Holandia: 58-latek przez lata więził 7 osób na farmie

58-letni mężczyzna, zatrzymany na farmie w Holandii, gdzie siedem osób przez lata żyło w zamknięciu, stanie przed sądem oskarżony o bezprawne pozbawienie wolności oraz szkodzenie zdrowiu swych ofiar – poinformowała w środę holenderska prokuratura.

Nie ujawniono tożsamości mężczyzny, który został zatrzymany we wtorek, gdy wyszło na jaw, że sześć osób w wieku od 18 do 25 lat oraz ich schorowany ojciec, mieszkało w całkowitej izolacji w Ruinerwold w prowincji Drenthe na północy kraju.

Podejrzany stanie przed sądem już w czwartek – głosi komunikat prokuratury.

Młodzi ludzie, których przetrzymywał przez dziewięć lat, zostali odnalezieni zamknięci w ukrytym pokoju w domu na farmie. Ojciec rodzeństwa najprawdopodobniej przeszedł udar.

Policja otrzymała informację w sprawie sytuacji na farmie w ostatni weekend. Według lokalnych mediów jedno z rodzeństwa uciekło i poprosiło o pomoc w pobliskiej kawiarni. Jej pracownik powiedział telewizji RTV Drenthe, że zaniedbany, zdezorientowany 25-latek przyszedł do kawiarni i powiedział, że nie był na zewnątrz od dziewięciu lat.

„Widać było, że nie miał pojęcia, gdzie jest, ani co robić” – podkreślił szef lokalu Chris Westerbeek. „Powiedział, że uciekł i pilnie potrzebuje pomocy” – dodał.

Kanał telewizyjny RTV Drenthe poinformował we wtorek, że rodzina najprawdopodobniej mieszkała w piwnicy i żywiła się uprawianymi warzywami. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, że widzieli mężczyznę kierującego starym samochodem. Utrzymują, że mówił on po niemiecku. W Ruinerwold mieszka około 4 tys. osób.
Źródło info i foto: interia.pl

Rosja: Mężczyzna znalazł w ogródku szczątki poprzedniego partnera swojej żony

Pewien Rosjanin z okolic Omska chciał w ogródku posadzić kartofle. Podczas przekopywania działki znalazł kości, wezwał więc policję. Okazało się, że to szczątki byłego partnera jego żony, którego kobieta zabiła kilkanaście lat temu. Kobieta zeznała policjantom,że w 1997 jej ówczesny mąż wrócił pijany do domu i zaczął ją bić. Wtedy chwyciła siekierę i zadała mu kilka ciosów. Potem ciało poćwiartowała i zakopała w ogrodzie, a sąsiadom powiedziała, że mężczyzna wyjechał na północ o pracy.

Kobieta morderstwo ukrywała latami, aż sprawę – przez pomyłkę – odkrył jej obecny mąż. Służby wszczęły więc dochodzenie w sprawie morderstwa.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

„Święte krowy” mafii z Kalabrii postrachem we Włoszech

W Kalabrii na południu Włoch podjęto kolejną w ostatnich latach próbę wyłapania żyjących na wolności krów i byków, które należą do gangów tamtejszej mafii, ‚ndranghety. Te tzw. święte krowy mafii od dawna są postrachem, powodują szkody i stanowią zagrożenie.

Szacuje się, że na równinie w rejonie miasta Gioia Tauro znajduje się co najmniej 1200 sztuk mafijnego bydła. Są to jednak dane przybliżone, bo zwierzęta te nie są zarejestrowane w żadnych spisach weterynaryjnych. Nielegalny jest ich ubój i handel mięsem, z czego korzyści czerpią kalabryjskie gangi.

Krowy i byki pasą się bez żadnej kontroli tam, gdzie chcą, chodzą po drogach, wsiach, polach uprawnych, niszczą sady i ogrody, taranują ogrodzenia i wywołują bardzo duże szkody, powodują wypadki i, jak się zauważa, wszędzie sieją strach. Wchodzą na cmentarze, gdzie zjadają kwiaty z grobów. Nikt nie próbuje ich powstrzymać, bo należą do mafiosów.

Klany kalabryjskiej mafii wypuszczają je na wolność, by terroryzowały okolice dając w ten sposób sygnał podkreślający ich siłę, władzę, bezkarność i arogancję – zauważono na łamach weekendowego magazynu dziennika „La Repubblica”.

Starania o rozwiązanie problemu „świętych krów” podejmowane są od lat. Lekarz, który walczył z tą plagą, został w 2005 roku zamordowany. Bydło w przeszłości wyłapywane przez osoby prywatne często było potem wykradane.

W mieście Cittanova podjęto kolejną próbę walki z krowami ‚ndranghety. Powstał tam obywatelski komitet „No bull” z udziałem mieszkańców okolicy, rolników, którzy ponieśli straty w rezultacie inwazji zwierząt mafii i ofiar spowodowanych przez nie wypadków. – Wpaść na takiego byka to jak zderzyć się z tirem – powiedział jeden z założycieli komitetu Arturo Tucci.

Z jego inicjatywy powstała tam specjalna grupa zadaniowa, złożona między innymi z przedstawicieli sił porządkowych i weterynarzy, którzy zaczęli usypiać wałęsające się zwierzęta i odwozić je do kontrolowanych obór. Po raz pierwszy od dawna, zauważa się, pojawiła się nadzieja na to, że krowy i byki przestaną terroryzować wsie i miasteczka.
Źródło info i foto: onet.pl

Brazylia: 10 ofiar walk między gangami narkotykowymi

„Do zgonów tych doprowadziły starcia między rywalizującymi ze sobą grupami osadzonych” – podały władze stanu Ceara, którego stolicą jest Fortaleza. Itapage leży 120 km na zachód od tego miasta.

Strażnikom więziennym udało się już opanować sytuację w zakładzie, ale nie podano dotychczas danych o ewentualnych rannych czy osobach, które miałyby uciec z więzienia.

Do zdarzenia doszło dwa dni po strzelaninie w Fortalezie, w której śmierć poniosło 14 osób, w tym osiem kobiet. Do lokalu, w którym trwała impreza, wtargnęła grupa uzbrojonych mężczyzn. Otworzyli oni ogień do bawiących się ludzi.

Według lokalnych mediów również chodziło o porachunki gangów narkotykowych, jednak informacji tych dotychczas nie potwierdzono. W związku ze sprawą zatrzymano sześć osób.

Wskaźniki przestępczości w Brazylii biją w ostatnich latach rekordy

Z kolei niemal dokładnie przed rokiem doszło do konfliktu dwóch grup przestępczych w więzieniu w Manaus w stanie Amazonas (północny zachód), w którym zginęło aż 56 osób.

Wskaźniki przestępczości w Brazylii biją w ostatnich latach rekordy. Według statystyk policyjnych tylko w stanie Ceara dokonano w 2017 r. ponad 5,1 tys. zabójstw, czyli o 50 proc. więcej niż w 2016 r. W całej Brazylii rekord zabójstw padł w 2016 r. – zamordowano wówczas ponad 61,6 tys. osób, co daje średnio 7 osób na godzinę.

Jednocześnie ponad 207-milionowa Brazylia (6. państwo świata) ma trzecią najwyższą na świecie liczbą osób osadzonych w zakładach karnych. W czerwcu 2016 r., według danych ministerstwa sprawiedliwości, w brazylijskich więzieniach przebywało ponad 726 tys. ludzi – dwa razy więcej niż miejsc w zakładach karnych.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

USA: Rodzicom, którzy więzili swoje dzieci grozi dożywocie

Amerykańska prokuratura ujawniła więcej szczegółów na temat tego, co przez lata działo się w „domu tortur” w Perris w Kalifornii. 13 rodzeństwa było tam torturowanych przez własnych rodziców. Dzieci, które dziś mają od 2 do 29 lat, miesiącami były wiązane łańcuchami, głodzone i bite. Rodzice – 57-letni David Turpin i jego 49-letnia żona Louisa Anna stanęli przed sądem, by usłyszeć zarzuty. Mogą usłyszeć wyrok 100 lat więzienia.

13 rodzeństwa było więźniami rodziców z Kalifornii w domu, który amerykańskie media już okrzyknęły „domem tortur”. Było głodzone; dostawało jeden posiłek dziennie – w efekcie 12-letnie dziecko ważyło tyle, ile 7-letnie. Najstarsza z rodzeństwa 29-latka ważyła 37 kg.

Wolno im było wykąpać się dwa razy w roku. Rodzeństwo dostawało wodę w misce, żeby umyć ręce. Jeśli ją rozchlapywali, byli karani biciem za marnotrawstwo.

Dom w Perris był w rzeczywistości ich więzieniem – przyznaje prokuratura. Rodzice mieszkali w innym budynku, wpadali raz dziennie, by podrzucić jedzenie.

Początkowo Turpinowie za karę przywiązali dzieci sznurem do łóżek , ale po tym, jak kilka razu niektórym z nich udało się uwolnić, zaczęli używać łańcuchów.

Dzieci były nie tylko głodzone i regularnie bite, ale były także izolowane od świata zewnętrznego, nigdy nie chodziły do szkoły, nigdy nie były na przykład u dentysty.

Rodzice dręczyli swoje dzieci psychicznie. Nie wolno im było spać w nocy, były zmuszane do snu w ciągu dnia. Turpinowie kupowali zabawki, ale dzieciom nie wolno ich było wyciągnąć z pudełka.

Rodzeństwo nie straciło ducha walki i postanowiło się uwolnić. Plan ucieczki zaczęły opracowywać dwa lata temu. Ich gehenna skończyła się w niedzielę, kiedy 17-letnia dziewczyna zdołała uciec przez okno i powiadomić policję o tym, co dzieje się w jej domu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Japonia: Kara śmierci dla „czarnej wdowy”

Japoński sąd skazał we wtorek na karę śmierci seryjną morderczynię nazywaną przez media „czarną wdową” – podała agencja Kyodo. W latach 2007-2013 tonąca w długach Chisako Kakehi otruła męża i dwóch swoich zarejestrowanych partnerów, licząc na ich majątki. Sąd w Kioto, na wyspie Honsiu, wymierzył najwyższą karę 70-letniej kobiecie, która w czasie trwającego od czerwca procesu raz przyznała się do zabicia męża, ale ostatecznie cofnęła tę deklarację. Jej adwokaci podnosili, że cierpi ona na demencję i w związku z tym nie może skutecznie bronić się przed sądem.

Prokuratura utrzymywała, że głęboko zadłużona kobieta podała ofiarom cyjanek, licząc, że po ich śmierci odziedziczy ich majątki. Według aktu oskarżenia „czarna wdowa” otruła w ten sposób swojego 75-letniego męża Isao Kakehiego i dwóch oficjalnych partnerów 71-letniego Masanoriego Hondę i 75-letniego Minoru Hiokiego.

Usiłowała też otruć innego swojego znajomego, 79-letniego Toshiakiego Suehiro.

Ich drukarnia zbankrutowała

Kakehi została po raz pierwszy aresztowana w 2014 roku pod zarzutem otrucia drugiego męża, który zmarł w zamieszkiwanym przez nich domu w grudniu 2013 roku, miesiąc po ich ślubie. Później oskarżono ją również o zabójstwo pozostałych dwóch mężczyzn. Wiązano ją też ze śmiercią trzech innych partnerów, ale ich zabójstwa nie było wśród postawionych jej zarzutów.

Razem ze swoim pierwszym mężem, którego Kakehi poślubiła w wieku 24 lat, otworzyła drukarnię. Jednak po jego śmierci ok. 1994 roku zakład zbankrutował a należący do kobiety dom został zlicytowany. Kakehi musiała prosić sąsiadów o pożyczki.

Serwisy matrymonialne

Później kobieta zarejestrowała się w serwisie matrymonialnym, gdzie poszukiwała bogatych partnerów z dochodami powyżej 10 mln jenów (prawie 88 tys. USD) rocznie. Według urzędników cytowanych przez dziennik „New York Times” sześciu mężczyzn zmarło krótko po zalegalizowaniu związku z „czarną wdową”, która odziedziczyła po swoich partnerach w sumie ok. miliarda jenów w ciągu 10 lat. Wkrótce jednak znów popadła w długi w związku z chybionymi inwestycjami na giełdzie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Śledztwo BBC ujawniło masowy grób dzieci w Szkocji

Brytyjskie radio publiczne BBC Radio 4 i gazeta „Sunday Post” poinformowały, że odkryły dowody wskazujące na istnienie masowego grobu dzieci koło szkockiego sierocińca Smyllum Park, prowadzonego w latach 1864-1981 przez katolickie zakonnice.

Informacje mediów potwierdzają wcześniejsze śledztwo dwójki byłych mieszkańców położonego w Lanarkshire, w południowej Szkocji domu, którzy pracując nad ujawnieniem skali przemocy, jakim poddawani byli podopieczni sierocińca, odkryli na pobliskim cmentarzu św. Marii nieoznaczoną kwaterę z ciałami dzieci.

Są dowody na przemoc wobec dzieci

W 2004 roku Frank Docherty i Jim Kane zmusili zarządzającą domem organizację Daughters of Charity do przyznania się do istnienia co najmniej 158 grobów, ale obaj mężczyźni podejrzewali, ze ta liczba jest znacząco zaniżona.

Według wspólnego śledztwa BBC Radio 4 i „Sunday Post”, prawdziwa liczba pochowanych ofiar przemocy przekracza 400 osób. Według oficjalnej dokumentacji, większość z dzieci zmarła z przyczyn naturalnych, w tym chorób takich jak gruźlica i zapalenie płuc. Aż jedna trzecia miała umrzeć przed skończeniem piątego roku życia.

Jak wynika z informacji BBC, losy wielu z pochowanych na cmentarzu dzieci nie były dotychczas znane nawet członkom ich najbliższej rodziny. Dziennikarze odkryli także dowody na przemoc fizyczną i psychiczną wobec podopiecznych.

Jak zaznacza BBC, sprawa Smyllum Park bliźniaczo przypomina historię prowadzonego w latach 1925-1961 domu dla niezamężnych matek w Tuam, na zachodzie Irlandii. W marcu br. powołana przez irlandzki rząd komisja śledcza potwierdziła istnienie tam masowego grobu, w którym wg. szacunków mogło być pochowanych nawet do 800 dzieci.

Prace prowadzone od października 2016 roku na terenie dawniej należącym do domu Zgromadzenia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych wykazały istnienie tam podziemnego zbiornika podzielonego na 20 komór; w co najmniej 17 z nich odkryto znaczne ilości ludzkich szczątków.

Jak wykazały badania DNA są to szczątki dzieci w różnym wieku, od 35-tygodniowych płodów do 3-latków. Zgony nastąpiły w latach 1925-1961, przy czym najwięcej szczątków pochodzi z lat 50.

W 2014 roku arcybiskup Dublina powiedział: „Jeśli cokolwiek stało się w Tuam, to wydarzyło się prawdopodobnie również w innych domach samotnej matki i dziecka w kraju”. Dlatego poza Tuam rządowa komisja śledcza objęła dochodzeniem 17 innych tego rodzaju kościelnych instytucji.
Źródło info i foto: onet.pl

Były premier Portugalii z 6 zarzutami

Prokuratura w Lizbonie postawiła byłemu premierowi Portugalii Jose Socratesowi zarzuty dokonania sześciu przestępstw. Dotyczące one m.in. korupcji, prania pieniędzy oraz fałszowania dokumentów. Polityk nie przyznaje się do winy. Jak informują w piątek portugalskie media, powołując się na dane prokuratury, Socrates, szef rządu w latach 2005-2011, jest też dodatkowo oskarżony o nadużycie władzy, oszustwa podatkowe, a także pobieranie nienależnych mu środków. Socjalistyczny polityk nie przyznaje się do żadnego ze stawianych mu zarzutów. Twierdzi, że dotychczas nie zostały mu przedstawione żadne dokumenty potwierdzające jego winę.

Wydłużenie śledztwa

– Lista zarzucanych Socratesowi czynów może się jeszcze wydłużyć, gdyż śledczy poprosili sąd o wydłużenie śledztwa. Prokuratura wciąż czeka na dowody przeciwko byłemu premierowi z zagranicy – powiedział Joao Batalha, dyrektor wykonawczy portugalskiego oddziału Transparency International, międzynarodowej organizacji ujawniającej i zwalczającej praktyki korupcyjne.

Socratesowi zarzuca się, że w okresie, gdy pełnił funkcję premiera, czerpał wielomilionowe zyski od portugalskiej firmy budowlanej Lena, która pomiędzy 2005 a 2011 r. wygrywała ważne kontrakty w przetargach publicznych na terenie kraju i poza jego granicami. Szef socjalistycznego rządu miał osobiście angażować się w ułatwianie spółce zwycięstw w przetargach, w tym m.in. wpływać na portugalskich dyplomatów.

Zwolniony z więzienia

Socrates we wrześniu 2015 r. został zwolniony z więzienia w Evorze, w którym przebywał blisko dziesięć miesięcy po jego aresztowaniu na lotnisku w Lizbonie. Do wyroku sądu polityk ma przebywać w swoim lizbońskim mieszkaniu.

W 2014 r. wraz z Socratesem został zatrzymany jego kierowca, adwokat, a także były dyrektor grupy Lena Carlos Santos Silva. To właśnie on miał za pośrednictwem matki Socratesa i jego kierowcy przekazywać byłemu premierowi wielomilionowe kwoty. Środki te miały trafiać do byłego premiera z dwóch szwajcarskich kont Santosa Silvy.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Trudne czasy dla muzułmanów w Niemczech

Terroryzm oraz polityczny kurs prezydenta Erdogana nie ułatwiają życia muzułmanom w RFN – czytamy w „Rzeczpospolitej”. Ponad cztery miliony wyznawców islamu w Niemczech przez lata zdołały znacznie rozszerzyć zakres przysługujących im praw nie tylko w sferze religijnej. Świadczyć o tym może chociażby historia z noszeniem chust muzułmańskich przez nauczycielki w szkołach publicznych.

Po początkowym zakazie w niektórych landach wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny, który nie dopatrzył się niczego złego w takiej praktyce, zastrzegając jednak, że prezentowanie chusty nie może zakłócać szkolnego „pokoju”.

Z muzułmańską chustą na głowie pojawiła się kilkanaście miesięcy temu w jednym z sądów administracyjnych w Monachium aplikantka dająca tym samym wyraz swemu przywiązaniu do religii islamskiej. Kierownictwo sądu zażądało, aby ją zdjęła w czasie swej działalności w gmachu sądu. Odmówiła, więc ograniczono zakres spraw, z którymi mogła mieć do czynienia. Wytoczyła proces i bawarski Trybunał Konstytucyjny przyznał rację aplikantce.

– Panie sędzie w muzułmańskiej chuście mogą podważyć zaufanie do niezawisłości sądów, zwłaszcza w sytuacji, gdy strony procesowe są innego wyznania – tłumaczy z oburzeniem agencji DPA Robert Seegmüller, szef stowarzyszenia skupiającego sędziów sądów administracyjnych.

W sąsiedniej Badenii-Wirtembergii rozpoczęto już prace nad włączeniem do konstytucji landowej odpowiedniego zakazu. – To niepojęte w sytuacji, gdy w niemieckich sądach na każdej ścianie wiszą krucyfiksy. Przeciwko muzułmanom występują obecnie politycy, którzy w atmosferze zamachów islamistów czują, że mają coraz większe poparcie społeczne – tłumaczy „Rzeczpospolitej” Ali Kizylkaya, były szef Rady Islamskiej, jednej z największych organizacji muzułmańskich w RFN. Co ciekawe, dokładnie taką opinię prezentuje federalny minister sprawiedliwości Hajko Maas z SPD.

Jednak Niemcy coraz bardziej sceptycznie patrzą na obecność chust muzułmańskich w szkołach. Z niedawnych badań na zlecenie DPA wynika, że 51 proc. obywateli jest za wprowadzeniem całkowitego zakazu wobec uczennic. Tym bardziej wobec nauczycielek. Podobnie, jak to jest praktykowane w wielu innych miejscach, np. w administracji publicznej czy policji.

Spór dotyczący nakrycia głowy w sądach zbiega się z debatą na temat relacji między islamem i państwem w Dolnej Saksonii. Na szczeblu federalnym temat nie istnieje. Jednak już dwa niemieckie landy zdecydowały się na spisanie z niektórymi wspólnotami muzułmańskimi specjalnych umów. Regulują w zasadzie prawa wyznawców islamu przez uznanie muzułmańskich świąt religijnych, zasady muzułmańskiego pochówku czy zasady budowy meczetów, a także, co niezwykle ważne, wprowadzają naukę religii muzułmańskiej do szkół. Dwa takie porozumienia w Hamburgu i Bremie funkcjonują już bez zarzutu od kilku lat. Teraz też trwają negocjacje w Dolnej Saksonii

Porozumienie jest już gotowe, lecz po próbie puczu w Turcji i w następstwie brutalnej reakcji władz w Ankarze Dolna Saksonia zawiesiła cały plan. Rzecz w tym, że po stronie muzułmańskiej stroną porozumienia jest Ditib, czyli w gruncie rzeczy filia Diyanetu, tureckiej państwowej instytucji ds. religii. To za pośrednictwem Ditib Ankara współfinansuje 900 z ok 2,5 tys. meczetów w Niemczech.

– Zawarcie obecnie porozumienia oznaczałoby po prostu wprowadzenie ideologii Erdogana do klas szkolnych – tłumaczy Cem Özdemir, lider ugrupowania Zielonych tureckiego pochodzenia, który nawołuje do niezawierania umów z Ditib.
Żródło info i foto: wp.pl

Platforma Obywatelska zawiadamia CBA ws. dotacji dla Naczelnej Izby Lekarskiej

Platforma Obywatelska chce, by CBA i Najwyższa Izba Kontroli sprawdziły legalność i okoliczności przyznania przez ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła 16 mln zł dla Naczelnej Izby Lekarskiej oraz by zbadały zamówienia publiczne udzielane przez NIL w latach 2006-2016.

O wnioskach skierowanych do Centralnego Biura Antykorupcyjnego i Najwyższej Izby Lekarskiej poinformowali w Sejmie posłowie PO Zbigniew Konwiński i Maria Małgorzata Janyska. To – jak mówili – pokłosie niedawnych doniesień medialnych. Chodzi o przekazanie przez ministra zdrowia Naczelnej Izbie Lekarskiej wielomilionowej dotacji z budżetu państwa. W sumie chodzi o 16 mln zł. W tym samym czasie Izba – według tygodnika „Newsweek – miała bez konkursu zlecać remonty szwagrowi ministra.

W związku z tymi doniesieniami wystąpiliśmy do CBA i NIK o przeprowadzenie kontroli. Do CBA – o zbadanie legalności, prawidłowości i okoliczności udzielania zamówień publicznych przez NIL w latach 2006-2016; wnosimy też o zbadanie prawidłowości przyznania przez ministra zdrowia 16 mln zł dotacji z budżetu państwa dla NRL, w celu wykluczenia działania godzącego w interesy ekonomiczne państwa – powiedział Zbigniew Konwiński. Jak dodał, PO skierowała też wniosek o przeprowadzenie kontroli przez NIK – w zakresie zarówno oceny legalności, prawidłowości i ekonomicznego uzasadnienia zwiększenia dotacji dla NIL oraz o zbadanie udzielania przez nią zamówień publicznych.
Szwagier to nie rodzina?

Naczelna Izba Lekarska otrzymuje z budżetu państwa dotację, a dotacje są pod wymogami ustawy o finansach publicznych. Każda dotacja, nawet złotówka, musi być wydana celowo, legalnie, efektywnie i zgodnie z przeznaczeniem, na które została przekazana. Dlatego występujemy o rzetelną kontrolę, bo przedziwne jest, że nagle zwiększa się dotację dla NIL w postaci wielokrotności kwot, które były w poprzednich latach – tłumaczy posłanka Maria Małgorzata Janyska. Jak powiedziała „każda złotówka z dotacji musi być rozliczona”. „Tylko tego oczekujemy. (…) Jeśli ministrowie zaczynają stanowić własne prawo, nie kierując się ustawami, a w tym wypadku zasadami wydatkowania pieniędzy publicznych, to jest to również sygnał ostrzegawczy, jak będą niedługo wyglądały wydatki publiczne” – powiedziała. Być może pan minister uznał, kierując się sloganem obiegowym, że szwagier to nie rodzina – dodała.

Według „Newsweeka” przyznanie Naczelnej Izbie Lekarskiej rekordowej dotacji – 6 mln zł na bieżącą działalność, a 10 mln zł zaległej refundacji za poprzednie lata było jedną z pierwszych decyzji ministra. „Gdy w ministerialnych dokumentach pojawia się zapis dotyczący dotacji dla lekarzy, w Izbie ruszają przygotowania do przebudowy siedziby. Na przełomie roku NIL decyduje o wynajęciu firmy, która zaprojektuje przebudowę pomieszczenia socjalnego, węzła sanitarnego i jednej z sal na parterze siedziby. Koszt – 34 tys. zł. Zlecenie trafia do mało znanej firmy OAK Projekt prowadzonej przez szwagra ministra. Przy aranżacji współpracuje też żona polityka Joanna Radziwiłł (z wykształcenia architekt), która – jak zapewnia rzeczniczka resortu zdrowia – jedynie wspiera brata, nie pobierając wynagrodzenia” – napisał tygodnik.
Żródło info i foto: RMF24.pl