Komandosi GROM-u lecą do Afganistanu

Prezydent Andrzej Duda w środę podpisał decyzję dotyczącą wysłania stu polskich żołnierzy do Afganistanu. Według informacji Onetu mają znaleźć się tam komandosi GROM-u, medycy, logistycy czy lotnicy, którzy pomogą w ewakuacji ludzi. O pomoc w operacji Polskę poprosiły o to NATO oraz Stany Zjednoczone.

Postanowienie prezydenta Andrzeja Dudy zostało opublikowane w środę 18 sierpnia. Dotyczy ono użycia Polskiego Kontyngentu Wojskowego od 18 sierpnia do 16 września w Afganistanie opanowanym przez talibów. Misja wojskowa jest przygotowana przez Sztab Generalny Wojska Polskiego razem z Dowództwem Operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych.

Z informacji Onetu wynika, że do składu polskiego kontyngentu zaliczono przede wszystkim komandosów z jednostki specjalnej GROM, medyków wojskowych, logistyków oraz lotników. – Zadaniem Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie będzie współpraca z siłami innych państw przy ewakuacji, PKW nie będzie miał zadań bojowych – informował szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch w rozmowie z portalem.

Pierwsi operatorzy GROM-u polecieli już do Afganistanu, gdzie ich zadaniem jest głównie zabezpieczanie ewakuacji polskich obywateli, afgańskich współpracowników, a także obywateli innych państw znajdujących się na miejscu.

– Operacje podobnego typu były ćwiczone przez GROM. Przerzucaliśmy sprzęt i żołnierzy na przykład do Jordanii, aby wykonać operacje uderzeniowe na obiekty zajęte przez terrorystów, odbić i ewakuować polski personel dyplomatyczny. Polska ma więc możliwości, by taką operację wykonać w rzeczywistości nie tylko na ćwiczeniach – mówił przed kilkoma dniami płk Piotr Gąstał, były dowódca elitarnej jednostki GROM, w wywiadzie dla Onetu.

Drugi cywilny samolot z grupą osób ewakuowanych z Afganistanu wylądował w czwartek o godzinie 10 w Warszawie. W środę na pokładzie pierwszego samolotu oprócz Polaków do Polski przylecieli także Niemcy oraz Holendrzy.

Szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk dziś informował również, że do kraju wraca dziennikarka Jagoda Grondecka, która pomagała w ewakuacji w Kabulu. Szef KPRM podkreślał, że największym wyzwaniem dla osób, które chcą uciec z Afganistanu, jest dostanie się na lotnisko.

– Mieliśmy bardzo nerwowe ostatnie kilkadziesiąt godzin. Dwie duże grupy osób, które miały zostać ewakuowane, nie mogły dotrzeć do lotniska, ponieważ utrudniali im to talibowie. Udało się to dopiero dzisiaj nad ranem. Obecnie czeka 90 osób, za jakieś dwie godziny będzie kolejny transport – mówił. Z informacji Polskiego Radia 24 wynika, że w sumie do Warszawy przyleciało blisko 80 ewakuowanych osób, a kolejna grupa osób jest przygotowywana do wylotu.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Burkina Faso: Sześć osób zabitych w ataku na kościół katolicki

Sześć osób zostało zabitych, w tym ksiądz, w ataku uzbrojonej grupy mężczyzn na kościół katolicki w środkowo-północnej części Burkina Faso – podała agencja AFP. Do ataku doszło w niedzielę rano.

Napastnicy otworzyli ogień do wiernych na samym początku mszy świętej w kościele w Dablo – podał mer miasta Ousmane Zongo. Dablo leży 90 km od miasta Kaya, stolicy regionu Centre Nord i prowincji Sanmatenga.

Według źródeł w służbach bezpieczeństwa atak przeprowadziła grupa złożona z około dwudziestu kilku do trzydziestu uzbrojonych ludzi. Był to pierwszy w Burkina faso atak na kościół katolicki od czasu, kiedy w tym kraju zaczęły się zamachy terrorystyczne.

– Podpalili kościół, a potem sklepik i bar, po czym udali się do ośrodka zdrowia, gdzie przeszukali lokal i spalili pojazd należący do głównej pielęgniarki – dodał Zongo. – W mieście panuje klimat paniki. Ludzie są uwięzieni w domach, nic nie działa. Sklepy i sklepiki są zamknięte. To praktycznie martwe miasto”.

Do ataku na kościół doszło dwa dni po uwolnieniu na północy Burkina Faso czterech zakładników przez francuskie siły specjalne.

Ataki w Burkina Faso

Burkina Faso od czterech lat jest miejscem coraz częstszych i coraz krwawszych ataków przypisywanych grupom dżihadystycznym, w tym Ansar ul Islam (nie mylić z Ansar al-Islam z irackiego Kurdystanu), Nusrat al-Islam (Grupie Wsparcia Islamu i Muzułmanów, GSIM) oraz EIGS – Państwu Islamskiemu na Wielkiej Saharze (organizacja terrorystyczna dżihadystów ideologii salafickiej).

Ataki, początkowo koncentrujące się na północy kraju, następnie objęły stolicę – Wagadugu – i inne regiony. Zginęło w nich według – rachuby AFP – co najmniej 400 osób. Głównie na północy kraju często atakowani są duchowni, tak chrześcijańscy, jak i muzułmańscy, uważani przez dżihadystów za nie dość radykalnych lub oskarżani o współpracę z władzami.

Niedzielny atak to drugi w ciągu dwóch miesięcy atak na kościół. Pierwszy miał miejsce w Silgadji, gdzie w końcu marca zaatakowano kościół protestancki i gdzie zginęło sześć osób.

W połowie marca ojciec Joel Yougbare, kapłan Djibo na północy kraju, został porwany przez uzbrojonych ludzi. 15 lutego ks. Cesar Fernandez, misjonarz salezjański pochodzenia hiszpańskiego, zginął w zbrojnym ataku dżihadystów w Nohao w centrum kraju.

Francuscy komandosi oswobodzili turystów w nocy z czwartku na piątek, w pobliżu granicy z Mali.

Francuska operacja

Od 2014 r. w Afryce Zachodniej trwa francuska operacja „Barchan” (Barkhane), w której uczestniczy 4,5 tys. żołnierzy. Początkowo Francuzi interweniowali w 2013 r. w Mali w celu ratowania tamtejszego rządu przed ofensywą grup islamistycznych. Obecnie operacja obejmuje Mali, Niger, Burkinę Faso, Czad i Mauretanię.

– Sytuacja w Afryce jest skomplikowana – powiedział w niedzielnej debacie radia France Info specjalizujący się w sprawach Czarnego Kontynentu dziennikarz tygodnika „L’Express” Vincent Hugeux. Liczni obserwatorzy, przyznając, że bez wojskowej obecności Francji liczba ofiar ugrupowań terrorystycznych byłaby wielokrotnie większa, zgadzają się, że rozwiązanie problemów musi być polityczne.

Według organizacji pozarządowej Armed Conflict Location & Event Data Project od listopada 2018 roku do 26 marca tego roku w wyniku ataków dżihadystów zginęło prawie 5 tys. osób, wielokrotnie więcej niż rok wcześniej.

„Mnożeniem pożarów” nazwał rozprzestrzenianie się dżihadyzmu jeden z komentatorów dziennika „Le Monde”, mające na celu zmuszenie francuskiego kontyngentu do poszerzenia zakresu działania ponad możliwości operacyjne.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Komandosi GROM walczą z dżihadystami

Polscy komandosi z jednostki GROM walczą z terrorystami w Syrii i Iraku – informuje pismo „Intelligence Online”. GROM ma stacjonować w Jordanii razem z amerykańskimi siłami specjalnymi. W Jordanii stacjonuje wyspecjalizowana jednostka komandosów, których działania są tajne, ale źródła „Intelligence Online” donoszą, że ich akcje w Syrii i Iraku koordynuje SOCOM, czyli Dowództwo Operacji Specjalnych amerykańskiej armii.

Wypełnij PIT-a za darmo i pomóż Fundacji Radia ZET

SOCOM od ponad dwudziestu lat szkoli GROM. Dostarcza też nowoczesny sprzęt. Dlatego bliska współpraca z jego dowództwem owocuje kolejnymi działaniami. Tym razem to walka z islamskimi terrorystami na terenie Bliskiego Wschodu. GROM-owi w Syrii i Iraku zdarza się walczyć razem ze specjalnymi siłami z Wielkiej Brytanii i Francji. O współpracy polskiej jednostki specjalnej z Jordanią mówi się od sierpnia ubiegłego roku. Wtedy na specjalnym pokazie GROM w Gdańsku pojawił się król Jordanii Abdullah II. Niestety ćwiczenia zakończyły się tragicznie, zginął jeden z żołnierzy GROM-u.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

W Turcji aresztowano 11 komandosów, którzy mieli schwytać prezydenta

Tureckie siły specjalne zatrzymały 11 ukrywających się komandosów, którzy mieli schwytać prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana podczas próby wojskowego zamachu stanu z 15 lipca – poinformowała w poniedziałek agencja Anatolia.

Uciekinierów schwytano w dystrykcie Ula w prowincji Mugla na zachodzie kraju dzięki informacji, którą siły specjalne żandarmerii otrzymały od jednego z mieszkańców. Operację przeprowadzono przy wsparciu śmigłowców i dronów. Na miejscu doszło do strzelaniny, jednak nie ma informacji o jakichkolwiek ofiarach.

11 aresztowanych wojskowych należało do grupy, która przypuściła atak na hotel w Marmaris na zachodzie kraju. W nocy z 15 na 16 lipca w hotelu tym Erdogan przebywał na urlopie. Według agencji Reutera prezydenta powiadomiono, że grozi mu niebezpieczeństwo, dzięki czemu zdołał uciec, zanim puczyści przybyli do hotelu.

Agencja Anatolia przekazała, że grupa spiskowców mających schwytać Erdogana liczyła 37 osób; 25 wojskowych zatrzymano wcześniej. Nie podano informacji o 37. członku grupy.

Po próbie wojskowego zamachu stanu Ankara rozpoczęła masowe czystki, w ramach których ponad 70 tys. osób zostało zawieszonych albo straciło pracę, głównie w sądownictwie, urzędach, edukacji, mediach i służbie zdrowia. Od 16 lipca w sumie 18 tys. osób zostało zatrzymanych, z czego ok. 3,5 tys. zwolniono. Wśród osób, które wciąż są przetrzymywane, ponad 9 tys. jest formalnie aresztowanych. Większość z nich to wojskowi.
Żródło info i foto: Dziennik.pl

Francuskie służby prowadzą tajną wojnę z ISIS

Siły specjalne i komandosi służb wywiadu Francji uczestniczą w tajnych operacjach przeciw dżihadystom z Państwa Islamskiego (IS) w Libii wraz z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi – poinformował w środę dziennik „Le Monde”. Według gazety prezydent Francois Hollande zatwierdził „nieoficjalną akcję wojskową” prowadzoną w Libii zarówno przez elitarną jednostkę sił zbrojnych, jak i służby specjalne wywiadu DGSE.

W ramach „tajnej wojny Francji w Libii” prowadzone są sporadyczne naloty wymierzone w przywódców IS, poprzedzane dyskretnymi przygotowaniami na ziemi, by spowolnić rozwój tego islamistycznego ugrupowania w kraju podzielonym politycznie, którego znaczna część nie jest przez nikogo kontrolowana – pisze gazeta. Bojownicy IS atakują infrastrukturę naftową w Libii i stworzyli sobie przyczółek w mieście Syrta na wybrzeżu śródziemnomorskim, korzystając z przedłużającej się próżni władzy w kraju, wywołanej walką dwóch rywalizujących ze sobą parlamentów.

Ministerstwo obrony w Paryżu odmówiło komentarza w sprawie doniesień „Le Monde’a”, ale według osoby zbliżonej do szefa resortu Jean-Ives’a Le Driana minister zlecił śledztwo w sprawie „naruszenia tajemnicy obrony narodowej”, by ustalić źródła doniesień. Hollande powiedział, że Francja znajduje się w stanie wojny z Państwem Islamskim, gdy organizacja ta wzięła na siebie odpowiedzialność za serię ataków terrorystycznych w Paryżu 13 listopada 2015 roku, w których zginęło 130 osób.

Wcześniej ministerstwo obrony potwierdziło, że francuskie lotnictwo w ostatnim czasie przeprowadzało nad Libią loty zwiadowcze oraz że Francja utworzyła bazę wojskową na północnym wschodzie Nigru, przy granicy z Libią. Jak podaje „Le Monde”, francuski wywiad zainicjował nalot w listopadzie ub. roku, w którym zginął Irakijczyk znany jako Abu Nabil, w tamtym czasie wysoki rangą przywódca IS.

Dziennik powołuje się na specjalizujących się w temacie blogerów, którzy piszą, że od połowy lutego francuskie siły specjalne widywane są na wschodzie Libii. Cytuje też ważnego przedstawiciela ministerstwa obrony, który powiedział: „Ostatnią rzeczą (jakiej potrzebujemy) jest zbrojna interwencja w Libii. Musimy unikać otwartego militarnego zaangażowania i działać dyskretnie”.

W piątek samoloty USA zaatakowały obóz szkoleniowy IS w miejscowości Sabratah na zachodzie Libii; w nalotach zginęło blisko 50 osób, w tym – jak twierdzi rząd w Belgradzie – dwie porwane w listopadzie ub. roku osoby zatrudnione w ambasadzie Serbii. Według USA obóz był wykorzystywany przez nawet 60 dżihadystów, w tym przez Nuredina Czuczane, oskarżanego o dwa dokonane w ubiegłym roku ataki na turystów w Tunezji. W 2011 roku francuskie siły odegrały kluczową rolę podczas prowadzonych przez NATO nalotów, które przyczyniły się do obalenia dyktatora Muammara Kadafiego.
Żródło info i foto: interia.pl

Kulisy akcji komandosów na Jihadi Johna

Brytyjski dziennik dotarł do raportu na temat okoliczności zabójstwa w listopadzie Jihadi Johna – jednego z najbardziej poszukiwanych terrorystów. W akcji brały udział drony, ale też jednostka komandosów. Przygotowania do zgładzenia brytyjskiego dżihadysty trwały rok – pisze „Daily Mail”. Wcześniej mówiło się o tym, że przeprowadzono ją głównie za pomocą dronów. Raport wykazuje jednak, że w operacji brały udział też wojska lądowe. W nocy 11 listopada dwa amerykańskie śmigłowce Chinook przewiozły żołnierzy brytyjskich jednostek specjalnych na syryjską pustynię, 35 kilometrów od kontrolowanej przez samozwańcze Państwo Islamskie Rakki. Stamtąd przejechali samochodami i ustawili się w odległości kilometra od miasta.

Z tej lokalizacji wysłali zdalnie sterowane miniaturowe helikoptery, które namierzały dżihadystów wchodzących do jednego z budynków. Obrazy z kamer przesyłano do dowództwa brytyjskich wojsk specjalnych i amerykańskiego dowództwa w Katarze. Gdy na ekranach pojawił się Jihadi John, natychmiast wydano rozkaz ataku. Dokonano go z udziałem drona Reaper.

Muhammad Emwazi zwany Jihadi Johnem był Brytyjczykiem kuwejckiego pochodzenia. Od sierpnia pojawiał się na wielu filmach z egzekucji, dokonywanych przez członków tak zwanego Państwa Islamskiego. To on był najczęściej egzekutorem. Pseudonim nadano mu ze względu na brytyjski akcent.
Żródło info i foto: Dziennik.pl

Mali: koniec akcji służb specjalnych

Siły bezpieczeństwa odnalazły w hotelu „Radisson Blu” w Bamako 27 ciał – poinformowały źródła ONZ. Trwa przeszukiwanie hotelu w poszukiwaniu ofiar lub ukrytych zamachowców. Według malijskich wojskowych, podczas akcji służb specjalnych zabito dwóch napastników. Akcja zakończyła się. Zakładnicy zostali uwolnieni i są pod opieką służb cywilnych – podają malijskie władze.

Kilka godzin temu do hotelu wtargnęła grupa uzbrojonych mężczyzn, krzycząc po arabsku: „Allah jest wielki!” i strzelając w powietrze. W tym momencie w hotelu przebywało około 170 osób. Później udało się uratować grupę około 30 osób. W chwili decydującego szturmu, które przeprowadzili francuscy komandosi wraz z amerykańskimi oddziałami specjalnymi, terroryści przetrzymywali 136 osób.

Lokalne media donoszą, że piętro, na którym rozpętała się strzelanina, miało być zajmowane przez personel linii lotniczych Air France. Linie potwierdziły, że w budynku znajdowało się 12 jej pracowników i wszyscy zdołali się wydostać. Z budynku uciekło także 3 pracowników tureckich linii lotniczych oraz – prawdopodobnie – dwoje Niemców.

Reuters podał, że ci z przetrzymywanych, którzy byli w stanie wyrecytować wersety Koranu, zostali wypuszczeni. Wiadomo, że wśród ofiar ataku na hotel „Radisson Blu” w Bamako w Mali jest obywatel Belgii. Taką informację przekazał rzecznik parlamentu belgijskiego. Ofiara to urzędnik parlamentu, który przebywał w Mali. Do zamachu przyznała się afrykańska organizacja powiązana z Al-Kaidą. Informacja ta podana na Twitterze nie została jednak zweryfikowana.

Hotel „Radisson Blu” jest popularny szczególnie wśród obcokrajowców, głównie przedsiębiorców oraz załóg lotniczych. W Mali od kilku lat działają muzułmańskie ugrupowania terrorystyczne powiązane z Al Kaidą. Organizują one zamachy, a także atakują restauracje i hotele, w których przebywają cudzoziemcy.
Żródło info i foto: Dziennik.pl

Ofensywa przeciw islamistom z Boko Haram

– Choć wielka ofensywa sprzymierzonych armii afrykańskich przeciwko samozwańczemu kalifatowi znad jeziora Czad jeszcze się nie rozpoczęła, pod naporem wojsk z Nigerii, Czadu, Kamerunu i Nigru dżihadyści z Boko Haram już znaleźli się w odwrocie. Po raz pierwszy od kilku lat partyzanci z Boko Haram, którzy latem ogłosili samozwańczy kalifat (pod koniec 2014 r. kontrolowali już obszar równy terytorium Belgii i zamieszkany przez 2-3 mln ludzi), nie opanowują nowych terenów, lecz się wycofują, poddając kolejne reduty nacierającym żołnierzom z Nigerii, Czadu, Nigru i Kamerunu. Od początku lutego, kiedy sąsiedzi znad jeziora Czad wydali wojnę Boko Haram, dżihadyści stracili jedną trzecią z prawie 30 kontrolowanych przez nich miast.

Symboliczna była utrata miasta Baga, zajętego przez partyzantów na początku stycznia. W Badze miała się mieścić kwatera główna sprzymierzonych wojsk afrykańskich tworzonych do walki z Boko Haram i właśnie zdobycie jej przez partyzantów przekonało w końcu skłócone Nigerię, Czad, Niger i Kamerun do podjęcia wspólnej wojny z rebelią.

Pierwszy zaatakował Czad

Jako pierwsze do akcji wkroczyły wojska Czadu, uważane za jedne z najbitniejszych w Afryce. Czadyjczycy wylądowali w Kamerunie i Nigrze i natychmiast zaczęli wypierać dżihadystów z pogranicza. Oczyścili z partyzantów nadgraniczne rejony w Kamerunie i Nigrze, ale wkroczyli także na terytorium Nigerii, odbijając m.in. miasta Gambaru czy Dikwa.

Niger ogłosił stan wyjątkowy na wybrzeżach jeziora Czad. Nigeria, gdzie stan wyjątkowy w płn.-wsch. stanach ogarniętych rebelią obowiązuje od dwóch lat, przełożyła z 14 lutego na koniec marca wybory prezydenckie, parlamentarne i stanowe. Nigeryjskie wojsko, oskarżane od lat o bierność i lekceważenie rebelii Boko Haram, ruszyło do ofensywy przeciwko partyzantom.

Poza Bagą odbiło z ich rąk inne, ważne miasto regionu – Monguno, a nigeryjskie lotnictwo zaczęło bombardować stolicę samozwańczego kalifatu, Gwozę, a także las Sambisa, porastający góry na nigeryjsko-kameruńskim pograniczu, przemieniony w główną twierdzę Boko Haram. Nigeryjskie i czadyjskie dowództwa twierdzą, że jedynie w lutym ich żołnierze zabili ponad pół tysiąca partyzantów Boko Haram (siłę partyzanckiego wojska szacuje się na ok. 10 tys. ludzi).

Obława w Kamerunie

W Kamerunie władze urządziły obławę na miejscowych sympatyków Boko Haram i wtrąciły do więzień tak wielu, że do ich pilnowania trzeba było oddelegować dodatkowe oddziały wojska. – Bierzemy górę nad Boko Haram – obwieścił pod koniec miesiąca prezydent Nigerii Goodluck Jonathan, któremu sukcesy na wojnie przybliżają wygraną w przełożonych na koniec marca wyborach prezydenckich. Swoje zwycięstwa nigeryjskie wojsko zawdzięcza dostawom broni z USA i Francji, a przede wszystkim zdecydowaniu władz i dowództwa. – Gdyby wcześniej tak walczyli, już dawno byśmy zapomnieli o Boko Haram – mówili zagranicznym dziennikarzom mieszkańcy wyzwolonej Bagi.

Naciski Zachodu

Źródłem sukcesów są też naciski Zachodu, który zmusił skłóconych sąsiadów, by pogodzili się choćby w tej jednej sprawie – rebelii Boko Haram, zagrażającej im wszystkim. Zachód uczestniczy w kosztach wojny z dżihadystami, Francja wysłała doradców wojskowych (Francja utrzymuje w rejonie Sahelu 3 tys. żołnierzy, którzy walczą z dżihadystami w Mali i Republice Środkowoafrykańskiej), a wraz z USA wzięła na siebie także logistykę i zdobywanie informacji wywiadowczych za pomocą bezzałogowych samolotów szpiegowskich. Afrykańskim aliantom w wojnie z Boko Haram pomagają też komandosi z Kanady, szkolący wraz z Amerykanami żołnierzy z Nigru.

Główna ofensywa niebawem

Właściwa ofensywa przeciwko dżihadystom zacznie się na początku marca, gdy powstanie 9-tysięczny wspólny korpus ekspedycyjny, składający się z żołnierzy z Nigerii, Czadu, Nigru, Kamerunu i Beninu. Jego pierwszym, wspólnym dowódcą ma być oficer z Nigerii, po roku zmieni się z generałami z innych państw. Sojusznicy znad jeziora Czad muszą też podpisać między sobą umowy zezwalające ich wojskom na prowadzanie walk na terytorium sąsiadów.

Czad dogadał się już w tej sprawie z Kamerunem i Nigrem, a także z Nigerią. Nigeria wciąż nie może porozumieć się z Kamerunem, z którym od lat toczy graniczne spory. Wśród sąsiadów wciąż żywe są też stare kłótnie. Nigeria od lat ma za złe władzom Czadu i Nigru, że przymykały oczy na przemierzające ich kraje przemytnicze karawany z bronią dla Boko Haram. Sąsiedzi Nigerii zarzucają jej wojsku tchórzostwo. Nigeryjski prezydent Jonathan nie ukrywa też, że cała wojna z Boko Haram powinna się skończyć przed przeniesionymi na 28 marca wyborami, a potem wojska sąsiadów powinny opuścić terytorium Nigerii.

W afrykańskiej koalicji najlepsze i najbardziej zaprawione w bojach wojska ma Czad. Kamerun i Niger mogą pochwalić się jedynie nielicznymi oddziałami komandosów, wyszkolonych i uzbrojonych przez Amerykanów i Izrael. Nigeryjczycy mają największą, stutysięczną armię, ale odkąd, po dziesięcioleciach wojskowych dyktatur, w 1999 r. oddała ona władze cywilom, szkolona i wyposażana jest ona głównie na potrzeby dochodowych misji pokojowych ONZ, a nie do walki z rodzimymi rebeliami. Cywile w ogóle starają się odsuwać generałów od spraw krajowych, by nie wystawiać ich na pokusę kolejnego zamachu stanu.

Ofensywa i zgoda sąsiadów zaskoczyła dżihadystów z Boko Haram, którzy po raz pierwszy od lat znaleźli się w odwrocie. Na ataki aliantów odpowiadają na razie tylko mnożącymi się samobójczymi zamachami bombowymi, w wyniku których jedynie w ostatnim tygodniu lutego zginęło ponad 100 osób. Zamachowcy zaatakowali nie tylko w swojej twierdzy w płn.-wsch. Nigerii, ale także w Kano, nieoficjalnej stolicy muzułmańskiej północy Nigerii, i Jos, metropolii tzw. Pasa Środkowego, w którym od lat dochodzi do rozruchów między muzułmanami i chrześcijanami.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Obława na podejrzanych o atak terrorystyczny w Paryżu

Antyterroryści dom po domu przeszukują okolice miejscowości Crepy-en-Valois, ok. 80 km od Paryża. Jednostki specjalne francuskiej żandarmerii przeczesują miasto i okoliczne miejscowości, gdzie mogą ukrywać się domniemani sprawcy masakry. Komandosi z jednostki specjalnej GINP sprawdzają m.in. domy we wsi Corcy oraz w sąsiednim Longpont. Drogi dojazdowe do miejsc, gdzie mogą ukrywać się uciekinierzy, są sukcesywnie zamykane. Region na północ od Paryża, gdzie zlokalizowano domniemanych sprawców środowego zamachu w siedzibie pisma „Charlie Hebdo”, został objęty maksymalnym poziomem alertu antyterrorystycznego.

Wcześniej zamachowcy, wytropieni przez właściciela jednej ze stacji benzynowych porzucili swój samochód. W aucie, użytym do wczorajszego zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” śledczy znaleźli kilkanaście koktajli Mołotowa i flagi dżihadystów. Oficjalnie tez mówią już o akcie terrorystycznym.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

Amerykańscy komandosi dopuścili się piractwa?

Libijscy rebelianci uznali we wtorek zajęcie tankowca z ropą naftową, załadowaną w porcie będącym pod ich kontrolą, za akt piractwa, którego dopuściły się wojska USA. Zdaniem rebeliantów Amerykanie pogwałcili w ten sposób prawo międzynarodowe. Amerykańscy komandosi z elitarnych oddziałów Navy SEALs opanowali w niedzielę wieczorem statek pływający pod banderą Korei Północnej. Z informacji władz USA wynikało, że podczas operacji nikt nie ucierpiał, a przewożony ładunek został zabezpieczony. Akcję komandosów zaakceptował prezydent Barack Obama, którego administracja została poproszona o pomoc przez rządy Cypru i Libii. Tankowiec z ładunkiem ponad 30 tys. ton ropy naftowej znajdował się na międzynarodowych wodach na południe od Cypru – poinformował rzecznik Pentagonu John Kirby. Żródło info i foto: Gazeta.pl