Wielka Brytania: 36-letni Polak skazany. Upozorował własne porwanie

36-letni Polak został skazany przez brytyjski sąd na karę więzienia za sfingowanie własnego porwania. Jak się okazało mężczyzna cały czas był bezpieczny we własnym domu. Informacja o rzekomym porwaniu postawiła na nogi miejscowe służby. Mariusz K. – „utalentowany kucharz z Trowbridge” – jak określają go brytyjskie media, zaalarmował SMS-em swojego szefa, że został porwany i wywieziony w bagażniku samochodu za miasto. 

Według jego relacji, porywacze chcieli odzyskać pieniądze, które był im winny – chodziło o kilka tysięcy funtów. O zdarzeniu poinformował również swoją polską przyjaciółkę, którą poprosił o pomoc. 

Po kilku godzinach mężczyzna przesłał wiadomość, że udało mu się uciec porywaczom. Spotkał się ze swoją przyjaciółką twierdząc, że jego rodzina ciągle jest w niebezpieczeństwie, a on musi przekazać porywaczom 1600 funtów. Kobieta wzięła w banku pożyczkę i przekazała całą kwotę Polakowi. 

Kłopoty finansowe

Sprawą porwania zajęła się policja. Nad rozwikłaniem zagadki pracowało 22 funkcjonariuszy. W końcu cała prawda wyszła na jaw. Okazało się, że historia z porwaniem została zmyślona przez 36-letniego Polaka. Mężczyzna miał sfingować swoje porwanie z powodu problemów finansowych. W czasie rzekomego porwania cały czas przebywał w swoim mieszkaniu. 

36-latek został oskarżony o składanie fałszywych zeznań i wprowadzenie służb w błąd. Obrońca Polaka wnioskował o łagodny wyrok, który nie skutkowałby ograniczeniem wolności. Argumentował to faktem, że 36-latek „nie chciał wpędzić innych w kłopoty”.

W lutym sąd w Salisbury uznał naszego rodaka winnym. 22 marca Polak usłyszał wyrok – 16 miesięcy pozbawienia wolności. – To niezwykły, dziwny i raczej smutny przypadek – stwierdził sędzia ogłaszający wyrok. 

36-latek musi również zwrócić wraz z nawiązką pieniądze, które wyłudził od swojej przyjaciółki.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Tajemnice morderstwa w Białymstoku. Mariusz K. zgotował rodzinie piekło

Z każdą godziną śledztwa w sprawie eksplozji w domu przy ul. Kasztanowej w Białymstoku (woj. podlaskie) na jaw wychodzą nowe fakty. Wiadomo już, że to nie wybuch był przyczyną śmierci czterech osób. To Mariusz K. (+47 l.) najpierw zasztyletował własną matkę, żonę i 10-letnią córeczkę, a potem odkręcił gaz i sam odebrał sobie życie. Ofiary nie poddały się jednak potworowi bez walki.

Kiedy po wybuchu na miejscu pojawili się strażacy, pierwsze, co zobaczyli, to leżącą na asfalcie przed domem zakrwawioną dziewczynkę. Jej życie próbował ocalić przypadkowy przechodzień, który odważnie wkroczył do budynku, wydostał ją na zewnątrz i prowadził masaż serca. 10-letniej Izabeli nie udało się już jednak uratować.

Strażacy po odcięciu dopływu gazu i ugaszeniu niewielkiego na szczęście pożaru mogli przeszukać willę. Najpierw znaleźli 72-letnią panią Marię, zaś w kolejnym pomieszczeniu jej 40-letnią synową Joannę – babcię i matkę 10-latki. Obie miały liczne rany od noża. To jednak nie koniec szokujących odkryć. W jeszcze innym pomieszczeniu ratownicy natknęli się na ciało 47-letniego Mariusza K., syna, męża i ojca ofiar. Na szyi miał zaciśniętą pętlę wisielczą.

Wiele wskazuje na to, że tragedia jest finałem wydarzeń z 30 maja tego roku, gdy w domu rodziny doszło do awantury i policja zatrzymała 47-latka. Otrzymał on wówczas od prokuratora zakaz kontaktów z bliskimi i musiał wyprowadzić się z domu. Wywiązywał się z tego obowiązku aż do tragicznego poniedziałku, gdy wrócił i krwawo rozprawił z bliskimi.

Matka, żona i córka nie poddały się jednak bez walki i stawiły opór szaleńcowi.

– „Ślady na ciele ofiar wskazują na to, że broniły się przed napastnikiem” – potwierdza podinsp. Tomasz Krupa (46 l.), rzecznik podlaskich policjantów.

Niestety, nie miały żadnych szans w starciu z uzbrojonym w nóż mężczyzną. Agresor po wszystkim odkręcił gaz i odebrał sobie życie. Dopiero później doszło do wybuchu.
Źródło info i foto: se.pl

Były ksiądz prawomocnie skazany za wykorzystywanie seksualne ministranta

2,5 roku w więzieniu ma spędzić były ksiądz z Opolszczyzny. Mężczyzna był oskarżony o to, że przed laty wykorzystał seksualnie jednego z ministrantów. Wyrok jest prawomocny. W maju 2019 roku Mariusz K., były ksiądz z parafii w Jemielnicy na Opolszczyźnie, został skazany na 2,5 roku więzienia. Mężczyzna był oskarżony o molestowanie 13-letniego ministranta, dziś dorosłego już mężczyzny. Do winy się przyznał, ale wyjaśnień składać nie chciał.

Wtedy sąd pierwszej instancji byłemu duchownemu dożywotnio zakazał zajmowania stanowisk i zawodów związanych z edukacją małoletnich. Oprócz tego mężczyzna otrzymał także 10-letni zakaz kontaktowania się z pokrzywdzonym i zakaz zbliżania się do niego na odległość mniejszą niż 150 metrów. Decyzją Sądu Rejonowego w Strzelcach Opolskich miał też zapłacić 50 tysięcy złotych zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonego przez siebie byłego ministranta. Wyrok nie był prawomocny.

„Zaczął się do mnie dobierać”

Ofiara duchownego, 22-letni obecnie Dariusz Kołodziej (jego adwokat Tomasz Płachtej informuje, że jego klient zgadza się na podawanie pełnego imienia i nazwiska), tak relacjonował zachowania ekskapłana: – Przed moimi urodzinami ksiądz Mariusz powiedział, że ma dla mnie niespodziankę, że mnie zabierze gdzieś. Zabrał mnie do spa w Głuchołazach, rozebrał się w środku tam już do naga, nakłaniał mnie, żebym też się rozebrał.

To jednak, jak wynikało z słów mężczyzny, nie był koniec niewłaściwych zachowań K. W trakcie drogi powrotnej ksiądz miał zatrzymać samochód „gdzieś w środku pola”. – Nie minęło 15 minut, a on się zaczął do mnie dobierać – wspominał po latach Kołodziej.

Od wyroku sądu pierwszej instancji odwołały się wszystkie strony. Pełnomocnik Dariusza Kołodzieja kwestionował wysokość zadośćuczynienia. Z kolei oskarżyciel publiczny i obrońca oskarżonego odwoływali się od wysokości kary.

W czwartek sprawą zajął się Sąd Okręgowy w Opolu. Poprzednie rozstrzygnięcie utrzymano w mocy.

„Oskarżony wykazał pełną premedytację”

– Przy działaniu oskarżony wykazał pełną premedytację. To było działanie przemyślane i misterna intryga w celu doprowadzenia tego młodego człowieka do tych czynów. Te osoby dodatkowo były sobie bliskie, ponieważ oskarżony nadużył bardzo zaufania ministranta, jakim poszkodowany darzył księdza – podkreślał, w ustnym uzasadnieniu wyroku, sędzia.

Rozstrzygnięcie komentowała matka ofiary byłego duchownego. – Od dzisiaj może będę spokojniejsza o syna, że będzie mógł spokojniej funkcjonować, spać. Żadna kara nie jest adekwatna do czynu, który popełniono Chciałam mu podziękować za walkę, którą stoczył. Był na każdym procesie. Dzisiaj akurat nie mógł, bo jest na pogrzebie swojego przyjaciela, aby go pożegnać – przyznała Irena Kołodziej.

Mecenas Tomasz Płachtej poinformował, że wystosował wezwanie do zapłaty do kurii. Jednak ta miała odmówić zapłaty. – Wywalczona kwota nie jest kwotą wysoką wobec przestępstwa, jakiego dopuścił się ksiądz, który był odpowiedzialny za opiekę nad ministrantami. Odpowiedzialność spada nie tylko na samego oskarżonego, ale również na instytucję w której pracował, bo to ona była odpowiedzialna za opiekę nad ministrantami, a opieka dobra nie była – stwierdził Płachtej.
Źródło info i foto: tvn24.pl

35-letni Przemysław G. brutalnie zgwałcił 15-latka. Jest wyrok

Mężczyzna zamknął przypadkiem napotkanego nastolatka w toalecie i zgwałcił. Na szczęście zwyrodnialec został złapany i osądzony. Za krzywdę wyrządzoną chłopcu Przemysław G. właśnie usłyszał wyrok 7,5 roku odsiadki. Ma też podjąć terapię, która wyleczy jego chore skłonności seksualne.

Tego koszmaru Mariusz K. (15 l.) długo nie zapomni. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek zdoła wyprzeć taką traumę z pamięci. Przyjechał na ferie do swej babci, do Łasina koło Grudziądza (woj. kujawsko-pomorskie). Był luty 2019 r. Wszystko było dobrze aż do dnia, gdy babcia posłała go do baru po obiad. Tak się złożyło, że z powodu remontu dziadkowie nie mogli korzystać z kuchenki.

Na swoje nieszczęście w lokalu przesiadywał też Przemysław G. Gdy w restauracji, chłopiec wszedł do toalety, mężczyzna poszedł po chwili za nim. Zamknął drzwi ubikacji i rzucił się na chłopca. Zakneblował mu usta i brutalnie gwałcił. Mariuszowi próbowała pomóc barmanka. Kobieta usłyszała krzyki dziecka, tłukła się do drzwi toalety. Wezwała też policję.

Funkcjonariusze nie mieli problemu z ujęciem Przemysława G. Tym bardziej, że w miejscowości był on już wówczas owiany zła sławą. Mężczyzna trafił do aresztu i usłyszał zarzuty gwałtu.
Źródło info i foto: se.pl

Były rzecznik MON Bartłomiej M. zatrzymany przez CBA. Wśród zatrzymanych jest były poseł PiS Mariusz K.

Funkcjonariusze CBA zatrzymali Bartłomieja M., byłego rzecznika Ministerstwa Obrony Narodowej i faworyta Antoniego Macierewicza – donosi TVP.Info. Razem z nim zatrzymano pięć innych osób, w tym byłego posła PiS – Mariusza K. Wszyscy są podejrzani o powoływanie się na wpływy i czerpanie z tego korzyści materialnych, czyli o korupcję.

Wśród zatrzymanych jest były poseł PiS Mariusz K., który w poprzedniej kadencji zasiadał w sejmowej komisji obrony.

Spawa dotyczy okresu, kiedy ministrem obrony był Antoni Macierewicz.

Jak podaje TVP.Info oprócz byłego posła i ulubieńca Macierewicza zatrzymano cztery inne osoby – byłą urzędniczkę w MON, a także ludzi związanych z Polską Grupą Zbrojeniową. Chodzi o przyjaciela Bartłomieja M. – Radosława O. – który był członkiem zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, a także dwóch byłych dyrektorów z tej firmy.

Według śledczych, Bartłomiej M. podczas swojej pracy w MON był tak pewny siebie, że miał posunąć się do złamania prawa. Miał powoływać się na swoje wpływy w ministerstwie, by czerpać z tego osobiste korzyści. Podobne zarzuty wysuwane są pod adresem byłego posła Mariusza Antoniego K. TVP.Info podaje, że „prowadząc swoją firmę, wykorzystywał fakt, że był kiedyś członkiem PiS i zasiadał w sejmowej komisji obrony”.

Jak podaje TVP.Info delegatury CBA we Wrocławiu i w Warszawie zgromadziły obszerny materiał dowodowy. Śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu, która w tej sprawie wystawiła nakazy zatrzymania i przeszukań.

Jak mówi się nieoficjalnie śledztwo dotyczy kilku równoległych spraw. Jedną z nich opisał w maju 2018 tygodnik „Sieci”. Chodzi o szereg umów zawartych przez Polską Grupę Zbrojeniową ze Stowarzyszenie dla Dobra Rzeczpospolitej, w tym organizację koncertu w Warszawie z okazji 40-lecia KOR-u. Maczać w tym palce miał właśnie Bartłomiej M., szef gabinetu politycznego Macierewicza.

Według CBA, wniosek o wsparcie koncertu został zaakceptowany przez PZG… dwa tygodnie po tym, jak impreza się odbyła. Rada PZG zgodziła się na sfinansowanie koncertu, który już się odbył dopiero, gdy przez krótki okres jej członkiem był Bartłomiej M.

Ale podejrzenia śledczych wykraczają poza organizację koncertu i dotyczą szeregu spraw. Jak informuje CBA śledztwo dotyczy niegospodarności, powoływania się na wpływy oraz fałszowania dokumentów przy okazji zawierania umów przez spółkę PGZ S.A. W ocenie śledczych doszło do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej. Agenci prowadzą przeszukania w 30 lokalizacjach.

W przypadku byłego posła PiS Mariusza Antoniego K. ma chodzić o działania jego firmy o nazwie Warszawskie Centrum Legislacyjne. Śledczy podejrzewają, że firma zarabiała na nielegalnej działalności lobbingowej. Jak podaje radio RMF za zorganizowanie spotkania z osobami decyzyjnymi K. miał żądać od 5 do 30 tys. złotych.

Przypomnijmy: zatrudnienie Bartłomieja M. w PGZ wywołało powszechne oburzenie. Okazało się, że faworyt Macierewicza nie ma kompetencji do pełnienia tej funkcji. To była ostatnia kropla, która przelała czarę – na rozkaz Jarosława Kaczyńskiego M. został wykluczony z PiS. Wcześniej był bohaterem wielu skandali. Bartłomiej M. – wcześniej pomocnik aptekarza – znany był m.in. z suto zakrapianych imprez, na których chwalił się swoimi politycznymi wpływami. Skandal wywołała też pogłoska, że Macierewicz rozkazał oficerom Wojska Polskiego salutować swojemu faworytowi.

Mariusz Antoni K. okrył się niesławą po tzw. aferze madryckiej. Razem z posłami Adamem Hofmanem i Adamem Rogackim w 2014 r. podróżował za pieniądze podatników. Politycy PiS wzięli z kasy Sejmu kilkanaście tysięcy złotych na podróż samochodami do Hiszpanii, a faktycznie polecieli tam tanimi liniami lotniczymi. Mariusz Antoni K. został za to wykluczony z PiS. Był też bohaterem skandalu obyczajowego po tym, jak rozwiódł się z żoną i związał się z kobietą występującą w mediach, jako „aniołek PiS”.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Surowy wyrok za łapówki w policji

Były naczelnik i zastępca tajnego wydziału w komendzie stołecznej skazani za przyjęcie ponad 140 tys. zł łapówek.

Finał znalazła jedna z największych afer korupcyjnych w policji – dotycząca przyjmowania i żądania korzyści przez wysokiej rangi funkcyjnych oficerów komendy stołecznej. Sąd Okręgowy w Warszawie właśnie skazał ich na kilkuletnie kary bezwzględnego pozbawienia wolności. Jeśli wyrok się utrzyma, to funkcjonariusze stracą policyjne emerytury, na które zdążyli już przejść.

– Wobec Mariusza K. sąd orzekł karę łączną pięciu i pół roku pozbawienia wolności. Jarosława N. skazał na cztery lata. Obu wymierzył też grzywny – mówi „Rzeczpospolitej” Łukasz Łapczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Sprawa dotyczy newralgicznego, tajnego Wydziału Techniki Operacyjnej (WTO) w Komendzie Stołecznej Policji – komórki, która odpowiada m.in. za zakładanie podsłuchów z użyciem specjalistycznych urządzeń, a także prowadzi tajne operacje wymierzone w przestępców.

Naczelnik wydziału Mariusz K. i jego zastępca Jarosław N. mieli dopuszczać się nadużyć blisko dekadę temu (w latach 2009–2010). Chociaż – ze względu na specyfikę wydziału – w każdym obszarze powinni zachowywać najwyższe standardy.

Szef i zastępca mieli brać łapówki od przedstawicieli firm za to, aby ich towar kupiła policja. „Rzeczpospolita” poznała szczegóły zarzutów.

I tak w 2009 r. od dwóch przedsiębiorców (Zdzisława J. i Krzysztofa P.) naczelnicy przyjęli 102 tys. zł, co stanowiło 20 proc. wartości kontraktu na dostawę sprzętu. Biznesemeni mieli im ponadto zafundować zegarki (wtedy o wartości 2 tys. zł) jako gratyfikację „za możliwość składania zamówień”.

Kilka miesięcy później kolejna osoba (Grzegorz W.) miał przekazać ówczesnym szefom WTO 40 tys. zł i dzięki temu wydział kupił od niego sprzęt do inwigilacji po zawyżonej cenie. Mariusz K. i Jarosław N. zażądali też – jak ustaliła prokuratura – 2 proc. od wartości innego kontraktu. Suma miała być znacząca, bo chodziło o zakup samochodów dla WTO.

– Pośrednikiem był tu Artur E., który przyznał się do zarzutu i dobrowolnie poddał się karze – mówi nam prok. Łapczyński.

Tych pięciu przestępstw naczelnik oraz zastępca mieli dopuścić się „wspólnie i w porozumieniu”.

Sprzyjało im to, że zakupy dla tajnych komórek policji odbywają się z pominięciem przetargów. Byli szefowie WTO mieli dopuścić się też drobniejszych przewinień. Na przykład przywłaszczyć sobie 3 tys. zł (w dokumentach „rozpisali” je na policyjnego informatora). Mariusz K. został oskarżony ponadto o to, że z ewidencji usunął kamerę „Sony” należącą do wydziału, jako rzekomo wybrakowaną, chociaż była sprawna. Z kolei Jarosław N. o to, że dał szefowi 13,6 tys. zł, dopłacając mu przez kilka miesięcy do mieszkania – aby ten poparł jego starania o awans.

Oficerowie w lutym 2011 r. trafili do aresztu. Nieco wcześniej, kiedy kontrole z Komendy Głównej Policji wskazały, że w tajnym wydziale źle się dzieje, naczelnicy zostali zdymisjonowani.

Jak sprawował się sprzęt podszyty łapówkami, nie wiadomo, bo wszystko, co wiąże się z wydziałem, jest okryte tajemnicą. Według śledczych pewne jest, że policja za niego przepłaciła.

Akt oskarżenia trafił do sądu w grudniu 2012 r., skierowała go ówczesna Prokuratura Apelacyjna.

– Zawierał kilkanaście zarzutów, w tym przyjmowania i żądania korzyści majątkowych, przekroczenia uprawnień oraz przywłaszczenia 3 tys. zł na podstawie poświadczających nieprawdę dokumentów – mówi nam Łukasz Łapczyński.

Jeden ze stołecznych policjantów wspomina, że w tamtych latach w wydziale głośno było o zakupie luksusowych aut sprowadzonych z USA.

– Były uszkodzone po huraganie i nie powinny trafić do sprzedaży – mówi oficer. Czy zakup został objęty zarzutem, ze względu na tajne śledztwo nie udało nam się ustalić.

Wyrok skazujący byłych szefów WTO na karę bezwzględnego więzienia – co w przypadku oficerów policji jest rzadkością – zapadł 13 lutego. Jest nieprawomocny.

Mariusz K. i Jarosław N. zdążyli już przejść na emerytury. Jeżeli wyrok się utrzyma, zostaną ich pozbawieni. Skazani za korupcję nie mają bowiem prawa do policyjnych emerytur.

Prof. Antoni Kamiński z PAN, były szef Polskiego Oddziału Transparency International, komentuje:

– To wysoka kara, ale uzasadniona. Jeżeli ktoś jest policjantem, wykonuje zawód zaufania publicznego, to powinien szczególnie dbać o zachowanie najwyższych standardów – mówi prof. Kamiński. Jak zaznacza, w policji, zwłaszcza tej sprzed lat, nierzadko miały miejsce przypadki nadużyć. – Ta sprawa wskazuje na to, że policja „od góry” była zdemoralizowana. Były osoby, które dochodziły do wysokich stanowisk i traktowały podległą im komórkę jako swoiste feudum – zaznacza prof. Kamiński i jako mankament wskazuje fakt, że wyrok zapadł dopiero po tylu latach.
Źródło info i foto: rp.pl

Policjanci w magazynie narkotyków

Ponad 2 kg amfetaminy, prawie 140 g kokainy, a także kilkadziesiąt porcji mefedronu i marihuany – taka ilość narkotyków o wartości ponad 150 tys. zł przechwycili policjanci ze stołecznego wydziału antynarkotykowego. Pomógł im sam 33-letni diler. Mariusz K. doprowadził funkcjonariuszy do magazynu w wynajętej piwnicy, gdy pojechał zabrać stamtąd część towaru.

Kilka dni temu policjanci Wydziału do walki z Przestępczością Narkotykową KSP, zdobyli informację, że 33-latek handluje narkotykami. Z obserwacji wynikało jednak, że z pewnością nie trzyma on żadnych zabronionych substancji w swoim mieszkaniu, musieli więc poczekać na wskazówkę. Funkcjonariusze potwierdzili operacyjnie, że K. będzie przekazywał w najbliższym czasie większą partię narkotyków. Postanowili więc dyskretnie mu towarzyszyć, gdy będzie jechał po towar.

Mariusz K. doprowadził „ogon” do jednego z budynków na Pradze Północ. Gdy zszedł do piwnicy, policjanci odczekali chwilę i „dołączyli” do mężczyzny – akurat w chwili, gdy z jednego z pudełek wyciągnął reklamówkę. Jak się okazało chwilę później, w torbie były ukryte narkotyki.

Funkcjonariusze skonfiskowali ponad 2 kg amfetaminy, prawie 140 g kokainy, a także kilkadziesiąt porcji mefedronu i marihuany. Czarnorynkowa wartość narkotyków wynosi 150 tys. zł. 33-latek usłyszał zarzuty udziału w obrocie znacznych ilości substancji psychotropowych i środków odurzających. Grozi mu nawet 12 lat więzienia. Na proces będzie oczekiwał w areszcie.
Źródło info i foto: TVP.info

Mariusz K. pobił i zgwałcił uczennicę. Został skazany na 15 lat więzienia

Mariusz K., który w 2013 roku w Częstochowie zaciągnął do mieszkania, a następnie zgwałcił i pobił uczennicę spędzi 15 lat w więzieniu. Po zwolnieniu przez kolejnych 10 lat nie będzie mógł zbliżać się do swej ofiary. Taki wyrok zapadł przed Sądem Okręgowym w Częstochowie. 15 lat pozbawienia wolności to najsurowsza kara jaką sąd mógł wymierzyć mężczyźnie, który już wcześniej był karany za gwałt. Tego ostatniego dopuścił się podczas przerwy w odbywaniu kary.

O prawomocnym wyroku poinformował rzecznik częstochowskiej prokuratury Tomasz Ozimek. Sąd Okręgowy w Częstochowie utrzymał wcześniejsze orzeczenie sądu rejonowego, wymierzając Mariuszowi K. taką karę, jakiej żądał prokurator.

6 września 2013 roku 32-letni Mariusz K., w samo południe, zaczepił uczennicę czekającą na autobus w częstochowskiej dzielnicy Raków. Objął ją mocno ramieniem za szyję i powiedział, żeby była cicho i z nim poszła. Zagroził, że jeżeli się sprzeciwi, użyje noża. Zaciągnął swą ofiarę do mieszkania w pobliskim bloku. Tam ją dotkliwie pobił i wielokrotnie zgwałcił.

Potem przestępca przeszukał torebkę dziewczyny, wyjmując z niej dowód osobisty i karty płatnicze. Zostawił je, zdjął jej natomiast z palca pierścionek. Pokazał też jej swój dowód osobisty i kazał zadzwonić na jego telefon – chciał mieć jej numer. Po uwolnieniu dziewczyna o wszystkim opowiedziała policjantom.

Sprawca został zatrzymany kilka dni później. Okazało się, że od czerwca 2013 roku korzystał z przerwy w odbywaniu kary 12 lat pozbawienia wolności, którą wymierzono mu w 2004 roku m.in. za gwałt. 5 września nie stawił się w zakładzie karnym, gdzie tego dnia miał kontynuować odbywanie kary. Podczas śledztwa Mariusz K. początkowo twierdził, że został pomówiony przez uczennicę. Później, przyznając się do winy, złożył wniosek o skazanie go bez procesu i wymierzenie mu kary 7 lat pozbawienia wolności. Prokurator się na to nie zgodził.
Żródło info i foto: RMF24.pl

33-letni Mariusz K. skazany

Policja szuka zboczeńca, który napada na kobiety na Wrzosowiaku. Tymczasem w sądzie skończyła się podobna sprawa. 33-letni Mariusz K. dostał maksymalną karę 15 lat więzienia za to, że w przerwie odsiadywania wcześniejszego, 12-letniego wyroku zmusił nastolatkę, by poszła do jego mieszkania, bił ją i wielokrotnie zgwałcił. Proces przed Sądem Rejonowym w Częstochowie właśnie się zakończył. Toczył się przy drzwiach zamkniętych. Niejawne jest też uzasadnienie wyroku. Adwokat skazanego zapowiedział apelację.

Jak wynikało z akt prokuratorskich, w 2004 r. Mariusz K. został skazany za liczne przestępstwa, w tym za gwałt, na 12 lat więzienia. Od czerwca 2013 r. korzystał z przerwy w odbywaniu kary. 5 września miał zgłosić się do zakładu karnego. Zamiast tego dzień później w południe na przystanku MPK na Rakowie podszedł do 18-letniej uczennicy i ramieniem mocno objął jej szyję. Powiedział, żeby nie próbowała krzyczeć i się wyrywać, bo użyje noża. Następnie zaciągnął nastolatkę do bloku, w którym wynajmował mieszkanie. Sparaliżowana strachem dziewczyna nie krzyczała, a żaden z mijanych przechodniów nie dostrzegł nic dziwnego w tym, że rosły wytatuowany mężczyzna trzyma młodą kobietę za szyję i wlecze za sobą.

Gdy już byli w mieszkaniu, Mariusz K. zamknął drzwi na klucz, zabrał dziewczynie telefon komórkowy i kazał się rozebrać. Gdy zaczęła protestować, uderzył ją w twarz. Na każdą prośbę o uwolnienie reagował coraz większą agresją, szarpał za włosy i coraz mocniej bił. Gdy nastolatka już nie miała siły się bronić, wielokrotnie ją zgwałcił. Na koniec przeszukał jej torebkę, wyjmując dokumenty i karty płatnicze. Potem je oddał, zatrzymał za to pierścionek wart 300 zł. Mariusz K. nie zamierzał ukrywać swej tożsamości, pokazał nawet ofierze swój dowód osobisty. Następnie pozwolił jej się ubrać i wyjść z mieszkania. Zapisał sobie w komórce numer telefonu 18-latki.

Gdy uczennica zgłosiła się na policję, miała pokiereszowaną twarz i szyję, a ucho rozdarte przez zerwany kolczyk. Wskazała mieszkanie, w którym była przetrzymywana. Tam policjanci znaleźli wiele śladów oraz jej pierścionek.

Mariusz K. został zatrzymany kilka dni później. Początkowo twierdził, że dziewczyna kłamie. Oświadczył, że od 5 września ukrywał się w wynajmowanym mieszkaniu, bo nie chciał wracać do więzienia, ale nikogo nie napadł. Dopiero w listopadzie podczas kolejnych przesłuchań przyznał się do winy. Jednocześnie złożył wniosek o ukaranie go bez przeprowadzania rozprawy; zaproponował siedem lat pozbawienia wolności. Prokurator, biorąc pod uwagę okoliczności tej sprawy, nie wyraził zgody. Po procesie sąd uznał, że dla recydywisty jedyną karą jest jej maksymalny wymiar – 15 lat więzienia.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

„Cypis” odpowie za przestępstwa sprzed 18 lat

40-letni obecnie Mariusz K., ps. Cypis, odpowie za zabójstwo i rozboje z bronią palną dokonane 18 lat temu. Mężczyzna został deportowany z Francji, grozi mu dożywocie. Poszukiwany listem gończym i na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania Mariusz K. odbywał we Francji wyrok za podwójne zabójstwo Polaków. Francuzi wyrazili zgodę na jego deportację do Polski, ale dopiero po odbyciu przez niego kary orzeczonej we Francji.

Po przetransportowaniu do Polski Mariusz K. usłyszał zarzut dokonania w marcu 1996 r. zabójstwa oraz szeregu rozbojów z użyciem broni palnej w Krakowie i powiecie krakowskim razem z innymi osobami, które zostały już prawomocnie skazane. W piątek Sąd Rejonowy dla Krakowa Podgórza zastosował wobec podejrzanego areszt tymczasowy na trzy miesiące. Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Krakowie.

Sprawa dotyczy szeregu brutalnych napadów z użyciem broni, do jakich doszło w Małopolsce w 1996 roku. Sprawcy napadli m.in. na bank w Liszkach, jeden z kantorów w Krakowie, stację CPN, urząd pocztowy w Radziszowie. Na swoim koncie mieli także włamanie i kradzież z domu mieszkalnego, rozbój na właścicielach domu w jednej z podkrakowskich miejscowości, a także rozbój na kobiecie samotnie wracającej do domu.

Za każdym razem sprawcy byli brutalni, używali broni palnej oraz gazu, rabując kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych. W toku prowadzonego w tej sprawie śledztwa policjanci zatrzymali trzech członków gangu. Na podstawie zgromadzonych dowodów wszyscy trzej stanęli przed sądem. Jedynie „Cypis” nie został wówczas zatrzymany. Oprócz napadów miał na swoim koncie także zabójstwo, do którego doszło w marcu 1996 roku w jednej z podkrakowskich miejscowości.

Prokuratura wydała za nim list gończy. Z informacji posiadanych przez śledczych wynikało, że poszukiwany mógł przebywać we Francji. W 2005 roku na wniosek prokuratury sąd wydał za nim Europejski Nakaz Aresztowania (ENA). W tym czasie Mariusz K. zabił we Francji dwóch Polaków. Francuzi wyrazili zgodę na jego deportację, ale dopiero po odbyciu przez niego kary we Francji. Podejrzanemu grozi kara dożywotniego więzienia.
Żródło info i foto: RMF24.pl