Trzy eksplozje w Rotterdamie

W nocy z czwartku na piątek w Rotterdamie doszło do trzech eksplozji. Policja nie wyklucza związku z zaplanowanym na niedzielę meczem piłkarskim Feyenoord-Ajax Amsterdam. W trzech różnych częściach Rotterdamu eksplodowały ładunki wybuchowe – informuje portal NOS.

Pierwsza eksplozja miała miejsce w kawiarni „The Hide Away” na Kreekplein. Jest ona popularna wśród fanów miejscowego klubu piłkarskiego Feyenoord. Jak relacjonuje dziennik „Algemeen Dagblad” na swojej stronie internetowej, mieszkańcy usłyszeli wybuch i zaalarmowali straż pożarną. Z informacji AD wynika, że budynek jest poważnie uszkodzony.

Kolejny ładunek wybuchł w prywatnym mieszkaniu znajdującym się w dzielnicy Hoogvliet. Mieszkańcy okolicznych budynków zostali ewakuowani. Trzecia eksplozja nastąpiła na ganku jednego z mieszkań w dzielnicy Schiebroek. Tam również ewakuowano mieszkańców sąsiednich domów.

Lokalne media spekulują, że eksplozje mogą mieć związek z zaplanowanym na niedzielę meczem piłkarskim Feyenoord-Ajax, który odbędzie się w Rotterdamie. Kibice obu drużyn słyną z wzajemnej wrogości.

– Na tym etapie trudno jest potwierdzić, czy eksplozje są związane z meczem – odpowiada PAP oficer dyżurny w komisariacie policji Doelwater w Rotterdamie.
Źródło info i foto: TVP.info

Warszawa: Alarm bombowy na Okęciu

W niedzielę wieczorem na warszawskie Okęcie przyleciał samolot ze Stambułu. Po wylądowaniu służby otrzymały informację, że na pokładzie może być ładunek wybuchowy. Jak się okazało, była to fałszywa wiadomość. Pasażerowie przez cały czas nie wiedzieli, co się dzieje, a o alarmie bombowym dowiedzieli się z internetu. – To nie taka powinna być kolej komunikowania – mówi w rozmowie z Onetem Łukasz Wingert, jeden z uczestników lotu.

– To był lot ze Stambułu do Warszawy. Było sporo ludzi, pokład zapełniony był w ponad połowie. Lot przebiegał spokojnie i gdy wylądowaliśmy w Polsce ok. 17.30, to nic nie wskazywało na to, że coś mogło ewentualnie pójść nie tak. Pierwsze sygnały tego, że mamy do czynienia z niecodzienną sytuacją, zauważyliśmy po tym, gdy przez 40 min. w kółko jeździliśmy po płycie lotniska – mówi Łukasz Wingert.

Polak przyznaje, że po wylądowaniu, pasażerowie wstali, zabrali bagaże i byli gotowi do wyjścia, jednak przez ponad pół godziny nie zostali wypuszczeni z samolotu. – Jeszcze w tamtym momencie sądziłem, że może mieć to związek z obostrzeniami dotyczącymi koronawirusa. Przez ostatni miesiąc przebywałem w Meksyku, więc nie byłem pewien jak wygląda teraz kwestia kontroli i ten przedłużony czas w samolocie tożsamy był dla mnie z koronawirusowymi procedurami. Chociaż nie powiem – pięć wozów strażackich, 20 ambulansów, straż graniczna i 10 radiowozów policji, wydało mi się bardzo dziwne i niepokojące – dodaje.

– Z samolotu wyprowadzili nas wprost do autobusów. Z daleka było widać karetki, policję. Obserwowali nas i robili przy tym zdjęcia. Potem zawieźli nas do jakiegoś pomieszczenia na terenie lotniska, to chyba była sala vipów na Okęciu. Przez dwie godziny nikt nie mówił nam, o co chodzi – mówi mężczyzna.

Łukasz Wingert przyznaje, że początkowo wszyscy sądzili, że być może jest to standardowa procedura w związku ze zwiększonymi obostrzeniami dotyczącymi COVID-19. – Jeszcze w samolocie wypełnialiśmy formularze dotyczące tego, czy mieliśmy kontakt z osobami zakażonymi itp., dlatego wiedzieliśmy, że jest do tego przywiązana bardzo duża uwaga – dodaje.

– Pierwsza czerwona lampka pojawiła się, gdy wręczono nam do wypełnienia formularze dotyczące bagażu. Wtedy zdałem sobie sprawę, że cała ta akcja może mieć związek z podejrzeniem przemytu narkotyków czy właśnie przewożenia materiałów wybuchowych – mówi nam pasażer feralnego lotu.

Łukasz Wingert mówi, że pracownicy lotniska cały czas utrzymywali, że nie wiedzą, o co chodzi. – Około 20.15 dostałem SMS od mojego taty, że w mediach pojawiła się informacja o tym, że w samolocie lecącym ze Stambułu może być bomba. Uważam, że to było bardzo słabe, że o potencjalnym zagrożeniu bombowym dowiedziałem się z internetu, a nie od straży granicznej czy ludzi, którzy się nami opiekowali na lotnisku – przyznaje.

Polak zaznacza, że po ponad dwóch godzinach oczekiwania na jakąkolwiek informację, ludzie byli bardzo zmęczeni. – Tym lotem przyleciało do Polski bardzo dużo ludzi z Afryki, część z nich nie znała ani polskiego, ani angielskiego. Gdy przekazałem im informację o tym, że cała ta sytuacja ma związek z podejrzeniem obecności bomby na pokładzie samolotu, ludzie zaczęli się modlić, wznosić wzrok do góry i dziękować za to, że są bezpieczni. Wszyscy byli w ogromnym szoku. Policja wtedy też zaczęła sprawdzać dowody, pytać co przewozimy i czy wiemy coś na temat tego zagrożenia bombowego – mówi Łukasz Wingert.

Jeśli chodzi o działanie lotniska, Łukasz Wingert przyznaje, że widać było, że takie sytuacje nie zdarzają się często. – Wszyscy biegali i miałem wrażenie, że sami nie wiedzieli w którą stronę. Chociaż w momencie, gdy prawdopodobnie już zostało potwierdzone, że nie ma zagrożenia, to wszystko przebiegało bardzo płynnie. W końcu zaczęli wypuszczać nas dwójkami. Jakby kontroli było mało, to ja jeszcze zostałem zatrzymany na kontrolę celną – mówi.

– To wszystko trwało bardzo długo, bo wylądowaliśmy o 17.30, a nasze bagaże wyjechały o 22.10. Szczęście w nieszczęściu, można powiedzieć. Dobrze, że nic się nie stało, ale nie była to przyjemna sytuacja. Dla mnie najbardziej bulwersujące jest to, że o wszystkim, co się z nami działo, dowiedzieliśmy się jako ostatni. Najpierw informacja poszła do mediów, a dopiero potem do nas. To nie taka powinna była być kolej komunikowania – podsumowuje Łukasz Wingert.
Źródło info i foto: onet.pl

Ruszył proces ws. ataku w szkole w Brześciu Kujawskim

Prokuratura skierowała do Sądu Okręgowego we Włocławku akt oskarżenia przeciwko 19-letniemu Markowi N., który w maju 2019 r. dokonał ataku na szkołę podstawową w Brześciu Kujawskim. Sprawca strzelał do uczniów i woźnej, zdetonował także kilka ładunków wybuchowych. Mężczyźnie grozi dożywotnie pozbawienie wolności.

Dział Prasowy Prokuratury Krajowej przekazał w piątek, że Prokurator Pomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Gdańsku skierował pod koniec grudnia akt oskarżenia przeciwko 19-letniemu Markowi N., który 27 maja 2019 r. dokonał eksplozji materiałów wybuchowych na terenie Szkoły Podstawowej Nr 1 w Brześciu Kujawskim.

– Prokurator zarzucił mu sprowadzenie zdarzenia mającego postać eksplozji przy użyciu uprzednio skonstruowanych przez niego urządzeń wybuchowych w celu pozbawienia życia 17 uczniów oraz nauczyciela. Ponadto zarzuty aktu oskarżenia dotyczą usiłowania zabójstwa dwóch osób poprzez oddanie do nich strzałów z rewolweru czarnoprochowego. W następstwie zdarzenia uszkodzeń ciała zagrażających życiu doznała uczennica oraz pracownica szkoły – podała PK.

W toku śledztwa ustalono, że Marek N. przyjechał pod szkołę na rowerze, miał przy sobie noże, ładunki wybuchowe i rewolwer. Niezauważony wszedł na drugie piętro budynku, gdzie znajdowały się sale lekcyjne.

– Podszedł do pomieszczenia jednej z klas, w której poza nauczycielem przebywało siedemnaścioro uczniów. Nie wchodząc do środka zainicjował eksplozję największego ładunku wybuchowego podpalając lont petardy, po czym wrzucił ładunek do wnętrza pomieszczenia. Ładunek uderzył w głowę jedną z uczennic, a następnie upadł pomiędzy ławki, gdzie nastąpiła eksplozja – przekazała prokuratura.

Dwa pociski ugodziły 11-latkę

Po eksplozji Marek N. oddał trzy strzały z rewolweru w kierunku osób uciekających z sali lekcyjnej. Dwa pociski ugodziły 11-letnią dziewczynkę, która utykając, wspólnie z innymi uczniami uciekła schodami na parter budynku szkolnego. Wtedy 18-letni wówczas sprawca zdetonował następny ładunek na terenie szkoły, a kolejny wyrzucił przez okno na chodnik pomiędzy budynkiem a boiskiem.

– W tym przypadku doszło do eksplozji petardy, natomiast nie nastąpiło zamierzone przez oskarżonego rozerwania pojemnika z gazem – podała PK. Sprawca oddał też trzy strzały z rewolweru w kierunku woźnej, która próbowała interweniować słysząc krzyki uczniów.

– Jeden z pocisków ugodził pokrzywdzoną, a jeden trafił w szczebel osłony okna w klatce schodowej. Oskarżony został zatrzymany przez woźnego, po tym jak na jego polecenie położył się na podłodze – przekazał oskarżyciel publiczny.

Przyznał się i złożył wyjaśnienia

Prokuratura Krajowa podała, że N. w latach 2015-2017 uczył się w gimnazjum, które mieściło się w budynku szkoły podstawowej w Brześciu Kujawskim. Nastolatek miał wykazywać zainteresowanie „tematyką związaną z zamachami o charakterze terrorystycznym w szkołach, bronią palną w tym czarnoprochową, materiałami wybuchowymi oraz szeroko pojętą przemocą”. Według ustaleń prokuratury, Marek N. planował zamach, a rewolwer i inne przedmioty, które uznał jako niezbędne do zrealizowania zamachu, nabył kilka tygodni przed zdarzeniem.

– Oskarżony przyznał się do popełnienia zarzucanych przestępstw. Złożył obszerne wyjaśnienia, które korelują z ustalonym stanem faktycznym – podała PK.

Marek N. leczył się w przeszłości psychiatrycznie, jednak z opinii biegłych wynika, iż oskarżony w chwili czynu był poczytalny i może odpowiadać za zarzucane mu przestępstwa przed sądem. Grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: interia.pl

Niemcy: Domowej roboty bomba w jednym z pociągów

Niemiecka policja rozbroiła znalezione w nocy z piątku na sobotę w pociągu regionalnym koło Kolonii podejrzane urządzenie – poinformowano w komunikacie sił bezpieczeństwa. Według dziennika „Bild”, była to domowej roboty bomba, która mogła spowodować poważne obrażenia. Gazeta dodała, że ładunek wybuchowy znajdował się w kartonowym pudle ukrytym w jednym z przedziałów i został znaleziony przez osobę sprzątającą pociąg.

„Bild” donosi, powołując się na pracujących przy sprawie śledczych, że nie jest jasne, czy podejrzany ładunek miał związek z próbą zamachu terrorystycznego czy z próbą szantażu. Policja w oświadczeniu przekazała, że informacje o potencjalnym niebezpieczeństwie, które mogło stworzyć urządzenie, zostaną podane po zbadaniu ładunku przez ekspertów.

Jak przypomina agencja Reutera, w Niemczech w sobotę obchodzona jest 30. rocznica zjednoczenia kraju.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Białoruś: Wojsko z karabinami na ulicach

Podczas protestów w Mińsku zginął mężczyzna, który – zdaniem białoruskiego MSW – usiłował odpalić ładunek wybuchowy. W poniedziałek w stolicy Białorusi doszło do starć z milicją, na ulice wyszły też wojska wewnętrzne. Są ranni – m.in. przy metrze Puszkińska.

„Do zdarzenia (śmierci demonstranta) doszło ok. godz. 23:00 w centrum, na ulicy Prytyckaha, gdzie tłum usiłował zablokować ruch uliczny, tworząc prowizoryczne barykady” – podano w komunikacie.

Na miejscu był oddział specnazu, który przybył, by odblokować plac i rozproszyć tłum.

Media niezależne na bieżąco informują o tym, gdzie spontanicznie gromadzą się ludzie i gdzie rozpoczynają się interwencje OMON-u. Przy metrze Puszkińska, gdzie doszło do poważnych starć z policją, było 14 rannych – poinformowali niezależni blogerzy. OMON był także przy galerii handlowej Ryga (ulica Surhanawa), gdzie protestujący zbudowali barykady, za którymi schronili się przed naporem funkcjonariuszy struktur siłowych.

„Swiatłana Cichanouska jest bezpieczna. Znajduje się na Litwie” – napisał minister spraw zagranicznych tego kraju. Wcześniej sztab Cichanouskiej informował, że nie wie, gdzie znajduje się kandydatka w niedzielnych wyborach prezydenckich. Opozycyjna „Nasza Niwa” przekazała, że jej dziennikarka została raniona gumową kulą.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

30-latek odpowie za fałszywy alarm o ładunku wybuchowym w bloku

Kryminalni zatrzymali 30-latka, który telefonicznie przekazał policji, że jeden z mieszkańców gminy w Ożarowie Mazowieckiem chce wysadzić w powietrze blok mieszkalny – poinformowała w piątek podinsp. Ewelina Gromek-Oćwieja z Komendy Powiatowej Policji dla Powiatu Warszawskiego Zachodniego. Mężczyzna usłyszał zarzut fałszywego zawiadomienia o podłożeniu ładunku wybuchowego. Grozi mu kara do 8 lat więzienia.

Jak przekazała policjantka, w połowie marca do dyżurnego komisariatu w Ożarowie Mazowieckim wpłynęło zgłoszenie, że jeden z mieszkańców gminy chce wysadzić w powietrze blok mieszkalny. Funkcjonariuszy powiadomił mężczyzna, który twierdził, że rozmawiał z lokatorem tego budynku i ten mu powiedział o planach wysadzenia.

Na miejsce błyskawicznie udali się policjanci, którzy dowiedzieli się od strażaków, że mieszkaniec, który miał grozić podłożeniem ładunku wybuchowego, objęty jest kwarantanną domową, ponieważ kilka dni wcześniej wrócił z zagranicy.

Pirotechnicy ubrani w kombinezony ochronne sprawdzili budynek wraz z terenem do niego przyległym, jednak nie znaleźli ładunku wybuchowego. Nie potwierdziła się również informacja, aby 30-latek odbywał kwarantannę domową. Został zatrzymany do czasu wytrzeźwienia i wyjaśnienia jego udziału w sprawie fałszywego zawiadomienia o podłożeniu ładunku wybuchowego – poinformowała podinsp. Ewelina Gromek-Oćwieja. Badanie alkomatem wykazało u niego 2 promile alkoholu w organizmie.

W czwartek funkcjonariusze zatrzymali mieszkańca powiatu otwockiego, który zawiadomił policję. Mężczyzna w momencie przekazywania informacji o ładunku wiedział, że zagrożenie nie istnieje. Pomimo to swoim zachowaniem wywołał niepotrzebne czynności służb odpowiedzialnych za ochronę bezpieczeństwa i porządku publicznego mające na celu uchylenie tego zagrożenia – podała podinsp. Ewelina Gromek-Oćwieja.

30-latek usłyszał zarzut fałszywego zawiadomienia o podłożeniu ładunku wybuchowego. Grozi mu za to kara do 8 lat więzienia. Mężczyzna został objęty policyjnym dozorem.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Bomba w plecaku podrzucona na taras. Policja zatrzymała zleceniodawcę

Kolejne zatrzymanie w sprawie podłożenia ładunku wybuchowego w śląskich Wyrach. W ręce policji wpadł zleceniodawca całej akcji. Najprawdopodobniej jeszcze dziś mężczyzna zostanie przesłuchany przez prokuratora w Mikołowie. Zatrzymany to przedsiębiorca ze Śląska. Jak usłyszał w prokuraturze w Mikołowie reporter RMF FM Marcin Buczek, mężczyzna będzie najpewniej odpowiadał za dwa zlecenia: wykonania ładunku wybuchowego oraz podłożenia go.

To 35-letni mężczyzna, został zatrzymany w Żorach – podała mikołowska policja.

Do wybuchu doszło w sobotę około godziny 3:00 w nocy w niewielkiej miejscowości Wyrwy w pobliżu Mikołowa w woj. śląskim.

Ładunek – podrzucony w plecaku – eksplodował na tarasie. Uszkodzone zostało m.in. okno i elewacja budynku.

Podczas eksplozji w budynku przebywało dwoje dzieci w wieku 4 i 6 lat oraz ich rodzice. Na szczęście nikt nie ucierpiał.

To miała być forma zastraszenia. Przedsiębiorca miał bowiem zobowiązania, wynikające także z wyroków sądowych, wobec mężczyzny, przed domem którego doszło do eksplozji.

W sumie w całej sprawie zatrzymano 6 osób.

Do pierwszych zatrzymań doszło dwa dni po eksplozji. Wówczas w ręce policji wpadł konstruktor ładunku – zrobił go w piwnicy swojego domu – oraz 4 kolejne osoby, które brały udział w całej akcji, były odpowiedzialne za przewiezienie plecaka z niebezpieczną zawartością na miejsce oraz za podłożenie ładunku wybuchowego na taras domu.

Wczoraj troje podejrzanych zostało tymczasowo aresztowanych. Dwie kolejne osoby są pod policyjnym dozorem.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Śląsk: Na tarasie domu pod Mikołowem wybuchł ładunek ukryty w plecaku

Pięć osób trafiło w ręce śląskich funkcjonariuszy w związku z eksplozją, do której doszło na tarasie jednego z domów pod Mikołowem. W nocy z piątku na sobotę wybuchł ładunek ukryty w plecaku. Nikomu nic się nie stało. W sobotę ok. godz. 3 w nocy na tarasie domu jednorodzinnego w niewielkiej miejscowości niedaleko Mikołowa eksplodował ładunek wybuchowy ukryty w plecaku. W budynku znajdowali się wtedy domownicy – małżeństwo z dwójką dzieci. Nikomu nic się nie stało. Mieszkańcy domu zostali ewakuowani z budynku.

W wyjaśnianie sprawy zaangażowali się nie tylko mikołowscy kryminalni i kontrterroryści, ale także funkcjonariusze komendy wojewódzkiej i CBŚP. Niemal dwie doby po eksplozji zatrzymano pięć osób – czterech mężczyzn i kobietę w wieku od 18 do 42 lat.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Francja: Islamski ekstremista udzielił wywiadu… uciekając po zamachach

Francuska prasa opublikowała zaskakujące fragmenty zapisów rozmów telefonicznych domniemanego koordynatora krwawych zamachów terrorystycznych sprzed czterech lat – Salaha Abdeslama. Islamski ekstremista ujawnia, że w czasie ucieczki po zamachach… udzielił przez przypadek wypowiedzi jednemu z francuskich mediów!

Jak informuje korespondent RMF FM Marek Gładysz, media znad Sekwany publikują zapis rozmów telefonicznych Salaha Abdeslama, który był podsłuchiwany przez służby specjalne w czasie jego pobytu w areszcie śledczym w Belgii. Właśnie do tego kraju islamski ekstremista uciekł po serii krwawych zamachów w Paryżu.

Abdeslam miał również wysadzić się w powietrze we francuskiej stolicy, ale zmienił zdanie i pozbył się pasa z ładunkami wybuchowymi, bo jak wyjaśnił w rozmowie telefonicznej z przyjaciółmi: „ludzie na niego dziwnie patrzyli”.

Kiedy uciekał do Belgii, jego samochód zatrzymała do kontroli francuska policja. Dziennikarka podeszła do niego z mikrofonem, by zapytać co sądzi o zaostrzeniu środków bezpieczeństwa, myśląc, że chodzi o zwykłego kierowcę, a nie o islamskiego terrorystę.

Mężczyzna powiedział, że popiera zaostrzenie środków bezpieczeństwa, bo udawał człowieka przerażonego zamachami.

Zamachy w Paryżu

Salah Abdeslam, obywatel francuski marokańskiego pochodzenia i jedyny żyjący członek komórki dżihadystów odpowiedzialnej za paryskie zamachy, został zatrzymany 18 marca 2016 roku w Brukseli. W kwietniu przekazano go Francji, gdzie usłyszał zarzuty zabójstwa o charakterze terrorystycznym, porwań, a także posiadania broni oraz ładunków wybuchowych.

W serii ataków przeprowadzonych 13 listopada 2015 roku w różnych częściach Paryża zginęło 130 osób, a ok. 350 zostało rannych. Do zamachów przyznało się Państwo Islamskie.

Kilka dni po zatrzymaniu Abdeslama, pozostałych trzech członków komórki terrorystów w Brukseli zdecydowało się przeprowadzić zamach na lotnisku Zaventem. W eksplozjach zginęły 32 osoby, a ponad 300 zostało rannych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Próba zamachu w Irlandii Północnej

W północnoirlandzkim hrabstwie Fermanagh, przy granicy z Irlandią, wybuchła w poniedziałek bomba – poinformowała policja Irlandii Płn. Jej zdaniem ładunek podłożono celowo, by zwabić i zabić policjantów. Zapewniono, że w wybuchu nikt nie ucierpiał. Irlandzki nadawca RTE podaje, że wcześniej w pobliżu znaleziono atrapę ładunku wybuchowego. Policja przekazała, że informacja o wykryciu bomby wpłynęła do niej w sobotę wieczorem.

Do poniedziałkowej eksplozji doszło, kiedy policjanci i saperzy sprawdzali teren wokół znalezionej wcześniej atrapy.

„Choć śledztwo w tej sprawie jest na bardzo wczesnym etapie, jestem głęboko przekonany, że była to celowa próba zwabienia na miejsce policji i wojskowej jednostki saperów, by ich zabić” – podkreślił w oświadczeniu zastępca komendanta miejscowej policji Stephen Martin.

Sytuacja w Irlandii Północnej jest niestabilna od początku roku. Przyczynia się do tego rosnąca niepewność dotyczącą przyszłości procesu pokojowego po decyzji Wielkiej Brytanii o wyjściu z Unii Europejskiej. Brexit może doprowadzić np. do powrotu twardej granicy pomiędzy Irlandią Północną a pozostającą we Wspólnocie Republiką Irlandii.

W kwietniu podczas zamieszek w Londonderry od postrzału zginęła dziennikarka Lyra McKee. Odpowiedzialność za jej śmierć wzięła na siebie Nowa Irlandzka Armia Republikańska, podkreślając jednak, że jej celem byli policjanci. Nowa IRA to organizacja, która powstała w 2012 roku w wyniku fuzji kilku grup sprzeciwiających się procesowi pokojowemu w Irlandii Północnej.

W Irlandii Północnej od końca lat 60. XX wieku do 1998 roku trwał konflikt między protestancką większością, chcącą pozostania pod zwierzchnictwem Londynu, a katolicką mniejszością walczącą o zjednoczenie Irlandii. Zakończył się on podpisanym w 1998 r. porozumieniem wielkopiątkowym, na mocy którego m.in. powstał wspólny protestancko-katolicki rząd tej prowincji.
Źródło info i foto: interia.pl