Marcin K. ps. „Belmondziak” ścigany listem gończym

W styczniu 2018 r. Marcin K. ps. „Belmondziak” odzyskał wolność, kiedy sędzia mimo skazania go na trzy lata odsiadki ulitował się nad prośbą podsądnego. Przyrodni brat „Szkatuły”, prosił bowiem o uchylenie aresztu, aby mógł się uczyć. Jak przebiegała jego edukacja, dowiemy się pewnie dopiero wtedy, gdy schwyta go policja. „Belmondziak” nie stawił się bowiem w 2020 r. do odbycia kary, a od 11 miesięcy jest ścigany listem gończym.

47-letni Marcin K. ps. „Belmondziak” vel „Wściekły” to jedna z barwniejszych postaci kryminalnego podziemia stolicy. Choć przyćmiewa go niesława jego przyrodniego brata Rafała S. ps. „Szkatuła”, bossa jednej z największych grup przestępczych w Warszawie, to jednak i on sam dołożył co nieco do kronik policyjnych.

„Szkatuła” ukrywał się przez blisko dekadę (wpadł w 2011 r.) i to „Belmondziak” był jednym z kilku członków bandy, który mógł mieć z nim osobisty kontakt.

– Rafał był bardziej od kombinowania, a Marcin stawiał na argumenty siły. Jest charakterny. Potrafił się postawić grupie mokotowskiej, a z mniejszymi, choć równie znanymi gangami Warszawy i okolic szedł zdecydowanie na konfrontację – mówi jeden ze stołecznych policjantów, który przez lata rozpracowywał bandę „Szkatuły” i „Belmondziaka”.

– To on doprowadził do zrzeszenia mniejszych grup w sprawny organizm – wyjaśnia funkcjonariusz.

Biorąc pod uwagę rangę Marcina K. w półświatku, nie ma chyba wątpliwości, że to stoi na czele przetrzebionej bandy. Sam zaprzecza oczywiście, jakoby miał cokolwiek wspólnego z przestępczością. Siebie zaś widzi jako ofiarę nierzetelnych mediów, w tym piszącego te słowa.

Bez pośpiechu

Dlatego dziwić może, że musiał minąć rok, odkąd gangster nie raczył stawić się do odbycia kary, aby wydano za nim list gończy. Z informacji uzyskanej w Sądzie Okręgowym w Warszawie wynika, że „zarządzenie do policji z poleceniem niezwłocznego doprowadzenia skazanego do zakładu karnego zostało wydane 11 marca 2020 r. Sąd dał policji aż 10 miesięcy na załatwienie sprawy.

Kiedy okazało się, że „Belmondziak” zniknął, 19 stycznia 2021 r. został wydany za nim list gończy. A dopiero na początku września zdjęcie „Belmondziaka” pojawiło się na stronach stołecznej policji z informacją, że poszukują go kryminalni Komisariatu Policji Warszawa-Białołęka.

W komunikacie stróże prawa zaznaczyli, że „ważna jest każda informacja dotycząca ściganego mężczyzny i jego obecnego miejsca pobytu”. Policjanci zwracają się z prośbą do wszystkich, którzy znają miejsce pobytu poszukiwanego, o kontakt pod numerem telefonu 47 723-51-30, 47 723 52 20, za pomocą poczty elektronicznej: dyzurny.kp-bialoleka, ksp.policja.gov.pl. lub z najbliższą jednostką policji.

Droga do wolności

„Belmondziak” cieszy się wolnością od zimy 2018 r, po tym jak w styczniu Sąd Najwyższy uchylił mu areszt. Stało się to niedługo po tym, jak sąd uznał kasację od wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który skazał gangstera na 13 lat więzienia. Była to kara m.in. za handel znacznymi ilościami narkotyków.

Sprawa wróciła do Sądu Okręgowego w Warszawie i toczy się od początku. Sąd Najwyższy uznał, że K. musi wpłacić 150 tys. zł poręczenia majątkowego, co też szybko nastąpiło.

Co ciekawe, na tym posiedzeniu SN obrońca „Belmondziaka” złożył oświadczenie Prezesa Zarządu Fundacji Kamili Skolimowskiej potwierdzające gotowość nawiązania współpracy z Marcinem K.

To był ostatni areszt ciążący na Marcinie K., który za kratami przebywał od 2009 r. Wcześniej udało mu się przekonać sędziego Andrzeja Krasnodębskiego, aby ten też uchylił tak dolegliwy środek zapobiegawczy. Czym przekonał sędziego, znanego z surowych wyroków wobec gangsterów? Rzekomym pędem do wiedzy.

Kiedy 11 grudnia 2017 r. usłyszał wyrok trzech lat więzienia za pomoc w próbie uprowadzenia pewnego złodzieja, przekonywał, że przez areszt nie może korzystać z dobrodziejstwa edukacji za kratami. – Chcę się uczyć. Skończyć jakieś kursy albo liceum – wyjaśniał „Belmondziak”.

Sędzia uznał, że to racjonalny argument i środek zapobiegawczy uchylił. Tyle, że wtedy na gangsterze ciążył jeszcze wspomniany areszt do sprawy narkotykowej.

Gorąca głowa

Na razie niewiele wiadomo o życiu „Belmondziaka” na wolności. Do policjantów i prokuratorów docierały tylko sygnały, że nie zrezygnował z gangsterki. Tym bardziej, że wielu członków bandy było już na wolności. Ale od 2018 r. Marcin K. nie został ani razu zatrzymany za tego rodzaju przestępstwa

Portal tvp.info odkrył jednak, że „Belmondziak” zadebiutował w innej roli – stadionowego chuligana. Będąc zapalonym kibicem Legii Warszawa (wielu członków jego gangu należy Teddy Boys, bojówki drużyny z Łazienkowskiej), pojawił się 1 grudnia 2018 r. na meczu z Koroną Kielce.

Najwyraźniej jednak dał się ponieść emocjom, ponieważ w pewnym momencie wdarł na murawę. Na jego drodze znalazł się porządkowy K.T. „Belmondziak” zadał trzy ciosy pięścią w głowę.

Chwilę potem podbiegł do sektora gości i „prowokował kibiców klubu Korona Kielce do działań zagrażających bezpieczeństwu tej imprezy poprzez wykonywanie przed ich trybuną nieprzyzwoitych gestów”.

Jako że w tumulcie tym brało udział kilka innych osób, osądzenie chuligańskiej akcji zajęło blisko rok. W październiku 2019 r, Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia uznał Marcina K. za winnego wszystkich zarzucanych mu czynów.
Źródło info i foto: TVP.info

ABW aresztowała Marcina K. Miał szpiegować na rzecz obcego wywiadu

Służby aresztowały Marcina K., podejrzanego o szpiegostwo na rzecz obcego wywiadu. Mężczyzna zbierał informacje o obronności i wojskowości, które przekazywał Rosjanom. Nie był powiązany z żadnymi instytucjami państwowymi – ustalił dziennikarz RMF FM Krzysztof Zasada. Marcin K. usłyszał już zarzuty.

Na polecenie prokuratora funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW) zatrzymali Marcina K. Informację przekazał rano Dział Prasowy Prokuratury Krajowej.

Mężczyzna usłyszał zarzut działania na rzecz obcego wywiadu przeciwko Polsce. Dziennikarz RMF FM Krzysztof Zasada ustalił, że Marcin K. miał szpiegować dla Rosji. Zbierał informacje obronności i wojskowości, które później przekazywał Rosjanom.

Nasz reporter dowiedział się także, że zatrzymany nie był powiązany z żadnymi instytucjami państwowymi. Służby nie ujawniają więcej szczegółów na ten temat. Wiadomo jednak, że Marcin K. przyznał się do stawianych mu zarzutów.

„Z uwagi na konieczność zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania, obawę matactwa podejrzanego jak również grożącą mu wysoką karę prokurator skierował do sądu wniosek o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania” – przekazał Dział Prasowy Prokuratury Krajowej.

Sąd podzielił argumentację prokuratora i tymczasowo aresztował Marcina K. na 3 miesiące.

Za postawione mu zarzuty, grozi nawet 10 lat więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zatrzymano szefa mafii oszukującej seniorów metodą „na policjanta”

W związku ze śledztwem prowadzonym przez Prokuraturę Okręgową Warszawa-Praga, policjanci z warszawskiego zarządu CBŚP zatrzymali 41-letniego Marcina K. ps. Murzyn, podejrzanego o kierowanie grupą oszukującą metodą „na policjanta”. Przestępcy jednego dnia potrafili oszukać kilka osób.

Śledztwa przeciwko Marcinowi K. prowadzi kilka jednostek prokuratury w kraju, postępowania karne toczą się także przed sądem, m.in. Sądem Okręgowym w Warszawie. Obecnie „Murzyn” został aresztowany do śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową Warszawa-Praga. Zatrzymania podjęli się funkcjonariusze warszawskiego zarządu Centralnego Biura Śledczego Policji.

Marcin K. został ujęty 22 stycznia o godz. 7.05 przed swoim domem w Zgierzu. Funkcjonariusze zatrzymali „Murzyna” w taksówce, do której chwilę wcześniej wsiadł. Policjantom powiedział, że wybierał się do Warszawy.

– Marcin K. jest podejrzany o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą oszukującą starsze osoby metodą „na policjanta” od października 2018 roku do lipca 2020 roku. Z procederu podejrzany uczynił sobie stałe źródło dochodu” – przekazała prokuratura. Okres, w którym Marcin K. miał kierować grupą, pokrywa się z przerwą pomiędzy jednym zatrzymaniem a drugim.
Źródło info i foto: interia.pl

Rozbito gang złodziei samochodów. Kradli i legalizowali auta

Działania CBŚP i Prokuratury Krajowej, przy wsparciu KSP, doprowadziły do rozbicia zorganizowanej grupy przestępczej i zatrzymania osób z nią współpracujących. Kradzione samochody były legalizowane i sprzedawane. Do sprawy zatrzymano 11 osób, odzyskano 19 aut i zabezpieczono części i podzespoły samochodowe. Zatrzymani są podejrzani m.in. o kradzieże z włamaniami, paserstwa, oszustwa, poświadczanie nieprawdy w dokumentacji czy składanie fałszywych zeznań. Dodatkowo Marcin K. i Piotr B. usłyszał zarzuty włamania do auta, z którego skradziono ok. 350 szt. złotej biżuterii.

Policjanci z Zarządu w Białymstoku Centralnego Biura Śledczego Policji, pod nadzorem Podlaskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Białymstoku, prowadzą postępowanie dotyczące zorganizowanej grupy przestępczej, której członkowie są podejrzani o kradzieże samochodów z terenu woj. mazowieckiego. Do zdarzeń dochodziło w latach 2010 – 2013. Jak wynika z ustaleń policjantów, w ciągu jednej nocy grupa była w stanie ukraść kilka aut.

Śledczy ustalili także, że członkowie gangu mieli określone zadania, były osoby odpowiedzialne za znalezienie konkretnego modelu auta, jego kradzież, przeróbki blacharskie czy mechaniczne. W kolejnym etapie do działań włączali się paserzy i tzw. słupy, na których rejestrowane były skradzione pojazdy. Po zalegalizowaniu samochody były sprzedawane niczego nie podejrzewającym klientom.

Wiele miesięcy zajęło policjantom sprawdzanie w kolejnych urzędach i firmach dokumentów dotyczących wytypowanych kilkuset pojazdów. Funkcjonariusze dokładnie analizowali wszystkie informacje, sprawdzali poszczególne numery, marki, a nawet kolory zarejestrowanych samochodów. Weryfikowano także osoby występujące przy rejestracji pojazdów. Przeprowadzona analiza wstępnie wykazała kilkadziesiąt aut, które z dużym prawdopodobieństwem mogą pochodzić z przestępstwa.

W minionym tygodniu w Warszawie i najbliższej okolicy policjanci CBŚP rozpoczęli działania przy wsparciu funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Przestępczością Samochodową Komendy Stołecznej Policji. Już pierwszego dnia akcji, zabezpieczono 19 samochodów i zatrzymano 11 osób, w tym Marcina K. oraz Piotra B. Obaj mężczyźni są dobrze znani policjantom, ponieważ w przeszłości byli zatrzymywani w związku z kradzieżami pojazdów czy paserstwem. Obecnie sprawdzanych jest kilkadziesiąt kolejnych aut znajdujących się w różnych rejonach kraju, a mogących pochodzić z przestępstw.

W Podlaskim Wydziale Zamiejscowym Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Białymstoku zatrzymanym 5 osobom przedstawiono zarzuty dotyczące udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, w tym jednemu kierowania tą grupą. Zatrzymani usłyszeli zarzuty m.in. kradzieży z włamaniem, paserstwa, oszustwa, poświadczanie nieprawdy w dokumentacji czy składanie fałszywych zeznań.

Dodatkowo Marcin K. i Piotr B. jest podejrzany o włamanie do samochodu jubilera i kradzież ok. 350 sztuk różnego rodzaju złotych wyrobów biżuterii. Do tego zdarzenia doszło 22 maja 2012 roku w Wyszkowie.

Na podstawie zebranego materiału dowodowego sąd podjął decyzję o zastosowaniu środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania wobec trzech podejrzanych.
Źródło info i foto: Policja.pl

Marcin K. ps. „Wściekły”skazany

„Wściekły” – brat „Szkatuły” z dwuletnim zakazem stadionowym i grzywną za awanturę podczas meczu Legii Warszawa z Koroną Kielce w 2018 r. – dowiedział się portal tvp.info. Marcin K., znany także jako „Belmondziak”, został skazany przez Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia za wtargnięcie na murawę, uderzenie porządkowego i prowokowanie kibiców z Kielc.

42-letni Marcin K. ps. „Belmondziak” vel „Wściekły”, jest od lat bohaterem kronik kryminalnych i sądowych. Według policji i prokuratury jest numerem dwa w gangu swojego brata przyrodniego Rafała S. ps. „Szkatuła”.

Z ustaleń prokuratury i CBŚP wynika, że w latach 2008-11 gang „Szkatuły” brał udział w przemycie narkotyków na terenie państw Unii Europejskiej, w tym Polski, i wprowadzaniu ich do obrotu. Chodzi o 3,7 tony marihuany, ponad 500 kg amfetaminy, 300 kg kokainy i blisko 250 kg heroiny.

Jako że „Szkatuła” siedzi w więzieniu, a „Belmondziak” cieszy się wolnością, czekając na rozstrzygnięcia w kolejnych procesach, to on zdaniem śledczych jest bossem. Czemu sam zdecydowanie zaprzecza. Okazało się, że Marcin K. dał się poznać policji i prokuraturze z zupełnie innej strony. Będąc zapalonym kibicem Legii Warszawa (wielu członków jego gangu należy do bojówek tej drużyny), pojawił się 1 grudnia 2018 r. na meczu z Koroną Kielce. Najwyraźniej jednak dał się ponieść emocjom, ponieważ w pewnym momencie miał się wedrzeć na murawę.

Na jego drodze znalazł się porządkowy K. T. „Belmondziak” miał mu zadać trzy ciosy pięścią w głowę. A chwilę potem podbiegł do sektora gości i jak napisano w oficjalnych dokumentach: „prowokował kibiców klubu Korona Kielce do działań zagrażających bezpieczeństwu tej imprezy poprzez wykonywanie przed ich trybuną nieprzyzwoitych gestów”,

Jako że w tumulcie tym brało udział kilka innych osób, osądzenie chuligańskiej akcji zajęło blisko rok. W październiku 2019 r, Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia uznał Marcina K. za winnym wszystkich zarzucanych mu czynów. Decyzją sądu „Belmondziak” ma dwuletni „zakazu wstępu na imprezy masowe obejmujący wszelkie imprezy masowe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz mecze piłki nożnej rozgrywane przez polską kadrę narodową lub polski klub sportowy poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”.

Ponadto gangster musi uiścić 3,5 tys. zł grzywny i zapłacić 500 zł zadośćuczynienia pobitemu porządkowemu. Wyrok jest nieprawomocny. Smaczku sprawie dodaje fakt, że zapadł w dniu urodzin Marcina K.

Pęd do wolności i nauki

„Belmondziak” cieszy się wolnością od zimy 2018 r, po tym jak w styczniu Sąd Najwyższy uchylił mu areszt niedługo po tym, jak uznał kasację od wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który skazał gangstera na 13 lat więzienia. Sprawa wróciła do Sąd Okręgowego w Warszawie i toczy się od początku.

Sąd Najwyższy warunkował zwolnienie K. wpłaceniem 150 tys. zł poręczenia majątkowego, co też szybko miało miejsce. Gangster nie może opuszczać kraju i musi się raz na dwa tygodnie meldować na policji.

Co ciekawe, na tym posiedzeniu SN obrońca „Belmondziaka” złożył oświadczenie Prezesa Zarządu Fundacji Kamili Skolimowskiej, potwierdzające gotowość nawiązania współpracy z Marcinem K.

Zdaniem śledczych rozpracowujących gang „Szkatuły”, Marcin K. konsekwentnie dążył do uchylenia ciążących na nim aresztów. Kiedy 11 grudnia 2017 r. usłyszał wyrok trzech lat więzienia za pomoc w próbie uprowadzenia pewnego złodzieja, swój wniosek o uchylenie wspomnianej sankcji motywował „chęcią nauki”.

– Chcę się uczyć. Skończyć jakieś kursy albo liceum – wyjaśniał „Belmondziak”; uchylenie aresztu oznaczało, że może uczyć się zakładzie karnym. Sędzia Andrzej Krasnodębski, znany z surowych wyroków wobec gangsterów, uznał, że ta argumentacja go przekonuje.

Handlarz telefonami

„Belmondziak” został zatrzymany w październiku 2009 r., po ponaddwuletnim ukrywaniu się przed policją. Schwytali go policjanci elitarnej grupy warszawskiego CBŚ, tzw. łowcy głów. To specjalna jednostka pościgowa, której jedynym zadaniem jest polowanie na ukrywających się najgroźniejszych bandziorów. Po niespełna dwóch latach działania, na jej bazie utworzono w centrali CBŚ specjalny wydział pościgowy, nazywany teraz „łowcami cieni”.

Funkcjonariusze znaleźli przy nim i w jego mieszkaniu 72 telefony komórkowe. Przy sobie miał „tylko” 12 aparatów, do najpilniejszych kontaktów. Każdy aparat był używany tylko do kontaktu z jednym konkretnym członkiem gangu. K. nie wiedział, że jego rozmowy były od kilku miesięcy nagrywane, próbował nawet przekonać śledczych, że miał tak dużo aparatów, bo zajmuje się „obwoźnym handlem telefonami”.

Według zeznań skruszonych członków gangu, w grupie obowiązywały bardzo surowe zasady bezpieczeństwa. Telefony, będące na wyposażeniu gangu, były zawsze wymieniane w przypadku zatrzymania jakiegokolwiek członka grupy. Ponadto bez względu na okoliczności telefony były zmieniane średnio co dwa tygodnie.

Z kolei inny świadek przytaczał wypowiedź Marcina Z. ps. „Misiek” o tym, co się działo na spotkaniu z Marcinem K.: „Belmondziak” jak zwykle miał przy sobie z 50 telefonów tak, że nie miał ich nawet jak w samochodzie poukładać”.

Marcin K. starał się być zawsze bardzo ostrożny. Nawet, gdy rozmawiał przez „bezpieczny”, jak mu się wydawało, telefon, nie używał nazw narkotyków. Tylko cyfr, np. trzy dla X, cztery dla Y. Chodziło o liczbę kilogramów dla konkretnego odbiorcy.

K. nie wiedział jednak, że jego wszystkie rozmowy z najbliższymi współpracownikami są podsłuchiwane przez CBŚ. Co ciekawe, funkcjonariusze inwigilujący dziesiątki bandyckich numerów, przypisali „Wściekłemu” niegodnie brzmiący kryptonim „Gucio 180”.

Potwierdzeniem zaangażowania gangstera w handel narkotykami są także jego nerwowe rozmowy z kompanami, kiedy w sierpniu 2009 r. policja zatrzymała handlarzy narkotykami z Dębicy, którzy właśnie zakupili narkotyki od „Szkatułowych”. W ciągu kilkudniowej akcji wpadło kilku członków bandy.

Na wieść o wsypie, „Wściekły” nakazał kompanom „przemeblowanie mieszkań”, „zmianę dyliżansu” i „wybicie z dokumentów”. Chodziło o usunięcie z mieszkań zakazanych przedmiotów, zmianę samochodu oraz dokumentów.

Jednocześnie K. zachował na tyle zimną krew, że kazał osobie odpowiedzialnej za zajęte narkotyki oddać pieniądze. Z nagranych rozmów wynikało, że wpadka była wynikiem „niezachowania ostrożności”.

W imieniu brata

Przez dwa lata „Belmondziak” miał być według prokuratury oficjalnym liderem grupy. Rafał S. „Szkatuła” ukrywał się wówczas tak skutecznie, że policja podejrzewała nawet, iż został dyskretnie zamordowany.

Kierowany przez niego sojusz większości stołecznych gangów oplótł siecią swych powiązań niemal całą Warszawę. Podporządkował sobie bossów i watażków grup z Pragi, Śródmieścia, Żoliborza i niedobitków dawnej mafii mokotowskiej. Aby ta niecodzienna federacja nie rozbiła się o ambicje poszczególnych liderów, mianował ich swoimi kapitanami. Tylko z nimi utrzymywał bezpośrednie kontakty.

Z zeznań świadków wynika, że „Wściekły”, początkowo był „tylko” jednym z ważniejszych członków gangu swojego brata przyrodniego – Rafała S. ps. „Szkatuła”. Skruszeni przestępcy twierdzą, że K. był łącznikiem między koalicją stołecznych gangów a swym krewniakiem. Według śledczych Marcin K. miał przez swoich ludzi kontrolować zbieranie haraczy w stolicy. Gang „opodatkował” właścicieli lawet i holowników, taksówkarzy z centrum stolicy, lichwiarzy z kasyn i Służewca, handlarzy z bazarów Różyckiego Wolumen, a także kilkadziesiąt agencji towarzyskich i sex-shopów.

Pieniądze z „punktów” (tak nazywano miejsca, skąd ściągano haracz) w dużej części trafiały na specjalny fundusz gangu, przeznaczony na pomoc dla uwięzionych lub ukrywających się kamratów. Co ciekawe, z notatek gangsterów wynika, że niektórzy ich kompani dostawali pieniądze nawet przez pięć do ośmiu lat pobytu za kratami.

Gangsterzy szybko rozprawiali się z dłużnikami czy handlarzami niepłacącymi haraczu. Opór właścicieli sklepu wędkarskiego i sex-shopu skończyły się „tajemniczym” spaleniem tych pomieszczeń. Równie brutalnie bandyci przejęli haracze od przydrożnych prostytutek, które znajdowały się pod „opieką” gangu markowskiego. Po prostu skatowali kobiety, aby przez kilka dni nie mogły pracować. Bili jednak tak, aby prostytutki zbyt długo się nie leczyły, tylko mogły zarabiać już dla gangu „Szkatuły”.

Królowie stołecznego podziemia kryminalnego

Gang „Szkatuły” jest uważany przez policję za najbardziej niebezpieczną warszawską grupę przestępczą nowego stulecia. W śledztwie przeciwko członkom bandy ustalono m.in., że grupa kontrolowała 90 proc. stołecznych agencji towarzyskich, tirówki pod Wyszkowem i Górą Kalwarią, handel amfetaminą i heroiną oraz haracze.

Od 2008 r. zaczęło się rozbijanie bandy. Do końca 2010 r. ponad 100 najważniejszych członków gangu Rafała S. trafiło za kraty. 28 maja 2012 r. w czasie wielkiej obławy zatrzymano 45 osób, m.in. członków gangu „Szkatuły” i bojówkarzy warszawskiej Legii, zwanych Teddy Boys 95. Z ustaleń prokuratury i Centralnego Biura Śledczego wynika, że brali oni udział w przemycie i rozprowadzaniu w sumie setek kilogramów marihuany, kokainy i heroiny wartej miliony złotych.

Czołową rolę w narkobiznesie odgrywał aresztowany Arkadiusz K. ps. „Chory”, uważany za zastępcę Rafała S. ps. „Szkatuła”. To on miał koordynować współpracę gangu z „Teddy Boysami”. W 2013 r. policja rozbiła gang Rafała B. ps. „Bukaciak”, uważanego za następcę „Szkatuły”. Na początku grudnia 2013 r. policjanci odkryli w garażu w Konstancinie przestępczy arsenał, zawierający 26 sztuk broni, w tym szturmowe kałasznikowy, skorpiony i pistolety CZ z tłumikami. Arsenał miał należeć wcześniej do grupy „Szkatuły”.

Od września 2013 r. policja i prokuratura zatrzymały blisko 100 osób związanych z tym gangiem.
Źródło info i foto: TVP.info

Ksiądz Marcin K. wysyłał niestosowne SMS-y do ministrantów

„Czy chciałbyś dzisiaj powtórzyć to co wczoraj?”, „Do końca tak będzie jak powiesz mi że język poszedł w ruch”, „lodzik czy coś więcej?” – to tylko niektóre z SMS-ów, jakie wikary parafii w Sępólnie Krajeńskim (woj. kujawsko-pomorskie) ks. Marcin K. wysyłał do ministrantów. To chłopcy, którzy nie mają nawet skończonych 15 lat! Sprawą już zajmuje się policja i prokuratura!

W liczącym 9 tys. mieszkańców miasteczku ks. Marcin pojawił się w 2016 r. Wcześniej pracował w parafii w Łobżenicy (woj. wielkopolskie), ale został karnie przeniesiony na Kujawy. Za – jak ustaliliśmy – nękanie ministrantów. To samo powtórzyło się w nowym miejscu!

Rodzice w szoku

– Jesteśmy ludźmi wierzącymi. Cieszyliśmy się, że nasz syn będzie służył do mszy, a jego opiekunem będzie ksiądz Marcin – mówi Faktowi mama jednego z ministrantów. – Ale to, co się wydarzyło, zachwiało w naszym postrzeganiu instytucji Kościoła! – dodaje.

Kobieta odkryła, że ksiądz Marcin pisał do jej syna SMS-y o różnych porach dnia, a nawet nocy. Pisał także do innych ministrantów.

– Syn pokazał nam te wiadomości, bo chłopcy sobie je nawzajem przesyłali. To, co tam przeczytaliśmy, było obrzydliwe. Przekraczało wszelkie granice norm moralnych. Mieliśmy tylko nadzieję, że oprócz wiadomości nie wydarzyło się nic więcej, choć to i tak o wiele za dużo – mówi kobieta.

Udało nam się ustalić, że wiadomości od księdza odbierało nawet pięciu ministrantów w różnym wieku. Na razie nie wiadomo, czy między 31-letnim księdzem a chłopcami dochodziło do fizycznych zbliżeń. Z wiadomości można jednak wnioskować, że tak. „Czy chciałbyś dzisiaj powtórzyć to co wczoraj?” – pisał ksiądz. „Do końca tak będzie jak powiesz mi że język poszedł w ruch”. „Dopiero dwa palce mokre”. „Chciałbyś, żeby jutro się działo?” – to tylko niektóre z wiadomości do ministrantów.

Proboszcz wyrzuca dziennikarza

Jak udało nam się ustalić, ksiądz wysyłał chłopcom także zdjęcia swojego przyrodzenia.

Syn naszej rozmówczyni już nie jest ministrantem. Kilkunastu innych chłopców też rzuciło komże. Czy proboszcz wiedział o tych praktykach? Zapytaliśmy ks. Henryka L., ale ten wyrzucił reportera Faktu z biura parafialnego.

Sprawą zajmuje się już policja. – Jedno z postępowań toczy się w sprawie artykułu 200 kodeksu karnego, który mówi o tym, że kto za pośrednictwem sieci telekomunikacyjnej składa małoletniemu poniżej lat 15 propozycję obcowania płciowego, podlega karze grzywny, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch – mówi mł. asp. Małgorzata Warsińska, oficer prasowy komendanta powiatowego policji w Sępólnie Krajeńskim. – Mogę dodać, że postępowanie prowadzone jest w sprawie, a nie przeciwko konkretnej osobie.

O wszystkim dowiedział się biskup Diecezji Bydgoskiej Jan Tyrawa. – Sprawa dotyczy na tym etapie SMS-ów wysyłanych do małoletnich. Ponieważ w związku z tym wszczęte zostało wstępne, wyjaśniające dochodzenie kanoniczne, wikariusz Parafii w Sępólnie Krajeńskim został przez księdza Biskupa zwolniony ze swoich obowiązków – poinformował nas ks. Sylwester Warzyński, rzecznik Diecezji Bydgoskiej.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zabójstwo w Siedlcach. Zatrzymano Łukasza W. z Nowego Sącza. Schwytano go we Francji

Podejrzany o zabójstwo 35-letniego Marcina K. został zatrzymany we Francji. Łukasz W., 23-letni mieszkaniec Nowego Sącza, którego szukała polska policja i prywatny detektyw, napadł na francuskiego policjanta i został aresztowany. To przełom w śledztwie w sprawie śmiertelnego pobicia 35-letniego Marcina K. z Siedlec. Przypomnijmy, sądeczanin Łukasz W. jako ostatni mógł mieć kontakt z 35-latkiem, który został śmiertelnie pobity. Został zarejestrowany na kamerach sklepowego i miejskiego monitoringu, a policja zdecydowała się udostępnić jego wizerunek w mediach.

– Mogę już potwierdzić, osoba o personaliach naszego podejrzanego została zatrzymana we Francji w związku z napadem na funkcjonariusza policji. Szczegółów postępowania nie znamy – informuje Katarzyna Wąsak z Prokuratury Rejonowej w Siedlcach. Prokurator wydał postanowienie o postawieniu dwóch zarzutów Łukaszowi W. tj. zabójstwa dokonanego w związku z rozbojem i oszustwo.

Prokurator sporządził już wniosek do sądu o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci aresztu tymczasowego na jeden miesiąc. Następny w kolejności będzie wniosek o zastosowanie Europejskiego Nakazu Aresztowania i transport podejrzanego do Polski.
Źródło info i foto: gazetakrakowska.pl

Przemytnicy narkotyków w rękach policji. Zostali zatrzymani, gdy wracali z Holandii

​Na granicy w Świecku (Lubuskie) zatrzymano dwóch mieszkańców Wielkopolski przemycających narkotyki. W zbiorniku paliwa samochodu, którym wracali do kraju z Holandii, były tabletki ecstazy i amfetamina. W ich mieszkaniach znaleziono kolejne zabronione substancje. Jak poinformował w poniedziałek rzecznik lubuskiej policji Marcin Maludy, policjanci przejęli łącznie 4 tys. tabletek ecstazy, ponad kilogram amfetaminy, marihuanę i kokainę.

34-letni Marcin K. i 29-letni Damian O. usłyszeli już zarzut przywozu znacznej ilości środków odurzających, za co grozi kara do 15 lat więzienia. Jeden z nich dodatkowo odpowie za posiadanie znacznej ilości narkotyków. Decyzją sądu Marcin K. trafił na trzy miesiące do aresztu – powiedział Maludy.

Rzecznik dodał, że ujęcie podejrzanych i przejęcie narkotyków było efektem kilkumiesięcznej pracy operacyjnej policjantów z Międzyrzecza (Lubuskie) i niewykluczone są kolejne zatrzymania.

Sama akcja związana z zatrzymaniem obu mężczyzn została przeprowadzona w miniony czwartek we współpracy z innymi służbami.

Ze względu na informację, że jeden z mężczyzn może być uzbrojony, do działań zaangażowano funkcjonariuszy Samodzielnego Pododdziału Antyterrorystycznego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wlkp. oraz funkcjonariuszy Państwowej Administracji Skarbowej i Straży Granicznej – wyjaśnił Maludy.

Do przeszukania pojazdu, którym poruszali się podejrzani celnicy wykorzystali nowoczesne urządzenia skanujące, które pozwoliło szybko namierzyć narkotyki ukryte w zbiorniku paliwa.

To nie był jednak koniec działań policjantów. Kolejnym etapem były przeszukania miejsc zamieszkania mężczyzn, gdzie również zabezpieczono znaczne ilości środków odurzających oraz substancji psychotropowych – dodał Maludy.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Gangsterzy wpadli, bo sprzedali narkotyki policjantom?

Zatrzymanie sześciu osób oraz przejęcie 10 kg amfetaminy, blisko pół kilograma heroiny i 50 gramów kokainy – to efekt akcji policjantów stołecznego wydziału do walki z przestępczością narkotykową. Według nieoficjalnych informacji portalu tvp.info uderzenie w grupę było możliwe m.in. za sprawą tzw. operacji specjalnej policji. Funkcjonariusze dokonali m.in. zakupu kontrolowanego narkotyków, dzięki czemu aż trzech handlarzy zostało zatrzymanych na gorącym uczynku.

To miała być szybka transakcja. 37-letni Emil K. umówił się wcześniej na sprzedaż dwóch kilogramów amfetaminy z poznanymi jakiś czas wcześniej klientami. Gdy już miał przekazać narkotyk, okazało się, że to misterna pułapka policji.

Jak spod ziemi wyrośli antyterroryści, którzy otoczyli Emila K. Klientem handlarza był bowiem najprawdopodobniej funkcjonariusz stołecznego wydziału antynarkotykowego. Informacji o operacji specjalnej nie chciały jednak potwierdzić oficjalnie, ani komenda stołeczna, ani prokuratura.

Oprócz narkotyków przy zatrzymanym mężczyźnie znaleziono 16 tys. zł. Wiele wskazuje na to, że był on jednym z liderów rozpracowywanej grupy.

Policjanci na zakupach

W podobną pułapkę wpadli także dwaj inni handlarze: 35-letni Marek R. i 31-letni Tomasz R. Mężczyźni zostali zatrzymani w okolicach Łodzi, gdy finalizowali transakcje sprzedaży 3 kg amfetaminy. Do ich ujęcia również wykorzystano antyterrorystów. Przy mężczyznach znaleziono ponad 28 tys. zł.

Niedługo potem zatrzymano kolejnych członków narkogangu: 24-letniego Bartłomieja Sz., 28-letnią Magdalenę K. oraz 33-letniego Marcina K. Podczas przeszukania ich mieszkań znaleziono elementy umundurowania policyjnego oraz sfałszowane dowody osobiste. Przejęto także „arsenał” grupy: trzy rewolwery hukowe. Prawdopodobnie miały służyć do odstraszania zbyt namolnych klientów.

W stołecznej Prokuraturze Okręgowej zatrzymani usłyszeli zarzuty m.in. wprowadzenia do obrotu znacznych ilości narkotyków i uczynienie z tego procederu stałego źródła dochodu. Handlarzom grozi do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: TVP.info

Zapadł prawomocny wyrok w sprawie „Belmondziaka”

Koniec marzeń liderów gangu „Szkatuły” o bezkarności. Po rocznej batalii sądu apelacyjnego z plagą chorób wśród oskarżonych, zapadł prawomocny wyrok na „wiceprezesa” bandy Marcina K. ps. Belmondziak, jego „oficera” Marcina Z. ps. Misiek i kilku członków gangu. W apelacji podtrzymano 13 lat więzienia dla „Belmondziaka” i 15 lat dla „Miśka” – ustalił portal tvp.info. Przed sądem toczą się jeszcze inne procesy Marcina K., a kilka tygodni temu przedstawiono mu kolejne zarzuty.

– Mogę potwierdzić, że sąd apelacyjny w Warszawie podtrzymał wyrok sądu okręgowego, skazujący m.in. Marcina K. oraz Marcina Z. na kary 13 i 15 lat więzienia. Cieszę się, że w końcu zapadło to rozstrzygnięcie – mówi krótko prok. Dariusz Żądło, który oskarżał w sprawie „Belmondziaka” i spółki.

Prokurator jest oszczędny w słowach, bo nie wspomniał, że „rozstrzygnięcie” zapadło ponad rok po tym, gdy wyznaczono pierwszy termin rozprawy w stołecznym sądzie apelacyjnym i dwa i pół roku po wyroku wydanym przez sąd okręgowy.

Gdy próbowano rozpocząć postępowanie, oskarżeni zaczęli podupadać na zdrowiu. Kolejni podsądni, tuż przed wyznaczonymi kolejnymi terminami rozprawy, przesyłali do sądu zwolnienia lekarskie. I tak przez rok. Doszło do skandalu, który ujawnił portal tvp.info. Okazało się, że zwolnienia od psychiatry, wystawiane w związku z rzekomą depresją „Miśka”, potwierdzała stomatolog, która była na liście lekarzy sądowych. Gdy oskarżonego zbadali lekarze wskazani przez sąd, okazało się, że przypadłości Marcina Z. mogą zniknąć, jeśli sprawa będzie szybko zakończona. Biegli podważyli wcześniejsze opinie lekarzy, z których usług korzystał „Misiek”.

Po publikacji portalu tvp.info minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wystąpił o objęcie nadzorem tego procesu. Sprawę działań pani stomatolog bada prokuratura.

Przyrodni boss

Marcin K. ps. Belmondziak vel Wściekły, to przyrodni brat Rafała S. ps. Szkatuła, który w latach 2001- 2011 stworzył jedną z najsilniejszych grup przestępczych w centralnej Polsce. Z zeznań świadków wynika, że „Wściekły”, początkowo był „tylko” jednym z ważniejszych członków gangu swojego brata. Odpowiadał za kontakty z innymi bandami, ponieważ „Szkatuła” ukrywał się przed policją. Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku stał się faktycznym bossem grupy, która siatką powiązań oplotła całą stolicę.

Podporządkował sobie bossów i watażków grup z Pragi, Śródmieścia, Żoliborza oraz niedobitków dawnej mafii pruszkowskiej, a nawet członów śmiertelnych wrogów z „Mokotowa”. Aby ta niecodzienna federacja nie rozbiła się o ambicje poszczególnych liderów, mianował ich swoimi kapitanami. Tylko z nimi utrzymywał bezpośrednie kontakty.

Według śledczych głównym źródłem zarobków „Wściekłego” był handel narkotykami. Marcin K. został skazano m.in. za to, że brał udział w sprzedaży co najmniej 12 kg kokainy, 4 kg marihuany oraz 9 kg heroiny.

Nieoficjalnie śledczy mówią, że to zaledwie niewielka część tego, co w ostatnich latach sprzedała banda „Szkatuły”. Gangster starał się być zawsze bardzo ostrożny. Nawet gdy rozmawiał przez „bezpieczny”, jak mu się wydawało, telefon nie używał nazw narkotyków. Używał tylko cyfr, np. trzy dla X, cztery dla Y. Chodziło o liczbę kilogramów dla konkretnego odbiorcy.

K. nie wiedział jednak, że jego wszystkie rozmowy z najbliższymi współpracownikami są podsłuchiwane przez CBŚ. Co ciekawe, funkcjonariusze inwigilujący dziesiątki bandyckich numerów, przypisali „Wściekłemu” mało groźny kryptonim: „Gucio 180”.

Przestępcze BHP

O tym, jak bardzo ostrożny i jednocześnie zdesperowany był „Belmondziak”, świadczy fakt, że gdy w październiku 2009 r. policyjni antyterroryści chcieli go zatrzymać, ten próbował ich rozjechać.

Przy gangsterze i w wynajmowanym przez niego domu policjanci znaleźli ponad 70 telefonów komórkowych. Każdy z nich był używany tylko do kontaktu z jednym, konkretnym członkiem gangu. K. mówił bezczelnie, że tak duża liczba aparatów wynika z tego, że zajmuje się „obwoźnym handlem telefonami”. W rzeczywistości, 42-letni obecnie murarz-tynkarz z zawodu, był bossem gangu, z którym liczyły się ważniejsze grupy przestępcze w kraju.
Żródło info i foto: TVP.info