Zaginiony 40-latek nie żyje

Policja, rodzina i znajomi poszukują 40-letniego Macieja Osińskiego. Mężczyzna bawił się w sobotę na weselu w Otrębusach (woj. mazowieckie), ale w pewnym momencie opuścił imprezę i udał się w nieznanym kierunku. Od kilku dni nie nawiązał z nikim kontaktu. Aktualizacja: Mężczyzna nie żyje, znaleziono jego ciało.

Maciej Osiński zaginął w ostatnią sobotę, gdy niespodziewanie opuścił imprezę weselną w Otrębusach w powiecie pruszkowskim (woj. mazowieckie). Informację o jego zaginięciu opublikował profil „Zaginieni przed laty” na Facebooku. 

Aktualizacja: Niestety, policja znalazła ciało mężczyzny. Znajdowało się w odległości kilometra od miejsca, w którym był widziany po raz ostatni – informuje Fakt.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Śmierć 34-latka w Lubinie. Jest wniosek o przeniesienie śledztwa

Rodzina tragicznie zmarłego podczas interwencji policji domagała się przeniesienia śledztwa prokuratury poza Lubin. Taki wniosek złożył też prokurator okręgowy w Legnicy, „celem ewentualnego uniknięcia zarzutów, co do bezstronności prokuratorów w tej sprawie”. Śledztwo dotyczy niedopełnienia obowiązków służbowych przez policjantów oraz ewentualnego przekroczenia przez nich uprawnień. Sprawdzone zostanie także działanie podjęte przez służby medyczne.

Przypomnijmy, do śmierci 34-letniego Bartka doszło w piątek nad ranem po interwencji policji przy ul. Traugutta w Lubinie. Funkcjonariusze zostali wezwani do mężczyzny przez jego matkę. Kobieta informowała, że jej syn nadużywa narkotyków. Wcześniej Bartek rzucał kamyczkami w okna budynku, gdzie mieszkał z babcią. Chciał zbudzić bliskich, by dostać się do środka.

Nagranie z interwencji trafiło do sieci. Widać na nim, jak trzech policjantów obezwładnia i przyciska mężczyznę do ziemi. Ten wyrywa się i krzyczy. Wzywa pomocy. Później Bartek traci przytomność, bo jeden z policjantów próbuje go ocucić, klepiąc go po twarzy.

– Bartka trzy razy dusili kolanem. On charczał. Cucili go i znowu dusili kolanem – mówi w rozmowie z Onetem Bogdan Sokołowski, ojciec zmarłego 34-latka.

Całe zajście mama Bartka zarejestrowała telefonem. Z jej relacji wynika, że po interwencji policjanci przyszli do jej mieszkania, by zabrać telefon. – Przyszło w sumie pięciu funkcjonariuszy. Chcieli robić przeszukanie, doszło do przepychanek, żeby odebrać ten telefon – mówi mec. Kolerska. Wcześniej rodzina zdążyła przegrać film z telefonu.

Ratownik przeczy wersji policji
Z pisma Prokuratury Rejonowej w Lubinie, opublikowanego na Twitterze przez posła KO Piotra Borysa, wynika, że według ratownika medycznego zgon 34-latka stwierdzono w miejscu zatrzymania go przez policję, czyli przy ul. Traugutta.

Według policji mężczyzna zmarł po około dwóch godzinach od przewiezienia do szpitala. Na wczorajszym briefingu prasowym Wojciech Jabłoński z dolnośląskiej policji zapewniał, że w chwili gdy funkcjonariusze przekazywali 34-latka załodze karetki, u mężczyzny wyczuwalny był oddech i tętno.

– Prosiłem dziś rzecznika, żeby sprostował to, co wczoraj powiedział i przeprosił. Jestem już zmęczony tymi kłamstwami. Wychodzi policjant na konferencję i publicznie opowiada bzdury. Mówi, że syn miał tętno, a to już były zwłoki – mówił ojciec zmarłego 34-latka.

Śledztwo prokuratury

Wczoraj też prokurator rejonowa w Lubinie Magdalena Serafin poinformowała, że prokuratura wszczęła śledztwo pod kątem przekroczenia uprawnień przez policjantów i nieumyślnego spowodowania śmierci 34-latka. Jak dodała Serafin, prokuratorzy przesłuchali funkcjonariuszy, którzy brali udział w interwencji, zabezpieczyli monitoringi oraz nagrania m.in. z komendy, SOR-u, oraz te wykonane przez świadków zdarzenia.

Policjanci, którzy interweniowali wobec Bartka, nie zostali zawieszeni. Nadal pełnią swoje obowiązki. – Nie ma podstaw do ich zawieszenia. Nikomu nie postawiono zarzutów – mówił Onetowi Wojciech Jabłoński z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
Źródło info i foto: onet.pl

Holandia: Nie żyje postrzelony dziennikarz Peter R. de Vries

Nie żyje holenderski dziennikarz śledczy Peter R. de Vries – poinformowała agencja AFP. 6 lipca 64-latek został postrzelony w Amsterdamie, tuż po wyjściu ze studia telewizyjnego.

„Peter walczył do końca, ale przegrał tę bitwę. Zmarł otoczony ludźmi, którzy go kochali” – powiedziała rodzina dziennikarza w oświadczeniu dla telewizji RTL.

We wtorek 6 lipca Peter R. de Vries występował w telewizji RTL Boulevard. Kiedy opuścił studio, oddano w jego kierunku pięć strzałów z bliskiej odległości – relacjonowało BBC. Dziennikarz śledczy z raną głowy trafił do szpitala. Jego stan określano jako ciężki. Burmistrzyni Amsterdamu Femke Halsema powiedziała, że de Vries „walczy o życie” i potępiła zdarzenie, nazywając je „okrutnym atakiem bez serca”. – Peter R. de Vries jest dla nas wszystkich bohaterem narodowym, niezwykle odważnym dziennikarzem, niestrudzenie poszukującym sprawiedliwości – podkreśliła.

Okazało się później, że wśród aresztowanych po ataku na dziennikarza jest 35-letni Kamil E. Portal dutchnews.nl informował, że Polak miał być kierowcą. Oddać strzały do dziennikarza miał natomiast pochodzący z Antyli Holenderskich 21-letni Delano G.

Portal tvn24.pl informował, że Kamil E. był poszukiwany przez polskie służby listem gończym za kradzieże i rozboje. Miał odsiedzieć w Polsce wyrok. Obaj mężczyźni zostali zatrzymani na autostradzie w Leidschendam jeszcze tego samego dnia.

Na razie nie wiadomo, jaki motyw miał sprawca. W przeszłości policja chroniła de Vriesa, ponieważ ten otrzymywał groźby. Dziennikarz zajmował się m.in. sprawami porwania magnata browarnictwa Freddy’ego Heinekena czy zniknięcia nastolatki Natalee Holloway.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Śmierć profesora Tadeusza Łapińskiego. „Kluczowe wyniki sekcji zwłok”

Profesor Tadeusz Łapiński nie żyje. Ciało lekarza i jego żony znaleziono na prywatnej działce we wsi Zajezierce k. Zabłudowa na Podlasiu. Przyczyna śmierci małżeństwa wciąż nie jest znana. Kluczowe będą wyniki sekcji zwłok.

Profesor Tadeusz Łapiński i jego żona nie żyją. Informację potwierdził w czwartek Uniwersytet Medyczny w Białymstoku. „Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w dniu 2 czerwca zmarli tragicznie prof. dr hab. Tadeusz Wojciech Łapiński i jego żona dr Małgorzata Michalewicz, wieloletni pracownik Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, przedstawicielka Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Pan Profesor był pracownikiem Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii, lekarzem, wieloletnim nauczycielem akademickim, absolwentem Wydziału Lekarskiego UMB w 1984 r.” – poinformowano w sieci.

Wcześniej policja podała, że w środę wieczorem znaleziono zwłoki 53-letniej kobiety i 63-letniego mężczyzny. Z nieoficjalnych informacji podawanych w mediach wynikało, że do służb zadzwonił mężczyzna, który miał udzielać pierwszej pomocy swojej żonie na prywatnej działce pod Zabłudowem. Po przyjeździe służb medycznych na miejsce okazało się, że nie żyją dwie osoby.

Profesor Łapiński i dr Michalewicz nie żyją, prokuratura czeka na wyniki sekcji zwłok

Śledztwo prowadzi Prokuratura Rejonowa w Białymstoku. Jak powiedział w piątek Polskiej Agencji Prasowej jej szef Karol Radziwonowicz, kluczowe dla kolejnych czynności są wyniki sekcji zwłok zmarłych. Wstępna opinia zakładu medycyny sądowej powinna być znana na początku przyszłego tygodnia.

Prof. Tadeusz Łapiński przez ostatni rok był zaangażowany w walkę o życie pacjentów zakażonych koronawirusem. – Był wieloletnim pracownikiem szpitala i nauczycielem akademickim wielu pokoleń lekarzy. Przez ostatnie miesiące bardzo ciężko pracował na pierwszej linii frontu w klinice, która jako pierwsza zaczęła leczyć pacjentów covidowych. Był bardzo oddany pacjentom, empatyczny z olbrzymią wiedzą praktyczną. Po ponad roku pracy z pacjentami zakażonymi koronawirusem był autorytetem. Jego śmierć to olbrzymia strata dla naszego szpitala i całego środowiska akademickiego – powiedziała w rozmowie z Radiem Białystok rzecznik Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku Katarzyna Malinowska-Olczyk.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Napad na transport kosztowności w Amsterdamie. Napastnicy aresztowani, jeden z nich nie żyje

Przestępcy napadli na transport kosztowności w północnym Amsterdamie. Wywiązała się strzelanina z policją, w wyniku której zginął jeden z napastników. Pozostali zostali aresztowani po policyjnym pościgu z udziałem helikopterów. Sceny jak z kryminalnego filmu miały miejsce w środę po południu. Zaraz po napadzie grupy uzbrojonych przestępców na transport kosztowności doszło do strzelaniny z policjantami. Jak relacjonował dziennikarzom policyjny rzecznik, dobrze uzbrojeni kryminaliści „ostrzelali policyjny radiowóz z karabinów i próbowali zbiec”.

Policja zamknęła północną część miasta, a w pościgu użyto trzech helikopterów. Uciekający przestępcy strzelali do policjantów z broni automatycznej. Jak podała policja, udało im się przebić przez policyjną blokadę.

Dwie osoby postrzelone, jedna zmarła

Policyjne wozy dogoniły ich w okolicy wsi Broek in Waterland, ok. 10 km od Amsterdamu. Z informacji dziennika „De Telegraaf” wynika, że wówczas doszło do kolejnej wymiany strzałów z policją, w wyniku której dwóch kryminalistów zostało rannych, a jeden zginął.

Jak relacjonuje policja, dwóch niedoszłych rabusiów schowało się w koszu na śmieci, zostali jednak wytropieni przez policyjnego psa i aresztowani. Ostatecznie za kratki trafiło siedem osób. Z informacji mediów wynika, że przestępcy porozumiewali się w języku francuskim.

Na pytanie o ich narodowość rzecznik policji odpowiedział, że na tym etapie jest za wcześnie, aby o tym mówić. – Sprawa jest rozwojowa – wyjaśnił.

„De Telegraaf” informuje natomiast, że wartość docelowego łupu rabusiów liczony jest w dziesiątkach milionów euro. „Nasze źródła mówią o 50 milionach euro w złocie i diamentach” – napisał dziennik na stronie internetowej.
Źródło info i foto: interia.pl

Nie żyje seryjny morderca zwany „ogrem z Ardenów”

Michel Fourniret zmarł w poniedziałek w szpitalu, zabierając ze sobą wiele mrocznych tajemnic – komentuje francuska prasa. Seryjny morderca, zwany „ogrem z Ardenów”, przyznał się do popełnienia jedenastu morderstw, a skazano go za osiem z nich. Michel Fourniret został aresztowany w 2003 roku po tym, jak 13-letnia dziewczynka uciekła z jego furgonetki i wezwała policję. W 2008 roku skazano go na dożywocie za zgwałcenie lub usiłowanie zgwałcenia w latach 1987-2001 siedmiu kobiet i dziewcząt w wieku od 12 do 22 lat, a następnie zabicie ich. W 2018 roku skazano go na dożywocie za jeszcze jedno morderstwo.

W ostatnich tygodniach rodzina zaginionej w 2003 roku dziewięcioletniej Estelle Mouzin, do której zamordowania w 2020 roku przyznał się Fourniret, liczyła na odnalezienie jej ciała. Od grudnia ub.r. śledczy przeszukiwali bez powodzenia las otaczający zamek Sautou w Ardenach, dawną własność Fournireta, gdzie seryjny morderca miał ukryć ciało dziecka. DNA dziewczynki odnaleziono na materacu w domu siostry mordercy.

Jak wspominają koledzy ze szkoły, Michel był przeciętnym uczniem. Po ukończeniu edukacji został mistrzem hutnictwa, podobnie jak jego ojciec.

Kim był „ogr z Ardenów”?

W 1967 roku Fourniret został po raz pierwszy skazany na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu za napaść na nieletnią, przebywał również krótko w szpitalu psychiatrycznym. W latach 1977–1981 dopuszczał się licznych gwałtów i napaści seksualnych, za które został skazany na lata w więzieniu. Poznał tam Monique Olivier, z którą po wyjściu na wolność ożenił się i dokonywał kolejnych morderstw i gwałtów.

W grudniu 1987 roku po wyjściu z więzienia zamordował 17-letnią Isabelle, a następnie kolejne swoje ofiary. Został skazany na dożywocie w 2008 roku, jego żona uznana została za współwinną zbrodni.

Para mówiła o sobie, że jest ”gorsza od Marca Detroux”, słynnego belgijskiego mordercy i pedofila. Biegli uznali, że Fourniret lubił polować na kobiety i dziewczynki, dominować nad ofiarami i zabijać je. Zabójca twierdził, że w dzieciństwie molestowała go matka. Fourniret był trzykrotnie żonaty i miał pięcioro dzieci, jedna z jego córek popełniła samobójstwo, nie mogąc znieść tego, że nosi to samo nazwisko, co seryjny morderca.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nożownik zaatakował w przedszkolu w Chinach. Nie żyje dwoje dzieci

Dwoje dzieci nie żyje, a kolejnych 16 zostało rannych w wyniku ataku nożownika w przedszkolu w mieście Beiliu w prowincji Guangxi na południowym zachodzie Chin. Do ataku doszło w środę, około godziny 14 czasu lokalnego. Uzbrojony w nóż mężczyzna wtargnął do prywatnego przedszkola i zaatakował dzieci podczas popołudniowej drzemki. Obrażenia odniosło także dwóch nauczycieli – przekazała chińska agencja Xinhua.

Media: napastnik rozwodzi się z żoną

24-letni mężczyzna został aresztowany przez policję. Motyw jego działania nie jest jasny. Media w Hongkongu podały, że nożownik jest w trakcie rozwodu, a jego żona pracowała w placówce, gdzie zaatakował dzieci. Policja nie wyklucza, że napastnik cierpi na zaburzenia psychiczne.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Sprawa Nawalnego. Zmarł kolejny lekarz ze szpitala, w którym leczony był opozycjonista

Zmarł kolejny lekarz ze szpitala w Omsku na Syberii, w którym latem 2020 roku leczony był Aleksiej Nawalny – poinformowało Radio Swoboda. Brak informacji, by lekarz ten, Rustam Agiszew, zajmował się leczeniem opozycjonisty. 63-letni Rustam Agiszew kierował oddziałem chirurgii urazowej i ortopedii w Szpitalu nr 1 Pogotowia Ratunkowego w Omsku. Pracował w tej placówce przez 30 lat. Przyczyną śmierci był udar.

Na początku lutego zmarł na atak serca Siergiej Maksimyszyn, zastępca lekarza naczelnego omskiego szpitala. Współpracownik Nawalnego Leonid Wołkow mówił wówczas, że lekarz ten najlepiej znał stan Nawalnego.

Awans lekarza

Wcześniej inny zastępca lekarza naczelnego Anatolij Kalininczenko odszedł z pracy i zatrudnił się w klinice prywatnej. W czasie, gdy Nawalny znajdował się w Szpitalu nr 1, Kalininczenko zajmował się jego leczeniem i kontaktował się z lekarzami z Niemiec, którzy potem zabrali opozycjonistę do Berlina.

Tuż po hospitalizacji Nawalnego Kalininczenko również rozmawiał z prasą. Potem kontakty z mediami przejął szef szpitala Aleksandr Murachowski. Według Radia Swoboda to właśnie Murachowski przez dwie doby nie zezwalał na transport Nawalnego do Niemiec. W następnych miesiącach Murachowski awansował – został mianowany szefem regionalnego resortu zdrowia w obwodzie omskim.

Próba otrucia

Nawalny w sierpniu 2020 roku stracił przytomność na pokładzie samolotu lecącego z Tomska na Syberii do Moskwy. Po awaryjnym lądowaniu w Omsku trafił do tamtejszego szpitala. Na prośbę rodziny został przetransportowany lotniczą karetką pogotowia do Niemiec. Przeszedł tam leczenie i rehabilitację. Władze niemieckie uznały, że opozycjonistę próbowano w Rosji otruć bojowym środkiem chemicznym z grupy nowiczok. Władze Rosji temu zaprzeczają.
Źródło info i foto: interia.pl

Małopolska: 40-latek zaatakował syna i jego kolegę. 10-latek nie żyje

Rodzinna tragedia w Małopolsce. Nie żyje 10-latek, a jego 13-letni kolega jest ciężko ranny. W sprawie zatrzymano 40-letniego mężczyznę, ojca starszego chłopca. Policja i prokuratura wyjaśnią okoliczności tragedii, która wydarzyła się w sobotę wieczorem w Kozłowie koło Miechowa w Małopolsce. Miało do niej dojść podczas rodzinnej awantury.

40-letni mężczyzna po godz. 21 przeszedł do domu byłej konkubiny, by zabrać swoje rzeczy. Kobiety nie było w domu, a drzwi otworzył jego syn – Wiktor. Doszło do kłótni. 40-latek zaatakował metalową rurką syna i jego 10-letniego kolegę – Filipa.

Młodszy chłopiec, syn sąsiadów, zmarł na miejscu. 13-latek z kolei w ciężkim stanie został śmigłowcem przetransportowany do szpitala w Krakowie. Matka 13-latka zaalarmowana przez sąsiadów wróciła do domu i także została przez mężczyznę zaatakowana metalową rurką.

Ma obrażenia, ale nie zagrażają one życiu – poinformował RMF FM rzecznik małopolskiej policji Sebastian Gleń. Kobieta została przewieziona do szpitala.

Nieudana ucieczka

40-latek uciekł z miejsca zbrodni. Kiedy odnaleźli go policjanci próbował podciąć sobie gardło. 40-latek próbował targnąć się na swoje życie, ale powstrzymali go policjanci – przekazał Sebastian Gleń.

Mężczyzna prawdopodobnie był pijany. Lekarze pobrali mu krew do badań na zawartość alkoholu i narkotyków. 40-latek nie został jeszcze przesłuchany. Według policjantów zachowuje się irracjonalnie. Sebastian Gleń w rozmowie z Polską Agencją Prasową zaznaczył, że mężczyzna został przez mundurowych opatrzony, a jego stan pozwala na to, aby przebywał w pomieszczeniu dla zatrzymanych.

Dziś mają odbyć się przesłuchania świadków w sprawie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Szczecin: Zadzwoniła na policję i poinformowała, że jej dziecko nie żyje. Jest śledztwo prokuratury

Do tragicznego zdarzenia doszło w niedzielę wieczorem na ulicy Emilii Plater w Szczecinie. Policjanci otrzymali zgłoszenie od kobiety, która poinformowała o śmierci swojego dziecka. Sprawę bada prokuratura. W niedzielę, 7 marca, około godz. 19:00 pod numer alarmowy zadzwoniła kobieta, która poinformowała, że jej dziecko nie żyje. Na miejsce zgłoszenia przyjechało pogotowie i policja. Niestety na miejscu potwierdziła się tragiczna informacja. Dziecko nie żyło.

Na razie nie są znane okoliczności tragedii. Nie wiadomo, co mogło być przyczyną zgonu. Sprawą zajęła się prokuratura.
Źródło info i foto: se.pl