twierdzi w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Marek Małecki, pełnomocnik Mariana Banasia. Do sądu w Białymstoku wpłynęło zażalenie na działania CBA, które pod koniec lutego przeszukało 20 miejsc powiązanych z szefem NIK.

W środę 26 lutego Centralne Biuro Antykorupcyjne weszło do 20 miejsc w związku ze sprawą Mariana Banasia, w tym do mieszkań szefa NIK, w których były jego żona i córka, a także do pokoju hotelowego, w którym przebywał jego syn, Jakub. Czynności przeprowadzono też w gabinecie szefa NIK. Funkcjonariusze opuścili go w środę przed godziną 22. Dzień później agenci CBA kontynuowali czynności w sprawie Banasia, pojawiając się w mieszkaniu syna prezesa NIK, Jakuba.

CBA przeszukało mieszkania i gabinet Mariana Banasia. Szef NIK skarży działania służb

Mec. Marek Małecki, pełnomocnik Banasia, stwierdził w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że „immunitet i tajemnica kontrolerska nie pozwalały na wejście do mieszkania […] Mariana Banasia, a zwłaszcza do jego gabinetu w siedzibie NIK”. Do sądu w Białymstoku wpłynęło już zażalenie na niedawne działania służb, w którym znalazło się żądanie zwrócenia rzeczy zabezpieczonych w trakcie przeszukań oraz uchylenia prokuratorskich postanowień, na mocy których agenci CBA zapukali do drzwi szefa NIK.

Śledczy utrzymują natomiast, że podjęte przez nich czynności były zgodne z prawem, ponieważ „immunitet formalny nie chroni miejsc i pomieszczeń, a tylko osobę fizyczną”.

– W mojej ocenie sposób prowadzenia czynności wskazuje na prowadzenie postępowania przeciwko Marianowi Banasiowi, który nie ma uchylonego immunitetu, więc prokuratura stosuje triki proceduralne, by obejść brak zezwolenia na ściganie – mówi dziennikowi „Rzeczpospolita” Małecki. Adwokat twierdzi, że prokuratorzy z pełną świadomością nie stawiają szefowi NIK żadnych zarzutów. A takie „pozorne” śledztwo, w którym nie podjęto postanowienia o przedstawieniu zarzutów, może – zdaniem Małeckiego – naruszać konstytucję.

– Niewystarczający materiał nie mógłby doprowadzić do skutecznego uchylenia immunitetu, a skierowanie takiego wniosku obnażyłoby manipulację prokuratury i CBA oraz medialne rozgrywanie tej sprawy – dodaje Małecki.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Kontrwywiad ABW ujawnił „hybrydowych” szpiegów

W wyniku działań pionu kontrwywiadu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w marcu br. wydalono z Polski wicekonsula Konsulatu Generalnego Federacji Rosyjskiej w Poznaniu. Pod koniec 2017 r. ABW objęła zakazem wjazdu na teren Polski i strefy Schengen trzech „ekspertów”, którzy kierowali rosyjskimi działaniami hybrydowymi w Europie. Portal tvp.info ujawnia nieznane dotychczas operacje polskiego kontrwywiadu.

ABW w ramach działań neutralizujących zagrożenia obcego wywiadu wykorzystuje m.in. możliwości prawne dotyczące przebywania cudzoziemców na terytorium RP. W wyniku działań ABW w ostatnich latach wydalono z Polski lub odmówiono wjazdu cudzoziemcom, których obecność w Polsce wiązała się z zagrożeniami dla interesów Polski.

Jak dowiedział się portal tvp.info, w marcu 2019 r. w wyniku działań pionu kontrwywiadu ABW wydalono z Polski wicekonsula Konsulatu Generalnego Federacji Rosyjskiej w Poznaniu.

Na podstawie ustaleń agentów mężczyzna został uznany za persona non grata; otrzymał również zakaz wjazdu do Polski i na teren strefy Schengen. Rosjanin prowadził działania niezgodne ze statusem dyplomatycznym, które mogły szkodzić relacjom polsko-rosyjskim.

Kolejnym – nieujawnionym dotychczas – przypadkiem działań kontrwywiadu ABW jest sprawa z końca 2017 r., kiedy to ustalenia Agencji pozwoliły na objęcie zakazem wjazdu do państw strefy Schengen trzech rosyjskich „ekspertów”: Olega B., Dmitryja K. i Aleksieja M.

B. to zastępca dyrektora moskiewskiego think tanku i dyrektor Rosyjsko-Ukraińskiego Centrum Informacyjnego, który sam przedstawia się jako międzynarodowy doradca liderki francuskiego Frontu Narodowego Marine Le Pen.

Kolejny „ekspert” – K. – to rosyjski politolog i publicysta związany z agencją informacyjną „Regnum”, stanowiącą przykrycie dla rosyjskich służb specjalnych w aspekcie prowadzenia wojny informacyjnej w Europie Środkowo-Wschodniej.

Z kolei M. to oficer rosyjskiego wywiadu, działający jako ekspert do spraw międzynarodowych. Należał on do głównych zleceniodawców prorosyjskich projektów realizowanych w Polsce przez środowisko jednej z partii politycznych.

ABW ustaliła, że wszyscy trzej mężczyźni pełnili rolę wiodących moderatorów rosyjskich działań hybrydowych w Europie. Na wniosek szefa ABW zostali objęci zakazem wjazdu do Polski i strefy Schengen.

Przypadki ujawnione

Kolejnym – ujawnionym już wcześniej – przykładem działań tego pionu ABW jest przykład z 2018 r. ze Szwecji, gdzie skazano agenta współpracującego z chińskim wywiadem. Proces, oparty w największym stopniu na materiałach ABW, dotyczył działań szpiegowskich przeciwko diasporze tybetańskiej w Szwecji i poza nią.

Dzięki ustaleniom polskiego kontrwywiadu udało się udokumentować pobyty oskarżonego w Polsce, a także ustalić dane jego oficera prowadzącego. W związku z tym, iż działał on pod przykrywką dyplomatyczną w Polsce, mężczyzna został wydalony i otrzymał zakaz wjazdu do Polski i UE.

W październiku 2017 r. na wniosek szefa ABW wydalono z terytorium RP Dmitryia K., który był przedstawicielem Rosyjskiego Instytutu Studiów Strategicznych w Moskwie (RISS), czyli ośrodka uznawanego za zaplecze analityczne rosyjskiego wywiadu.

Dmitryi K. pracujący w Polsce jako naukowiec, tak naprawdę inicjował elementy wojny hybrydowej przeciwko RP, a także utrzymywał kontakty z rosyjskimi służbami specjalnymi. Do jego „naukowych” zadań należało m.in. wyszukiwanie w środowisku naukowym osób o prorosyjskim światopoglądzie, wciąganie ich do współpracy, a także instruowanie w kwestii szerzenia prorosyjskiej propagandy.

W 2018 roku działania ABW pozwoliły na zneutralizowanie aktywności dwóch struktur sieciowych biorących udział w rosyjskiej wojnie hybrydowej i informacyjnej prowadzonej przeciwko RP.

W związku z materiałami zgromadzonymi w tej sprawie ABW ustaliła personalia osób angażujących się w aktywność wymierzoną w bezpieczeństwo RP. W związku z tym pięć osób zostało objętych zakazem wjazdu do Polski, na wniosek szefa ABW. Jekaterina C. i Anastazja Z., zostały zatrzymywane w Polsce w celu wydalenia.

Szef ABW w ostatnich latach korzystał również z prawa negatywnego zaopiniowania wniosków o wydanie polskiego obywatelstwa. Wydał w tej sprawie 19 negatywnych opinii.
Źródło info i foto: TVP.info

Londyn: Aresztowano 135 uczestników akcji Extinction Rebellion

W Londynie aresztowano 135 uczestników akcji protestu zainicjowanych przez Extinction Rebellion, organizację nawołującą do pilnych działań na rzecz powstrzymania zmian klimatycznych – poinformowała w poniedziałek policja metropolitalna. „Według stanu na godzinę 12:30 (13:30 w Polsce) przeprowadzono 135 zatrzymań” – napisała na Twitterze policja.

Wcześniej w poniedziałek policja informowała o aresztowaniu w Londynie 21 osób. Aktywiści z Extinction Rebellion planują protestować przez dwa tygodnie w ok. 60 miastach na świecie, oprócz Londynu m.in. w Berlinie, Nowym Jorku i Sydney.

W Londynie w poniedziałek rano działacze tej organizacji, zamykając się w samochodach, zablokowali most i kilka ulic w dzielnicy Westminster, gdzie mieszczą się budynki rządowe. Z kolei przed siedzibą ministerstwa obrony odbyła się pikieta. W ciągu dnia planowane są podobne blokady w pobliżu siedziby parlamentu i na Trafalgar Square, jak również siedząca manifestacja na lotnisku London City.

Jak zapowiadają aktywiści, demonstracje w brytyjskiej stolicy będą pięć razy liczniejsze niż te, które miały miejsce w kwietniu. Spodziewają się, że w ciągu dwóch tygodni protestów w Londynie weźmie w nich udział ok. 30 tys. osób.

Kwietniowe protesty Extinction Rebellion w Londynie trwały przez 11 dni. W ich czasie aresztowano ponad 1000 osób, z czego 850 osobom postawiono różne zarzuty naruszania porządku publicznego, a 250 z nich dotychczas uznano za winne.

W zeszłym tygodniu londyńska policja poinformowała o zmobilizowaniu tysięcy dodatkowych funkcjonariuszy w związku z protestami i zapowiedziała, że każdy, kto złamie prawo, nawet podczas pokojowych demonstracji, musi się liczyć z aresztowaniem.
Źródło info i foto: interia.pl

Zlikwidowano kolejną dziuplę samochodową

Odzyskane mitsubishi outlander o wartości 111 tys. złotych, zlikwidowana złodziejska dziupla oraz zatrzymany mężczyzna podejrzany o paserstwo to wynik ostatnich działań stołecznych policjantów z wydziału do walki z przestępczością samochodową. Funkcjonariusze na terenie posesji w powiecie wołomińskim zabezpieczyli również toyotę oraz części samochodowe, które mogą pochodzić z kradzionych pojazdów.

Stołeczni policjanci z wydziału do walki z przestępczością samochodową uzyskali informację, że na terenie powiatu wołomińskiego znajduje się „dziupla”, do której trafiają samochody skradzione na terenie Warszawy. Z ustaleń funkcjonariuszy wynikało, że może się tam znajdować mitsubishi outlander, skradzione dzień wcześniej w warszawskiej dzielnicy Wesoła.

Policjanci weszli na teren gospodarstwa, gdzie miały być demontowane samochody. Okazało się, że przebywa tam dwóch mężczyzn. Jeden z nich przyznał funkcjonariuszom, że wynajmuje posesję, na której mieszka. W znajdującym się tam garażu policjanci odkryli samochód marki Mitsubishi Outlander bez tablic rejestracyjnych. Poza tym znajdował się tam wycięty numer VIN należący do mazdy skradzionej z terenu Wawra.

Policjanci przeszukali także pomieszczenia znajdujące się na posesji, gdzie odnaleźli toyotę auris oraz części samochodowe. Zabezpieczono m.in. karoserię nissana oraz moduł od toyoty. Na miejsce została wezwana grupa dochodzeniowo-śledcza, która przeprowadziła oględziny.

Obaj mężczyźni zostali zatrzymani i przewiezieni do stołecznej komendy. Zebrany w tej sprawie materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie zarzutów 33-letniemu Pawłowi K.

Mężczyzna jest podejrzany o paserstwo. Za to przestępstwo grozi kara do 5 lat więzienia.
Źródło info i foto: Policja.pl

Strzelanina pod Wrocławiem. Wiemy, kto zabił policjanta

Mężczyzna zabity podczas próby włamania do bankomatu miał 42 lata, był wielokrotnie notowanym m.in. za przestępstwa przeciwko mieniu i udział w grupie przestępczej – poinformował szef KGP Jarosław Szymczyk.

– Zabity napastnik miał 42 lata. Mieszkaniec województwa wielkopolskiego, wielokrotnie notowany w naszych systemach za przestępstwa przeciwko mieniu, przestępczość związaną z kradzieżami pojazdów, włamaniami, a także notowany w związku z udziałem w zorganizowanej grupie przestępczej – powiedział na konferencji prasowej Komendant Główny Policji.

Policja zatrzymała też współsprawcę tego przestępstwa, który czekał w zaparkowanym nieopodal samochodzie. To 41-letni mieszkaniec województwa pomorskiego, również notowany za przestępstwa przeciwko mieniu i udział w zorganizowanej grupie przestępczej.

– W wyniku podjętych dalszych działań zatrzymaliśmy trzecią osobę związaną z tymi dwoma sprawcami, której nie było na miejscu zdarzenia, ale widzieliśmy wcześniej, że współpracuje z tymi dwoma osobami. To mieszkaniec powiatu legionowskiego. W tej chwili trwają z zatrzymanymi czynności – mówił szef policji.

Szymczyk przekazał, że ok. godziny 23 w sobotę policja uzyskała informację, że ma miejsce próba włamania do bankomatu, wolnostojącego, obudowanego kontenerem, w miejscowości Wisznia Mała (Dolnośląskie).

– Sprawca po wyłamaniu drzwi kontenera dostał się na zaplecze tego bankomatu. Zamknął się w kontenerze i próbował dokonać włamania do bankomatu – tłumaczył Szymczyk.

Jak mówił, z uwagi na fakt, że tego typu przestępstw często dokonuje się z użyciem materiałów wybuchowych, postanowiono o użyciu samodzielnego pododdziału antyterrorystycznego policji, szkolonych i przygotowywanych do zatrzymywania najbardziej niebezpiecznych przestępców.

– „Na miejsce udały się dwie drużyny z tegoż pododdziału, czyli 12 funkcjonariuszy, którzy postanowili dokonać zatrzymania sprawcy wewnątrz kontenera. Kiedy podchodzili do kontenera, drzwi wejściowe zostały otwarte i bez żadnych skrupułów przebywający wewnątrz bandyta otworzył do funkcjonariuszy ogień z broni automatycznej” – mówił Szymczyk.

Dodał, że na czele grupy funkcjonariuszy policji, szedł policjant z tarcza balistyczną. – Niestety siła strzałów, które trafiły w tarczę, była tak duża, że spowodowała odrzucenie tego policjanta i częściowe odsłonięcie pozostałej grupy policjantów. W tym momencie prawdopodobnie strzały dosięgły pozostałych funkcjonariuszy. Policjanci odpowiedzieli również ogniem, co spowodowało, że bandyta w kontenerze zginął na miejscu – powiedział szef KGP.

Zginął antyterrorysta, trzech policjantów zostało rannych.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl