Taśmy Daniela Obajtka. Ciąg dalszy

Ty jesteś od grubszych tematów – mówi do Szymona, pracownika firmy TT Plast Daniel Obajtek. Według „Gazety Wyborczej” rozmowa została zarejestrowana w sierpniu 2009 roku, gdy obecny prezes Orlenu był wójtem Pcimia. Potwierdzać ma to obecność na materiałach Bernadetty Obajtek, która jeszcze do lipca 2009 roku pracowała w firmie Elektroplast. Według gazety Daniel Obajtek „z tylnego siedzenia” kierował spółką TT Plast. Ustawa o samorządach zabrania łączenia funkcji wójta oraz działalności biznesowej – przypomina „GW”.

Pierwsze nagrania z udziałem ówczesnego wójta Pcimia, a dzisiejszego prezesa Orlenu Daniela Obajtka „Gazeta Wyborcza” opublikowała w piątek. Są to nagrania rozmów telefonicznych z 2009 roku, podczas których rozmawia z mężczyzną, którego nazywa Szymonem. Mężczyzna ten pracuje dla spółki TT Plast działającej w branży elektroinstalacyjnej. TT Plast jest konkurencją dla Elektroplastu – firmy wujów Obajtka Romana i Józefa Lisów.

W jednej z nagranych rozmów Obajtek w wulgarnych słowach krytykuje Romana Lisa – współwłaściciela Elektroplastu, swojego wuja. „Sk*****yn. Ten ch*j pi******ny, brudna pała. W****ia mnie to, wiesz, ale co mam zrobić? Ten pie******y Elektroplast wiecznie, k***a, słyszę. (…) Stary buc, który na emeryturze powinien siedzieć po sześćdziesiątce. (…) Nie damy się, my go i tak weźmiemy. C***a trypla” – mówi.

„Daniel powiedział, żebym się kontaktowała z panem, jak Polskę dzielić”

W środę „Gazeta Wyborcza” opublikowała kolejne nagrania z udziałem osób związanych z firmą TT Plast. W pierwszej części materiału, zarejestrowanego 14 sierpnia 2009 roku, słychać rozmowę Szymona z Bernadettą Obajtek, pracownicą firmy TT Plast, prywatnie żoną kuzyna Daniela Obajtka. Obecnie jest ona członkiem zarządu TT Plastu. – Sławek będzie teraz nominowany na Bieruń i teraz mam pytanie, jak ja mam podzielić Polskę między tymi dwoma przedstawicielami? – pyta Bernadka, jak w dalszej części nagrania nazywa ją Szymon.

Szymon, wydaje się zaskoczony słowami kobiety, deklaruje, że „nic takiego nie słyszał”. – Nie? Mi tak Daniel powiedział, żebym się kontaktowała z panem, jak Polskę dzielić – mówi Bernadetta Obajtek.

Jak pisze „Wyborcza”, kilka godzin po rozmowie z Bernadką Szymon kontaktuje się z Danielem Obajtkiem, ówczesnym wójtem Pcimia. – Powiedz mi, Danielu, o dwie rzeczy chciałem się zapytać. Coś mi Bernadka mówiła, że Sławek idzie do Bierunia, nic nie wiem – mówi Szymon.

– A to nic, to akurat, przyjacielu, ciebie nie dotyczy, taka sytuacja, że się zastanawiamy z chłopakami. Ty jesteś od grubszych tematów, tych dwóch chłopaków i jeszcze ten mój przyjaciel, który nam pomaga, a w Bieruniu, no, k***a, tam, Szymek, musisz coś mieć, bo słuchaj, ty jesteś w porządku człowiek, ale sam wiesz, jak to wygląda jechać tam na dzień, na dwa, jak tu mamy, k***a, tyle tematów – mówi Obajtek

W odniesieniu do wymienianego wcześniej Sławka, Daniek Obajtek mówi: – A powiem ci jeszcze jedną rzecz, Szymek, tylko tyle, co dla ciebie. Wiesz co, k***a, mi się ten Sławek nie widzi, k***a. Nie lubię takich karierowiczów z deczka. Wiesz.

Obajtek: Jestem w firmie. Patrzę na tę rurę

W rozmowie, którą „Gazeta Wyborcza” datuje na 18 sierpnia 2009 roku, Daniel Obajtek rozmawia z Szymonem o sprawach przedsiębiorstwa. – Jestem w firmie. Patrzę na tę rurę, chcę ci powiedzieć, przyjacielu, że szukają ch**a do d**y. Powiem ci szczerze, że jedynie „37” była cieńsza, ale wizualnie, no rura jak rura, przyjacielu. Ja jeszcze kazałem ją 15 procent pogrubić teraz, i to jest szukanie do d**y – mówi Obajtek, wówczas będący wójtem Pcimia.

– No, to wiesz co, ja bym pojechał jutro do tego, k***a, gdzie była ta akcja, i po prostu autorytetem bym próbował to już jakoś ułagodzić – oznajmia Szymon. W odpowiedzi obecny prezes Orlenu mówi: – No to jedź. Wojtek ma jechać, to zadzwoń do niego, że ty pojedziesz, k***a.

Ustawa „zabrania łączenia posady wójta z działalnością w biznesie”

Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy, pytany o sprawę nagrań Daniela Obajtka, mówił w niedzielę w „Kawie na ławę” w TVN24, że „wcale nie ma pewności, że te nagrania pochodzą z okresu, kiedy pan prezes Daniel Obajtek był wójtem Pcimia”. – Dlaczego to jest tak istotne? Dlatego, że przed tym, zanim prezes Obajtek objął fotel wójta Pcimia, był współwłaścicielem tej spółki – mówił Spychalski. – Jeżeli to są nagrania, które pochodzą z okresu, kiedy pan prezes Obajtek był współwłaścicielem tej spółki, czyli generalnie mógł wydawać polecenia, mógł rozmawiać z pracownikami na tematy pracownicze, urlopowe, biznesowe, to rzeczywiście kapiszon – kontynuował Spychalski.

„Gazeta Wyborcza” zwraca jednak uwagę, że Bernadetta Obajtek, która w powyższych fragmentach nagrań wypowiada się jako pracownica TT Plast, do 17 lipca 2009 roku pracowała w firmie Elektroplast, a dopiero później przeniosła się do TT Plastu. Daniel Obajtek był wójtem Pcimia w latach 2006-2015.

Gazeta przypomina, że „Ustawa o pracownikach samorządowych zabrania łączenia posady wójta z działalnością w biznesie. Za zatajenie informacji o prowadzeniu działalności gospodarczej grozi nawet do ośmiu lat więzienia”.

Z „firmy w Stróżach” do państwowego koncernu

„Gazeta Wyborcza” odnotowuje również fakt, że w firmie Elektroplast, gdzie przed lipcem 2009 roku pracowała Bernadetta Obajtek, poznała ona swojego męża, kuzyna Daniela Obajtka, Grzegorza. „Grzegorz Obajtek w Elektroplaście został kierownikiem, zastępując na tym stanowisku Daniela Obajtka, gdy wygrał on wybory na wójta. Z firmy w Stróżach odszedł w 2009 r., a po 2015 r. odnalazł się w państwowej spółce Bioeko Tauron” – pisze „GW”.

„GW”: Obajtek skłamał przed sądem

W grudniu 2014 roku – po pięciu latach od zarejestrowania nagrań – przed sądem toczył się proces Romana i Józefa Lisów, współwłaścicieli Elektroplastu, którzy byli oskarżeni o wyłudzenie 200 tysięcy złotych unijnych dotacji.

Obajtek zeznawał w tej sprawie jako świadek. Pełnomocnik Elektroplastu pytał go między innymi o jego współpracę z firmą TT Plast. – Nigdy nie byłem cichym wspólnikiem spółki TT Plast. Wówczas, te 12 czy 15 lat temu, posiadałem udziały w tej spółce przez krótki okres. Gdy pełniłem już funkcję wójta, to nie pełniłem i nie mogłem pełnić żadnych funkcji w tej spółce – zapewnia Obajtek.

Przyznaje – pytany przez adwokata – że „zna Szymona średnio”. – Może z nim rozmawiałem, ale nie współpracowałem z nim. Szymon był zatrudniony w TT Plaście, ale nie wiem, w jakim okresie czasu, ani nie wiem, w jakim charakterze – odpowiada.

Prokuratura nie dopatrzyła się „znamion czynu zabronionego”

Niecałe dwa lata później, w 2016 roku – pisze „GW” – Roman Lis zawiadomił krakowską prokuraturę o podejrzeniu złożenia fałszywych zeznań przez Obajtka. Z informacji „Wyborczej” wynika, że „wuj obecnego prezesa Orlenu jako dowód dołączył dysk z nagraniami rozmów z Szymonem oraz ich pisemną transkrypcję”. Za składanie fałszywych zeznań grozi kara od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia.

Jednak prokuratura – podaje dziennik – „już po miesiącu zdecydowała, że nie będzie badać sprawy ze względu na brak znamion czynu zabronionego”. Obajtek był już wtedy szefem państwowej Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Biegły informatyk o autentyczności nagrań rozmów Roberta Lewandowskiego i Cezarego K.

Z opinii biegłego informatyka wynika, że nagrania rozmów między Cezarym K. a Robertem Lewandowskim nie zostały poddane żadnym modyfikacjom. Na podstawie tych nagrań Kucharskiemu przedstawiono zarzuty szantażowania „Lewego”.

Nagrania – kluczowy dowód w śledztwie

Prok. Marcin Saduś z Prokuratury Regionalnej w Warszawie poinformował, że prokuratura kilka dni temu uzyskała opinię biegłego z zakresu informatyki i teleinformatyki, który przeanalizował dane na zabezpieczonych od Lewandowskiego czterech telefonach komórkowych oraz laptopie, na który piłkarz skopiował pliki.

– Z ustaleń biegłego wynika, że nagrania rozmów, których oględzin dokonał prokurator na początkowym etapie śledztwa, są identyczne z materiałami zapisanymi w pamięciach przebadanych telefonów, czyli oryginalne nośniki, na których dokonano nagrań. Z opinii biegłego wynika jednoznacznie, że zarejestrowane utwory, a tym samym treści rozmów, nie zostały poddane jakimkolwiek modyfikacjom – podał prok. Saduś.

Nagrania rozmów między pokrzywdzonym a podejrzanym są kluczowym dowodem w śledztwie . Robert Lewandowski nagrał kilka rozmów z K., w których wypowiadane przez byłego menedżera piłkarza słowa brzmiały jak groźby zniszczenia wizerunku i żądanie pieniędzy.

Cytowany przez „Rzeczpospolitą” obrońca K. mecenas Oskar Sitek podważał autentyczność nagrań. Zdaniem Sitka „nagrania nie mają ani początku, ani końca i są znacznie krótsze niż sama rozmowa”. Obrona poddawała w wątpliwość także protokoły z oględzin nagrań dźwiękowych, których dokonał prokurator z asystentem.

Przesłuchanie Lewandowskiego

– Powyższe protokoły były już przedmiotem pierwszej oceny sądu, który 15 grudnia 2020 r., rozpoznając zażalenia obrońców na zastosowane środki zapobiegawcze, utrzymał najistotniejsze z nich, wskazując jednocześnie na duże prawdopodobieństwo popełnienia przez Cezarego K. zarzucanego mu czynu – podkreślił prok. Saduś.

15 grudnia sąd zmniejszył K. poręczenie majątkowe z 1 mln euro do 500 tys. zł. Były menedżer Lewandowskiego ma dalej zakaz kontaktowania się z piłkarzem i jego żoną Anną.

Jednocześnie rzecznik Prokuratury Regionalnej w Warszawie poinformował, że 16 lutego odbyło się kolejne przesłuchanie Roberta Lewandowskiego „na okoliczności, które nie są objęte zarzutem ogłoszonym Cezaremu K., ale mające z nim pośredni związek”.

– Z uwagi na zakres okoliczności, których dotyczyło przesłuchanie, oraz potrzebę zabezpieczenia prawidłowego toku dalszych czynności procesowych w śledztwie, przesłuchanie odbyło się bez udziału obrońców podejrzanego – podał prok. Saduś.

Zarzuty wobec Cezarego K.

Prokuratura zarzuca Cezaremu K., że „od września 2019 r. do września 2020 r. kilkukrotnie stosował wobec swojego byłego klienta groźbę bezprawną, polegającą na zapowiedzi rozpowszechnienia informacji dotyczących rzekomych nieprawidłowości w rozliczeniach podatkowych należącej do pokrzywdzonego spółki handlowej” – informował w październiku prok. Marcin Saduś.

Cezary K. miał grozić wszczęciem postępowania karnego i „rozgłaszaniem wiadomości uwłaczającej czci pokrzywdzonego oraz jego żony”.

K. miał zapowiedzieć Lewandowskiemu, że go „zniszczy”, jednocześnie obiecywał zachowanie wiadomości w tajemnicy, gdy „Lewy” zapłaci mu 20 mln euro, czyli równowartość 84,6 mln zł.

Były menedżer Lewandowskiego nie przyznaje się do zarzucanego mu czynu. W październiku 2020 r. składał przez kilka godzin wyjaśnienia, w których szczegółowo opisał współpracę z Lewandowskim, historię rozliczeń cywilnoprawnych pomiędzy nimi, które nie miały żadnego związku ze śledztwem. Postępowanie wszczęto po zawiadomieniu złożonym przez pełnomocnika piłkarza.

Na pytanie Lewandowskiego, za co K. chce „te pieniądze”, podejrzany miał odpowiedzieć, że „nie będzie do końca życia kryć oszustów podatkowych”. Prokuratura zamierza poddać szczegółowej analizie nośniki danych, które zabezpieczono podczas przeszukania domu Cezarego K. pod Konstancinem.

O czym napisał „Der Spiegel”?

– Chcemy ustalić, czy w szantażowaniu pokrzywdzonego uczestniczyły inne osoby, w tym przedstawiciele zagranicznych mediów – podał rzecznik prokuratury. Chodzi o publikację w niemieckim dzienniku „Der Spiegel”, która pojawiła się niedługo po tym jak „Lewy” odmówił zapłaty na rzecz K.

Gazeta podała, że Cezary K. skierował przeciwko Robertowi Lewandowskiemu pozew cywilny, domagając się zapłaty około 39 mln zł. Chodzi o udziały w rozwiązanej już spółce RL Management, którą założyli w 2014 r.

„K. wniósł do niej prawa do wizerunku zawodnika wycenione wówczas na 3,5 mln zł. Otrzymał w zamian 2 proc. udziałów firmy, pozostałe 98 proc. należy do Lewandowskiego” – wyjaśniali dziennikarze serwisu wirtualnemedia.pl.

Na łamach „Spiegla” znanemu piłkarzowi zarzucano m.in. antydatowanie umowy dotyczącej praw reklamowych, dzięki czemu miał uniknąć wielomilionowych podatków. Cezary K. zakończył współpracę z Robertem Lewandowskim w 2018 r.

– Publicznie mówię o tym pierwszy raz. (…) Momentem, kiedy on podpisał kontrakt z Bayernem Monachium, największy kontrakt w historii polskiego sportu, na 100 mln euro, zażądał ode mnie, żebym zapłacił mu dodatkowe pieniądze ze swojej prowizji. Ja powiedziałem, że nie, a on odpowiedział, że w takim razie kończymy współpracę; i tak się stało – mówił Cezary K. 12 czerwca 2020 r. w programie „Futbolownia” na YouTube.

Kariera Cezarego K.

Zanim pochodzący z Łukowa K. został menedżerem Roberta Lewandowskiego, sam miał na koncie sportowe osiągnięcia jako zawodnik m.in. Orląt Łuków, szwajcarskiego FC Aarau, hiszpańskiego Sportingu Gijon, greckiego Iraklisu Saloniki oraz Legii Warszawa, w której z przerwami grał do końca sportowej kariery w 2007 r. W latach 1996-2002 17-krotnie wystąpił w reprezentacji narodowej Polski.

Cezary K. został menedżerem piłkarskim, reprezentował m.in. Roberta Lewandowskiego, Jakuba Koseckiego, Michała Kucharczyka. W 2011 r. z list Platformy Obywatelskiej z okręgu lubelskiego dostał się do Sejmu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Liderka Strajku Kobiet z zarzutami

Prokuratura Okręgowa w Warszawie przedstawiła w środę Marcie L. zarzuty popełnienia przestępstwa znieważenia funkcjonariuszy Policji oraz publicznego pochwalania przestępstw – przekazała PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Aleksandra Skrzyniarz.

„Prokuratura Okręgowa w Warszawie przedstawiła dziś Marcie L. zarzuty popełnienia przestępstwa znieważenia funkcjonariuszy Policji poprzez wykonanie gestu splunięcia oraz kierowanie wobec nich słów wulgarnych, tj. czynu z art. 226 par. 1 Kodeksu karnego, a także sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób poprzez spowodowanie zagrożenia epidemiologicznego, tj. czynu z art. 165 par. 1 pkt 1 kk” – przekazała PAP prokurator Skrzyniarz. Prokurator dodała, że do zdarzeń objętych zarzutami doszło 28 listopada 2020 r. w Warszawie podczas jednej z manifestacji. O postawieniu zarzutów jako pierwszy napisał portal wPolityce.pl.

Odmowa składania wyjaśnień

Jak dowiedziała się PAP w prokuraturze, podejrzana Marta L. nie przyznała się do zarzutów i odmówiła składania wyjaśnień. Prokuratura zarzuca również Marcie L. popełnienie występku publicznego pochwalania podczas wywiadu przeprowadzonego na antenie radia ZET 26 października 2020 r. przestępstw polegających na niszczeniu fasad budynków oraz złośliwym przeszkadzaniu publicznemu wykonywaniu aktów religijnych w kościele katolickim, tj. o czyn z art. 255 par. 3 Kodeksu karnego.

„W toku postępowania zgromadzono obszerny materiał dowodowy w postaci między innymi oględzin nagrań z przebiegu manifestacji oraz zeznań pokrzywdzonych funkcjonariuszy Policji wskazujący na to, że podejrzana dopuściła się zarzucanych jej czynów. Marcie L. według polskiego prawa grozi kara do 8 lat pozbawienia wolności.

Sama liderka Strajku Kobiet wykpiła na Twitterze określanie jej mianem „Marty L.”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Dwie pary uprawiały seks na wieży widokowej koło Wolsztyna. Wszystko nagrały kamery, sprawę bada prokuratura

Miejskie kamery zamontowane na wieży widokowej w okolicach Wolsztyna (woj. wielkopolskie) zarejestrowały dwie pary, które uprawiały seks. Nagrania wyciekły do internetu. Sprawę bada już prokuratura, oświadczenie dotyczące incydentu wydał też burmistrz.

Prokuratura Rejonowa w Wolsztynie bada sprawę opublikowania w internecie nagrań, na których widać, jak dwie pary uprawiają seks na wieży widokowej w Świętnie koło Wolsztyna w województwie wielkopolskim – podaje RMF FM. Jak przekazał rzecznik prokuratury, zawiadomienie w tej sprawie wolsztyńscy śledczy otrzymali od burmistrza miasta, Wojciecha Lisa.

Należące do urzędu miasta kamery, na których zarejestrowano uniesienia par, na co dzień mają pilnować bezpieczeństwa i porządku na wieży widokowej. Burmistrz Wolsztyna wydał oświadczenie w tej sprawie.

„Z ubolewaniem potwierdzam fakt, iż do internetu wydostał się fragment zapisu z wewnętrznego monitoringu wizyjnego należącego do Urzędu Miejskiego w Wolsztynie. O powyższym fakcie poinformowałem organy ścigania. Dla dobra sprawy w chwili obecnej nie możemy udzielać żadnych innych informacji”

Zostały już wdrożone niezbędne procedury celem wyeliminowania podobnych incydentów w przyszłości” – napisał.

Jak podaje RMF FM, śledztwo prokuratury może być prowadzone pod kątem art. 191a. Kodeksu karnego, który dotyczy „utrwalania lub rozpowszechniania wizerunku nagiej osoby bez jej zgody”. Grozi za to kara od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia, ale wnioski o ściganie musiałyby złożyć osoby poszkodowane.

Z kolei za „dopuszczenie się nieobyczajnego wybryku w miejscu publicznym” grozi kara aresztu, grzywna do 1,5 tysiąca złotych lub nagana.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Prokuratura sprawdzi nagrane materiały ze stacji paliw, na których był Kamil Durczok

Po naszym wczorajszym artykule prokuratura skontroluje zapisy z kamer na wszystkich stacjach, które w czasie pijackiego rajdu mijał Kamil Durczok (51 l.). Wczoraj ujawniliśmy, że na jednej z nich kupił setkę wódki. Działo się to niedługo przed tym, jak znany dziennikarz spowodował kolizję pod Piotrkowem Trybunalskim mając 2,6 promila alkoholu.

Prokuratura w Piotrkowie Trybunalskim nie chce zdradzać kulis tej sprawy. Jej rzecznik, prokurator Witold Błaszczyk, nie skomentował nam doniesień o nagraniu z monitoringu. Ale nieoficjalnie, od osób które pracują przy śledztwie, dowiedzieliśmy się, że podjęto działania w celu zabezpieczenia wszystkich monitoringów ze stacji z alkoholem na trasie, która pędził pijany Durczok. Przypomnijmy, że dziennikarz na podwójnym gazie jechał od brata z Władysławowa do Katowic. Po przejechaniu ok 400 km doprowadził do kolizji. Razem z nim była 20-latka, którą poznał niedawno pod Krakowem.

Wczoraj byliśmy na tej stacji. – Nie możemy nic powiedzieć – usłyszeliśmy jedynie od pracowników. Jednak starannie przyjrzeliśmy się temu miejscu. Jest tam zamontowanych wiele kamer. Ich zapis może okazać się kluczowy dla prokuratury. Kamery są skierowane na kasy, ale też na miejsca parkingowe obok budynku.

Około 30 min po wyjeździe ze stacji Durczok wjechał w pachołki na remontowanym odcinku autostrady A1. Został przebadany alkomatem. Wynik był szokujący, bo wskazał aż 2,6 promila! Dziennikarz tłumaczył śledczym, że rano wypił prawie dwa piwa i czuł się dobrze.

Prokuratura postawiła mu dwa zarzuty: jazdy pod wpływem alkoholu i możliwości spowodowania katastrofy lądowej. Grozi za to aż 12 lat więzienia. Ale ostatni zarzut może się nie utrzymać, wszak Durczok „tylko” pijany doprowadził do niegroźnej kolizji, a za to grozi „zaledwie” 3 lata za kratkami. Sąd uznał, że dziennikarz nie musi być aresztowany na czas wyjaśnienia sprawy. Prokuratura odwołała się od tej decyzji.

Prokurator Witold Błaszczyk, rzecznik prokuratury w Piotrkowie Trybunalskim, powiedział nam, że jeśli okaże się, że Durczok spożywał alkohol w czasie jazdy, to może mieć to wpływ na wymiar kary. Dodaje też, że nie ma żadnych informacji na temat tego, żeby w samochodzie dziennikarza znaleziono puste butelki po alkoholu.
Źródło info i foto: se.pl

Prokuratura szuka oryginałów „taśm Marcina Dubienieckiego”

Po ujawnieniu przez Gazeta.pl „taśm Dubienieckiego” rzecznik dyscypliny postawił zarzuty prokuratorowi Markowi Sosnowskiemu. Ten ostatni mówił na nagraniu, że nie odda paszportu byłemu zięciowi Lecha Kaczyńskiego, bo „nie chce zepsuć sobie kariery”. Teraz śledczy żądają od Marcina Dubienieckiego i jego obrońcy oryginalnych nagrań.

W styczniu 2018 r. Gazeta.pl ujawniła „taśmy Dubienieckiego”. Pochodzą one z jednego z najgłośniejszych śledztw ostatnich paru lat. Prokuratura Regionalna w Krakowie stawia zarzut, że Dubieniecki wraz z Wiktorem D. byli „mózgami” grupy, która wyłudziła z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych 14,5 mln zł. Dubienieckiemu grozi do 10 lat więzienia. Oskarżony od początku nie przyznaje się do winy.

Jak wynika z nagrania, Dubieniecki i jego pełnomocnik Łukasz Rumszek starali się wymóc na prokuraturze Marku Sosnowskim zdjęcie z Dubienieckiego zakazu wyjeżdżania z kraju. Na taśmie Sosnowski mówi, że w jego ocenie nie ma powodu, by dalej utrzymywać zakaz, ale ponieważ śledczy „nie chce zepsuć sobie kariery”, to „nie wychyli się” i nie będzie dążył do zmiany obowiązującej wówczas decyzji.

Po ujawnieniu nagrania Zastępca Rzecznika Dyscyplinarnego Prokuratora Generalnego dla wrocławskiego okręgu regionalnego wszczęła i wciąż prowadzi postępowanie dyscyplinarne, w którym Marek Sosnowski usłyszał zarzuty dyscyplinarne. Prokurator został też odsunięty od prowadzenia śledztwa.

– Prokuratorowi Prokuratury Regionalnej w Krakowie zarzucono popełnienie czynu z art. 137 § 1 ustawy o prokuraturze – informuje nas prokuratura. Ale śledczy nie chcą zdradzać szczegółów. – Z uwagi na pozostawanie postępowania dyscyplinarnego „w toku” (ma ono charakter niejawny) (…) zastępca rzecznika dyscyplinarnego nie udziela na tym etapie informacji o przebiegu postępowania dowodowego – tj. podejmowanych i planowanych czynnościach oraz ich wynikach – czytamy w odpowiedzi prokuratury. Postępowanie dyscyplinarne nie zostało jeszcze zakończone, więc rzecznik dyscypliny nie złożył jeszcze wniosku o ukaranie do sądu dyscyplinarnego.

To, czego nie mają śledczy, to oryginały nagrań. 8 kwietnia br. rzecznik dyscypliny zażądał więc od Dubienieckiego i jego obrońcy mec. Łukasza Rumszka wydania taśm.Pisma dotarły do nich 23 kwietnia, a następnie złożyli oni zażalenia na postanowienie prokuratur.

W zażaleniu czytamy, że – wedle Dubieneckiego i Rumszka – śledczy dopuszczają się naruszenia przepisów poprzez żądanie złamania tajemnicy obrończej. A sam obrońca drwił ze śledczych, że chcą oni od dwóch różnych osób wydania jednej rzeczy, jakby zakładali ich bilokację.

– Ta sytuacja komentuje się sama. Prokuratorzy w Krakowie nie zgadzają się z opublikowanymi przez media wypowiedziami prokuratora Marka Sosnowskiego oraz jego poglądami w mojej sprawie, czego skutkiem jest wszczęcie postępowania dyscyplinarnego przeciwko niemu i odsunięcie go od sprawy. To smutne, że w szczerości i prawdomówności prokuratora widzi się powód do odpowiedzialności dyscyplinarnej – mówi Marcin Dubieniecki.

Z kolei jego obrońca we wcześniejszej korespondencji z rzecznikiem dyscypliny ironizował, że w toku śledztwa „miał okazję obserwować stanowczość i najwyższy zawodowy profesjonalizm [prok. Sosnowskiego]. Z tym większym zaskoczeniem i zdumieniem przyjmuję, zawarte w piśmie pani prokurator [rzeczniczki dyscypliny – red.] informacje o postawieniu zarzutów dyscyplinarnych panu prokuratorowi Markowi Sosnowskiemu”.

Dubieniecki jest znanym trójmiejskim i warszawskim adwokatem, a prywatnie byłym zięciem Lecha i Marii Kaczyńskich. Został zatrzymany 23 sierpnia 2015 r. i spędził w areszcie 14 miesięcy. Postawiono mu zarzuty kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzenia i prania brudnych pieniędzy. To jedna z najgłośniejszych spraw ostatnich lat. Wstrząsnęła końcówką kampanii parlamentarnej 2015 r. 29 grudnia, czyli ostatniego roboczego dnia minionego roku, wysłano do sądu akt oskarżenia przeciwko Dubienieckiemu i ośmiu innym osobom.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Tygodnik „Sieci” ujawnia nagrania dotyczące sprawy Amber Gold

W nowym numerze tygodnika „Sieci” o tym, jak Marcin i Katarzyna P. okłamywali nawet najbliższych.

Marcin i Katarzyna P. nie mieli skrupułów. Nie mówili prawdy ani pracownikom Amber Gold, ani współpracownikom, ani nawet najbliższej rodzinie. Przesłuchaliśmy dziesiątki nagrań, które ABW uznała za tak mało istotne, że nie sporządziła z nich stenogramów. Tygodnik „Sieci” publikuje zapisy tych wstrząsających rozmów.

Dopiero z tego materiału wyłania się obraz bezwzględnych kłamców, którzy nawet w obliczu walącej się piramidy finansowej myśleli tylko o tym, jak jeszcze wyciągnąć pieniądze od nieświadomych niczego klientów. Skąd taka desperacja małżeństwa P., które mając świadomość zbliżającego się końca przekrętu, tak parło do kolejnych oszustw? Z podsłuchanych rozmów wynika, że Marcin i Katarzyna liczyli się z poważnymi kłopotami… – piszą w najnowszym tygodniku „Sieci” Marek Pyza i Marcin Wikło.

Dziennikarze tygodnika „Sieci” ujawniają obszerne fragmenty rozmów, szczególnie tych zignorowanych przez ABW i przypominają, że Agencja od początku działała w sprawie Amber Gold fatalnie:

– Mimo że (24 maja 2012 roku) szef ABW pisze jasno, iż mamy do czynienia z piramidą finansową, że nie ma żadnego złota w skrytkach Amber Gold i wreszcie, że zagrożone są oszczędności tysięcy Polaków, nie wykonano podstawowej czynności, jaką jest założenie podsłuchu Marcinowi i Katarzynie P. – twórcom przekrętu, z którego przez kolejne miesiące mogli bezkarnie wyprowadzać miliony złotych. Gdy w końcu (ponad dwa miesiące później), po upadku linii OLT Express, podsłuch założono, okazało się, że ABW nie była zainteresowana zdecydowaną większością zgromadzonego materiału dowodowego – przypominają autorzy tekstu.

Marcin i Katarzyna P. do końca kłamią. Nie mówią prawdy spanikowanym pracownikom sieci Amber Gold, bliskim współpracownikom, a nawet rodzeństwu i rodzicom. Kilka dni przed upadkiem Amber Gold, gdy jest jasne, że nikt z klientów nie odzyska pieniędzy, bo przedsięwzięcie jest wyrafinowanym przekrętem, Kasia pewnym i bezczelnym głosem wciska swojej teściowej Barbarze Stefańskiej kompletną nieprawdę.

Barbara Stefańska: Ja słyszałam po głosie Marcina, jak się w piątek wypowiadał niby telefonicznie. To już te pierwsze jego słowa jak usłyszałam, to tak jakbym go słyszała wtedy, jak to się działo… (chodzi o poprzednie wyroki Marcina P. za oszustwa finansowe – przyp. red.) Potem się uspokoił.

Katarzyna P.: Pani Basiu, to jest jakby zupełnie inna sytuacja. Tutaj nic złego się nie wydarzyło i nic złego nie zrobiliśmy, tylko ktoś teraz na siłę chce nam wmówić, że coś zrobiliśmy. Ja już nie wiem…

BS: Daj Boże… Jeszcze Magda (siostra Marcina – przyp.red.) mówi, Kaśka by Marcinowi łeb urwała, gdyby wiedziała, że robi szwindle, nie?

KP: Absolutnie, to jest w ogóle wykluczone. Absolutnie! To jest dawno i nieprawda. Już minęły te czasy…

Więcej na temat ustaleń dziennikarzy „Sieci” oraz obszerne fragmenty podsłuchanych przez ABW rozmów i komentarz do zapisów rozmów głównych bohaterów afery Amber Gold już w poniedziałek, 16 października od godz. 10.00 w telewizji www.wPolsce.pl .

W nowym numerze tygodnika „Sieci” publikujemy także tekst Wojciecha Biedronia, w którym dziennikarz ukazuje kulisy funkcjonowania Ministerstwa Sprawiedliwości i wyjaśnia, gdzie można doszukiwać się przyczyn nieporozumień między resortem a Kancelarią Prezydenta.

Zbigniew Ziobro może się nie podobać, ale czy to komuś odpowiada, czy nie, jest dziś najbardziej widocznym „ frontowcem” obozu Zjednoczonej Prawicy – pisze w najnowszym artykule w tygodniku „Sieci” Wojciech Biedroń.

Autor przekonuje, że praca ministra i sztabu fachowców pozwoliła mu nie tylko odzyskać zaufanie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ale przyczyniła się do wysokiej oceny, jaką ma wobec jego działań szef PiS. Biedroń przytacza ostatnie wypowiedzi Kaczyńskiego, w których nie brakuje komplementów pod adresem Zbigniewa Ziobry.

Tygodnik publikuje także wywiad z Jackiem Saryuszem-Wolskim, z którym rozmawia Piotr Skwieciński.

– Polska będzie dalej grillowana, bo tak naprawdę grillującym idzie o to, żeby ją osłabić, po to, by nasz kraj był mniej skuteczny w zabieganiu o własne interesy – mówi poseł do Parlamentu Europejskiego. Eurodeputowany wyjaśnia, dlaczego Polska jest źle traktowana przez unijne władze, ale zauważa też, że ta nagonka słabnie. Saryusz-Wolski dostrzega zmęczenie tematem głównych aktorów i nieskuteczność podejmowanych przez nich działań.

– Osłabną emocje. Widać to zresztą po tym, że już teraz na wysłuchania i debaty prowadzone w ramach tej kampanii przychodzi jedynie garstka zainteresowanych. Ale „wojna” się nie skończy, choć prowadzący ją dobrze wiedzą, że nie przyniesie rezultatu, bo przecież sankcji wobec Polski ostatecznie uchwalić się nie da. Bo tu wcale nie chodzi oto, żeby króliczka złapać, tylko żeby go gonić. Żeby Polskę grillować, bo to grillowanego osłabia oraz, według błędnego mniemania, pomaga opozycji. Jesteśmy w wielu sprawach trudnym i wymagającym partnerem, artykułujemy wyraźniej swoje interesy. Bycie pod ostrzałem, krytyka przeszkadzają w walce o nie, trudniej nam zdobyć sojuszników, zmniejsza się nasza soft power. No a poza tym wojowanie z Polską w różnych krajach dobrze się sprzedaje w konfliktach wewnętrznych, czego przykładem jest Francja i kampania Macrona – czytamy.

W najnowszym numerze tygodnika polecamy również tekst Stanisława Janeckiego, który opisuje zastanawiające zachowanie Donalda Tuska sprawiającego ostatnio wrażenie nieobecnego.

– Donald Tusk na upiory przeszłości oraz kryzysy w Unii Europejskiej, z którymi sobie nie radzi, reaguje milczeniem, hibernacją lub ucieczką – pisze w najnowszym numerze tygodnika „Sieci” Janecki .

Dziennikarz, który od lat świetnie orientuje się w układach panujących w sferze polskiej polityki, celnie rozszyfrowuje ostatnie zachowanie byłego premiera.

– Tusk milczy, gdyż ma się czego obawiać. Obecny przewodniczący Rady Europejskiej milczy także z tego powodu, ale nie tylko dlatego zdarzają mu się długie okresy hibernacji, szczególnie po wyborze na drugą kadencję w Brukseli – czytamy.

W nowym numerze tygodnika „Sieci” polecamy również rozmowę z księdzem Ireneuszem Skubisiem, infułatem Archidiecezji Częstochowskiej, wiceprzewodniczącym Komisji Episkopatu ds. Kultury i Środków Społecznego Przekazu, honorowym redaktorem naczelnym tygodnika „Niedziela”, który mówi m. in. o problemach z „duchową jednością” współczesnej Europy.

– Wspominając genezę Unii, pamiętamy, że po II wojnie światowej znaleźli się w Europie ludzie, wielcy katolicy i chrześcijanie, którzy patrząc na gruzy swojego świata, postanowili zrobić coś dla pokoju. Dla przywrócenia ładu, który został zakłócony przez dwie wielkie wojny światowe. Do tych ludzi należeli Konrad Adenauer, Alcide de Gasperi i Robert Schuman. Nie ma przypadku tym, że ci dwaj ostatni są dziś kandydatami do wyniesienia na ołtarze. Byli to ludzie głębokiej wiary i wielkiego ducha chrześcijańskiego. Tak powstawała Europa, która miała się jednoczyć wokół Chrystusa, która dziś zwana jest Unią Europejską. Bazą dla tego zjednoczenia miało być chrześcijaństwo, miały być wiara i Dekalog. W tym duchu działał także generał de Gaulle – wspomina ksiądz Skubiś i odnosi się do tego, jak daleko jest współczesna Unia Europejska odeszła od założeń jej twórców.

Ponadto w tygodniku przeczytać można komentarze bieżących wydarzeń pióra Andrzeja Zybertowicza, Jerzego Jachowicza, Roberta Mazurka, Witolda Gadowskiego, Piotra Skwiecińskiego, Krystyny Grzybowskiej, Andrzeja Rafała Potockiego, Krzysztofa Feusette, Marty Kaczyńskiej czy Bronisława Wildsteina.
Źródło info i foto: wsieciprawdy.pl

Nieoficjalnie: Policjanci z zarzutami ws. śmierci Igora Stachowiaka

Wszyscy odpowiedzą za przekroczenie uprawnień, a jeden dodatkowo za znęcanie się nad osobą pozbawioną wolności – wynika z naszych nieoficjalnych informacji. Byli już czterej policjanci, którzy interweniowali w sprawie Igora Stachowiaka, jeszcze dziś usłyszą zarzuty.

25-letni Igor Stachowiak został zatrzymany 15 maja 2016 roku na wrocławskim Rynku. Zakuty w kajdanki, rażony był paralizatorem i przyduszany w policyjnej toalecie. Mężczyzna zmarł w komisariacie. Reporter „Faktów” TVN Wojciech Bojanowski dotarł do nagrań i informacji pokazujących, jak wyglądała policyjna interwencja.

Znęcanie i przekroczenie uprawień

Jak podał nieoficjalnie na antenie reporter TVN24 Łukasz Wójcik, policjant, który miał w rękach paralizator, usłyszy też zarzut znęcania się nad osobą pozbawioną wolności. Zarzuty dotyczące przekroczenia uprawnień mają usłyszeć wszyscy czterej, byli już, funkcjonariusze, którzy byli w toalecie z Igorem Stachowiakiem – informował wcześniej, powołując się na prawnika jednego z podejrzewanych, Wojciech Bojanowski, reporter „Faktów” TVN.

Zbigniew Piątkowski, mecenas Łukasza R., policjanta, który posługiwał się paralizatorem, potwierdził Bojanowskiemu, że jego klient stawił się dziś w prokuraturze w charakterze podejrzanego. Według niego policjanci mają odpowiedzieć za przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego. Śledztwo w sprawie śmierci mężczyzny prowadzi Prokuratura Okręgowa w Poznaniu. Jeszcze dziś ma zostać wydany oficjalny komunikat w tej sprawie.

Opinia korzystna dla funkcjonariuszy

To łagodniejsze zarzuty, niż można było przypuszczać. Na korzyść byłych policjantów wpływa bowiem opinia biegłych z Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Według nich działania policjantów nie przyczyniły do śmierci 25-letniego Igora Stachowiaka. Pierwsza z opinii biegłych, powstała na podstawie badania odzieży 25-latka, potwierdza, że oprócz paralizatora, policjanci użyli też wobec niego miotacza gazu pieprzowego. Funkcjonariusze nie poinformowali o tym fakcie w notatkach służbowych sporządzonych po śmierci Igora Stachowiaka.

Druga opinia biegłych, sporządzona w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, miała wykazać, czy policjanci przyczynili się do śmierci Igora Stachowiaka. Biegli wskazują, że śmierci mężczyzny nie można powiązać bezpośrednio z interwencją funkcjonariuszy i powołują się na zjawisko tak zwanego excited delirium, czyli psychozę występującą na skutek przyjęcia silnych środków stymulujących. Excited delirium miałoby ich zdaniem wiązać się ze zgonem 25-latka.

Śledztwo dobiega końca?

Według nieoficjalnych informacji prawdopodobnie w tym tygodniu zakończy się śledztwo w sprawie okoliczności śmierci Igora Stachowiaka.

– Opinie uzupełniające dotarły. Świadkowie zostali przesłuchani. Pani prokurator będzie przystępowała do tego, żeby ten materiał dowodowy przeanalizować i uporządkować pod kątem ewentualnego przedstawienia zarzutów – wyjaśniała w poniedziałek Magdalena Mazur z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Ruszyło śledztwo ws. treści nagrań z „Sowy i Przyjaciele”

Wszczęto śledztwo w sprawie treści upublicznionych w czerwcu nagrań z nielegalnych podsłuchów w restauracji „Sowa i Przyjaciele”; postępowanie dotyczy tzw. przestępstwa płatnej protekcji – poinformowała PAP Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga.

Śledztwo prowadzone jest w sprawie powoływania się w nieustalonym okresie, nie później niż w marcu 2014 r. w Warszawie, na wpływy w jednej z instytucji państwowych celem podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu sprawy o odszkodowanie za wywłaszczenie nieruchomości o znacznej wartości w zamian za korzyść majątkową lub osobistą, albo jej obietnicę – powiedział rzecznik prasowy praskiej prokuratury okręgowej prok. Marcin Saduś.

Dodał, że podstawą do wszczęcia śledztwa była treść ujawnionych rozmów oraz materiały zgromadzone w postępowaniu sprawdzającym. W naszej ocenie, pozwoliły one na przyjęcie, że zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, niemniej jednak dopiero pozyskanie dalszych dowodów pozwoli na rozstrzygnięcie, czy zaistniało takie przestępstwo – zaznaczył.

Pozyskiwanie tych dowodów będzie wymagało przeprowadzenia czynności procesowych, z których konieczne jest spisanie protokołów, zaś aby spisać protokoły, konieczna jest forma śledztwa albo dochodzenia – wyjaśnił prok. Saduś.

Sprawę do praskiej prokuratury okręgowej przekazała w drugiej połowie czerwca Prokuratura Regionalna w Warszawie. Śledztwo wszczęto w czwartek; pierwsze poinformowało o tym Radio Zet.

Zgodnie z Kodeksem karnym, „kto, powołując się na wpływy w instytucji państwowej, samorządowej, organizacji międzynarodowej albo krajowej lub w zagranicznej jednostce organizacyjnej dysponującej środkami publicznymi albo wywołując przekonanie innej osoby lub utwierdzając ją w przekonaniu o istnieniu takich wpływów, podejmuje się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”.

W pierwszej połowie czerwca TVP Info opublikowała nagrania z podsłuchów w restauracji „Sowa i Przyjaciele”. W spotkaniu – jak podała telewizja – mieli uczestniczyć m.in. były rzecznik rządu Paweł Graś, były minister Skarbu Państwa Włodzimierz Karpiński, były szef BOR gen. Marian Janicki i ks. Kazimierz Sowa. Z nagrania wynikało, że rozmowa miała dotyczyć m.in. obsadzania stanowisk w spółce energetycznej Tauron oraz kwestii odszkodowania dla jednej z krakowskich parafii.

O restauracji „Sowa i Przyjaciele” stało się głośno w związku ze sprawą nagrywania od lipca 2013 r. do czerwca 2014 r. osób z kręgów polityki, biznesu oraz funkcjonariuszy publicznych. Nagrano m.in. ówczesnych szefów: MSW Bartłomieja Sienkiewicza, MSZ Radosława Sikorskiego, resortu infrastruktury Elżbietę Bieńkowską, prezesa NBP Marka Belkę, szefa CBA Pawła Wojtunika. W sumie, podczas 66 nielegalnie nagranych spotkań, utrwalono rozmowy ponad 100 osób; prokuraturze udało się ustalić tożsamość 97.

Ujawnione w mediach nagrania wywołały w 2014 r. kryzys w rządzie Donalda Tuska. We wrześniu 2015 r. do sądu trafił akt oskarżenia ws. trzech osób: biznesmena Marka F. dwóch kelnerów Konrada L. i Łukasza N. oraz współpracownika F. Krzysztofa R. W grudniu 2016 r. F. został skazany nieprawomocnie na 2,5 roku więzienia bez zawieszenia, kelner Konrad L. i Krzysztof R. na 10 miesięcy w zawieszeniu i grzywny. Sąd odstąpił od ukarania drugiego z kelnerów, który pomagał śledczym. N. zeznawał, że to Marek F. za pieniądze zlecał nagrywanie rozmów.

Samo ściganie podsłuchów, zgodnie z Kodeksem karnym, odbywa się nie z urzędu, lecz na wniosek ewentualnych poszkodowanych. Jak poinformował prok. Saduś, przez prokuraturę „są rozpoznawane czyny polegające na nielegalnym nagrywaniu, które nie były objęte aktem oskarżenia przeciw Markowi F.”, a zostały ujawnione później.

Jedna z osób pokrzywdzonych nagraniami ujawnionymi w czerwcu 2017 r. w TVP Info złożyła wniosek o ściganie i ma status osoby pokrzywdzonej w odrębnym postępowaniu prowadzonym w sprawie nieuprawnionego nagrywania – poinformował prokurator. Dodał, że tamtym śledztwie Marek F. ma przedstawione zarzuty.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

22-letni Norweg zgwałcił 75 dzieci. Został skazany na 8,5 roku więzienia

22-letni Norweg z Tromsø, któremu udowodniono molestowanie seksualne 75 nieletnich, został w poniedziałek skazany przez sąd w Nord-Troms na 8,5 roku więzienia. Norweg korzystał z fikcyjnego konta na Facebooku, gdzie podszywał się pod 15-latkę i namawiał młodych chłopców do przesyłania mu swoich zdjęć i nagrań, a później zmuszał do seksu.

Pedofil wykorzystywał fizycznie dzieci poniżej 16, a nawet 14 roku życia. W latach 2013-2016 namawiał nastolatki poznane w internecie, by przesyłały mu swoje zdjęcia i nagrania.

Szantażował i zmuszał do współżycia

Część z nich, poprzez manipulację i szantaż, zmuszał później do współżycia. Wśród wykorzystanych przez skazanego 75 dzieci znalazło się także 7 dziewczynek. Sędzia Inger Bonnie Fjerde oznajmiła, że wyrok w sprawie jest jednogłośny. 8,5 roku więzienia to wyrok zgodny z propozycją kary zgłoszoną przez prokuratora. W ramach rekompensaty 22-latek będzie musiał ponadto zapłacić swoim ofiarom w sumie 2,7 miliona koron.

Nie wyraził żadnej skruchy

Sędzia podkreślała wielokrotnie, że skazany 22-latek nie wyraził żadnej skruchy ani empatii w związku z wykorzystywaniem swoich ofiar.

Policja przed procesem przeanalizowała ponad 200 tys. logowań mężczyzny w mediach społecznościowych, a także 16,6 tys. zdjęć i 2,7 tys. filmików przedstawiających dziecięcą pornografię. W postępowaniu karnym jako dowody wykorzystano 42 nagrania i 49 fotografii.
Źródło info i foto: polsatnews.pl