Zwłoki dziecka z ranami na szyi

Ta tragedia wstrząsnęła mieszkańcami całej Polski! W środę (9 marca) w domu jednorodzinnym na terenie Płocka znaleziono zwłoki trójki dzieci. Jak ujawnia policja, są to chłopcy w wieku 7 do 17 lat. Na miejscu wciąż wykonywane są czynności dochodzeniowe, które mają pomóc w ustaleniu przebiegu tragedii. Policja i prokuratura nie udzielają szczegółowych informacji o zdarzeniu.

Do tych dramatycznych wydarzeń doszło w środę (9 marca). – Tuż przed godz. 11. otrzymaliśmy informację o znalezieniu w jednym z domów jednorodzinnych na osiedlu Wyszogrodzka ciał trzech chłopców w wieku od 7 do 17 lat. Na miejscu trwają intensywne czynności, wykonywane pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Płocku. Potrwają one wiele godzin – przekazała Polskiej Agencji Prasowej rzeczniczka Komendy Miejskiej Policji podkom. Marta Lewandowska.

Jak wyjaśnia rzeczniki, po wykonaniu wszystkich czynności na miejscu, gdzie odkryto zwłoki dzieci, „nie wcześniej niż jutro (10.03.2022) Prokuratura Rejowa w Płocku przekaże więcej informacji”. – Na tę chwilę, z uwagi na trwające czynności i ich dobro, nie udzielamy więcej informacji o tym tragicznym zdarzeniu – podkreśliła rzeczniczka płockiej policji.

– W wyniku zgłoszenia o braku kontaktu z nastolatkiem zamieszkałym w jednym z bloków przy ul. Wyszogrodzkiej w Płocku, strażacy podjęli interwencję. Po wejściu do mieszkania znaleźli zwłoki – mówił PAP rzecznik komendy miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Płocku st. kpt Edward Mysera i wyjaśnia, że zgłoszenie o braku kontaktu straż pożarna otrzymała od koleżanki nastolatka, który mieszkał pod wskazanym adresem. Na miejscu nie było osób dorosłych.
Źródło info i foto: se.pl

Lekarka z Otwocka oskarżona o śmierć noworodka

Wiktoria żyła kilkadziesiąt minut. Dziecko miało urodzić się zdrowe, ale mama dziewczynki nie miała czynności skurczowych. Za śmierć noworodka odpowie przed Sądem Rejonowym w Otwocku lekarz-położnik Daria M., która na siłę chciała wywołać poród, za późno skierowała rodzącą do cesarskiego cięcia, a wcześniej zniszczyła zapis KTG, z którego wynikało, że dziecko ma zaburzenia tętna.

Rankiem 24 lipca 2019 r. 33-letnia mieszkanka Otwocka zgłosiła na rutynową wizytę do Poradni Ginekologiczno-Położniczej przy ul. Armii Krajowej 3 w Otwocku. Była w 39. tygodniu ciąży, do terminu porodu zostało jeszcze kilkanaście dni. Lekarz-położnik Daria M. zbadała pacjentkę i zleciła innej położnej wykonanie badania KTG, podczas którego sprawdza się tętno płodu.

33-latka chciała w trakcie badania siedzieć, oparła się o ścianę i czekała na wynik. Z jej zeznań wynika, że po kilku minutach położna zainteresowała się zapisem KTG, który na bieżąco drukował aparat podłączony do brzucha matki.

„Serce nagle zwolniło”

Lekarka Daria M. uznała, że zapis nie jest nieprawidłowy, tylko nieczytelny ze względu na złą pozycję ciężarnej. Zleciła wykonanie badania ponownie, na leżąco, a pierwszy dokument zniszczyła i wyrzuciła do kosza. To pierwszy z zarzutów, jaki postawił jej prokurator Samodzielnego Działu ds. Błędów Medycznych Prokuratury Regionalnej w Warszawie.

Drugie badanie wyszło tak samo: zaburzenia tętna płodu i brak skurczy. Z zeznań matki wynika, że lekarka M. wystawiła kobiecie skierowanie do szpitala „celem oceny dobrostanu płodu”, jednocześnie informując, że ta spokojnie może udać się do domu, zjeść posiłek i spakować torbę. 33-latka pojawiła na Oddziale Położniczo-Ginekologicznym Powiatowego Centrum Zdrowia w Otwocku około godziny 13.20. KTG wykonano jej dwukrotnie, za każdym razem z podobnym wynikiem: zbyt wysokie tętno płodu, brak czynności skurczowych.

O godz. 15 na oddziale położniczym w otwockim centrum zdrowia dyżur zaczęła Daria M., która „przejęła” opiekę nad ciężarną. Zdecydowała o podaniu 33-latce kroplówki z oksytocyną, która miała wywołać akcję porodową. Tak się jednak nie stało, a zapis KTG nie ulegał poprawie. Serce dziewczynki, która o godz.16.55 wciąż była w łonie matki, nagle zwolniło. Wystąpiła tzw. bradykardia. Lekarz zdecydowała o pilnym skierowaniu kobiety do cesarskiego cięcia.

Nieprawidłowa opieka

Wiktoria urodziła się o godz. 17.12, dostała 0 pkt w skali Apgar. Dziewczynka, która miała urodzić się zdrowa, nie miała żadnych czynności życiowych. Lekarze przez kilkadziesiąt minut walczyli o jej życie: podano tlen, wykonano masaż serca, podano adrenalinę, zaintubowano dziewczynkę i na moment udało się przywrócić pracę serca. Zgon dziewczynki stwierdzono o godz. 18.

Sekcja zwłok noworodka, wykonana jeszcze w szpitalu, potwierdziła, że dziewczynka nie miała żadnych zmian anatomicznych, które mogłyby przyczynić się do jej śmierci. Bezpośrednią przyczyną zgonu była niewydolność krążeniowo-oddechowa spowodowana nieprawidłową opieką nad 33-letnią rodzącą.

Cesarskie cięcie należało wykonać natychmiast po podaniu oksytocyny, czyli co najmniej godzinę wcześniej. Ten stan rzeczy potwierdziły opinie biegłych, powołanych przez prokuraturę, którzy uznali, że „cesarka” przeprowadzona około godz. 16 dawałaby „duże szanse na uniknięcie skutku w postaci śmierci Wiktorii oraz zmniejszenie stanu niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia”.

Nadal przyjmuje

To drugi zarzut stawiany Darii M. przez Prokuraturę Regionalną w Warszawie – narażenie dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia i nieumyślne doprowadzenie do jego śmierci.

Po śmierci Wiktorii Daria M. zwolniła się z dyżurowania w Powiatowym Centrum Zdrowia w Otwocku, dalej jednak przyjmuje w przychodni ginekologicznej. – Przesłuchiwana w charakterze podejrzanej nie przyznała się do zarzucanych jej czynów i skorzystała z przysługującego jej prawa do odmowy składania wyjaśnień – przekazał prok. Marcin Saduś, rzecznik Prokuratury Regionalnej w Warszawie.

65-letnia dziś lekarz-położnik Daria M. nie była wcześniej karana. Akt oskarżenia w jej sprawie został skierowany w połowie sierpnia br. do Sądu Rejonowego w Otwocku. Grozi jej do 5 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Szwecja: Szkielet dziecka w jednym z domów w okolicach Tierp

Szkielet dziecka odkryto podczas rozbiórki sufitu w jednym z pomieszczeń domu w okolicach Tierp w Szwecji. Szczątki znajdowały się w drewnianym pudełku, były owinięte w tkaninę. O szkielecie znalezionym w domu w okolicach Tierp, w północnej części Uppland, wiadomo na razie jedynie tyle, że należał do małego dziecka. Został on owinięty w płótno i umieszczony wewnątrz drewnianego pudełka.

Szczątki odnaleźli budowlańcy, którzy podczas remontu domu przystąpili do zdejmowania stropu na strychu. Spod sufitu spadło pudełko. – Było pełno kurzu. Podeszliśmy do okna, by zajrzeć do pudełka. Od razu zauważyliśmy szkielet, a wokół niego jakiś materiał – powiedział Jim Blixt, ojciec właścicielki domu, w rozmowie z portalem SVT. Od razu powiadomił policję. Nie jest jednak jasne, od jak dawna skrzynia znajdowała się pod sufitem. Dom został zbudowany przed 1790 r. Nowi właściciel weszli w jego posiadanie w lipcu 2021 r.

„Nie możemy wykluczyć morderstwa”

Policja ograniczyła się na razie jedynie do stwierdzenia, że szczątki „znajdowały się w tym miejscu od jakiegoś czasu”. Na obecnym etapie śledczy nie wykluczają, że w bezpośrednim sąsiedztwie doszło do przestępstwa.

– Istnieją podejrzenia, że szczątki znajdowały się w tym miejscu od bardzo dawna. Nie możemy wykluczyć jednak, że doszło do morderstwa, dlatego wszczęto wstępne dochodzenie – powiedział rzecznik miejscowej policji Magnus Jansson Klarin, w rozmowie z dziennikiem „Aftonbladet”.

Szkielet zostanie poddany badaniom kryminalistycznym, by ustalić, kiedy i jak dziecko zmarło.
Źródło info i foto: interia.pl

26-latka przyznała się do zabójstwa córki

26-letnia kobieta, która zabiła nożem kuchennym swoją trzyletnią córkę, przyznała się do winy. Śledczym tłumaczyła, że zabiła dziecko, próbując popełnić tzw. rozszerzone samobójstwo. Grozi jej nawet dożywocie. We wtorek przed godz. 11 policja otrzymała informację o możliwym ugodzeniu dziecka nożem w jednym z mieszkań na poznańskim Grunwaldzie. Trzyletnia dziewczynka została przewieziona do Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera w Poznaniu, gdzie zmarła w czasie operacji. Dziecko miało głęboką ranę kłutą serca. Policjanci zatrzymali 26-letnią matkę dziewczynki.

Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Poznaniu prok. Łukasz Wawrzyniak poinformował, że 26-letniej Magdalenie C. przedstawiono zarzut zabójstwa swojej trzyletniej córki. – Kobieta przyznała się do winy – powiedział.

„Nie była w stanie targnąć się na swoje życie”

W środę przed południem zostanie przeprowadzona sekcja zwłok dziecka. – Wstępne ustalenia co do przyczyny zgonu stanowiły podstawę do postawienia zarzutu – zaznaczył prokurator. Dodał, że kobieta zadała córce trzy ciosy kuchennym nożem w okolice serca. Wcześniej 26-latka próbowała dusić dziecko.

Kobieta złożyła obszerne wyjaśnienia, opisując przebieg zdarzenia. – Twierdzi, że chciała popełnić samobójstwo, a że nie chciała zostawiać dziecka samego, to najpierw zabiła dziecko, a potem nie była w stanie targnąć się na swoje życie – opisał prokurator.

Po zranieniu córki kobieta zadzwoniła do znajomego i poinformowała go o tym, co zrobiła.

Będzie wniosek o badanie poczytalności

Prokurator Wawrzyniak podkreślił, że śledczy będą wnioskować o tymczasowe aresztowanie 26-latki i przeprowadzenie sądowo-psychiatrycznego badania poczytalności podejrzanej. Za zabójstwo 26-latce grozi kara pozbawienia wolności od ośmiu lat, 25 lat więzienia albo kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: interia.pl

Białystok: Próba porwania dziecka

Osiedle Leśna Dolina w Białymstoku, poniedziałek, kilka minut po godzinie osiemnastej. Z samochodu wyszedł mężczyzna ubrany na czarno. Złapał 9-latka, gdy ten wracał do swojego domu z treningu, który się nie odbył. Według relacji matki dziecka, mężczyzna chciał siłą wciągnąć chłopca do swojego auta. Na szczęście porywacza powstrzymał przypadkowy świadek, który uderzył napastnika w głowę. Przerażony chłopiec zdołał uciec do swojego domu. Po tym, co się stało na Leśnej Dolinie, mieszkańcy Białegostoku są przerażeni. Matka chłopca zgłosiła zdarzenie na policję. We wtorek o godz. 11 odbyła się wizja lokalna w miejscu zdarzenia.

Na mieszkańców Białegostoku padł blady strach. W poniedziałek około godz. 18 przy ul. Armii Krajowej miała miejsce próba porwania dziecka. Pierwsza informacja o tym zdarzeniu pojawiła się na facebookowej grupie zrzeszającej mieszkańców trzech dużych osiedli Słonecznego Stoku, Leśnej Doliny i Zielonych Wzgórz. Post opublikowała matka dziecka, pani Beata. Informacja błyskawicznie rozeszła się w mediach społecznościowych. Białostoczanie są przerażeni i obawiają się o bezpieczeństwo swoich dzieci. Co się dokładnie wydarzyło? Pani Beata napisała, że zaprowadziła swojego syna na trening do szkoły podstawowej, a potem poszła na zakupy. Było już po zmroku. W międzyczasie okazało się, że do treningu nie doszło, a 9-letni chłopiec nie mógł o tym poinformować swojej mamy, bo nie wziął ze sobą telefonu.

– Postanowił wrócić do domu, bo to bardzo blisko – napisała na Facebooku pani Beata. – W drodze minął go ciemny samochód i zaparkował na parkingu przy przystanku. Syn zdążył dojść prawie do przejścia jak z tyłu jakiś mężczyzna, ubrany na czarno w masce i ciemnych okularach, chwycił go mocno za rękę i zaczął go ciągnąć w stronę auta.
Źródło info i foto: se.pl

Świdnica: Śmierć pięciotygodniowego dziecka. Rodzice byli pijani

Prokuratura Rejonowa w Świdnicy (Dolny Śląsk) bada okoliczności śmierci pięciotygodniowego dziecka. Zatrzymani zostali rodzice. Matka miała półtora promila alkoholu w organizmie, ojciec – blisko trzy. W niedzielę około godziny 5 nad ranem, do jednego z mieszkań w Świdnicy wezwane zostało pogotowie. Gdy ratownicy dojechali na miejsce pięciotygodniowe dziecko już nie żyło. Pomoc wzywała matka.

Rodzice zatrzymani

– Zostały zatrzymane dwie osoby, to ojciec oraz matka dziecka. Byli nietrzeźwi, ojciec miał blisko trzy promile alkoholu, natomiast kobieta – blisko półtora. Wstępnie czynności są prowadzone w kierunku narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia oraz nieumyślnego spowodowania śmierci – mówi Marek Rusin, prokurator rejonowy w Świdnicy.

Na poniedziałek, na godzinę 10 zaplanowana została sekcja zwłok dziecka, od której uzależnione będą dalsze czynności śledczych. Rodzice zostaną przesłuchani po wytrzeźwieniu.
Źródło info i foto: tvn24.pl

6-miesięczne dziecko trafiło do szpitala. Zarzuty i areszt dla rodziców za znęcanie się nad dzieckiem

Do ośmiu lat więzienia grozi 32-letniej mieszkance powiatu malborskiego, podejrzanej o znęcanie się nad sześciomiesięczną córką. Kobiecie i jej 38-letniemu mężowi postawiono też w weekend zarzut znęcania nad trójką starszych dzieci.

Maria i Marcin L. w piątek zgłosili się do szpitala z sześciomiesięczną córką, która miała urazy na głowie. Oboje twierdzili, że dziecko upadło na podłogę. Oceniając charakter obrażeń lekarze nie dali jednak temu wiary i zawiadomili policję. Kobieta została zatrzymana jeszcze w szpitalu, mężczyzna dzień później.

Mariusz Duszyński z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku poinformował, że Maria L. usłyszała zarzut znęcania się nad dzieckiem i spowodowanie u niego obrażeń ciała narażających na utratę życia bądź ciężki uszczerbek na zdrowiu. Przestępstwo to jest zagrożone karą od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia.

Odebrano im dzieci

– Stan niemowlęcia jest dobry i stabilny, jest pod opieką lekarzy – uspokoił Duszyński.

Prokurator poinformował, że już od maja prowadzone jest też postępowanie w sprawie znęcania się przez małżeństwo L. nad trójką starszego potomstwa. Sąd już odebrał parze opiekę nad dziećmi i przekazał je rodzinie zastępczej. Zdarzenie z sześciomiesięczną dziewczynką przyspieszyło decyzję prokuratorów o postawieniu parze zarzutów w związku ze znęcaniem nad starszymi dziećmi. Oba śledztwa zostały też połączone.

W niedzielę prokuratura postawiła obojgu rodzicom zarzut znęcania się psychicznego i fizycznego nad trójką pozostałych potomków. Podejrzani nie przyznali się do winy i złożyli wyjaśnienia. Prokuratura złożyła do sądu w Malborku wnioski o trzymiesięczne areszty dla rodziców. Sąd przychylił się do tych wniosków.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Czerwony Bór: Sprawa zabójstwa noworodka. Ciało dziecka znaleziono na wysypisku śmieci. Trwają poszukiwania matki

Nikomu nie postawiono dotąd zarzutów w śledztwie dotyczącym zabójstwa noworodka, którego zwłoki znaleziono na wysypisku śmieci w Czerwonym Borze (Podlaskie); nadal poszukiwania jest matka tego dziecka – poinformował w poniedziałek zastępca szefa Prokuratury Okręgowej w Łomży Rafał Kaczyński. W miniony piątek policja zatrzymała w związku z tym śledztwem dwie osoby; potwierdził to rzecznik podlaskiej policji Tomasz Krupa. Nie chciał jednak mówić o szczegółach.

– Osoby te zostały przesłuchane w charakterze świadków; nadal poszukiwana jest matka dziecka – powiedział prok. Kaczyński. Zaznaczył, że śledztwo prowadzone jest w sprawie, a nie przeciwko konkretnej osobie (czy osobom), czyli dotąd nikomu nie postawiono zarzutów.

Zwłoki noworodka – chłopca – znalazł 8 maja pracownik Zakładu Przetwarzania i Unieszkodliwiania Odpadów w Czerwonym Borze. Pierwsze czynności na miejscu prowadzone były pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Zambrowie, ostatecznie śledztwo przejęła łomżyńska prokuratura okręgowa. Dotyczy ono zbrodni zabójstwa.

Taką kwalifikację prawną potwierdziły też badania przeprowadzone w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku. Biegli wskazali, że przyczyną śmierci dziecka był uraz wielomiejscowy. Aby ustalić szczegóły, potrzebne będą jednak wyniki badań histopatologicznych.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wrocław: Barbara J. przed sądem. Rzuciła dzieckiem o asfalt, potem kopnęła. Grozi jej dożywocie

Do wrocławskiego sądu trafił akt oskarżenia przeciwko Barbarze J., podejrzanej o usiłowanie zabójstwa jej miesięcznego dziecka. 34-letnia kobieta, będąc pod wpływem alkoholu, rzuciła dziecko na ulicę i je kopnęła. Niemowlaka odebrali jej przechodnie.

Rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu prok. Justyna Pilarczyk poinformowała, że do zdarzenia doszło w lutym tego roku na jednej z ulic Wrocławia. Jak ustaliła prokuratura, kobieta, czekając na konkubenta, wyciągnęła dziecko z wózka, uniosła je w górę i rzuciła nim o asfalt. – Następnie podeszwą kozaka uderzała z impetem w jego główkę, wdeptując ją w podłoże. Kobieta uderzyła chłopca sześć razy, po czym spłoszona przez świadka zdarzenia, podniosła dziecko, przerzuciła przez ramię i oddaliła się – powiedziała prokurator.

Miała promil alkoholu

Kobietę zatrzymali przypadkowi przechodnie, którzy odebrali jej dziecko i wezwali policję i pogotowie. 34-latka została zatrzymana na miejscu zdarzenia. Po badaniu okazało się, że miała promil alkoholu w organizmie. Została przewieziona do Wrocławskiego Ośrodka Pomocy Osobom Nietrzeźwym.

Jak przekazała prok. Pilarczyk, z opinii biegłych wynika, że obrażenia, których doznało dziecko, mogą w przyszłości skutkować „trwałym uszczerbkiem na zdrowiu w postaci zaburzeń neurologicznych stanowiących ciężkie kalectwo, ciężką chorobę nieuleczalną lub długotrwałą”. – Sam ciężki uszczerbek na zdrowiu może się realizować w odległym czasie pod postacią późnych powikłań urazu, takich jak zaburzenia rozwoju, zaburzenia neurologiczne, głuchota – wskazała prokurator.

Grozi jej dożywocie

Biegli potwierdzili też, że rozległy uraz czaszkowo-mózgowy z licznymi wieloodłamowymi złamaniami kości czaszki powstał z powodu rzucenia dzieckiem z wysokości około 1,5 metra na twarde podłoże, a następnie kilkukrotne kopanie po głowie i świadczy o wysokiej energii działającej na ciało niemowlęcia. „Charakter urazu, jakiego doznało dziecko i powstałe w jego wyniku obrażenia świadczą o tym, że doszło do narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu” – tłumaczyła prokurator.

Prokuratura postawiła kobiecie zarzut usiłowania zabójstwa. Jak poinformowała prok. Pilarczyk, Barbara J. przyznała się do stawianych jej zarzutów, jednak podkreśliła, że nie chciała zabić syna. W lutym wrocławski sąd uwzględnił wniosek prokuratury i zadecydował o aresztowaniu Barbary J. Kobiecie grozi nawet dożywocie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Milejów: Ukrainka urodziła dziecko w pracy i schowała je do kosza

Na terenie zakładów przetwórstwa owocowo-warzywnego w Milejowie (woj. lubelskie) 36-letnia obywatelka Ukrainy, która pracowała przy taśmie produkcyjnej urodziła dziecko i schowała do plastikowego kosza w toalecie. Noworodek na szczęście przeżył.

Ukrainka nagle odeszła od taśmy produkcyjnej. Gdy długo nie wracała, jej nieobecnością zainteresowała się siostra. Znalazła zakrwawioną kobietę w toalecie, po czym zawołała na pomoc inne pracownice zakładu. Dwie Polki znalazły w plastikowym koszu przy toalecie dziecko Ukrainki. Noworodek nie oddychał, jednak kobiety zdołały je uratować.

Ukrainka i jej córka trafiły do szpitala. Kobiety na razie nie udało się przesłuchać. Prokuratura prowadzi śledztwo w kierunku usiłowania zabójstwa noworodka. Biorąc pod uwagę, że kobieta działała w szoku poporodowym, może jej grozić do 5 lat więzienia.
Źródło info i foto: wp.pl